Link do oryginału znajdziecie na moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
ROZDZIAŁ 21
Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, jak wiele piosenek country opowiada o miłości. W prawie każdej z nich wokalista śpiewał albo o kochaniu, albo o stracie kogoś, albo o zdradzie. Takie utwory puszcza się zazwyczaj w jakichś muzycznych klubach na sobotnich imprezach, więc powinny mi nieco umilić powrotną podróż do domu, lecz stało się odwrotnie. Kolejne teksty o tym, jak to bardzo ktoś kogoś kocha albo jak głęboko został zraniony doprowadzały mnie jedynie do łez. Przez dłuższy czas starałam się je ignorować, skupiając się przede wszystkim na ścieżce instrumentalnej, ale gdy Garth Brooks zaczął śpiewać „More than a memory", musiałam wyłączyć radio.
Mama zerknęła na mnie ukradkiem, nic nie mówiąc. W ogóle nie rozmawiałyśmy zbyt wiele podczas jazdy. Cały czas obserwowałam zmieniający się za oknem krajobraz, myśląc sobie, że z każdą sekundą coraz bardziej oddalałam się od miejsca, w którym pragnęłam być.
Pomimo usilnych prób wyrzucenia „More than a memory" z mojej głowy ta piosenka nadal w niej pobrzmiewała. Dokładnie słyszałam delikatny głos wokalisty śpiewającego: „To zabierze mi trochę czasu, ale w końcu zapomnę"... Właśnie do tego musiałam dążyć. Może jeśli pozostanę w Kentucky dość długo, zajmę się czymś, odnowię kontakty ze znajomymi... z Ronnym... to zapomnę? Albo przynajmniej nie będę się już tak bardzo tym wszystkim przejmować? Przecież poznałam Embry'ego dopiero tydzień temu, więc nie powinnam mieć z tym większych problemów. Jednak to były dopiero pierwsze linijki tekstu. Następne mówiły o tym, jak bardzo chłopak próbował wyrzucić pewną dziewczynę ze swojej pamięci, ale okazało się to niemożliwe i zawsze pozostanie ona dla niego „czymś więcej niż wspomnieniem". Obawiałam się, że w moim przypadku nie będzie inaczej...
Mama zaplanowała „przekazanie" mnie Rhettowi w Colorado. Chciałam zapytać ją, dlaczego nie mogłam po prostu polecieć do domu samolotem, ale już znałam odpowiedź – nie ufali mi.
Gdy zobaczyłam mojego brata opierającego się o maskę swojej furgonetki zaparkowanej przy jakimś motelu, cały smutek i żal momentalnie ze mnie wyparowały. Pomimo kilkuletniej różnicy wieku zawsze świetnie się dogadywaliśmy. Byliśmy też do siebie bardzo podobni. Oboje mieliśmy brązowe, kręcone włosy i zielone oczy, chociaż tak właściwie to nie wiedzieliśmy, skąd się u nas wzięły. Mama mówiła, że odziedziczyliśmy je po pradziadkach, jednak ja po cichu liczyłam na to, że zostaliśmy adoptowani.
- Hej, Dix – powiedział z uśmiechem i mnie uścisnął, kiedy wysiadłam z auta. Ewidentnie wszystko wiedział. Zresztą pewnie całe miasteczko już wiedziało. Powrót do szkoły okaże się zatem o wiele trudniejszy...
- Hej, Rhett – odparłam, przytulając się do niego mocniej. Po przywitaniu się z mamą przeniósł moje bagaże do swojego samochodu. Przyglądałam mu się z myślą, że moje życie znowu wywracało się do góry nogami. Teraz wydało mi się to bardziej oficjalne. Znalazłam się po drugiej stronie barykady, tylko że ta strona wcale nie była właściwa.
- Zadzwoń, kiedy dotrzecie na miejsce, skarbie – powiedziała mama, przytulając mnie na do widzenia.
- Mhm – mruknęłam tylko w odpowiedzi. Zauważyłam, że oboje z Rhettem wymienili znaczące spojrzenia, ale ich zignorowałam i ruszyłam w stronę motelu. Mój brat szybko pobiegł za mną, a po chwili usłyszałam, że mama odjechała.
Rhett położył mi dłoń na ramieniu i spytał:
- Więc... jak się czujesz?
- Naprawdę chcesz to wiedzieć? – odpowiedziałam gorzkim tonem.
- No... tak. – Zerknęłam na jego zmieszany wyraz twarzy i lekko się uśmiechnęłam.
- Miałabym się znacznie lepiej, gdybym została w Forks – wymamrotałam w końcu.
Rhett westchnął.
- Nie wiem za wiele o tej całej cholernej sytuacji – przyznał – ale coś czuję, że rodzice nieco przesadzili. – Pokiwałam gorączkowo głową, ale mnie zignorował i kontynuował: - Jednak pomyśl o tym inaczej. Wszyscy w La Grange strasznie się za tobą stęsknili. Cieszymy się, że wróciłaś.
- Tak, ja też za wami tęskniłam – odparłam automatycznie. Rzeczywiście trochę tęskniłam, ale teraz oddałabym wszystkich przyjaciół, by móc z powrotem być z Embrym...
