21.

Wirowało jej w głowie. Dotyk jego ust, ciepły oddech, szczupłe dłonie na jej policzkach - wszystko trwało tyle, co mgnienie oka, a ona i tak nie mogła zebrać myśli. Jakim cudem niewinny z pozoru pocałunek mógł być jednocześnie tak zmysłowy? I taki czuły?
Nie miała pojęcia.
Otworzyła oczy i zobaczyła jego twarz. Patrzył na nią z bliska, z tym znajomym półuśmiechem, w charakterystyczny dla siebie sposób unosząc lewą brew.
- Tęskniłaś? - spytał cicho.
Przez chwilę nie była w stanie nic powiedzieć. Miała wrażenie, że tym jednym pytaniem wreszcie ułożył do końca ich wspólne puzzle na właściwych miejscach.
Że wspomnienia jakie mieli, sytuacje w których się znajdowali, walki, jakie oboje gdzieś po drodze staczali - to wszystko było po coś. Wszystko prowadziło właśnie do tego momentu. Do tego, by on też do niej wrócił, by tym razem to on ją znalazł, on wykonał pierwszy krok.
Tak czuła, i nic nie mogła na to poradzić. I miała nadzieję, że on też to rozumie.
Odruchowo przysunęła się bliżej i powoli oparła dłoń na jego piersi.
- Tak - odpowiedziała szeptem. - Bardzo.
Nakrył jej rękę swoją i uśmiechnął się po swojemu. Widziała z bliska, jak błyszczą mu oczy. I tak, definitywnie wszystkie zmarszczki miał teraz na swoich miejscach. A poza tym był nieludzko potargany.
Widocznie musiał przed chwilą wymyślić sporo nowych rozwiązań.
Spojrzała z bliska na ich splecione palce i nagle dotarło do niej, co przedstawia nadruk na jego koszulce.
Krowa.
Boże, tylko on mógł przyjść do Instytutu dumnego Pete'a Tylera ubrany w ciuchy z podobizną bydła rogatego.
Parsknęła cicho i pokręciła głową.
- Co? - spytał niepewnie.
- Koszulka - wyjaśniła szybko. - Czy to na cześć świata gdzie nie ma gąbczastej encefalopatii?
- Pewnie - odpowiedział, prostując się nieznacznie. - Kupiłem wtedy, pierwszego dnia. Jackie mi ją teraz podrzuciła.
- Mama? - Ze zdumienia omal się nie przewróciła. - Co ona...
- Wpadła mnie odwiedzić. Przyniosła mi jedzenie i rzeczy. Oczywiście kompletnie bezinteresownie.
- Oczywiście - przytaknęła ze śmiechem.
- Nie masz jak wsparcie teściowej - skomentował słodko Russel wyłaniając się zza ramienia Johna i tym samym dość brutalnie uświadamiając im, że nie są sami.
Do Rose nagle dotarło, że za ich plecami trwa od dłuższej chwili szuranie stóp, przestępowanie z nogi na nogę i poszturchiwania.
- Pamiętacie o nas, gołąbki? - upewnił się Steve, patrząc na nich z udawanym rozmarzeniem.
- Oj, no nie przeszkadzajcie sobie - uspokoił ich Lars, kiwając się lekko. - Zaraz idziemy, tylko John powie nam co dokładnie mamy zacząć przygotowywać. Tak na wszelki wypadek, gdyby Pete chciał nas rozstrzelać za to, że wszystko w proszku.
- Jaaa... Tak. Cóż... - zmieszał się wyraźnie i szybko odwrócił w ich stronę, ale ani na moment nie puścił jej ręki. - Zaraz wszystko rozdzielę.
- To ja nie będę przeszkadzać - wtrąciła prędko, odnotowując, że sześć par męskich oczu wgapia się w nią otwarcie. Szczerze mówiąc, akurat ekipę zgromadzoną tutaj znała mało. Przez sześć lat mijała tych mężczyzn na korytarzach, ale nie wiedziała o nich prawie nic, a ponieważ zawsze wydawali jej się dość pyskaci, a nawet rubaszni, wolała trzymać się od nich z daleka. Wychodziła z założenia, że dawno minęły czasy, kiedy była otwarta na ludzi, a na każde ich jedno zdanie przypadało jej pięć. I te momenty, gdy jednym zalotnym uśmiechem potrafiła załatwić absolutnie wszystko, przekonana że jej urok osobisty i uroda, zadziałają bez pudła.
