Rozdział 21
Ocknęła się i pierwszą rzeczą, jaką poczuła, była miła w dotyku, świeżo pachnąca pościel. Czuła też zapach kwiatów, frezji najpewniej. Skąd wziął je zimą? Wtedy przypomniała sobie, że to nie może być zasługa Czarnego Pana. Naprawdę tu była, na Grimmuald Place. Wreszcie.
Otworzyła oczy. Spała w swoim łóżku, ale w pokoju Ginny. Przekręciła się na bok i poczuła lekkie zawroty głowy. Podźwignęła się do pozycji siedzącej i zacisnęła kurczowo dłonie na prześcieradle. Trwała tak, dopóki sprzed oczu nie zniknęły jej mroczki. Wreszcie się rozejrzała. Nikogo przy niej nie było. Koło jej łóżka walały się jakieś opatrunki. Na szafce obok stały puste flakony, zapewne po leczniczych eliksirach.
Syknęła z bólu, obracając się. Rozchyliła poły koszuli i skrzywiła się. Nie wyglądało to najlepiej. Mogła jej nawet zostać po tym jakaś blizna, zwłaszcza że tutejsze zaopatrzenie w maści kosmetyczne mogło zapewne pozostawiać wiele do życzenia. Przeklęła, choć nie powinna się dziwić. Zaklęcie trafiło ją z bardzo bliska.
Z cichym westchnieniem z powrotem opadła na poduszkę. Tylko na chwilę. Nie czuła się co prawda zbyt wyspana ani wypoczęta, ale musiało zbudzić ją to niepokojące uczucie, że coś rozgrywa się za jej plecami. Ubrała się szybko w rzeczy, które znalazła koło swojego łóżka, przejrzała się przelotnie w lustrze i cicho wymknęła z pokoju.
O, dawno jej tu nie było. Szła po schodach, gładząc zmurszałe, ciemne tapety, które razem z wiecznie zakurzonymi dywanami i arrasami, nadawały temu miejscu specyficzną atmosferę. Kiedy była na ostatnich stopniach schodów, doszły ją odgłosy ożywionej rozmowy. Cicho zstąpiła na deski korytarza i rozglądając się wokół, powoli podeszła do drzwi kuchni. Przed wejściem do środka powstrzymał ją fragment konwersacji, którą dosłyszała.
– Ale nie powiedziała nam nic wcześniej! Mogliśmy jej pomóc!
– Zapewniam cię, Weasley, że nie pomoglibyście jej w niczym. To jest Granger. Ona w swej dumie weźmie na swoje barki także to, czego udźwignąć nie może, choć wydaje jej się, że jest inaczej. Zupełnie jak Potter.
Dosłyszała jakiś niezrozumiały krzyk oburzenia.
– Z tego, co powiedzieliście nam, ty i Malfoy, kilkukrotnie wpadła w ręce Sami-Wiecie-Kogo i wyszła z tego cało, bez żadnego uszczerbku. – O tak,żadnego uszczerbku, pomyślała gorzko. – Kiedy wszyscy inni tracą życie, zdrowie lub zmysły! Niech zgadnę, obudzi się i nic jej nie będzie.
– Ron, co ty chcesz zasugerować? – Usłyszała wciąż bardzo spokojny głos Ginny.
– A co przychodzi ci do głowy? – warknął Ron przez zaciśnięte zęby. – Jest teraz najpewniej zimną i wyrachowaną suką. I nie wiadomo, czy…
Usłyszała wyraźnie zirytowany głos Snape'a.
– Jakieś kilkanaście minut temu mówiłem już coś w tej sprawie, ty tępy idioto! Zrozum, Weasley. Czarny Pan trzymał ją pod Cruciatusem godzinami, dzień za dniem, chcąc wydusić z niej informacje, a ona nie pisnęła nawet słowa. Nie wiem, jakim cudem nie zwariowała. Wiem natomiast, że to wszystko miało miejsce. W tamtym czasie codziennie karmiłem ją i doprowadzałem do porządku po tych przemiłych sesjach. I uwierz, tortur nie był wszystkim. Prócz tego zmuszał ją do rzeczy, o których tobie nawet się nie śniło, a o których nie będę mówił w towarzystwie dam. Była jego zabawką i eksperymentem na tyle sposobów, że nawet nie jesteś sobie w stanie tego wyobrazić. Przeszła przez piekło. Zniosła więcej niż ja przez te wszystkie lata w jego służbie. Więc się przymknij, do kurwy nędzy.