Na tę myśl zacisnęłam szczękę. To wcale nie na tym polegało to całe „zapominanie".
Tę noc Rhett i ja spędziliśmy w motelu, a rano wybraliśmy się w naszą siedemnastogodzinną podróż do Kentucky. Mój brat włączył radio i nie chciał go wyłączyć, więc bardzo starałam się nie zwracać na nie uwagi. Skupiłam uwagę przede wszystkim na zmieniającej się za oknem scenerii. Znacznie częstszym widokiem stały się rozległe pola. Zbliżał się wrzesień, więc już dawno rozpoczęła się pora żniw. Z powodu olbrzymiej przestrzeni poczułam się taka... wolna, bo już powoli zaczynałam przyzwyczajać się do tego małego, deszczowego pudełka zwanego Forks. W pewnym momencie minęliśmy ciężarówkę z przyczepą załadowaną sianem. Rhett uniósł rękę w geście powitania, a nieznajomy kierowca uczynił podobnie. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że tęskniłam za taką otwartością.
Dotarliśmy na miejsce po dwudziestej drugiej. Przejechaliśmy przez główną ulicę, gdzie musieliśmy ominąć wagony kolejowe. La Grange to chyba jedyne miasto, przez którego główną ulicę kilka razy dziennie przejeżdżają pociągi.
Niewielki domek babci i dziadka znajdował się na obrzeżach miasteczka. W jego sąsiedztwie rozciągało się olbrzymie pole, aktualnie ogołocone. Tylko w niektórych miejscach dostrzegłam stosy roślin ściętych przez potężne kombajny.
Babcia i dziadek wyszli na zewnątrz, by się z nami przywitać. Babcia była niska i puszysta. Przypominała idealne wyobrażenie poczciwej staruszki z bajki. Nie potrafiłam sobie jednak wyobrazić, jak daje psu kość, bo nie cierpiała tych zwierząt. Z kolei dziadek je uwielbiał, więc, wbrew sprzeciwom babci, w pobliżu zawsze kręcił się przynajmniej jeden. Dziadek był wysoki i chudy, a jego skóra zrobiła się bardzo szorstka od lat ciężkiej pracy. On i babcia pochodzili z północnej części Kentucky, z Appalachów. Zaliczał się do tych szczęśliwców, którym udało się znaleźć pracę poza górami.
- Tak się cieszę, że wróciłaś, skarbie – powiedziała babcia, szybko mnie przytulając. – Tu ci będzie zdecydowanie lepiej niż w tamtych niebezpiecznych stronach. – Ta kobieta nigdy nie owijała w bawełnę.
- Też się cieszę, że was widzę – odparłam uprzejmie, zabierając swoje torby z bagażnika. Po chwili dziadek wziął je ode mnie i wszyscy weszliśmy do domu.
Czarny labrador, Rocky, podskoczył radośnie na mój widok. Język zawadiacko zwisał mu z pyska, jakby głupio się uśmiechał, ale kiedy spojrzałam w jego oczy, poczułam w sercu ogromny ból. Miał takie same piwne oczy jak Embry... Pies zaszczekał wesoło, ale tym razem go zignorowałam i ruszyłam w kierunku pustej sypialni. Dziadek, babcia i Rhett poszli za mną.
- Jeśli nie macie nic przeciwko, to chciałabym iść już spać – powiedziałam. Dziadek postawił bagaże na podłodze i pokiwał tylko głową, kładąc mi dłoń na ramieniu. Zazwyczaj nie mówił zbyt wiele. Brat uściskał mnie na pożegnanie, po czym wszyscy wyszli z pokoju. Samotność spowodowała, że wszystkie problemy znowu wypłynęły na powierzchnię. Usiadłam na łóżku i podciągnęłam kolana pod brodę.
Zamiast rozpamiętywać pobyt w Forks pomyślałam sobie o przyjaciołach, których wcześniej tutaj zostawiłam. W ciągu paru następnych dni miałam wrócić do szkoły i znowu się z nimi spotkać. Wiedziałam, że będę bombardowana mnóstwem pytań... Zastanawiałam się też, jakiego zachowania oczekiwał ode mnie Ronny. Pewnie liczył na to, że nic się nie zmieniło i nadal chciałam z nim być. Cóż, mogłam spróbować, jednak sama myśl o związku z nim powodowała, że czułam się dziwnie.
Westchnęłam i oparłam głowę na kolanach. Rocky uderzył łapą w drzwi i zaskomlał cicho. Nie zareagowałam, więc jego niewinny skowyt przerodził się w desperackie wycie. Obróciłam się i zakryłam uszy poduszką. Na niebie widniała okrągła tarcza księżyca, którego nikłe światło powodowało powstawanie tajemniczych cieni. Wyobraziłam sobie Embry'ego wchodzącego do mojej sypialni przez okno, jak zrobił to zaledwie parę dni temu...
Zamknęłam oczy i wygoniłam te myśli ze swojej głowy. Próbowałam zapomnieć, ale okazało się to znacznie trudniejsze niż przypuszczałam.
