Draco oparł się wygodnie w fotelu w bibliotece i rozluźnił wszystkie obolałe mięśnie. Na początku trenował pojedynki całymi dniami po to, by rozładować złość, którą czuł na swoich mężów za to, że go tak odesłali. Jednak później, gdy już ochłonął i wszystko przemyślał, zaczął przyświecać mu zupełnie inny cel. Wiedział, że bitwa z Voldemortem i śmierciożercami zbliżała się wielkimi krokami i nie miał najmniejszego zamiaru siedzieć i modlić się, żeby ani mężom, ani dzieciom nic się nie stało. To Harry powinien w swoim stanie zostać odesłany do siedziby Malfoyów, a nie on. Jednak zdawał sobie sprawę z tego, że z ich trójki najgorzej sobie radził z walką i to musiało skłonić jego mężów do podjęcia takiej a nie innej decyzji. Postanowił więc to zmienić. Powiększał repertuar klątw i tarcz ochronnych, trenował we wspaniale wyposażonej sali ćwiczeń. Powoli zbliżał się już do momentu, w którym będzie mógł przełączyć golemy na czwarty stopień trudności i miał nadzieję, że do czasu aż Mroczny Pan zaatakuje, będzie w stanie ochronić w bitwie i siebie, i Harry'ego.
Zacisnął zęby w uporze i otworzył książkę na dziale o klątwach skutecznie pozbywających się przeciwników. Część była śmiertelna, część paraliżowała lub w inny sposób zapewniała niemożność oponenta do dalszej walki. Liczył się efekt końcowy, a nie użyte środki, więc nie miał najmniejszego zamiaru się powstrzymywać przed wykorzystaniem pełnego potencjału.
oOo
Transmutacja była nudna. Harry przewrócił kartkę w podręczniku i wpatrzył w kolejne zdania, które miał przeczytać. Ponieważ nie mógł korzystać ze swojej magii, McGonagall kazała mu zrobić notatki z rozdziału, który właśnie pozostali ćwiczyli w praktyce. Nie dość, że sam tekst niemalże zabijał mu mózg, to jeszcze temat był najzwyczajniej w świecie nudny. Ktoś mógłby pomyśleć, że na szóstym roku będą robić coś bardziej wyzywającego niż zmienianie pergaminów w srebrny komplet sztućców. Najwyraźniej profesorka uważała, że wciąż jeszcze nie opanowali podstaw na wystarczającym poziomie do podjęcia częściowej transmutacji ludzkiej. Nie animagii, nie. Chodziło raczej o zmienianie kształtów małych części ciała lub kolorów, czyli to, co nawet trzecioroczni robili w ramach dowcipów, chociaż jeszcze nie rozumieli zawiłych podstaw, na których ta sztuka się opierała.
Hermiona już dawno zrobiła swój komplet i teraz z nudów dorabiała też nieco bardziej wyszukane przyrządy, jak dziadek do orzechów i łyżka do lodów. Nikt jednak nie zwracał na to większej uwagi. Wszyscy już dawno się do tego przyzwyczaili.
Neville natomiast wciąż próbował transmutować każdy z rodzajów noży tak, by miał odpowiednią ilość ząbków. Tak jakby ich liczba miała znaczenie, jeżeli nóż spełniał swoje zadanie. Jednak McGonagall i autor podręcznika mieli co do tego inne zdanie.
W trójkę zajmowali ławkę pod ścianą, aby mieć na oku wszystkich uczniów. Harry wyszukał spojrzeniem rudą kępę włosów i nieco przechylił, by móc lepiej zobaczyć co robi jej właściciel. Nawet z tej odległości widział, że sztućce Rona wyglądają jakby każdy był z innego kompletu, a część po bardzo brutalnych przejściach. Gdyby Harry był złośliwy, to powiedziałby, że rudzielec zabrał je z Nory i podłożył zamiast wykonać samodzielną transmutację. Jednak do takich ludzi nie należał i wobec tego wywnioskował, że jego dawny przyjaciel musiał być czymś bardzo mocno zdekoncentrowany.
