,,See, the darkness is leaking from the cracks..."
Styczeń chylił się już ku końcowi i Remus wyjątkowo się z tego cieszył. Ostatnio miesiące zdawały się upływać nieznośnie powoli, a wiecznie zasnute chmurami niebo wywoływało u niego nieustanną senność. Tęsknił już za widokiem witającego go za oknem błękitu. SUMY zbliżały się nieubłaganie i w tym okresie najczęściej można było go znaleźć zagrzebanego pod stosem książek w bibliotece. Ostatnia pełnia minęła w miarę bezboleśnie, ale pojawił się innego rodzaju ból, którego za nic nie potrafił stłumić chociaż starał się jak mógł. Chciał zakopać przerażające go słowa w otchłani swojego umysłu i skupić na czymś innym. Ale one wciąż tam były i prowokowały wilczą część jego natury do szczerzenia kłów.
Zaręczyli mnie z Rudolfem.
Remus nie powstrzymał narastającego warkotu. W najgorszych snach mu się nie śniło, że kiedyś będzie musiał zmierzyć się z taką rzeczywistością. Może i nie dopuszczał do siebie marzeń o wspólnej przyszłości z Bellatrix, ale z pewnością nie myślał też, że mogą przeżyć życie osobno. A zwłaszcza, że zmuszona będzie żyć z Lestrange'em. Rudolfus był najgorszą szumowiną, Ślizgonem przekonanym o swojej wyższości. Wychowanym na starej tradycji. Na starych zasadach, według których żona staje się własnością męża. A Bellatrix nigdy nie mogłaby być czyjąś własnością. Ona była jak huragan.
Nieujarzmiony. Potężny.
Piękny.
Remus rąbnął głową w stół. Miał nadzieję, że ból odciągnie na chwilę dręczące go demony.
-Lunatyk w porządku?-Peter, który przysypiał nad otwartą księgą poderwał się w górę i teraz patrzył na Lupina z cichym przerażeniem.-Siadło ci już na mózg?
Lupin zmusił się do uśmiechu.
-Wybacz Glizdogonie.-mruknął cicho, masując obolałe czoło.-To chyba stres.
Peter ze zrozumieniem pokiwał głową, a potem wrócił do drzemki. Po chwili znowu chrapał cicho, a kartki otwartej książki raz po raz podrywały się w górę w rytm jego oddechów. W powietrzu ozłocony blaskiem gasnącego słońca migotał kurz. Remus uniósł kąciki ust na ten widok. Ostatnio mało rzeczy potrafiło go rozbawić czy zauroczyć, chociaż musiał przyznać, że Snape w różowej szacie prezentował się wyjątkowo gustownie. Mimo to chociaż śmiał się wraz z przyjaciółmi brakowało w tym jakiegoś przekonania i chęci. Musiał przyznać sam przed sobą, że nieco się wypalił.
-Remus.-w jego uchu zabrzmiał cichy, pełen prowokacji pomruk.
-Czego chcesz Łapo?
Syriusz ze swoim zwykłym, nonszalanckim uśmieszkiem oparł się wygodniej o zagłówek krzesła Lunatyka.
-Chciałbyś może splądrować kuchnię?
Remus parsknął, a jedna z jego brwi powędrowała w górę.
-A pod hasłem ,,splądrować kuchnię" co tak naprawdę się kryje?
Peter wydał z siebie świst godny lokomotywy i wymamrotał pod nosem coś podobnego do ,,głupia kocica...sama zmień go w dzbanek." Łapa zachichotał, zasłaniając usta dłonią.
-Biedny Glizda, McGonagall ostatnio mocno się na niego uwzięła.
-Cóż.-Remus zerknął na książkę, z której przyjaciel zrobił sobie poduszkę.-Nie widzę poprawy w najbliższej przyszłości. James nie będzie musiał się martwić towarzystwem na szlabanie.
