Spotkajmy się w Betanii
Dean dawno nie czuł się tak wspaniale jak teraz. Jego relacje z Castielem wróciły do normy sprzed kłótni, wampir siedział cicho jak mysz pod miotłą i nie zapowiadało się na żadną katastrofę. W tym momencie, Dean kochał swoje życie jak nic innego.
Sam nie miał tyle szczęścia, co jego starszy brat. Chodził naburmuszony i denerwował się o wszystko. W takich momentach nawet Dean nie chciał mu wchodzić w drogę. Nie był głupi, Sam był od niego wyższy i cięższy. Gdyby zaszarżował na Deana, połamałby mu wszystkie kości, a te akurat chciał mieć w jednym kawałku.
Powód złości Sama był prosty. Bobby wciąż nie dał mu obiecanego zadania. Dał mu coś w zastępstwo i można by to było nazwać zadaniem, gdyby obowiązki Sama nie polegały na konsultacji, podczas gdy inna para agentów pojechała w teren. Nie tego odczekiwał po powrocie ze świąt. Był równie rozczarowany co wściekły, miał już dość brania go za słabego agenta, który z niczym sobie nie poradzi. Może i nie miał doświadczenia, ale to nie znaczyło, że był głupi.
Za każdym razem, gdy Sam mu się żalił, Dean znowu zaczynał żałować, że Castiel był jego partnerem. Gdyby było na odwrót, Sam już dawno dostałby to, czego chciał najbardziej: poważnej sprawy. Niestety anioły musiały się wtrącić i wszystko zepsuć, głównie życie zawodowe Sama.
Obaj szykowali się rano do pracy. Dean nie mógł się doczekać całego dnia z Castielem, nawet jeśli mieliby go spędzić w archiwum na porządkowaniu akt. Z aniołem nawet coś takiego było interesującym zadaniem.
Dean stał w łazience, wiążąc krawat i nucąc do siebie jedną z piosenek Zeppelinów, gdy w progu stanął Sam, z nieciekawym wyrazem twarzy. Dean odwrócił się w jego stronę i uśmiechnął się, nie przestając wiązać krawatu.
- Co tam, Sammy? – zapytał.
- Sam – poprawił i podszedł bliżej brata. Nie wyglądał na kogoś w nastroju do żartów, w zasadzie był bardzo poważny. – Musisz pogadać z Bobbym.
- Znowu?
- Nigdy z nim tak naprawdę nie rozmawiałeś – przypomniał mu Sam. – Chociaż cię prosiłem.
- Sam, to nie ode mnie zależy, czy dostaniesz własne śledztwo.
- Ale możesz poświadczyć, że się już nadaję na coś większego – mówił dalej. – Proszę, Dean, pogadaj z nim. To dla mnie ważne.
Mógł porozmawiać, czemu nie, nic go to nie kosztowało, a jeśli mogło uszczęśliwić Sama, to nie trzeba go było szczególnie namawiać. Problem był w tym, że nie wierzył, że jego opinia cokolwiek zmieni. Jeśli Bobby uzna, że Sam nie jest jeszcze gotowy, to za nic w świecie nie da mu sprawy. Chyba że anioły znów się wtrącą. To było w tej chwili jedyne wyjście z tej sytuacji, w końcu anioły już dwa razy przydzieliły Sama do sprawy, w którą były zamieszane stworzenia nadnaturalne. W ich oczach musiał już być gotowy. Albo po prostu anioły lubiły się znęcać nad ludźmi i wrzucać ich na głęboką wodę, nie dając im przedtem pobawić się trochę w kałuży. Z nim zrobiły tak samo. To podtrzymywało jego teorię na temat tego, że anioły to banda wrednych kutasów ze skrzydełkami. Tylko Castiel był okej. Poznał tylko dwa anioły, ale był pewny, że reszta wcale nie jest lepsza niż Uriel.
- Dobra, pogadam z Bobbym – zgodził się. Sam od razu się rozchmurzył.
- Okej. Dzięki.
- Tak, tak. A teraz wyłaź, chcę się jeszcze wysikać.
Sam szybko wyszedł i też poszedł się szykować. Dziesięć minut później byli już w Impali i jechali do biura. Dobry humor Deana udzielił się nieco Samowi, który wreszcie nie wyglądał jak czterolatek, któremu skradziono łopatkę w piaskownicy.
Po wyjściu z samochodu Dean przeciągnął się i spojrzał na okno swojego biura. Castiel nie stał przy nim, co było dziwne. Trochę go to zaniepokoiło, ale może anioł po prostu siedział przy biurku albo szwendał się po budynku.
- Dean, pamiętaj, żeby porozmawiać z Bobbym – przypomniał mu Sam, gdy razem weszli do windy.
- Pogadam z nim w południe – obiecał.
- Porozmawiaj z nim teraz.
- Stary, nie zapomnę.
- Teraz, Dean – powtórzył dobitniej.
- Dobra, już do niego idę. – Dean wcisnął guzik ostatniego piętra. Sam był strasznie niecierpliwy. – Zadowolony?
- Bardzo.