W kuchni zapadła całkowita cisza. Snape przedstawił to dość… wymownie. Hermiona była może i silną, inteligentną i zadziorną, ale jednocześnie drobną i delikatną dziewczyną. I trudno im było sobie to wszystko wyobrazić.
I to, co powiedział Snape, to była półprawda, wyolbrzymienie, ale Hermiona mimo wszystko uśmiechnęła się do siebie, słysząc słowa Mistrza Eliksirów. Była pozytywnie zaskoczona, a jednocześnie pełna podejrzeń.
Postanowiła wykorzystać przerwę w kłótni na swoje wejście. Molly upuściła talerz. Hermiona machnęła od niechcenia różdżką. Talerz wrócił do rąk Molly.
– Dziękuję – wyszeptała kobieta, odkładając talerz na blat. Powoli podeszła do dziewczyny i przytuliła ją. – Skarbie, tak mi przykro.
Hermiona nic odpowiedziała, widocznie przełykając ślinę przez ściśnięte gardło i na pół skutecznie próbując powstrzymać łzy. Przynajmniej tak miało to wyglądać. Skinęła tylko głową i powoli wyzwoliła się z uścisku. Omiotła kuchnię pozornie nieprzytomnym wzrokiem. Lupin i Artur siedzieli i nie zwracając uwagi na nikogo, jedli. Wyglądali jakby mieli po dziurki w nosie tej dyskusji. Tonks podobnie, zagryzając wargi, ślepo przypatrywała się swoim paznokciom. Fleur siedziała na kolanach Billa. Luna i Draco, siedzący na ławie w kącie kuchni, o dziwo, rozmawiali półgłosem, uważnie jednak obserwując, co dzieje się przy stole. Oczy Malfoya wpiły się w nią i widziała w nich zarówno zaciekawienie, jak i coś na kształt… obawy? Miał podkrążone, oczy i wyglądał na mocno niewyspanego. Zdziwiła się, gdy zobaczyła, jak się uśmiecha, najpierw do niej, potem do Luny, której twarz miała oczywiście bliżej nieokreślony wyraz. To było dziwne. I ciekawe. Usiadła wreszcie przy stole, koło oczekującej jej u swojego boku Ginny, i próbując się wtopić –jakby to było możliwe – spuściła głowę. Ginny położyła dłoń na jej dłoni. Hermiona poczuła się dziwnie, czując na sobie troskliwy dotyk swojej z pewnością stęsknionej przyjaciółki. Postanowiła zignorować uważne, chłodne spojrzenie Snape'a, którego też nie widziała od paru dni, a właściwie – od wiadomego dnia, mimo tego, że podobno cały czas przebywał w rezydencji. Ron natomiast… no tak, Ron zaciskał pięści i nawet nie zerknął na Hermionę. Wydawał się ledwo na sobą panować. Nie podobało jej się to.
Oni wszyscy oczywiście czekali na jej relację, zdawała sobie z tego sprawę. Dobrzy, przewidywalni ludzie.
– Przepraszam, jestem głodna – powiedziała cicho Hermiona. – Od trzech dni prawie nic nie jadłam. – Ron z szurnięciem krzesła wstał i wyszedł. Hermiona udała, że tego nie widzi. W istocie było jej nawet przykro. Nie spodziewała się aż takiego chłodu i nieufności. Ginny obejrzała się ze złością za bratem i lekko zacisnęła swoją dłoń na dłoni Hermiony.
Wciąż nikt się nie odezwał, dopóki Molly nie ocknęła się jak ze snu.
– Och, tak, kochanie, tak – powiedziała, odwracając się w stronę garnków. Chwilę później stał przed nią talerz ciepłego jedzenia. Zabrała się za jedzenie z zapałem. Prawda była taka, że naprawdę umierała z głodu.
Jadła w ciszy, świadoma tego, że uwaga wszystkich skupiła się na niej. Jednak to było nic w porównaniu z siłą spojrzenia Voldemorta, więc spokojnie skończyła posiłek. Podziękowała prosto i oparła się o oparcie krzesła, jednocześnie kładąc dłonie na blacie.
