A/N: Po dwudziestu rozdziałach, głębokich przemyśleniach, a raczej sentymencie do pewnej piosenki, która umilała mi czas przy pisaniu, postanowiłam wprowadzić drobne zmiany. Chyba nikogo to nie zaskoczy, ale należy im się trochę szczęścia, przynajmniej na razie :P
Pozdrawiam!
Jacob wyszedł, gdy na dworze zaczęło już zmierzchać. Udał się powrotem do SGC, gdzie Hammond użyczył mu jednej z kwater dla VIPów. Sam tuż po jego wyjściu położyła Emilly spać, kiedy tylko mała wzięła kąpiel. Następnie sama posprzątała salon i kuchnię, gdy skończyła wzięła do ręki książkę i położyła się na kanapie. „ Muszę naprawdę z tym skończyć! Znowu na niego czekam. Jack ma własne życie, nie mogę się do niego wtrącać." Otwarłszy książkę, w miejscu, gdzie ostatnio skończyła, zaczęła czytać, ułożywszy się wygodnie na kanapie. Nie długo później pokój ogarnęła ciemność, a ją sen.
Jack wszedł do domu starając się nikogo nie obudzić. Nadzór prac remontowych w jego nowym lokum wymagał więcej czasu niż przypuszczał. I mimo iż nie dał się wyciągnąć Donnie na kolację, to i tak żałował, że nie mógł wrócić wcześniej i spędzić resztę wieczoru z Sam i jego malutką księżniczką. Zamykając drzwi ściągnął buty i udał się do pokoju Emilly. Kiedy wszedł do środka, przystanął przy słodko śpiącej dziewczynce w dużym dwuosobowym łóżku z pluszowymi przyjaciółmi. Jack uśmiechnął się. Była taka mała i niewinna, jego skarb. Jego i Carter. Usiadł na skraju łóżka i pogłaskał córeczkę po jej blond włoskach, a następnie pocałował w czoło. Rozejrzał się po pokoju i poprawił jej kołderkę, kiedy usłyszał krzyk ukochanej. Mężczyzna przejechał dłonią po główce córki i opuścił jej pokój kierując się do salonu, z którego dochodził krzyk Samanthy. Oświecił światło i zauważył, że kobieta rzuca się przez sen na kanapie, cały czas majacząc coś pod nosem. Podbiegł do kanapy stając nad nią. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nie może jej obudzić. Mógłby doprowadzić do zawału serca, a tego przecież nie chciał. Zaczekał.
- Nie… nie… proszę… błagam cię, nie rób tego… nie zabijaj go!... Nie proszę… Nie! Nie!... Jack!- w tym momencie Sam obudziła się ze łzami w oczach, szybko zwinęła się w kłębek przyciskając do siebie poduszkę i cicho pociągając nosem. Jack pobiegł do kuchni, gdy zdał sobie sprawę, że kobieta go nie zauważyła. Nadal wody do szklanki, po czym wrócił do salonu. Przykucnął przy ukochanej i delikatnie, muskając nagiej skóry jej ramienia, wyszeptał jej imię. Kobieta powoli się odwróciła i spojrzała na pułkownika. Ten podał jej szklankę i usiadł na skraju sofy. Sam podkurczyła nogi i usiadła, ściskając w dłoniach szklankę. Odstawiła ją na mały stoliczek znajdujących się przy sofie, uprzednio jednym łykiem opróżniając jej zawartość. Następnie ukryła twarz w dłoniach szlochając. Jack pochwycił ja w ramiona, wtulając Sam w swoje ciało i delikatnie głaszcząc po włosach.
- Shh… wszystko będzie dobrze. To był tylko zły sen. Jestem przy tobie.- powiedział cichym, pocieszającym głosem, całując jej głowę.- No już, nie płacz. Wszystko będzie dobrze, jesteś ze mną bezpieczna.
- On chciał cię zabić. Zmusił nas, abyśmy na to patrzały. Chciał cię zabić!- odpowiedziała między pociągnięciami nosem.
- Kto skarbie, kto chciał mnie zabić?- zapytał nadal przyciskając ją do swojego ciała.
- Ba'al.- wyszeptała tak cicho, że Jack praktycznie nie wychwycił jej słow. Następnie oderwała się od jego ciała, przykrytego koszulką z morka plamą od jej łez.
- Hej spokojnie. Nikt mnie nie zabił, jestem tu przy tobie i nigdzie się nie wybieram. Shh… no już kochanie, proszę cię, przestań płakać.- Jack pocałował ja w czoło i spojrzał w duże, zapłakane oczy.- To był tyko zły sen. Żaden wężogłowy mnie nie zabije. Nie pozwolę na to.- położył swoje dłonie na jej policzkach i ucałował czoło. Sam zamknęła oczy i westchnęła, gdy Jack ponownie ją przytulił. Jego bliskość, ciepło dawało jej poczucie bezpieczeństwa, jakiego przez ostatnie pięć jej brakowało.
