Rozdział dwudziesty
Fingon nie zabawił długo, ale choć on pojechał, Maglor pozostał z Maedhrosem i zdawało się, że przestał się w końcu boczyć. Upewniwszy się, że śpiewak sięgnął po swoją harfę i nie zamierzał się nigdzie wybierać, Amras uznał, że może się wypuścić poza obóz bez wyrzutów. Zamierzał przejechać się na okoliczne pola, być może znaleźć braci i nakłonić ich, by wrócili i przestali zachowywać się dziecinnie. Ledwie jednak wyprowadził Rimpalote ze stajni, wiedział już, że raczej będzie musiał zmienić plany.
Caranthir wjechał na podwórze prędko, na zmęczonym koniu. Siedział przechylony w siodle, a jego rumiana zwykle twarz była blada, nieomal szara.
– Moryo! – Amras zostawił luzem własnego wierzchowca, którego właśnie wyprowadził ze stajni, ledwie zobaczył drzewce strzały sterczące z ramienia brata. W kilku krokach znalazł się przy nim.
– Mamy towarzystwo w okolicy – wycedził Caranthir przez zaciśnięte zęby i zaakceptował pomoc przy zsiadaniu. – Ach! – syknął i objął zranione ramię, gdy mimo ostrożności wstrząsnął nim zbyt mocno.
– Potem mi powiesz. Chodź. – Amras otoczył brata ramieniem i poprowadził do domu, uważając, by go dodatkowo nie urazić. – Tyelpe, przyprowadź Alcarino – rzucił przez ramię do bratanka, ledwie ten wychynął z kuźni. Chłopak kiwnął tylko głową i pobiegł po uzdrowiciela; ktoś inny zatroszczył się już o pozostawione na podwórzu konie.
Caranthir poszedł nieco chwiejnie do kuchni i usiadł ciężko na ławie. Amras zerknął tylko, czy przypadkiem nie zamierza się zsunąć, i zakrzątnął się sprawnie przy ogniu, żeby przygotować wrzątek.
– Długo jechałeś? – zagadnął, podsuwając bratu wino. – Jesteś gdzieś jeszcze ranny, prócz ręki?
Caranthir pokręcił głową i kilkoma łykami opróżnił kielich, po czym przytknął go do skroni.
– Trzy godziny przynajmniej, może dłużej – odparł ze znużeniem. – Zaskoczyli mnie na wzgórzach, trzeba będzie posłać oddział i to sprawdzić – nieoczekiwanie dla Amrasa podniósł głowę i warknął z irytacją. – Możesz. Mi. To. Wyjąć?!
– Wolę nie. Alcarino już idzie, będzie wiedział, jak to delikatnie zrobić – wycofał się rudzielec. Nie chciał ruszać strzały, skoro utkwiła tak, że Caranthir nie zdołał sam jej usunąć. – Wytrzymaj jeszcze chwilę.
– Przecież umiesz. Jesteś myśliwym, do diaska!
– Martwemu zwierzęciu nie szkodzi, jak wyjmę z niego strzałę, o ile nie potrzebuję skóry – odciął się najmłodszy syn Feanora, po cichu zadowolony z faktu, że Caranthir się z nim kłóci; znaczy nie było z nim najgorzej.
Alcarino przyszedł z Celebrimborem depczącym mu po piętach, który jednak czmychnął z kuchni, gdy tylko zobaczył, że jego pomoc nie będzie potrzebna. W drzwiach omal nie zderzył się z Maglorem, który wpadł z impetem do środka.
– Co się dzieje, Alcarino? Mai... Moryo!
– Tak, ja też się cieszę, że cię widzę – warknął Caranthir. – Czy któryś z was mógłby się pofatygować i mi to wyjąć? – powtórzył z urazą.
– Za chwileczkę, Morifinwe – odparł spokojnie uzdrowiciel, rozkładając na kuchennym stole potrzebne rzeczy. – Uwierz, że nie chcesz, żebym ci to wyciągał na żywca.
– Nie będziesz mnie niczym usypiać! – zajeżył się Caranthir. – Nie ma mowy!