Brakowało jej takiego zwykłego, domowego jedzenia.
Rozejrzała się po wszystkich. Jedząc, jednocześnie starała się wyczuć każdego z osobna. Hmmm, atmosfera wciąż była napięta. Po ich minach było widać, że nie są zbyt pewni, czy chcą ją uściskać, czy zasypać pytaniami. Było w ich spojrzeniach trochę niepewności albo nieufności. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo się zmieniła. Wyglądała inaczej, mówiła inaczej, inaczej się trzymała. Bił od niej nienaturalny, przerażający spokój. Jakby ktoś wyssał z niej całą jej gryfońską energię. Nie było tych iskier i zadzierania nosa. Nie była już lawą. Zastygła. Była niewzruszona. Jak skała. Jej twarz nie zdradzała praktycznie żadnych emocji. Tylko w jej oczach coś się tliło, jednak trudno było komukolwiek powiedzieć, co to było. Nigdy tego nie widzieli.
– Wiecie więc, co się stało z Harrym? – spytała znienacka.
Przyglądali się jej wyraźnie zaskoczeni. Tylko Snape, Draco i o dziwo, Luna, spoglądali na nią spokojnie, jakby nie zadała wprost pytania, poruszającego najtrudniejszą przecież kwestię.
To Lupin pierwszy zabrał głos.
– Hermiono, wiemy, że Sama-Wiesz-Kto go schwytał i uwięził. Severus poinformował nas także o tym, że Sama-Wiesz-Kto postanowił go chwilowo oszczędzić. Nie chcieliśmy od razu zarzucać cię pytaniami po tym, co cię spotkało, bo przede wszystkim cieszymy się, że żyjesz, że tu jesteś, cała i zdrowa… Ale tak, umieramy ze strachu o Harry'ego. Dlatego chcielibyśmy cię spytać… bo wiemy, że byłaś blisko z Sama-Wiesz-Kim, to znaczy, wiesz, Draco opowiadał… czy nie wiesz czegoś więcej?
Skinęła głową.
– Chcielibyśmy się też dowiedzieć, jak udało ci się uciec – doszedł ją twardy głos Tonks.
Hermiona powoli przeniosła wzrok na Snape'a. Czy Czarny Pan poinformował go o tym, co zaszło? Jak On w ogóle wybrnął z tej sytuacji? Z pewnością coś zaplanował, pytanie co. Jej dawny profesor przypatrywał jej się bez mrugnięcia okiem.
– Postaram się odpowiedzieć wam na wszystkie pytania. Tylko po kolei... Więc tak, to prawda, że Voldemort schwytał Harry'ego. W tej jaskini, do której udał się, by zniszczyć diadem, czekała na niego zasadzka. Tylko kilka osób wiedziało o tym. – Cały czas nie spuszczała wzroku ze Snape'a. Patrzyła nie widząc. Zaraz odwróciła, czy może raczej spuściła wzrok. Palcem bawiła się okruszkiem na stole. – W każdym razie Czarny Pan schwytał Harry'ego i wtrącił go do lochu.
– Widziałaś go, widziałaś Harry'ego?
– Tak, przelotnie. – Teraz jej wzrok stał się zupełnie nieobecny. – To było dla mnie ciężkie przeżycie. Dla niego też. Kiedy Harry mnie zobaczył, nie dość, że żywą, całą i zdrową, przy Voldemorcie… nie zrozumiał. To było trudne, bo nie mogłam mu nic wytłumaczyć. Nie miałam szansy. A potem zniknął mi z oczu. Szybko zabrali go do lochów. Więcej go nie widziałam.
Starała się lawirować tak blisko prawdy, jak tylko się dało.
– I wczoraj sprowokowałam tę kłótnię… - zawiesiła się i zagryzła wargi.
– Z kim?
– Z Czarnym Panem.
Dało się słyszeć parę zdziwionych westchnięć. Tak, wywoływanie kłótni z Czarnym Panem nie należy do rzeczy… które, cóż, przeżywa się.
Teraz zaczęła przyglądać się swoim paznokciom.
– Chciał mnie nauczyć czegoś, czego naprawdę nie chciałam się uczyć. To było okropne, obrzydliwe… Nie odmówiłam, bo to nie wchodzi w grę, ale to miało być coś na kształt sabotażu. Tyle że… jak zapewne się domyślacie, nie jest łatwo z nim wygrać, na jakimkolwiek polu.