- Panie Potter, czyżby moje zajęcia pana nudziły? – McGonagall niespodziewanie przed nim wyrosła, zasłaniając widok. Mina profesorki wyrażała niezadowolenie i dość dużą dozę czegoś, co Harry zazwyczaj widział skierowane tylko w stronę wybitnie uprzedzonych Ślizgonów.
- Nie, proszę pani. To tylko czytanie podręcznika… - zaczął mówić, uśmiechając się przepraszająco. Chciał powiedzieć, że potrzebował krótkiej przerwy w czytaniu, jednak kobieta mu przerwała.
- Sam jesteś sobie winien, panie Potter. Po lekcji chcę zobaczyć twoje notatki do tego rozdziału. Jeżeli ich nie skończysz, dostaniesz szlaban.
Harry gapił się przez chwilę z niedowierzaniem na oddalającą się profesorkę, po czym zacisnął zęby i zabrał za szybkie streszczenie tego, co do tej pory przeczytał. Wiedział, że McGonagall była wierna Dumbledore'owi, nie bez powodu została jego zastępczynią, jednak nie spodziewał się po niej takiego nastawienia do jednego z Gryfonów. I jeszcze to jakim tonem powiedziała, że sam jest sobie winien temu, że zaszedł w ciążę i teraz nie może brać czynnego udziału w zajęciach tak jak reszta uczniów! Na końcu zajęć Harry przedstawił jej notatki zrobione na odwal i pismem przypominającym szlaczki, jednak na tyle wyraźnym, że można było zobaczyć, że były zakończone. Warunek został spełniony i profesorka nie mogła mu dać szlabanu, chociaż wyraźnie wyglądała na oburzoną jakością jego pracy. Cóż, jego to nie obchodziło i obiecał sobie, że pokaże jej ile ma do niej szacunku w każdej pracy, którą mu zada. Ostatecznie oceny z przedmiotów nie liczyły się w życiu. Tylko te z egzaminów końcowych.
Hermiona wymieniła z Neville'em porozumiewawcze spojrzenie. Harry znowu był w jednym ze swoich humorków i powinni jakoś odwrócić jego uwagę zanim zrobi coś głupiego.
- Słyszałam, że dziś na historii Binns będzie opowiadał o kształtowaniu się naszego rządu. Oczywiście wszystko będzie na tle powstań goblinów, ale mimo wszystko to zawsze coś nowego. Miła odmiana, nie uważasz? – Hermiona uśmiechnęła się do przyjaciela, który popatrzył na nią z niedowierzaniem.
- Jeżeli znowu będą powstania goblinów, to jaka jest w tym zmiana? – zapytał. – Ostatnio jak mówiłaś, że Binns poruszy nowy temat, to znów wszystko było o goblinach, ale dwa zdania poświęcił na wynalezienie różdżki. I tu cytuję: Czarodzieje potrzebowali lepszej kontroli, by zmierzyć się z nowymi kamieniami ogniskowymi goblinów. Dlatego stworzyli różdżki, dodając do drewnianych lasek rdzeń. Koniec cytatu.
- Oj tam, ale to zawsze coś innego i dzięki temu wciąż tak dokładnie to pamiętasz. – Wyszczerzyła się do niego, na co Harry prychnął. Już miał skwitować to komentarzem na temat jakości zapamiętanej wiedzy, gdy czyjś głos przerwał ich dyskusję.
- Dobrze się bawisz, co Potter?
Dwójka Gryfonów z piątego roku, Ginny i Ron za jej wózkiem, stali przed nimi, tarasując przejście. Przez McGonagall Harry z przyjaciółmi ostatni wyszli z klasy i teraz korytarz świecił pustkami, co najwyraźniej „gang Weasleyówny" postanowił wykorzystać. Harry skrzywił się, patrząc na nich. Instynktownie położył dłoń na brzuchu, przyciągając tym spojrzenia grupki. Neville i Hermiona spięli się, wyraźnie szykując do ewentualnej konfrontacji.
- Czego chcecie?
- Na początek twoich przeprosin i zadośćuczynienia za zerwanie kontraktu małżeńskiego – powiedziała Ginny tonem, który wyraźnie sugerował, że była pewna, że to wszystko się jej należy. – Następnie pieniędzy na leczenie obrażeń, których przez ciebie doznałam, a gdy już się rozwiedziesz z Malfoyem, sfinalizowania naszego kontraktu.