Cóż, teraz była głównie wychudzonym dziwolągiem. Dlatego wolała raczej schodzić z drogi niemal wszystkim współpracownikom i po cichu robić swoje.
I nie mogła przypuszczać, że poczuje się zupełnie na swoim miejscu, będąc z nimi wszystkimi w jednym pokoju przez tak długą chwilę.
Nagle zrozumiała, że to również jest zasługa Johna - że swoją naturalnością, zaraźliwym śmiechem, swobodą i pytaniami zadawanymi niemal niepostrzeżenie zawsze potrafił zjednywać sobie ludzi. I teraz część swoich dobrych fluidów musiał - znowu - w niepojęty sposób przekazać też jej. I to tak, że autentycznie nie miała ochoty stąd wychodzić, choć normalnie powinna przecież być przynajmniej skrępowana.
Może mam więcej cech po matce, niż mi się wydawało, pomyślała w nagłym przebłysku humoru.
A potem spoważniała gwałtownie, bo jeden z mężczyzn, który do tej pory stał odwrócony do niej tyłem i przyglądał się planom teleskopu, obejrzał się nagle.
Owen.
Mimowolnie zrobiła krok w jego stronę, nie do końca wiedząc, co właściwie chce zrobić. Zwymyślać go przy wszystkich? Udusić gołymi rękami? Pozwolić wciągnąć się w dyskusję i kazać wszystko wytłumaczyć? Zaproponować rozmowę i stanowczo poprosić, by dał sobie spokój?
Nabrała powietrza w płuca i wtedy poczuła, jak John mocniej zaciska dłoń na jej palcach.
- Zostaw to - szepnął jej do ucha. - Już załatwione, opowiem ci później.
- Kiedy? - spytała cicho.
- Jak tylko stąd wyjdziemy.
Odetchnęła głęboko, odwróciła się i spojrzała mu w oczy. To był ułamek sekundy, ale wystarczyło, żeby uświadomiła sobie, że przecież wcale go o to nie prosiła.
Po prostu nie umiałaby poprosić.
Od sześciu lat, od czasu gdy rozdzielono ją z Tamtym, uczyła się - wciąż i wciąż od nowa - jak radzić sobie bez niczyjej pomocy. Przyzwyczajała się do myśli że jego już nie ma, że jej nie ochroni. I to nawet nie przed złymi kosmitami, tylko przed ludzką głupotą czy nieżyczliwością. Bo - odkąd odszedł - przekonała się nie raz jacy ludzie potrafią być paskudni. A może po prostu stawali się tacy właśnie dlatego, że nie miała na codzień tej jego niezachwianej pewności, że są wspaniali?
Sama już nie wiedziała.
Liczyło się tylko to, że wrócił i znów stał za nią murem.
Że nie była już zdana tylko na siebie.
Wrócił do niej.
Zauważał wszystkie drobiazgi, jakie Tamtemu umykały. I miał wszystkie ich wspólne wspomnienia.
Jak mogłaby go nie kochać?
Uśmiechnęła się i wspięła się na palce.
- Spotkamy się przy wyjściu - szepnęła. - Na razie, chłopaki! - zawołała i pomachała odruchowo wpatrzonym w nią naukowcom.
Sekundę później dotarło do niej, że gdyby nie miała go obok, pewnie nawet nie przyszłoby jej do głowy by to zrobić. Ale teraz...
- OK. - Skinął tylko głową, patrząc na nią roześmianymi oczami.
- Ekhem - dobiegło w tym samym momencie zza ich pleców. - Nie żebym chciał wam zakłócać spokój...
-...ale Owenowi właśnie wibrowała komórka - dokończył Mike, porozumiewając się wzrokiem z Russelem. - On ma mocne wibrato, sam słyszałem.
Lekarz postąpił krok do przodu.
- Nic mi nie...
- Cicho - warknął Russel, szturchając go w żebra. - To na pewno Pete. I zaraz pourywa nam łby, mówiłem.