– Co to ma wspólnego z twoją ucieczką? Czy Harrym?
– Dążę do tego. Więc sprowokowałam go do pojedynku. Celowo.
Znów, usłyszała kilka odgłosów zdziwienia i niedowierzania.
– To jest Voldemort, nie miałam zamiaru z nim wygrywać, nie mam też życzenia śmierci. Postanowiłam wykorzystać swoją wiedzę na temat, jakich klątw używa, kiedy mnie uczy. On czasem posługuje się nieświadomie jakimiś schematami. Nawet on. I ja się nie pomyliłam. Zgodnie z moim planem udało mi się uniknąć pierwszych dwóch uderzeń, a kiedy pomknęło ku mnie trzecie – dotknęła miejsca, w którym wciąż goiła się jej rana – nawet nie próbowałam się obronić. Zaczęłam się przegrzewać, bardzo szybko. Znacie zapewne tę klątwę, każde następne użycie magii, pogarsza sprawę, dlatego potrzebowałam czegoś kojącego, ale niemagicznego. Błyskawicznie więc deportował się ze mną i rzucił w śnieg. Wtedy miałam swój moment. Znaleźliśmy się poza zabezpieczeniami deportacyjnymi. Oczywiście, wiedziałam, że jeśli nawet spróbuję mu uciec przez deportację, wyśledzi mnie. Wiedział, że ja to wiem. Nie miał natomiast pojęcia o tym, że znalazłam sposób, by to obejść. Jest prosty, choć niesamowicie wyczerpujący. Wiedzieliście, że jeśli aportujecie się odpowiednio szybko, przynajmniej trzydzieści cześć razy i za każdym razem międzykontynentalnie, w miejscu trzydziestej piątej aportacji nie pozostaje po was żaden ślad? Trzydziesta szósta aportacja jest już całkowicie bezpieczna. Nie do końca to rozumiem, ale tak to działa.
– To nie jest możliwe, żeby aportować się tyle razy za jednym razem. Zwłaszcza, kiedy jest się w taki stanie, w jakim ty się znajdowałaś, Hermiono.
W takim stanie… To było nic.
– Codziennie rano od kilku dni wypijałam odpowiedni, wzmacniający eliksir. Nauczyłam się też na pamięć miejsc i kolejności aportacji. Nie było to łatwe, ponieważ musiałam jeszcze deportować się do Azji, Australii, Afryki i Ameryki Południowej, a tam oczywiście nigdy nie byłam. Jednak eliksir pomógł mi nie tylko zapamiętać i utrwalić te miejsca, ale i zwiększył odporność mojego organizmu na wielokrotne dematerializacje. Zresztą, był śmiesznie prosty do uwarzenia… A jeśli chodzi o ból, przywykłam do niego przez te cztery miesiące.
– To był aportacja dematerializująca? Jak się tego nauczyłaś?
– Od niego. Nauczył mnie wielu rzeczy, także takich, których nigdy nie przyszłoby mi na myśl się uczyć. W każdym razie, udało mi się. Tak się cieszę, że przynajmniej mnie się udało.
– Co masz przez to na myśli, Miona?
Zamilkła.
– Po prostu powiedz, na Rowenę…
Ciekawy wybór Założyciela, pomyślała gorzko i uniosła zdecydowanie swój wzrok.
– Powinniście zaakceptować fakt, że nie zobaczycie już nigdy Harry'ego… żywego. Jeśli jeszcze go nie zabił, uczyni to w najbliższym czasie. I nie jest to oparte na moich domysłach. Ja to niestety wiem.
Uniosła się od stołu, chcąc odjeść. Niespodziewanie ktoś pociągnął ją w dół. Snape.
– To nie koniec tej rozmowy.
– Nie mam siły na więcej – warknęła, przywołując łzy do oczu. – Później, jutro, kiedykolwiek, ale nie teraz.
Patrzyli na nią, nie do końca rozumiejąc, choć przecież informacje, które im przekazała, były dość oczywiste i logiczne. Wstrząsające, ale jasne. Powinni byli się tego spodziewać i właściwie spodziewali się. Tylko ta głupia nadzieja... Którą to ona im w tym momencie odebrała.