- Nie powiedzieli ci, Weasley? – Harry zdecydowanie nie był w nastroju na bycie miłym. Chciał być wredny i wygarnąć w końcu wszystko tym parszywcom i właśnie to zamierzał zrobić. Dłoń Hermiony ostrzegawczo zacisnęła się na jego ramieniu, ale postanowił nie zwracać na to uwagi. – Nie mam żadnych pieniędzy, dosłownie nie mam niczego – powiedział z satysfakcją. – Tak więc nawet gdybym chciał, to i tak bym ci niczego nie dał.
- Kłamiesz! Potterowie są równie zamożną rodziną jak Malfoyowie! – Tym razem rozgniewany krzyk należał do Rona. Rudzielec chciał powiedzieć jeszcze coś, ale siostra go powstrzymała.
- Nie kłamię. Spytaj rodziców, Weasley. W razie zerwania kontraktu dostaliby wszystko, co posiadam. Czyli nic.
- Oszukałeś nas.
- Nie, to wy mnie oszukaliście! – Harry poczuł, jak zaczyna się w nim gotować ze złości. Jak można było być tak skrzywionym? I na dodatek przyboczni Weasleyów wyglądali tak, jakby całkowicie wierzyli w jej słowa. – Nie wiedziałem o tym, że Dumbledore podpisał jakiś kontrakt. Nikt normalny by się na coś takiego nie zgodził. Zakochałem się i wyszedłem za mąż, dowiedziałem się, że jestem w ciąży. Byliśmy szczęśliwi, aż tu nagle pewnego dnia zaciągają mnie do gabinetu pieprzonego Dumbledore'a, unieruchamiają i oznajmiają, że zaraz ożenię się z jakąś napuszoną kwoką. TY wlewasz we mnie ten przeklęty eliksir, chociaż wcale tego nie chcę i to Dumbledore wyraża zgodę w moim imieniu. Przez was o mało NIE STRACIŁEM DZIECI! Jeżeli ktoś miałby żądać zadośćuczynienia, to ja. – Odetchnął głęboko. W ciszy, która wypełniła korytarz można było usłyszeć zbliżające się kroki. – I wiecie co? Właśnie to zrobię. Pozwę was wszystkich, odbiorę wam wszystko. Zniszczę was, tak jak wy chcieliście zniszczyć mnie.
- Nie uda ci się to. – Ginny wciąż wyglądała na pewną siebie, tak jakby tyrada Harry'ego w ogóle nie zrobiła na niej wrażenia. Ron był czerwony na twarzy ze złości, a pozostali najwyraźniej poirytowani. – To my mamy rację, prawo jest po naszej stronie i dobrze o tym wiesz. Lepiej zrobisz jak wyciągniesz pieniądze z miejsca, w którym je ukryłeś i zmierzysz z odpowiedzialnością za swoje czyny.
Zza zakrętu wyszli uczniowie zmierzający na transmutację. Spośród nich wyłonił się Severus.
- Co tu się dzieje?
- Nic profesorze, tylko rozmawialiśmy. – Ginny popatrzyła niewinnie na znienawidzonego Snape'a. Severus zupełnie ją zignorował.
- Lekcje zaczynają się za siedem minut, więc lepiej żeby pan już zaczął pchać swoją siostrę w stronę lochów, panie Weasley, zamiast marnować czas na plotkowanie. A ponieważ i tak się spóźnicie, to od razu odejmę Gryffindorowi dziesięć punktów. I kolejne dziesięć za niebezpiecznie szybką jazdę korytarzami. Będzie więcej jak reszta z was nie znajdzie się w pracowni przede mną. – Te słowa skierowane były do pozostałych piątoklasistów. Hermiona pociągnęła Harry'ego i, z Nevillem depczącym im po piętach, pospieszyli na historię magii.
Dzięki, Sev.