Sam wysiadł wcześniej, a chwilę później winda zatrzymała się na piętrze, na którym pierwotnie chciał wysiąść Dean. Spojrzał w stronę biura licząc na to, że dojrzy Castiela, ale żaluzje były zasłonięte. Nawet gdyby nie to, pewnie i tak by mu się nie udało go zobaczyć. Nie miał pojęcia, co on sobie wyobrażał. Że anioł stoi w drzwiach i czeka na jego przybycie?
Dean przywitał się po drodze z kilkoma osobami, nie przestawał się też uśmiechać, ale gdy dotarł do biura Bobby'ego, dobry humor uleciał z niego jak powietrze z balonika. Coś mu mówiło, że wydarzyło się coś złego. Czuł to w kościach i trochę obawiał się otworzyć drzwi przed sobą. Ostrożnie złapał za klamkę i nacisnął ją. Zdecydowanie nie spodziewał się znaleźć właśnie tego po wejściu do środka. Castiel tu był. To wyjaśniało jego nieobecność przy oknie. Jednak to co zwróciło uwagę Deana, to teczka, którą trzymał w rękach. Akta sprawy wampira, rozpoznał po numerze.
- Co się dzieje? – zapytał, zarówno Bobby'ego jak i Castiela.
- Dobrze, że jesteś – powiedział Bobby. – Popełniono kolejne morderstwo.
- Kiedy?
- Dwie godziny temu – odpowiedział Castiel. – Musimy iść.
Tyle jeśli chodzi o miły dzień. Nie że nie cieszył się na wieść o wampirze, chciał go złapać i mieć już to śledztwo za sobą, ale nie obraziłby się gdyby krwiopijca poczekał dzień dłużej. Albo lepiej, gdyby oddał się prosto w ich ręce i oszczędził im kłopotów.
Dean wiedział, że dojechanie na miejsce zbrodni jest teraz najważniejsze, ale musiał jeszcze wspomnieć Sama, zanim pojadą. W przeciwnym razie jego młodszy braciszek mógłby mu urwać łeb.
- Ej, Bobby, chciałem zapytać... – Nie zdążył. Castiel złapał go za ramię i pociągnął w stronę wyjścia, wyprowadzając go z biura. – Hej, nie skończyłem! – zaprotestował, próbując zawrócić, ale nie miał szans przeciw sile anioła.
- Nie mamy czasy – powiedział Castiel.
- Trup nigdzie nie ucieknie.
Castiel z wielką siłą nacisnął przycisk w windzie, a następnie odwrócił się w stronę Deana.
- Morderstwo popełniono dwie godziny temu – powtórzył. – Może uda mi się odnaleźć ślad dość świeży, by wytopić wampira.
- Tak jak wtedy z Gordonem – przypomniał sobie. Weszli do windy.
Castiel przytaknął.
- Dokładnie. Cokolwiek chciałeś powiedzieć Bobby'emu, to może poczekać.
Winda zatrzymała się na parterze. Castiel wyszedł z niej, stawiając tak długie kroki, że Dean musiał za nim potruchtać, by się zrównać.
- Skąd wiadomo, że to w ogóle wampir – zapytał.
- Rana na gardle i ciało pozbawione krwi. Nie sądzę, by było to co innego.
Dean nie miał już więcej argumentów. Musiał zamilknąć i po prostu jechać na miejsce. Martwił się tylko o Sama, który na pewno będzie rozczarowany.
Do morderstwa doszło w dzielnicy Loop, niedaleko jeziora. Zwłoki znalezione w uliczce pomiędzy dwoma budynkami odgrodzono taśmą policyjną, przy której stały dwa radiowozy policyjne i wóz z technikami od FBI. Miejsce zbrodni przyciągnęło kilka ciekawskich osób, ale niewiele mogli zobaczyć. Dean sam nie widział dobrze sprzed taśmy policyjnej, ale gdy ją przekroczył i zrobił kilka kroków w przód, w końcu zobaczył leżące na chodniku ciało mężczyzny. Tak jak mówił Castiel, na szyi była rana po ugryzieniu. Gdyby jednak nie wiedział, co zabiło faceta, w życiu nie zorientowałby się, że to robota wampira. Ślad nie był po dwóch kłach, ale po ich całym zestawie. Takim samym, jaki widział u Gordona. W dodatku rana wyglądała na nieco poszarpaną, a z tyłu szyi mężczyzna miał chyba kolejną.
Skóra ofiary była przeraźliwie biała, tak jak skóra Anity. Leżał na brzuchu, więc musiał zostać zaatakowany od tyłu.
Castiel od razu podszedł do zwłok, a następnie zaczął się rozglądać po uliczce. Szukał śladu wampira, Dean musiał więc odegrać swoją rolę sam.
- Są jacyś świadkowie? – spytał sierżanta kierującego poczynaniami policjantów. Technicy czekali przy wozie, aż Dean z Castielem obejrzą ciało.
- Nie naoczni – odparł sierżant. – Staruszek mieszkający w jednym z bloków wyszedł wyrzucić śmieci do kontenera i znalazł tego faceta leżącego na ziemi.