- Nie chcę cię znowu stracić. Emilly cię potrzebuje.
- Nie stracisz Sam, nie stracisz. Nie zostawię ciebie. Nie zostawię ciebie, Emilly i tego maleństwa. Nie zostawię was, kochanie.- położył soją prawą rękę na jej brzuchu i pocałował w czoło, następnie chwycił za dłonie. Zarzucił je sobie wokół szyi. Następnie wsunął jedną ze swoich dłoni pod jej kolana, a drugą oplótł wokół jej pasa, podnosząc ją.- A teraz idziemy do łóżka. Musisz odpocząć. Nie chcemy przecież, aby Juniorowi coś się stało, prawda?
Nie odpowiedziała, zamiast tego wtuliła swoja głowę w jego klatkę piersiową z nieśmiałym uśmiechem na ustach. Jack zaniósł ja do swojej sypialni. Otworzył drzwi do pokoju i delikatnie umiejscawiając pocałunek na czole ukochanej, wszedł do środka. Podszedł do łóżka i powoli ją na nim położył. Następnie oświecił małą lampę znajdującą się na szafce nocnej i odwrócił się spoglądając na Sam, która zdążyła się już wygodnie ułożyć do snu. Jack nie pewny co robić dalej, zaczął bawić się dłońmi, siadając na krańcu materaca. Nie mógł przecież ściągnąć z siebie koszulki i tak po prostu położyć się za nią, przytulając do swojego ciała i szepcząc do ucha jak bardzo ją kocha. Nie, to byłoby nieodpowiednie. Po tylu latach chowania uczuć względem niej, po tylu latach przyjaźni. Mimo, iż mieli razem córkę, ona nadal była mężatką. „Nawet jeśli Pete jest skończonym dupkiem i ma zamiar go zostawić. Jakby to wyglądało. Poza tym jak ona Samantha Carter mogłaby chcieć jego, Jacka O'Neilla, starego, wysłużonego żołnierza z niezbyt ciekawą przeszłością i bez żadnych szans na świetlaną przyszłość? Jack jesteś skończonym idiotą, jeśli myślisz, że jej na tobie zależy w inny sposób niż przyjacielski. Jesteś ojcem jej córki i tylko dlatego pozwala ci się do siebie zbliżyć. Musimy zachować przynajmniej jakąś namiastkę prawdziwej rodziny, dla dobra Emilly." Westchnął. „Może lepiej będzie jak wyjdę. I 5to jak najszybciej zanim zrobię lub powiem coś, czego będę potem żałować."
- Ta… to ja…- odparł kierując swój wzrok na drzwi. Nie zdążył dokończyć zdania, gdy poczuł ciepłą dłoń, delikatnie ściskająca jego przedramię. O'Neill przeniósł swój wzrok na ukochaną i spojrzał w jej duże niebieskie oczy, pełne tęsknoty i nadziei.
- Zostań ze mną.- jego serce zaczęło bić mocniej. „To musiało mu się chyba śnić. Samantha Carter, doktor teoretycznej astrofizyki, najpiękniejsza kobieta w całej galaktyce, nie mogła przecież właśnie zaprosić go do swojego łóżka. Hm… teoretycznie to było jego łóżko, ale nie ważne. Nie mogła. To nie mogło być prawdziwe. Albo ktoś go wkręcał, albo to mu się po prostu śni i zaraz się obudzi gdzieś w tanim hotelu z okropnym kacem." Jack zamrugał gapiąc się na Sam z lekko uchyloną szczęką. Następnie opuścił wzrok i uszczypnął się w rękę. Nic się nie zmieniło. Nie znalazł się nagle w tanim hotelu z kacem, ani nigdzie indziej. Cały czas był w tym samym miejscu, z tą samą miną, przy tej samej kobiecie. – Jack?- zapytała niepewnie Samantha.
- Hm…?- odparł rozglądając się za ukrytą kamerą po pokoju.
- Co… co ty robisz?- zapytała siadając na łóżku i przybliżając się do ukochanego. Jack przestał się rozglądać i spojrzał na kobietę przygryzając dolną wargę.
-Upewniam się, czy to jest realne. Czy ty naprawdę przed chwilą powiedziałaś…
- Tak Jack, chce abyś ze mną został.- uśmiechnęła się widząc jego zmieszanie połączone z niepewnością i nieśmiałością! Sam puściła jego przedramię, które całe czas trzymała i położyła oby dwie dłonie na jego policzkach.- I jest to tak samo realne, jak to.- odparła i nachyliła się w kierunku jego ust.
TBC