- Ale... - próbował wtrącić John.
- Oczywiście, miłość jest najważniejsza - pospieszył z zapewnieniem Steve. - Owen nawet urzą...
- Zamknij mordę - uciszył go Lars i wyszczerzył się do Rose. - Nie przy damach.
Zachichotała, opierając mimowolnie czoło o ramię Johna. Najwidoczniej fakt, że odezwała się do nich w taki sposób jakoś ich ośmielił. I wyraźnie się rozkręcali.
- Ale tam, przesadzacie. - Russel niefrasobliwie wzruszył ramionami. - Ja chcę się w końcu dowiedzieć, kto wy...
- Davidson, słowo daję, urwę ci...
- Nie strasz mnie, przecież to był twój pomysł!
- Zatłukę...!
- Cśśśśś! - John poniósł ręce i położył palec na ustach. - Cśśś. Zaraz wszystko ustalimy.
W ciszy jaka nagle zapadła, Rose zagapiła się na niego mimowolnie. Cholera, była naprawdę ślepa, nie widząc do tej pory, jak bardzo był jej.
Podszedł do nich energicznie i wskazał jakieś miejsce na planie.
- Steve, Phil - rzucił krótko. - Do jutra przygotujcie wszystkie części Gallileoskopu. Mike, chcę mieć dokładne pomiary odległości od siebie poszczególnych konstelacji o każdej porze na przestrzeni ostatnich trzech lat. Russel?
- Tak? - Davidson stanął niemal na baczność, ale kiedy John się odwrócił, spojrzał na Rose i mrugnął do niej porozumiewawczo.
- Zajmij się fluorkiem potasu. Wiesz, co masz robić.
- Ta jest - zasalutował z powagą.
- Och, przestań, nie rób tak - rzucił John niecierpliwie. - Lars, Jack? Zostańcie, będę was potrzebował do następnych pomiarów, żeby to wyważyć...
- To ja się odmeldowuję - mruknął Russel i z galanterią podał ramię Rose. - Odprowadzę tę panią.
Zamrugała, mimo wszystko zaskoczona jego bezpośredniością. Co innego z pozoru niewinne żarciki - ale dotychczas żaden z nich nie odważył się do niej zbliżyć. A teraz Russelowi przyszło to tak naturalnie, że musiała się uśmiechnąć.
Znowu wszystko za sprawą Do... Johna.
- No chodź, mała, będzie fajnie.
- Przestań - rzucił John ostrzegawczo, oglądając się przez ramię i po swojemu przeciągając lekko ostatnią sylabę. - Nie rób tego.
Mimo jego tonu, wiedziała że cała sytuacja go bawi. Zmarszczki w kącikach oczu nadal były na swoich miejscach.
- Oho, już jest zazdrosny - stwierdził słodko Russel, prowadząc ją w stronę drzwi.
- Zauważyłam - przytaknęła, nie przestając się uśmiechać.
- Zawsze możesz zostać - wtrącił John, wstając z klęczek. W jego głosie pojawiła się prosząca nuta. - Mogłabyś...
- Co? Parzyć wam kawę? - spytała zaczepnie, przechylając na bok głowę. - Mam jeszcze na głowie raport z Edynburga.
- Ale...
- Dla wszystkich zastępców Pete'a - dorzuciła bezlitośnie i omal nie zwariowała z radości, widząc że jest wyraźnie rozczarowany.
- Może my się jednak zmyjemy, a wy sobie nie przeszka... - zaczął usłużnie Steve, ale jęknął i zamilkł, kiedy Jack trzepnął go boleśnie w tył głowy.
- Kończymy za dwie godziny - wtrąciła szybko Rose, widząc że dyskusja przybiera coraz ostrzejszy obrót. - Spotkamy się przy wyjściu.
Uśmiechnął się tylko i skinął głową przy akompaniamencie znaczącego "uuuu" Russela. Nie powiedział ani słowa, ale jego oczy... Nie wiedziała, jakim cudem pod wpływem tego spojrzenia nie została z niej jeszcze kupka popiołu.
Powoli zamknęła za sobą drzwi.
- Nie no, naprawdę - usłyszała w tym samym momencie głos Steve'a - Jak chcecie, możecie się zaraz bzyknąć na tych planach teleskopu, tylko ustalmy wreszcie, co kto robi - i już nas nie ma.