Syriusz uśmiechnął się szeroko i przeciągnął, a jego wymiętoszona koszulka podsunęła się w górę ukazując kawałek brzucha. Nawet on zdawał się nieco przygaszony. Chociaż trzeba było mu przyznać, że było mu w tym stanie do twarzy. Bardziej przypominał teraz Lupinowi wielkiego, zmęczonego kocura niż psa. Ale śmiech miał wciąż ten sam. Szczekliwy i radosny.
-A już mi jęczał, żebym miał lusterko pod ręką.-Black opadł na krzesło i westchnął.-Czasami zazdroszczę Peterowi, on jakoś zawsze potrafi się zrelaksować.
Obaj zerknęli na wciąż słodko śpiącego chłopaka.
-W każdym razie.-Syriusz spojrzał na Remusa z ukosa.-Co myślisz?
-Myślę o czym?
-O naszym najeździe na kuchnię głupku.-Syriusz pstryknął go lekko w nos.-Przyda ci się trochę odpoczynku.
Remus nieznacznie zmrużył oczy i zalotnie przechylił głowę.
-Czy ty się o mnie martwisz Łapciu?
-Ktoś musi skoro ty najwidoczniej masz siebie głęboko w poważaniu.-choć ton głosu Syriusza był lekko rozbawiony Remus instynktownie wyczuł w nim powagę.-A teraz pakuj książki w torbę i wstawaj.
Chcąc nie chcąc Lupin go posłuchał. W tym czasie Syriusz z zamyśleniem patrzył na śpiącego Petera, w końcu pokręcił głową najwyraźniej rezygnując z jakiegoś pomysłu i szarpnął chłopaka za ramię.
-Ssso?
Syriusz niemal zawisł przed twarzą rozkojarzonego Glizdogona i posłał mu szatański uśmiech.
-Idziemy łupić.
Dwie godziny później kiedy rozchichotani Syriusz z Peterem oddalili się w stronę wieży Gryffindoru Remus z ukontentowaniem poklepał się po brzuchu i westchnął. Black do spółki z Pettigrew wykorzystali obecność herbaty i najróżniejszych pyszności by nie tylko utuczyć go jak świniaka, ale również wypytać dosłownie o wszystko. Syriusz najwyraźniej musiał się naczytać mugolskiej literatury medycznej bo Remus czuł się jak na kazaniu, gdzie musiał odpowiadać na setki pytań w stylu ,,Jak się dziś czujemy?"oraz ,,W jakim stopniu czujesz się zniechęcony do życia?". Swoją drogą nie miał pojęcia skąd Black bierze takie książki jak ,,Psychologia dla początkujących". Remus podejrzewał, że chodzący na mugoloznawstwo Syriusz bezkarnie omotał sobie nauczycielkę wokół palca i wykorzystywał ją do przynoszenia mu ,,dodatkowych pomocy naukowych". I jak widać przedmiot, który wybrał aby irytować tym rodziców po czasie bardzo przypadł mu do gustu. Lupin parsknął i zerknął na zegarek na nadgarstku. Do ciszy nocnej zostało jeszcze trochę czasu i nie chciało mu się jeszcze wracać do dormitorium. Za oknami zapadła już ciemność, ale stwierdził, że krótkie odwiedziny u Catie będą dobrym pomysłem. I tak nie miał już nic do nauki na następny dzień. Po chwili znalazł się na dworze, na doskonale znajomej ścieżce i dziarsko ruszył przed siebie. W oknie chatki paliło się światło co było dobrym znakiem. Catie chadzała wcześnie spać, a zrywanie jej z łóżka było bardzo przykrym doświadczeniem. Co Remus odczuł na własnej skórze niestety. Na to wspomnienie pogłaskał z bolesnym wyrazem twarzy swoje pośladki. W tamtej chwili doskonale wiedział co czuje bekon podsmażany na patelni i przez dłuższy czas nie potrafił tknąć mięsa. Z uśmiechem zapukał, a raczej dwa razy walnął pięściami w drzwi. Odpowiedziała mu cisza, więc zmarszczył nos i niecierpliwie poskrobał drzwi.
-CAT!