– Skoro nie chcesz, twoja wola – wzruszył ramionami Alcarino i rzucił Amrasowi niewielkie pudełko. – Zaparz.
Maglor tymczasem pochylił się nad siedzącym bratem i zajrzał w oczy, przejechał ręką po czole. Caranthir zmierzył go ponurym spojrzeniem, jakby zamierzał odgryźć mu palce, ale zaakceptował pomoc przy rozbieraniu. Śpiewak za to wyglądał, jakby nie wiedział, czy ma się niepokoić czy irytować. Nie powiedział jednak ani słowa.
– Pij – polecił Alcarino i podał rannemu kubek. – To tylko uśmierzacze.
Wzrok Caranthira padł na długie łyżki w rękach uzdrowiciela i elf pobladł nieco. Już bez szemrania wychylił kubek i zerknął tęsknie na Amrasa, jakby nadal wolał, by to brat usunął strzałę.
– Pomożesz mi, Telvo – polecił Alcarino, najwyraźniej wyłapawszy spojrzenie Caranthira. – Przytrzymasz brata.
– Nie trzeba mnie trzymać – zaprotestował ranny, ale zezował niepewnie na łyżki, którymi Alcarino zamierzał wydłubać grot z zadziorami.
– Pityo, Alcarino – poprawił uzdrowiciela Amras ze wzrokiem nagle wbitym w podłogę.
– Nareszcie – westchnął cicho Alcarino i położył mu przelotnie rękę na ramieniu. – Przytrzymaj, proszę.
Uwaga najmłodszego syna Feanora zdziałała więcej niż wszystkie wcześniejsze próby uciszenia niecierpliwego pacjenta. Caranthir zamilkł zdumiony, co takiego wydarzyło się w domu pod jego nieobecność. Maglor natomiast zamierzał chyba skorzystać z okazji i zbesztać go za brak rozwagi, ale to uciął w zalążku uzdrowiciel, również i jego goniąc do pomocy.
xxx
– Co to za zamieszanie? – zapytał Maedhros, gdy przy drzwiach kuchni minął go Maglor z czystą koszulą przerzuconą przez ramię. Najstarszy syn Feanora zatrzymał się w progu i omiótł pomieszczenie czujnym spojrzeniem. – Moryo? Co się stało? – Natychmiast wyłapał ponurą minę młodszego brata i grubo zabandażowane ramię.
– Oberwał orczą strzałą – wyjaśnił Maglor, pomagając Caranthirowi się ubrać.
Maedhros spiął się cały, w złości przygryzł wargę.
– Pokaż – zażądał, podchodząc powoli do ławy, gdzie siedział Caranthir.
– Alcarino już opatrzył – zauważył Maglor ze zdziwieniem, na co starszy brat wywrócił oczami z irytacją.
– Strzałę mi pokaż. – Maedhros sam sięgnął po złamane drzewce leżące na stole i przez moment przyglądał się uważnie grotowi. W końcu pokiwał głową z zadowoleniem i usiadł obok Caranthira, odrzucając strzałę na blat. – W porządku, nie powinna być zatruta.
– Po czym poznajesz? – zainteresował się Caranthir; bezwiednie wyciągnął zranioną rękę, żeby obejrzeć grot i stłumił jęk zmieszany z przekleństwem.
Maedhros wziął resztki strzały i wyjaśnił, na czym polegają różnice w budowie grotu. Maglor pochylił się nad braćmi, by także się przyjrzeć, a w międzyczasie Amras przyniósł niemal już kompletną mapę najbliższych okolic.
Caranthir, który był współautorem map i większość okolicy zjeździł razem z Amrasem, ledwie rzucił okiem na płachtę.
– Tutaj – wskazał czubkiem noża właściwe miejsce. – Pokraki przestają bać się słońca, skoro zapuściły się aż tak daleko.
– Tam było mnóstwo pieczar – zauważył Amras. – Dość miejsca, żeby i większe oddziały mogły się ukryć za dnia.