Następnym razem bądź mądrzejszy i nie wdawaj się z nimi w dyskusję. Najlepiej będzie jeżeli będziesz ich omijał.
oOo
Cela była mała i ciemna, a cienki koc z pryczy w ogóle nie był w stanie zabezpieczyć przed panującym w niej chłodem. Powietrze było ciężkie od stęchlizny i odorów, których nikt by się nie spodziewał w tak nowoczesnej placówce. Może w Azkabanie, ale tutaj? Wyciągnęli z nich wszystkie informacje i wsadzili po trzech do celi, ale równie dobrze mogliby umieścić każdego z osobna. Nikt nie miał ochoty rozmawiać, ani nawet dzielić się ciepłem ciała. Wszyscy tylko siedzieli i czekali. Może na przetransportowanie do Azkabanu, a może coś jeszcze innego. Wiedzieli, że sknocili zadanie, więc nikt nawet nie będzie się fatygował z próbami uwolnienia.
Cele z jedną okratowaną ścianą bardziej przypominały klatki w zoo niż izolatki, ale nie było tu nikogo, kto mógłby robić za zwiedzających. Jedzenie pojawiało się trzy razy dziennie w naczyniach przymocowanych do podłogi, a strażnicy przychodzili co dwanaście godzin po to, by przejechać kijem po metalowych prętach.
I pomyśleć, że jeszcze parę dni temu spali w wygodnych łóżkach Hogwartu.
Na początku tego nie zauważyli, ale w pewnym momencie temperatura zaczęła opadać. Z ust wydobywał się obłok pary. Ściany pokryły się szronem, a po podłodze przesuwała gęsta mgła. Wstali i zbliżyli do krat. Nie czuli się tak, jak w obecności dementorów, więc to musiało być coś innego. Nagle oślepiło ich białe światło, a następnie zapadła ciemność.
oOo
Shacklebot krążył niespokojnie po owalnym gabinecie dyrektora Hogwartu. Dumbledore był w tej chwili nieobecny, ale portrety wpuściły go do środka, ponieważ był jednym z najbardziej zaufanych ludzi Albusa. To, co się wydarzyło sprawiło, że w Ministerstwie zapanowało pandemonium. Niewymowni łamali sobie głowy i różdżki, próbując znaleźć jakąś wadę w zaklęciach ochronnych Ministerstwa. Aurorzy biegali po całym kraju, szukając chociaż najmniejszego śladu. W prawdzie normalni pracownicy nie wiedzieli o co chodziło, ale nerwowa atmosfera udzielała się wszystkim. Na domiar złego reporterzy ciągle węszyli i coraz trudniej było odciągnąć ich od właściwych tropów.
Ogień na kominku buchnął zielonymi płomieniami i po chwili wyszedł z nich Dumbledore, jak zwykle ubrany w tradycyjnie skrojone szaty, chociaż w dość modernistycznej kolorystyce. Nikt poza nim nigdy nie odważyłby się ubrać w coś takiego.
- O co chodzi? – Dumbledore wygładził szaty i zasiadł za biurkiem, przyjmując swoją zwyczajną pozę dobrego staruszka – przywódcy, któremu można było zaufać i złożyć w jego troskliwe, pomarszczone dłonie wszystkie swoje sekrety.
- Zniknęli, wszyscy zniknęli bez śladu. Nikt nie wie jak, tylko podejrzewamy kiedy, a Minister zadaje bardzo niewygodne pytania. – Kingsley opadł zmęczony na krzesło. Ostatnie godziny były nawet dla niego piekłem. Zdecydowanie bardziej wolał walkę na klątwy niż słowa i przepisy prawne. Gdy pomyślał o wszystkich postępowaniach dyscyplinarnych, które go czekały, przez chwilę zastanawiał się dlaczego, do diabła, przyjął tę posadę. A, tak. Albus potrzebował kogoś zaufanego jako głowy Aurorów.
- Kto zniknął? Zacznij od początku. – W głosie leciwego dyrektora pobrzmiewał niepokój.
- Te wszystkie dzieciaki, które aresztowaliśmy za sabotowanie barier ochronnych Hogwartu. Po prostu wyparowały!
O~~o~~O~~o~~O
Krótki, ale tym razem szybciej. Dziękuję za imiona. Myślę, że skorzystam z sugestii łacińskich imion o zabawnym znaczeniu ;)