Jego ryknięcie mogłoby wystraszyć umarłego. Był z niego bardzo dumny. James często mówił, że ma płuca mogące pomieścić słonia, chociaż wygląda na wiotkiego niczym lalka. Pacan. Drzwi w końcu się uchyliły i Remus wpakował się do środka. Pożałował jednak, że wszedł bo przeraził go bałagan i niechlujstwo, gorsze nawet niż w ich własnym dormitorum,w którym notabene Remus zarządzał sprzątanie przynajmniej raz w miesiącu. Wynędzniała istota, która przed nim stanęła też mało przypominała Catie. Co przypomniało mu, że nie widział jej prawie miesiąc. Był tragicznym przyjacielem.
-Cat?
Znużone, niebieskie oczy obrzuciły go odartym z jakiejkolwiek żywotności spojrzeniem.
-O, Lupin. Co za wiatr cię tu przywiał?
-Catie co tu się stało?-Remus wyciągnął różdżkę i jednym machnięciem pozbył się przynajmniej części kurzu i innego brudu. Był całkiem niezły w zaklęciach domowych.-Kiedy ostatni raz brałaś prysznic?
-Jakieś trzy dni temu? Chyba.-Catie podrapała się po strąkach na głowie.-Czego chcesz Remusie?
-Miałem w planie tylko odwiedziny, ale widzę, że szykuje mi się raczej rola sprzątaczki i psychologa.-Remus poczuł jak wstępuje w niego energia i jednocześnie poczuł się źle, że mała część jego duszy ucieszyła się, że ktoś chyba cierpi bardziej niż on.-Najpierw marsz pod prysznic Catie Isenheart. A później sobie porozmawiamy.
Dziewczyna najwyraźniej nie miała nawet chęci się kłócić co złamało mu serce. Nikt nie rozkazywał Catie. A ona nigdy nie spełniała rozkazów. Kiedy Cat zniknęła w łazience Remus zakasał rękawy i wziął się do pracy. Chrzanić ciszę nocną. Po tym co zastał w chatce nie zamierzał odpuścić póki nie wyciśnie z Catie co doprowadziło ją do takiego stanu, a może się to okazać ciężką przeprawą. Los najwyraźniej postanowił mieć dziś ciekawe poczucie humoru ponieważ właśnie zamierzał zrobić Catie to co jemu zrobili tak niedawno Syriusz do spółki z Peterem. Podśpiewując nieco pod nosem zabrał się za gruntowne porządki. Do czasu aż wyszorowana i w miarę ogarnięta Catie zasiadła przy stole w kuchni, Remus zdążył nie tylko doprowadzić dom do porządku, ale też pozbyć się dwóch martwych szczurów skulonych pod fotelem, które wyrzucił za ogony przez okno. Praca wyczerpała go na tyle, że sapał teraz nieco nad kubkiem czekolady wygrzebanej z najgłębszego dna szafki. Podobny postawił przed przyjaciółką.
-A teraz gadaj Cat!
Półifrytka wzięła głęboki oddech. A potem otworzyła usta. I opowiedziała. Na koniec Remus cicho zaklął i szarpnął za swój kucyk.
-Chyba oboje jesteśmy do dupy w miłości.-stwierdził posępnie i oboje z Catie wznieśli ironiczny toast trzecim z kolei kubkiem czekolady.
Nikodel przechyliła się jak kot przez swoje krzesło i z rozbawieniem przesunęła piórkiem po odkrytym karku Edmunda, który ściskał swoje własne pióro w ręce tak mocno, że dziwnym było, że jeszcze go nie połamał. Isabelle z pobłażaniem patrzyła na te dziecięce podchody i raz na jakiś czas podejmowała wysiłek zapisania słów wypowiadanych przez profesora. Głównie jednak bazgrała po książce Bellatrix, która przez swoje opadające powieki i beznamiętną minę wydawała się drzemać z otwartymi oczami. Lestrange domyślała się, że przez głowę czarnowłosej musi przelatywać sporo myśli bo nawet nie udawała skupionej na lekcji.
-Nikki błagam.
Cichy szept Edmunda zwrócił jej uwagę. Chłopak obrócił się do siedzącej z niewinnym wyrazem twarzy blondynki i podjął, bezskuteczną zresztą, próbę przekonania jej do swoich racji.