– Właśnie, pamiętasz tamten jar, gdzie kiedyś trafiliśmy na młodego lisa? – przypomniał Caranthir; Amras kiwnął głową. – Przejście trochę się osypało, trzeba uważać na kopyta. Chociaż jak teraz myślę, to nie wiem, czy głazy zsunęły się same, czy ktoś im w tym pomógł.
– Sprawdzimy to – podsumował krótko Maglor. – Smyku, poprowadzisz? W takim razie zbieraj się.
– Jedziesz też? – upewnił się Maedhros, nieco zdziwiony.
– Mhm – Maglor w roztargnieniu skinął głową, zabierając w locie kawałek ciasta. – Muszę się rozejrzeć, nie za dobrze znam tamtą część wzgórz. Poślecie słowo do Tyelko? Świetnie. Raczej nie spodziewaj się, że dzisiaj wrócimy, Maitimo. – Maglor zakręcił się jeszcze przy blacie, zgarnął dwa bukłaki. Dopiero w drzwiach obejrzał się na braci. – Poradzicie sobie? Gdyby coś było nie tak, Moryo, idź do Alcarino.
– Kano – rzucił ostrzegawczo Maedhros, widząc, że Caranthir lada moment wybuchnie. – Damy sobie radę. Ty lepiej uważaj na Smyka – dorzucił z cieniem rozbawienia w głosie.
– Zawsze. – Maglor roześmiał się cicho i wyszedł.
– Jesteś zdecydowanie mniej irytującym starszym bratem – podsumował Caranthir, gdy zostali sami. Dopiero teraz oparł się o ścianę i wbił ponury wzrok w blat.
– Miło słyszeć – prychnął Maedhros, ale potem przyjrzał się bratu badawczym wzrokiem, rejestrując jawne oznaki dyskomfortu. – A tak poważnie, jak ręka?
– A jak myślisz? – warknął zirytowany Caranthir i przygarnął ciaśniej ramię, żeby go nie urażać przy ruchu. – Boli – poskarżył się cicho, jakoś tak dziecinnie.
– Wiem.
– Myślałem, że będzie lepiej, jak już Alcarino usunął grot – przyznał Caranthir; teraz, gdy byli tylko we dwóch, wyglądał na bardziej przybitego. – Już chyba lepiej było go zostawić...
– Wiesz przecież, że nie – zauważył trzeźwo Maedhros. – Możesz poruszyć palcami? Nie drętwieją?
– Mogę. – Młodszy z braci demonstracyjnie zgiął i rozprostował palce. – I nie, z czuciem wszystko w porządku – skrzywił się.
Maedhros zwalczył odruch, by przysunąć się bliżej i objąć go ramieniem. Caranthir, w przeciwieństwie do Maglora i bliźniaków, nigdy nie był specjalnie chętny na takie przejawy czułości, a teraz już zniósł wystarczająco dużo krzątaniny. Dla Maedhrosa natomiast, który sam przywykł ostatnio puszczać mimo uszu pytania o samopoczucie, sytuacja, w której role się odwracały, była niemal obca. Zdawało się jednak, że młodszemu bratu to nie przeszkadza.
– Dobrze, chyba udało ci się uniknąć trucizny – pierworodny Feanora uśmiechnął się pokrzepiająco do brata. – Pierwszy raz dostałeś strzałą?
– Mhm... Po tym, jak cię straciliśmy, Makalaure zrobił się nadopiekuńczy. Zwłaszcza Amrasa starał się trzymać z dala od niebezpieczeństwa, bo chyba uważał, że może zrobić coś głupiego, a mi kazał mieć na niego oko. Wiesz, że Curvo i Tyelko zawsze pilnują sobie wzajem pleców.
– A kto pilnował Makalaure?
– Jak myślisz? – Caranthir zerknął na brata z ukosa. – Chyba każdy, na swój sposób. Ale to i tak Smyk nas najbardziej nastraszył. Między innymi na nim Alcarino uczył się, jak leczyć trucizny Nieprzyjaciela.
– O?