Mieli jej za złe i nie potrafili czegoś w niej zrozumieć. Choć nie mogli tego wiedzieć, ale odczucia większości zebranych w tej kuchni były dość podobne.
Ginny nie była w stanie płakać. Była trupio blada i wciąż w szoku wpatrywała się przed siebie. Ona nie tylko kochała Harry'ego, ale była w nim zakochana. Tak, jest różnica. Nie mogła zrozumieć tego, co tak spokojnie oznajmiła im Hermiona.
Hermiona wiedząc, że musi to zrobić, postanowiła dość bezwzględnie obejść się z ich uczuciami. Musiała.
– Nie, nie rozumiecie? – powiedziała głośno i wyraźnie. – To jeszcze nie jest pora na rozpacz. – Znów uniosła się ze swojego siedzenia, tym razem nie po to, by odejść, ale by dodać sobie siły wyrazu. – Przeżyłam cztery miesiące w jego towarzystwie. Wiecie dlaczego? Dlaczego przeżyłam? Chciał mnie złamać, sprawić, bym stała się taka jak on sam lub... sama nie wiem. Bym zapomniała o tym, kim jestem i pogrążyła się w ciemności. Chciał mnie zniszczyć. Cały czas trwałam jednak przy myśli, że mogę obrócić jego pozorne zwycięstwo w swoje – kolejne jej słowa sprawiły, że Snape'owi wyszły oczy z orbit. Przynajmniej wewnętrznie, bo oczywiście jego twarz nie zdradziła niczego – zapanować bez jego wiedzy nad swoimi wadami, a potem wykorzystać jego przekonanie, że wciąż je mam.
Ciekawe, że akurat teraz z niej to wyszło. Odpowiedziała jej cisza. W końcu przerwał ją jakby nieobecny dotąd duchem Artur.
– Co ty sobie wyobrażasz? Rozumiemy, co chcesz nam przekazać, ale czy ty chcesz, byśmy tak po prostu pogodzili się z tym, co się stało? Harry był naszą ostatnią nadzieją…
– Nie! – warknęła, wprawiając wszystkich w osłupienie. – Nie był. Byliśmy tacy głupi, ślepi… To On i świętej pamięci Dumbledore nakazali nam wierzyć w to, że tylko Harry może nam pomóc, że jest jedynym wyjściem. Prawda jest taka, że możemy zrobić to i bez niego.
– Nie, nie, nie… Możemy spróbować go odbić, być może Harry jeszcze..
Niespodziewanie w ręce Hermiony znalazła się różdżka, którą wycelowała wprost w Molly Weasley. Jednocześnie parę pozostałych różdżek zostało skierowane w jej kierunku. Nie zwróciła na to uwagi.
– Tylko spróbuj, a szybko pomogę ci oszczędzić niepotrzebnego wysiłku i cierpienia. Nie pozwolę wam… nam więcej na robienie głupot, na niepotrzebne narażanie swojego życia w beznadziejnej sprawie. Harry nie jest już żadną nadzieją, a kiedy nie jest, musimy znaleźć nową!
W Snape'ie coś drgnęło. Czyżby…?
~o~o~o~
Kiedy skończyła z nimi tę nie najłatwiejszą rozmowę, była absolutnie wykończona. Wciąż nie miała się najlepiej w związku z tym, co zrobiła sobie i im. Wymusiła na nich zapewnienie, że jutro znów jej wysłuchają, a co więcej, podzielą się z nią wszystkim, co wiedzą. Nie miała już dziś na to siły, ale musiała dowiedzieć się o tym, co się wydarzyło podczas jej nieobecności – kto zaginął lub poległ, jakie kroki przedsięwzięli. Od czterech miesięcy nie miała w rękach Proroka Codziennego. Było pewnym, że Voldemort nie mówił jej o wszystkim, co się działo w kraju.
Jednak przed powrotem do łóżka zdecydowała się jeszcze zajrzeć do Rona.
Drzwi były oczywiście zamknięte. Zapukała spokojnie. Bez odpowiedzi.
– Ron, możemy porozmawiać?
– Nie. Odejdź.
Westchnęła.
– Jeśli mi nie otworzysz, wejdę sama, Ron. Nie powstrzymasz mnie.