-Przez ciebie nie mogę się skupić. Chciałbym wynieść coś z tych zajęć.
-Przecież nic nie robię.-Nikodel zerknęła kontrolnie na nauczyciela.-Eddie, czy ty masz omamy?
Edmund ciężko westchnął i obrócił się z powrotem. Na usta Nikodel wypłynął sadystyczny uśmieszek. Była niepoprawna. Bellatrix za to chyba ocknęła się ze swojego transu bo jej oczy zwęziły się i powędrowały w stronę tablicy. Widząc zapisaną inkantację tylko pokręciła głową. Znając ją pewnie używała jej już od dawna. Chociaż była nieco leniwa to jednak inteligencja i ambicja była przekazywana w rodzinie każdemu z jej członków.
-Wszystko w porządku?-włosy Isabelle musnęły ławkę kiedy pochyliła się w kierunku przyjaciółki.
Bellatrix westchnęła i wsparła głowę na dłoni. Jej oczy przypominały dwie czarne dziury w twarzy bladej niczym świeży śnieg.
-Jestem zmęczona.-mruknęła przekładając stronę w podręczniku.-Jestem tak cholernie zmęczona.
Isabelle zacisnęła wargi. Bellatrix nigdy nie przyznawała się do porażek, a zniechęcenie czy złość okazywała agresją i wilczym szczerzeniem zębów. W swoim gniewie czy bólu była przewidywalna, zachowywała się jak zagrożone zwierzę. Nigdy jednak nie było w niej zrezygnowania, nigdy nie pokazywała słabości. A teraz czuć od niej było zniechęcenie, pogodzenie z losem i cichą desperację, która mogła ją popchnąć w dwie różne strony. I żadna z nich nie byłaby dobrym wyjściem.
-Czy mój brat...narzuca ci się?-spytała delikatnie Isabelle kątem oka łapiąc uważne spojrzenie Nikodel.
Bellatrix nie odpowiedziała, tylko szarpnęła głową do tyłu. W Isabelle zaczął narastać coraz większy niepokój. Za plecami Bellatrix Nikodel wzniosła w górę rękę i zacisnęła dwa palce w ich starym, umownym znaku.
,,Kłopoty?"
Isabelle ledwie zauważalnie skinęła głową i oczy Nikki się zwęziły. Nie przestała męczyć jednak biednego Edmunda, chociaż jej zaangażowanie w tę rozrywkę dramatycznie spadło. Teraz robiła to bardziej po to by w jakiś sposób wyładować frustrację. Znając ją to najchętniej zacisnęłaby teraz dłonie na gardle Rudolfusa. Lubiła sama zadawać ból. Może właśnie to zbliżyło je do siebie? Fakt, że każda z nich w pewien sposób nie była normalna. Każda z nich lubiła czuć aurę strachu wokół siebie, w mniejszym czy większym stopniu. I żadna nie wahała się kroczyć po trupach.
-Panno Black!
Profesor stanął przy ich ławce i wszystkie trzy zwróciły na niego swoje oczy, chociaż zwrócił się tylko do jednej. Były takie różne. Spojrzenia jednak miały takie same. Stalowe, nieugięte i pogardliwe.
-Słucham?-lekko chropawy głos Bellatrix, pełen wyższości i znudzenia wypełnił pomieszczenie.
Profesor skrzywił się nieco i Isabelle mogłaby przysięgnąć, że wyjątkowo nienawistnie wymamrotał pod nosem ,,Blackowie".
-Proszę zaprezentować formułę zapisaną na tablicy.
Isabelle pokręciła głową. ,,Merlinie, co za kretyn" ,przeleciało jej przez głowę. Bellatrix uniosła swoją różdżkę i profesjonalnym, nieco szyderczym głosem wypowiedziała zaklęcie.
-Fianto Duri!