- Jak nie ma? - oburzył się Szwed. - Owen na bank chciałby popa..
Nie usłyszała nic więcej bo Russel błyskawicznie pociągnął ją za sobą. Sapnął wyraźnie skonsternowany i zerknął na nią z wyraźnym niepokojem.
- Uch, przepraszam cię za nich. Wiesz - wyszczerzył się nagle - na ogół jesteśmy subtelni jak kwiatuszki.
Wizja pięciu pseudosubtelnych niewyżytych naukowców, tak ja rozbawiła, że wybuchnęła śmiechem. Nie uszło jej uwagi że Davidson wyraźnie się rozluźnił i zerka na nią z coraz z szerszym uśmiechem
- Wiesz - zauważył wchodząc za nią do windy. - Zawsze wiedziałem, że fajna z ciebie laska, tylko nie miałem okazji ci tego powiedzieć.
- I wzajemnie.
- Też jestem fajna laska? - upewnił się z udawanym przerażeniem,
Roześmiała się na cały głos, a on natychmiast jej zawtórował. Ruszyli pustym korytarzem; w którymś momencie zaczęła po raz kolejny zastanawiać się, dlaczego właściwie tyle czasu się alienowała. O ileż łatwiej byłoby jej w ciągu tych sześciu lat, gdyby ktoś czasem opowiadał jej o głupstwach i skłonił ją do śmiechu. Russel to potrafił. Terkotał jak najęty - gdyby nie to, że była padnięta po praktycznie nieprzespanej nocy, pewnie doceniłaby ten fakt bardziej. Tymczasem jednak szumiało jej w głowie ze zmęczenia, a pod drzwiami jej gabinetu już ledwo docierał do niej sens jego słów. Mówił coś o tym jakim John jest równym gościem i jak się cieszy, że do nich dołączył.
- Ja też - przytaknęła natychmiast.
- No, ja myślę! - stwierdził jowialnie Russel i klepnął ją w plecy tak, że omal się nie przewróciła. - Oj, przepraszam. Na czym to stanąłem? No więc w try miga rozpykał ten teleskop i nawet mu wierzę, jak mówi, że dziadostwo uruchomi. Nie wiem jak on to robi. Ma łeb jak sklep, nie?
- Oj, tak.
Przez moment przyglądał się jej życzliwie, a potem przyjacielsko klepnął ją w ramię.
- No - mruknął. - To nie przeszkadzam dłużej. Pewno masz sporo roboty z tymi papierami.
Skinęła głową, zawahała się i lekko pogłaskała go po rękawie.
- Dzięki - powiedziała kompletnie bez sensu, ale chyba zrozumiał, bo tylko mrugnął do niej porozumiewawczo.
- Fajni jesteście razem - podsumował szybko, tak, że ledwo rozróżniała słowa. - Nie... A zresztą, nieważne. Wy, kobiety, już same najlepiej wiecie, co cię będę...
Patrzyła na niego przez chwilę, nie mogąc znaleźć słów. Ale chyba nie czekał na odpowiedź.
Zasalutował jej tylko po swojemu i odszedł korytarzem - zabawny, trochę misiowaty, lekko kołysząc się na boki. Westchnęła i weszła do swojego gabinetu; powoli usiadła przy biurku.
Miała ochotę śmiać się i płakać jednocześnie. Jak mogła być tak głupia i tyle czasu trzymać Johna na dystans? Wystarczyła jedna noc bez niego, tylko jedna - a ona już czuła się taka... niekompletna. Po rozmowie z Tosh była kompletnie rozbita - przy kolacji wypiły całkiem sporo wina i co jakiś czas wracały do tematu Owena. Wiedziała, że dla tej dwójki raczej nie ma przyszłości i to ją niesłychanie przygnębiło. Owszem, Tosh doskonale wiedziała czego chce, ale jej spojrzenie kiedy żegnały się o drugiej w nocy w hotelowym holu mówiło samo za siebie.