– Nic nam nie powiedział, póki się nie pochorował – wyjaśnił Caranthir. – Na szczęście nic poważniejszego się nie stało, ale przez następnych parę dni chodził blady, struty i wściekły – wzruszył ramionami i syknął. – Au!
– Chodź, myślę, że coś poradzę – zaproponował Maedhros i dźwignął się o stół, zanim Caranthir zdążył zaoferować mu pomoc. Poszedł powoli do swojego pokoju, pewien, że młodszy brat za nim podąży.
Leki od Alcarino mógłby szykować z zamkniętymi oczami, a ich skład recytować obudzony w środku nocy. Wsypał do kubka mieszankę uśmierzającą, a po zerknięciu na ponurego Caranthira dorzucił jeszcze środek nasenny.
– To chyba twoje – uśmiechnął się Maedhros, wyciągnąwszy z szafy czerwoną szarfę, którą Caranthir zostawił kiedyś u niego.
– Mhm.
Wspólnymi siłami zrobili z szarfy temblak i Maedhros odesłał młodszego brata do kuchni, żeby zaparzył sobie zioła, a sam ulokował się w fotelu. Caranthir wrócił po chwili z parującym kubkiem. Powąchał zawartość i skrzywił się z obrzydzeniem.
– Smacznego – mruknął Maedhros. – Chodź tu, na łóżko – zaprosił, widząc, że brat kieruje się do stołu.
Caranthir spojrzał na niego krzywo, ale posłusznie usiadł na łóżku.
– Ty się na mnie mścisz za pojenie cię tymi świństwami – stwierdził ponuro. Dmuchnął w kubek i upił łyk.
– To świństwo bardzo dobrze działa, zobaczysz – odparł spokojnie Maedhros. – Pij.
Caranthir prychnął, ale posłusznie opróżnił kubek i ostentacyjnie pokazał bratu puste dno. Odstawił go na szafkę i objął zranioną rękę ramieniem.
– Połóż się lepiej – zasugerował pierworodny Feanora, obserwując, jak brat szuka sobie wygodnej pozycji. – Śmiało.
– Po co? Nie chcę spać.
– Zaraz będziesz chciał – uśmiechnął się Maedhros. – Zdejmij buty i kładź się, bo potem ja to będę musiał zrobić, jak tak zaśniesz.
– Ty mi tam czegoś dosypałeś! – zorientował się Caranthir. – Nelyo! Miałeś być mniej irytujący!
– Mogłem poprosić Alcarino, żeby wrócił i ci coś przygotował, ale skoro nic nie dał, to założył, że sami sobie poradzimy – wzruszył ramieniem Maedhros. – Kładź się.
– Oż, ty przeklęty, podstępny... – wymamrotał Caranthir, ale pochylił się i mrucząc wciąż pod nosem, z trudem wyplątał nogi z butów. Ruchy miał coraz miększe, ale wbrew obawom Maedhrosa nie poleciał na twarz. Osunął się za to na poduszki, ledwie usiadł.
– Silne to draństwo... Czym tyś mnie upił?
– Nie bój się, kaca po tym nie będziesz mieć – obiecał Maedhros, obserwując nieco z rozbawieniem, jak młodszy brat walczy ze snem.
– Kano mnie zamorduje... – wymamrotał Caranthir.
– Szzszt, nikt nikogo nie będzie mordować – uciszył go starszy brat. – Śpij. Jeśli będę czegoś potrzebować, poproszę Tyelpe – obiecał, przemilczając fakt, że żeby wyegzekwować cokolwiek od bratanka, musiałby najpierw pójść i wyciągnąć go z kuźni. Celebrimbor korzystał z okazji, że miał cały warsztat tylko dla siebie pod nieobecność ojca, więc Maedhros nie zamierzał mu psuć zabawy, jeśli tylko nie będzie pilnej potrzeby.