Cała klasa wstrzymała oddech kiedy przed czarnowłosą Ślizgonką zawisła migocząca, nieprzenikalna tarcza. Z uśmieszkiem tryumfu Bellatrix przez jakiś czas wstrzymywała zaklęcie, aż wreszcie nakazała mu się rozwiać. Nikodel zachichotała w ogłuszającej ciszy, a Isabelle tylko się skrzywiła. Profesor sam zrobił z siebie idiotę każąc jednej z najlepszych studentek czarować na zajęciach teoretycznych. Chcąc zawstydzić Bellatrix strzelił sobie w stopę.
-Pięć punktów dla Slytherinu.-warknął, a na śniadej cerze pojawił się lekki rumieniec.
Bellatrix tylko skinęła głową, a potem bezceremonialnie wyłożyła się na ławce. Nie usłyszała na ten temat żadnego słowa i do końca zajęć leżała nieprzytomnie wpatrując się w ścianę. Nikodel za to oderwała kawałek pergaminu i naskrobała coś na nim pospiesznie, a potem patrząc spod oka na wędrującego przed tablicą profesora zaczarowała świstek tak, że ten pofrunął do Isabelle.
Co się dzieje?
Isabelle przygryzła końcówkę pióra.
Może to przez te zaręczyny, ale wiesz, że Bella sama z siebie nic nie powie. Na pewno coś się święci. Ostatnio Rudolfus jest coś nazbyt zadowolony.
Myślisz, że ten kretyn ją dręczy?
Wiesz, że gdyby podniósł na nią rękę już dawno musiałby się z nią pożegnać. Nie wiem co się dzieje, ale nie podoba mi się to.
Wiesz...to mi pachnie jakąś inną sprawą. Reakcje Belli zawsze są gwałtowne. Co więc mogło wywołać w niej tę...melancholię?
Nie mam pojęcia. Spróbuj ją jakoś przycisnąć, a ja porozmawiam sobie z moim bratem.
Zabrzmiał dzwonek. Isabelle dziękowała Merlinowi za fakt, że w obecnym stanie Bellatrix traciła swoją czujność. W przeciwnym razie nie umknęłaby jej przecież korespondencja z Nikki i obie z blondynką straciłyby głowy.
Po tym czego dowiedział się od Catie Remus przez kilka dni chodził nieco ogłuszony i faktycznie jak przez mgłę kojarzył, że odwiedziny dziwnego chłopaka chodzącego o lasce jakoś się skończyły. Nie mógł sobie jednak ułożyć w głowie w jaki sposób Catie mogła się wplątać w przedziwny trójkąt między Isabelle Lestrange i jej narzeczonego. Naprawdę oboje byli przegrywami. W zasadzie on teraz też znalazł się w niemal identycznej sytuacji i jak współczuł Catie bo Isabelle chyba dało się nawet lubić to on Rudolfusa nie trawił. I szczerze wątpił, że Lestrange wraz z Bellatrix stworzą szczęśliwie małżeństwo. Zresztą, do cholery jasnej, ile oni mieli lat żeby myśleć o małżeństwie? Chory świat czarodziejów i ich czystej krwi. Pod pewnymi względami to naprawdę tkwili w zaścianku.
-Coś się tak zamyślił Lunatyku?-James z wdziękiem słonia wtarabanił się między niego i Petera z miłością grzmocąc Lupina w tył głowy.
-Po twoim radosnym komentarzu o kisielu ze Ślizgońskiego śluzu skupiam się na powstrzymaniu wymiotów.-burknął Remus masując obolałe miejsce.
-Mówiąc o Ślizgonach.-mruknął Peter z wyrazem niesmaku na twarzy.-Czy to nie bracia Lestrange?
Remus nieomal nie oderwał sobie głowy obracają się we wskazanym kierunku. Tuż przy wielkim, wykuszowym oknie stali nachyleniu ku sobie Rudolfus i Rabastan. Na twarzy młodszego z braci malowało się rozdrażnienie.
-Sssss...sss...ssss.
-Poplułeś mi ucho.-Remus odepchnął Jamesa jednak na jego ustach zatańczył uśmieszek.
-Paskudne pijawy.-Peter pokręcił głową.-Gdyby nie fakt, że są braćmi to przysięgam, że wyglądałoby to nieco niepokojąco.