A poranne negocjacje... Wzdrygała się na samą myśl o nich. Czasem miała wrażenie że dusi się z powodu tej aury nienawiści, jaką roztaczał lider buntowników. Na początku myślała że ojciec przesadza, że nie może być aż tak źle. Teraz wiedziała, że robi się coraz bardziej paskudnie. Nigdy jeszcze żadne niepokoje społeczne nie ciągnęły się przez tyle dni. Może dlatego że Erick MacDonald był najprawdziwszym fanatykiem i nawet nie starał się tego ukryć. I właściwie wcale go w jej oczach nie usprawiedliwiał fakt, że po pierwszym ataku Cybermanów na ten świat stracił całą rodzinę. Nie skutkowały żadne jej sugestie, pogubiła się w tym, czego właściwie żądał. A może on sam też się zgubił?
Po dwóch godzinach rozmów czuła się tak jakby waliła głową w mur. Pewnie dlatego zaczął dokuczać jej nieznośny ból w skroniach. Chciała wrócić do Johna, a nawet nie miała jak do niego zadzwonić. Chciała, żeby ją przytulił, chciała oprzeć głowę na jego piersi i wszytko mu opowiedzieć. Odkąd znalazła się w tym świecie - nigdy tak się nie czuła. Zawsze dbała o to, by nikogo nie zarzucać swoimi kłopotami, by chować wszystko tak głęboko jak tylko się dało i już do tego nie wracać. Zakładała, że rozpamiętywanie i łzy nikomu jeszcze nie pomogły. Nawet matka i Pete musieli wszystko z niej wyciągać siłą.
Ale z Johnem było inaczej, chciała żeby wiedział. Chciała się z nim podzielić wszystkim tym co było dobre, i wszystkim co ją bolało. I, cholera, naprawdę miała nadzieję że nie ucieknie z krzykiem, widząc ją non stop kompletnie rozwaloną.
Chociaż... Nie wyglądał, jakby się gdzieś wybierał. Poza tym, przecież obiecał, że nie będzie jej okłamywał. Ten wczorajszy telefon, to że dziś też się do niej dobijał, sposób, w jaki się z nią przed chwilą przywitał, nie zwracając kompletnie uwagi na tych wszystkich ludzi... Nie mógł udawać, przecież wiedziała o tym doskonale.
Cholera, matka powiedziałaby pewnie, że sama sobie stwarza problemy. Powinna cieszyć się jak głupia, zamiast analizować każdy jego gest i każde słowo.
Odetchnęła głęboko i przysunęła do siebie laptopa. Wyjęła z biurka dokumenty dostarczone przez sekretarzy z poszczególnych oddziałów i próbowała skupić się na raportach. Zegar na ścianie był nieubłagany - do końca pracy zostało jej raptem półtorej godziny. I, do licha, zamierzała wyjść dziś punktualnie, by spotkać się z nim przy wyjściu, choćby Instytut miał się walić i palić. A to oznaczało, że musiała się sprężać.
Wypełniała skrupulatnie poszczególne rubryki, spisywała wnioski i zachowywała kopie, uwzględniając z trudem punkty widzenia poszczególnych oddziałów.
Była z siebie cholernie dumna. Naprawdę, wypisywanie dokumentów przy pomocy dyplomatycznego bełkotu okazało się nie lada sztuką, biorąc pod uwagę fakt, że wciąż i wciąż odtwarzała w pamięci tych kilka sekund - dotyk jego ust, opuszki palców na skórze, sposób, w jaki spojrzał na nią chwilę później.
Wciąż i wciąż.
Pięć minut przed czasem rozesłała raporty do oddziałów, w głębokim poważaniu mając ewentualne błędy i zatrzasnęła laptopa. Zerwała się z krzesła i złapała torebkę, kierując się biegiem do drzwi. Przesuwała właśnie identyfikatorem po czujniku, kiedy olśniło ją, że nie dostarczyła raportów do wiadomości Pete'a.
Klnąc pod nosem, wpadła ponownie do biura, odpaliła komputer - z trudem powstrzymując się by nie trzepnąć nim o blat, bo uruchamiał się skandalicznie wolno. Utworzyła wiadomość, wysłała i rzuciła się do drzwi nie zawracając sobie głowy sprawdzaniem, czy system się zamknie.
Biegiem dotarła do wind i zjechała na parter, spóźniona kilka minut. Wpadła do holu i rozejrzała się gorączkowo.