Caranthir zasnął chwilę później, a pierworodny Feanora usiadł wygodniej w fotelu i wziął ze stolika kartki gęsto zapisane przez Maglora. Bracia jakiś czas temu uznali, że niezłym sposobem na zajęcie czasu będzie nauka języka miejscowych elfów, a Maedhros podchwycił pomysł; wypadało nauczyć się go poprawnie, z właściwym akcentem. Teraz też skupił się na obcych słowach, zwracając uwagę, w jaki sposób Noldorowie zaadaptowali alfabet ojca do sindarinu, jak nazywali język Moriquendich; zerkał tylko co jakiś czas, czy na twarzy brata nie pojawiają się niezdrowe wypieki świadczące o tym, że dzieje się coś niedobrego.
Nerwowa atmosfera ostatnich dni i rozmowa z Fingonem zmęczyły go bardziej, niż przypuszczał. Musiał przysnąć w fotelu, bo obudził go dźwięk otwieranych drzwi. Maedhros poderwał czujnie głowę, zerknął, czy młodszy brat ciągle śpi.
– To tylko ja – uspokoił go Alcarino i wszedł cicho do środka. – Chciałem sprawdzić, czy wszystko w porządku, ale widzę, że tak.
Maedhros kiwnął niepewnie głową i przyjrzał się uważniej Caranthirowi z poczuciem winy. Miał przecież na niego uważać, a tymczasem znów zasnął w trakcie czytania. Młodszy brat spał jak zabity i nie ruszył się nawet wtedy, gdy uzdrowiciel dotknął do jego czoła i sprawdzał krążenie w zranionej ręce.
– Dałem mu to, co mi dawałeś na sen – odezwał się Maedhros. – Zadziałało błyskawicznie. Aż za szybko – przyznał z niepokojem.
– Dla Morifinwe wystarczyłaby mniejsza dawka – wyjaśnił Alcarino. – Tobie musiałem zwiększyć, bo nie działało. Ale to nie szkodzi, nawet jeśli będzie spał do rana, nic się nie stanie – zapewnił zaraz.
Alcarino zorientował się chyba, że w domu nikogo nie ma, bo zanim wrócił do siebie, przyniósł Maedhrosowi kolację. Chciał zajrzeć do Celebrimbora, wychodząc, ale pierworodny Feanora powstrzymał go; nie było potrzeby.
Maedhros został sam. Za oknem zapadł zmierzch, ale w pokoju świeciła się tylko jedna kryształowa lampka. Pierworodny Feanora obserwował młodszego brata, aż w pewnym momencie nie wytrzymał i przysiadł obok na łóżku, dotknął, by samemu przekonać się, że nie dzieje się nic złego. Caranthir spał spokojnie, bezpieczny. Maedhrosa uderzyło nagle, jak być może niewiele brakowało, a młodszy brat z pewnością nie byłby bezpieczny, w domu. Serce zmroziła myśl, że przecież orkowie mogli nie tylko zranić Caranthira, ale równie dobrze schwytać go, rannego i bezbronnego, a zorientowawszy się, kogo złapali, powlec ze sobą aż do czeluści Angbandu.
W pokoju zrobiło się lodowato. Maedhros zerknął na otwarte okno; teraz zrozumiał, skąd u młodszych braci wziął się nawyk zasłaniania szczelnie okien. On sam, choć wiedział, że znajduje się w sercu obozu, otoczony przez setki Noldorów, miał potrzebę chronienia rannego, śpiącego brata. Nagle poczuł się bardzo bezradny i samotny. Gdyby chociaż któryś z braci był w domu...
Nie wrócili. Maedhros zorientował się, że zmierzch dawno już zapadł, a nie wrócili ani Celegorm i Curufin, ani Maglor z Amrasem. Przez głowę przemknęła myśl, że atak na Caranthira był tylko przynętą, by wywabić pozostałych synów Feanora z obozu. To by tłumaczyło, dlaczego orkowie nie ścigali Caranthira, żeby go dobić lub zabawić się nim w okrutny sposób. Jeżeli Maglor wpadł w zasadzkę...
Maedhros posiedział jeszcze chwilę przy bracie, ale niepokój nie pozwalał mu tkwić w miejscu. Rozdarty między obowiązkiem czuwania nad rannym i nakazem działania, w końcu poprawił koc okrywający Caranthira i wyszedł na poszukiwanie bratanka.