Faktycznie Rudolfus praktycznie wciskał młodszego brata w ścianę, ściskając jedną z jego dłoni w miażdżącym uścisku i coś tam do niego mamrotał. Rabastan w tym czasie nabierał coraz bardziej malowniczego odcienia czerwieni.
-Hmmm...też mi nieco zalatuje gejozą, ale po pięciu latach z Łapą i Remusem chyba zwalił mi się mózg.-stwierdził James łypiąc na Lupina, któremu nieco rozdergały się ręce.
-Twój mózg Rogaś to od dziecka był zgnity i nie próbuj zwalać winy na mnie.-parsknął Remus, ale nie włożył wiele serca w ripostę.
Na widok Rudolfa przed jego oczami na chwilę pojawiła się czerwona mgiełka. Wilk siedzący głęboko w nim zastrzygł uszami i poskrobał pazurami.
-Remus w porządku?-usłyszał nieco przytłumiony, zaniepokojony głos Petera i skinął głową ponownie przywołując na usta uśmiech.
Gdyby pozwolił potworowi, który się w nim gnieździł wyjść poza pełnią znienawidziłby się zupełnie.
-Zaraz się porzygam.-zaśmiał się Remus i szarpnął wyczyniającego jakieś dziwne wygibasy Jamesa.-Chodźmy stąd.
-Nie powstrzymamy tej gorszącej sceny?
-Wstrzymaj konie James. Obiecałeś być grzeczny.
James wydął wargi.
-Przestań tak robić.-Peter przeczesał swoje brązowe włosy.-Na tobie wygląda to obrzydliwie.
-Uuuu...czyli na kimś wygląda to lepiej? Zdradź mi kto zauroczył cię na tyle, że masz odwagę obrażać naczelnego kapitana przystojniaków?
-Och, zamknij się James.
-Nauczyłbyś się pokory łośku jeden.-Remus zmarszczył nos.
-Żaden Potter w historii nie włączył tego słowa do swego słownika.-James uśmiechnął się jak upadły anioł.-Nie mam zamiaru okłamywać samego siebie i udawać, że nie jestem najcenniejszą pralinką w tej bombonierce zwanej życiem.
Remus nie mógł się powstrzymać i wraz z Peterem ryknęli śmiechem. Dobrze było się śmiać. Choć obu dręczyły gorzkie i nieprzyjemne myśli to James był jak słońce, które przepędzało chmury daleko. Remus był nieskończenie wdzięczny, że wszechświat nagrodził go takimi przyjaciółmi chociaż uważał, że wcale na nich nie zasługuje. Zwłaszcza, że ich okłamywał.
-Z czego rżycie?
Syriusz, jak to miał w zwyczaju, zjawił się niespodziewanie. Krawat miał przekrzywiony, a włosy potargane. James wyszczerzył zęby.
-Znowu się z kimś obściskiwałeś?
-Wyobraź sobie, że nie mój wścibski kuzynie. Zajmowałem się nieco mniej przyjemną choć na pewno ciekawszą formą rozrywki.
-No, no, no..-Remus odsłonił swoje kły w ironicznym uśmieszku.-A cóż to takiego jest uważane przez panicza Blacka za ciekawsze niż ładnie wyeksponowany dekolt?
-Tajemnica rozwieje się za kilka chwil mości panowie.-Syriusz wsadził ręce w spodnie.-A teraz ruszamy, tylko postarajcie się wyglądać czysto i niewinnie.
-Niewinny to ty nie byłeś nawet wychodząc z brzucha matki.-parsknął James i zaraz został uduszony przez właściciela szarych oczu, płonących teraz psotnie nad wymachującym rękami Rogaczem.
-Nie zgrywaj kozaka cwaniaczku tylko mów co ci znowu do łba strzeliło.-Remus zacisnął ręce na swojej torbie.-Nie złożyłeś McGonagall niemoralnej propozycji prawda?
Syriusz słysząc te słowa niemal się zapowietrzył, a James korzystając z okazji wbił mu łokieć w brzuch i uciekł z daleka od ramion, które jeszcze kilka sekund temu zaciskały się na jego gardle. Charczący Black nieco stracił ze swojego majestatu kiedy z oczu pociekły mu łzy.