Nie odpowiedział. Zapadła cisza. Stała przed drzwiami jeszcze minutę, po czym użyła swojej różdżki. Szybko i skutecznie.
Z dziecinną łatwością odparła śmieszne zaklęcie, które posłał w jej stronę. Niemal było jej go żal.
Miał łzy w oczach.
– Kiedyś sobie ufaliśmy… Kiedyś… – zaczął, ale nie skończył.
Pokręciła głową, zbliżając się o krok.
– To nie tak, Ron.
– Czy on go torturował? Wiem, że nie żyje.
Nie odpowiedziała, a on przyjął to jako ciche potwierdzenie. Odwrócił się od niej.
Widziała, jak się miota, jak nie wie, co ma myśleć. Schował dłoń. Mogłaby go przytulić… innym razem.
– Ron, bardzo mi przykro, że nie możemy już być przyjaciółmi… Ale proszę, nie miej mi tego wszystkiego za złe.
Prychnął i odwrócił się od niej w złości.
– Powinnaś umrzeć tam razem z nim, w lochu. A ty co robiłaś, Granger? Dobry jest?
Patrzyła na niego zupełnie zaszokowana tym, co usłyszała. Choć po tym, co podsłuchała wcześniej, może właśnie tego powinna była się spodziewać.
– Nie waż się tego więcej mówić, Ronaldzie. Nie masz prawa.
Czuła, jak ciemność na powrót w niej wzbiera. Zamknęła oczy i zacisnęła wargi. Nie mogła go przekląć, nie mogła. Był jej przyjacielem. Nawet jeśli tylko w czasie przeszłym.
I to było ponad nią – walczyć z nim teraz, po tym wszystkim, próbować odzyskiwać coś, czego dawno już nie było, ponieważ zaczęli się od siebie oddalać już jakiś czas temu. Teraz miała wrażenie, że rozmawia z obcym człowiekiem - Ronem, którego nie zna, który także rozmawiał z obcą sobie osobą. Właściwie, co chciała tu uzyskać? Widział w niej zdrajczynię, nie tylko dlatego, że przeżyła, a dlatego, że nie była tą samą Hermioną Granger co kiedyś.
Patrzyła jeszcze przez chwilę na niego.
– Pomyśl jeszcze o tym, Ron. Tak na spokojnie – powiedziała dla formalności, bo miała tę świadomość, że nie mogły już pomóc żadne jej słowa.
Tak go zostawiła.
Wróciła do pokoju i czytała jakieś książki. Z jej nałogowym czytaniem było jak z papierosami wypalanymi ciągiem przez jej ojca. Ponoć to nieco uspokajało. Już miała uśmiechnąć się do siebie na tę analogię, kiedy spłynęło na nią chłodne zrozumienie. O rany, nawet o nich nie zapytała. Czy jej rodzicie wiedzieli? O czym ich w ogóle poinformowano?
Już miała się zerwać i pomknąć na dół, kiedy do pokoju wpadła Ginny. Weasleyówna nie miała siły już nie płakać, a Hermiona nie miała już ani siły, ani ochoty krzyczeć na nią za to, a tym bardziej zabraniać jej tego. Długo trzymała ją bez słowa w swoich ramionach, póki dziewczyna nie ucichła i w końcu nie zasnęła.
Tak przyszła pierwsza w pełni świadoma noc na Grimmuald Place 12, po tylu miesiącach nieobecności. Ginny od dawna spała już w swoim łóżku. Hermiona widziała jednak, że nie śpi spokojnie, co chwila przekręcając się z boku na bok i walcząc z pościelą.
Ona natomiast nie miała szans nawet na to. Od dwóch godziny gapiła się w sufit i myślała, jak bardzo nie należy już do tego miejsca. Nie czuła żadnej ulgi w związku ze swym powrotem. Żadnej. Spodziewanej. Ulgi.
Wciąż spoczywała na niej odpowiedzialność tak ogromna, że gdy o tym myślała, miała problemy z wzięciem oddechu. Jakby cały świat zwalił jej się na klatkę piersiową w jednej chwili.
Co ona zrobiła? Co ona najlepszego zrobiła? Kim się stała?
Rzuciła na siebie Silencio, kiedy tylko poczuła, co się z nią dzieje. Wreszcie wybuchła histerycznym płaczem. Nie płakała od tak dawna, a to coś tak bardzo bolało.