Już był.
Czekał na nią, opierając się swobodnie o ścianę przy wyjściu. Założył ręce na piersi, a podeszwą buta wystukiwał jakiś sobie tylko znany rytm. Pomyślała z rozbawieniem, że nieszczęsna koszulka z krową nawet pasuje mu kolorem do tych kremowych trampek.
Odruchowo przygładziła włosy i starała się uspokoić oddech. Widziała z daleka, że ją dostrzegł - widziała jak na nią patrzy i od samego tego spojrzenia miękły jej kolana, a serce znowu tłukło się w piersi jak oszalałe. Cholera, czuła się jak małolata przed pierwszą randką. I nieważne że ich pierwsza randka już była - całe wieki temu, w innym świecie, kiedy rozłożył swój płaszcz na tamtej jabłkowej trawie. Teraz czuła się tak samo - dziko szczęśliwa. Bo to wszystko było takie... właściwe. Nareszcie na swoim miejscu. Wiedziała, że po prostu wracają razem do domu, tak jak powinni. I wiedziała po co wracają. On też wiedział. Nie potrzebowali słów.
Kiedy podeszła bliżej, po prostu wziął ją za rękę. Szli powoli, zerkając na siebie od czasu do czasu. Nie umawiając się minęli przystanek autobusowy. Tak jakby oboje - choć szaleli w środku z niecierpliwości - chcieli jeszcze trochę odwlec tę chwilę. Nagle zrozumiała że znowu - przynajmniej dziś - są jak zwariowane dzieciaki w oczekiwaniu na wymarzony prezent. I potrzebowała tej odrobiny czasu. Bo przecież nie tylko on wrócił do niej. Ona też powoli wracała. Tamta ona, roześmiana, sprzed sześciu lat. Wiedziała, że już nie cofną czasu,że pewne rzeczy muszą ułożyć od zera - ale tak naprawdę, na początek, ich główną siłę stanowiły przygody, które doskonale pamiętali. A to było jak kolejna z nich.
I owszem, może była głupia, może miała tylko dwadzieścia lat, kiedy obiecywała mu że zostanie z nim na zawsze. Ale dokładnie wiedziała, co obiecuje. Bo zawsze liczył się tylko on. I zawsze chciała życia tylko z nim. Niekoniecznie normalnego, jak wszystkie dziewczyny - on i normalność się po prostu wykluczali, ale...
Tylko z nim.
Wiatr znad Tamizy znów szalał, niosąc ze sobą słodki zapach gofrów i aromat prażonej kukurydzy z budek rozstawionych na promenadzie wzdłuż brzegu. Prognozy od jakiegoś czasu były jednoznaczne i przewidywano sporą prędkość jeszcze przez najbliższych kilka dni. Na niebie nie widziała sterowców - widocznie znów ze względów bezpieczeństwa zawieszono loty i nagle dotarło do niej, że brakuje jej tych znajomych, majestatycznych kształtów. Stanowiły przecież integralną część jej świata. To znaczy, tego świata.
Tak czy inaczej - lubiła wiatr, nawet jeśli wiedziała, że powstaje głównie gdy załamują się granice między rzeczywistościami.
Patrzyła z boku jak rozdmuchuje Johnowi poły bluzy i targa te jego świetne włosy. Czuła się taka... wolna. Jakby wreszcie pozbyła się na dobre ogromnego ciężaru.
Mijali spacerujących ludzi i kolejne budki z lodami. John przystanął gwałtownie pod jedną z nich, gdzie - według tabliczki przyczepionej w oknie - trwała promocja. Smakiem dnia były bananowe z kawałkami czekolady.
- Nareszcie! - wybuchnął z entuzjazmem. - Zobacz! Kocham banany, banany są... - urwał i spojrzał na nią pytająco, bo nie potrafiła powstrzymać się od śmiechu. - Co?
- Poproszę - powiedziała cicho. - I tak, wiem, na każdej imprezie muszą być banany.
O, zdecydowanie, zwłaszcza jeśli trzeba ci czegoś na ochłodę.