-To był cios poniżej pasa Remusie.-stwierdził Peter chociaż i jemu końcówki ust wywinęły się do góry.
-Znając Łapę to byłby do tego zdolny.
-Nic w tym guście.-wykrztusił w końcu Black.-Chodź dziękuję za pomysł Remusie, nie omieszkam spróbować. Patrząc obiektywnie to McGonagall nie jest taka zła. Musiała być niezłą laską jak była młodsza no i...
Przerwał mu zborowy jęk pełen niesmaku. Syriusz tylko wzruszył ramionami.
-Co teraz mamy?
-Chyba eliksiry.
-Na pewno eliksiry.-Remus pogrzebał w torbie.-W końcu dzisiaj czwartek.
-Mnie się już dni mieszają.
-Chyba raczej w głowie ci się miesza. Ała.-James pomasował obolały bok.-Ale jesteś agresywny Łapciu. Jesteś pewny, że to nie wścieklizna?
Syriusz odwrócił twarz w kierunku Jamesa i zawarczał. James popatrzył na niego zafascynowany i jak zawsze potarmosił swoje i tak pomięte włosy.
-To było super. Zrób to jeszcze raz.-poprosił głosem oczarowanego pięciolatka.
Przechodzący uczniowie wywalili na nich oczy. Syriusz zrezygnowany pokręcił głową.
-Dewiant.-orzekł Remus i zakrył Peterowi uszy.-Zdemoralizuje mi dziecko.
-I tak nie ma dla niego ratunku.-stwierdził James i machnął niefrasobliwie dłonią omal nie strącając sobie okularów.
-Ta beztroska kiedyś cię zabije.-przepowiedział mu ponuro Peter.
Remus głośno wciągnął powietrze.
-Powiedz to jeszcze raz, tylko tak bardziej nawiedzenie...-zwrócił się do Petera, który jak na rozkaz zrobił zeza i zawołał jak naszprycowana prochami koza.
-Ta bestroooosssska kieeedyśśśś cięęę zabijeeeeee!
Z korytarza jakby nieco ubyło ludzi. Syriusz podłubał w uchu.
-O ten efekt ci chodziło Remusie?-spytał przyjaciela, który szedł teraz radośnie podskakując.
-Tak właśnie o ten. Dziękuję Pet.
-Zawsze do usług.
-Głupki.
-Hmmm...a tak z innej beczki to w końcu co robiłeś Syri?
Zanim Syriusz zdążył odpowiedzieć z oddalonej część zamku dobiegł ich nieco przyciszony wybuch.
-Taaak. Cóż...-Syrisz spojrzał na nich niewinnie.-Każdy zna procedurę?
-Stań się owieczką, niewinną owieczką.-zaśpiewał pod nosem Peter.
Cała czwórka ruszyła przed siebie w stronę lochów z anielskimi uśmiechami na twarzy. Aureoli im tylko brakowało.
Isabelle zostawiła Nikodel i Bellatrix we własnym towarzystwie i ruszyła na poszukiwania swojego brata, który w tym roku zaczął pretendować do roli dupka naczelnego. W międzyczasie mignął jej uchachany Black, ale nie zamierzała się zatrzymywać. Zresztą postanowiła pogrzebać kiełkujące w sobie uczucie już jakiś czas temu. Przeszła koło posągu Ernesta Zuchwałego i tym razem wpadła na pozostałe trzy czwarte znanego całej szkole kwartetu. Żaden z nich jej nie zauważył, a ona i tak skupiona była na dwóch postaciach stojących przy wykuszowym oknie. W kilku krokach znalazła się przy Rudolfusie i odciągnęła go od młodszego brata. Fakt, że jej się to udało zdradzał, że Rudolf wcale nie spodziewał się żadnego ataku. Zarozumiały pyszałek.
-Izzy?-Rabastan na jej widok wywalił gały.-Co tutaj robisz?
-O ile mi się wydaje uczęszczam do szkoły.-syknęła na Rabastana.-Czy ten kretyn coś ci zrobił?
Rabastan tylko pokręcił głową.
-Stoję za tobą Isabelle.-warknął Rudolfus chuchając jej w kark.-Czego chcesz?
-Zaraz sobie z tobą porozmawiam. Zmykaj stąd Rab.
-Nie rozkazuj mu.-uniósł się Rudolfus.
-Bo tylko ty możesz?-parsknęła Isabelle.-Sio Rabastanie.
Najmłodszy z ich trójki prychnął jak zirytowany kot i zarzucił torbę na ramię, a potem odszedł rzucając im wściekłe spojrzenia. Isabelle gdy tylko zniknął złapała Rudolfusa za koszulę i przyciągnęła do siebie.
-Co zrobiłeś Bellatrix?
Oczy Rudolfusa się rozszerzyły.
-Co niby miałem jej zrobić?
-Nie narzucałeś się jej?
-Niby po co?-Rudolfus uniósł brwi.-I tak będzie moją żoną więc nie muszę jej do siebie przekonywać. Lepiej zajmij się własnym narzeczonym Izzy i daj mi spokój. Nie mam nic wspólnego z zachowaniem Bellatrix, ostatnio widywałem ją tylko w przelocie.
Isabelle zagryzła wargę.
-Nie podoba mi się to.
-Mnie też się nie podoba, że rzucasz się na mnie jak dzikuska.-Rudolfus poprawił swoją zmiętoszoną koszulę.-To nie jest zachowanie godne naszego rodu.
Isabelle nieco spuściła z tonu. Mimo wszystko brat miał rację. Pewne zachowania po prostu im nie pasowały.
-Dlaczego męczyłeś Rabastana?
Rudolf otworzył usta by jej odpowiedzieć, ale przerwał im huk dochodzący ze wschodniej części zamku. Isabelle doskonale wiedziała kogo ma podejrzewać.
*Zachód purpury stroi mury,
Blask łun na śnieżne szczyty pada;
Odbite zorze drżą w jeziorze,
I szumnie jarzy się kaskada,
Graj, rogu, graj; lot echa wzbił się nad doliną,
Graj, rogu; echa brzmią i giną, giną, giną.
-Znowu je czytasz?
Uniosła głowę w górę, uśmiechnęła się. W tym jej uśmiechu była zaklęta cała mieszanka emocji. W tym jej uśmiechu było coś co chwytało go za serce. Była w nim ona. Był on. Był ból i radość. Była nienawiść i miłość. Była piękna. Naprawdę piękna.
-Pomagają mi się wyciszyć.
Dostrzegł wszystko. Cienie pod jej oczami. Ostrzejszy błysk w oku. Twardość podbródka. Ten chłodniejszy ton w głosie.
Wiedziała, że jej się przygląda, że nic nie umknie temu wzrokowi. Widziała w nim miękkość i dzikość. Nie była też głupia, więc dostrzegła, że spojrzenie chłopca już od dawna zaczyna przypominać spojrzenie mężczyzny. Choć on nie miał jeszcze o tym pojęcia. Zastanawiała też się czy ma prawo wykorzystywać go w ten sposób. Oszukiwać go w ten sposób. Była jednak egoistką. Nie potrafiła wypuścić z garści tego światła jakim emanował. Był piękny. Dla niej.
-Możesz mi poczytać na głos.
Oboje nie chcieli rozmawiać o tym co zaszło. Nie chcieli rozmawiać o przysięgach, które tak niedługo miały ich rozłączyć. Woleli oszukiwać się jeszcze przez chwilę. Przez moment.
Splotła palce z jego dłonią.
Za jakiś czas być może to będzie zbyt mało.
Za jakiś czas być może spojrzą na siebie jak mężczyzna i kobieta.
Za jakiś czas być może rysy, z których sączyła się ciemność staną się zbyt duże i sięgną po różdżki po to by wycelować je w swoje twarze.
Teraz jednak wciąż trwało.
Teraz wystarczyły splecione ręce. Mury szkoły nie pozwalały im się rozpaść.
/
* Tennyson