Podał jej zawinięty w serwetkę rożek i wziął dla siebie taki sam. Wsunął portfel do tylnej kieszeni dżinsów, a potem swobodnie objął ją za ramiona i i ruszył dalej, przyspieszając kroku. Patrzyła z boku jak oblizuje dookoła swój wafelek. Przez cienki materiał bluzki czuła dotyk jego dłoni na plecach i nagle dotarło do niej, że lody jakoś niespecjalnie spełniają swoje zadanie.
Dobrze, że już niedaleko.
Jeszcze tylko wyjście z promenady, ten ogromny słup ogłoszeniowy na rogu, kawałek chodnikiem i już - będą w domu.
Zjadła do końca swoją porcję. Czuła, że idą coraz szybciej i miała ochotę roześmiać się ze szczęścia na cały głos.
Zatrzymali się tylko raz, pod słupem, by wyrzucić serwetki do kosza. John znieruchomiał na moment i przyglądał się w milczeniu ogromnemu plakatowi, na którym Elvis Presley śpiewał czule do mikrofonu. Z informacji poniżej wynikało jasno, że najbliższy jego koncert w Londynie będzie za trzy miesiące.
- Przeżywa naprawdę renesans - zauważyła Rose. - Wiesz, teraz była amerykańska premiera jego płyty "The best of". Już ruszył w trasę.
- Amerykańska prrrrremiera? - roześmiał się i pociągnął ją w kierunku chodnika. - Znaczy ta ich, legalna?
- Tak!
- Zauważyłaś że tylko Amerrrrrrrykanie potrafią nadać odpowiednie znaczenie słowu prrrremiera? U nich wszystko jest takie wyrrrrraziste.
Już prawie biegli, a ona nie mogła przestać się śmiać.
- Rrrracja, tylko u nich są prrrrrremiery - zgodziła się, lekko zadyszana. - U nas co najwyżej zwykłe premiery.
- O tak! Taka ich prrremiera legalna to pewnie nie byle co.
- Zwłaszcza że większość ludzi już ma ten album ściągnięty.
Nie odezwał się - pewnie dlatego, że musiała się zatrzymać tuż przed wejściem do domu. Śmiejąc się na cały głos, próbowała złapać oddech i odrzucić z twarzy poplątane włosy. I wtedy dostrzegła jego spojrzenie.
- Co...
Nie dokończyła, bo po prostu złapał ją w pasie, przyciągnął do siebie i całował tak, że wszystko inne przestało mieć znaczenie.
Żeby tylko nie przestawał.
Instynktownie wsunęła palce w jego włosy i przytuliła się do niego, kiedy mocno otoczył ją ramionami.
Żeby nie przestawał.
W jednej chwili poplątały jej się myśli; trzymał ją blisko przy sobie i czuła już tylko te jego wąskie wargi, zimny język i wszechobecny smak lodów bananowo - czekoladowych.
Nie wiedziała, czy trwało to mgnienie oka, czy sto lat świetlnych.
Potem objął ją mocniej, oparł czoło o jej czoło i odetchnął głęboko.
- Rose - szepnął. - Pójdziesz ze mną na ten koncert?
Nie odpowiedziała, bo ze wzruszenia nie mogła znaleźć słów. Wiedziała, co chciał jej dać. I co próbował naprawić. Może to było głupie i sentymentalne, ale coraz częściej czuła się tak, jakby krok po kroku odczarowywał wszystkie błędy Tamtego. Mimowolnie pociągnęła nosem.
Poruszył się niespokojnie.
- Wiesz, wygrzebię te bilety spod ziemi, tylko się...
- Pod warunkiem, że tam ze mną zatańczysz.
Zamrugał powoli, jakby nie wierzył w to, co powiedziała. A potem wyprostował się, wziął ją za rękę i ruszył w kierunku schodów.
Wbiegli na piętro. Ani na moment nie puścił jej dłoni i nigdy jeszcze droga na górę nie wydawała jej się tak nieznośnie długa. Ostatnią kondygnację pokonywali właściwie sprintem - a potem zatrzymali się jak wryci pod drzwiami mieszkania.
- Nareszcie - wymamrotał burkliwie Pete, zdejmując z ramion Tony'ego nieduży plecak z podobizną Chewbaccy. - Nie mogłem się was doczekać. Czy wy kiedyś nauczycie się odbierać telefony?