Dean obejrzał się w poszukiwaniu staruszka i w końcu znalazł go przy radiowozie, rozmawiającego z jednym z policjantów. Miał krew na rękach.
- Dotykał ciała?
- Sprawdzał, czy facet jeszcze żyje.
Dean znowu się rozejrzał, tym razem w poszukiwaniu kamer, które mogły uwiecznić atak wampira, być może także jego twarz. Niestety ulica była ich kompletnie pozbawiona. Nie było zresztą pewności, czy wampir nie byłby sprytniejszy i nie zasłonił twarzy. Znowu.
- Jacyś inni świadkowie?
- Żadni. Nie wiem, cholera, kto to był, ale nieźle załatwił biedaka.
- Wie pan, sierżancie, jak mogło dojść do ataku?
Zadawał te pytania, by Castiel miał więcej czasu na szukanie śladu. Anioł stał spory kawałek od ciała i wyglądał, jakby dostał migrenę, bo przykładał palce do skroni. Dean nieco się zaniepokoił, ale nie mógł odejść od sierżanta nie wysłuchując odpowiedzi na swoje pytanie.
- Ofiara weszła w uliczkę tamtędy – powiedział, pokazując kierunek. – Poczym została zaatakowana po drugiej stronie. Napastnik pozbawił ją krwi i zostawił, przykrywając go niedbale.
- Znaleźliście coś podejrzanego?
- Póki co nie, ale może wasi technicy coś znajdą.
Dean przytaknął i podziękował sierżantowi. W końcu mógł podejść do Castiela, który dalej stał w tej samej pozycji.
- Ej, wszystko w porządku? – spytał, starając się spojrzeć w twarz aniołowi, ten jednak uciekał ze wzrokiem.
- Nie rozumiem – wyszeptał Castiel.
- Co?
- Ślad jest tak wyraźny. Jakby dopiero chwilę temu wampir opuścił to miejsce.
Serce Deana zabiło mocniej z podekscytowania. Czy to było to? Czyżby wampir był na tyle nieostrożny, że kręcił się po okolicy nim znaleziono ciało? Z tak wyraźnym śladem Castiel mógł go odnaleźć praktycznie bez żadnego problemu.
- Możesz nim podążyć? – spytał dla pewności.
- Tak, bez problemu.
Anioł w końcu na niego spojrzał i Dean z ulgą zauważył, że nic mu nie jest. Już się bał, że Castiel zwariował od tego szukania śladu.
- Okej. Zaczekaj na mnie w Impali, ja jakoś załatwię naszą nieobecność tutaj.
Castiel przytaknął, a Dean szybko wyjaśnił sierżantowi, że jadą obejrzeć mieszkanie ofiary, którego adres znaleźli w portfelu. Policjant to łyknął, bo czemu miałby być podejrzliwy? Dean wrócił do samochodu, Castiel siedział już w środku.
- Jedź prosto, powiem ci, kiedy skręcać – polecił. Miał zamknięte oczy i skupiał się na śladzie wampira.
Castiel poprowadził go nieco na północ, a potem kazał skręcić na zachód. Ten wampir nie kręcił się w kółko jak Gordon, więc łatwo było podążać śladem. Nawet dusza Deana nie przeszkadzała aniołowi.
- Jak myślisz, czemu został na miejscu zbrodni na dłużej? – zapytał Dean, skręcając zgodnie ze wskazówkami anioła na kolejnej przecznicy. – To nie ma sensu, skoro się pożywił, po co pilnować zwłok?
- Nie mam pojęcia – odparł. – Może chciał zobaczyć, kto go ściga. Czy stanowimy zagrożenie. Skręć w lewo.
Dean zakręcił kierownicą i Impala zmieniła kierunek na skrzyżowaniu.
- Czy wampir może wyczuć w tobie anioła?
- Nie, pachnę jak normalny człowiek, moje serce bije, a krew płynie żyłami. Nie odróżniłby mnie od normalnego człowieka. Lewo.
- Więc skąd miałby wiedzieć, że my o nim wiemy?
- Mógł znaleźć miejsce śmierci Gordona. Nasz zapach tam pozostał.
- Zaczekaj, chcesz mi powiedzieć, że możemy być cały czas obserwowani przez wampira? – zapytał z niedowierzaniem Dean. – Co do chuja? Nie chcę posiadać mojego prywatnego Edwarda obserwującego mnie w nocy przez okno.
Wystarczy, że ty się na mnie gapisz, dodał w myślach.
- Nie zauważyłem w naszej obecności żadnego wampira, Dean – uspokoił go Castiel. – Gdyby nas obserwował, wiedziałbym.
Uspokoiło go to tylko trochę. Świadomość, że jakaś krwiożercza pijawka może siedzieć im obu na ogonie, albo co gorsza, na ognie Sama, przyprawiała go o dreszcze. Najgorsze było to, że Castiel nie mógł być ciągle w pobliżu, by go ostrzegać przed wampirem. Wystarczyłby atak w środku nocy. Powinien pomyśleć o zabezpieczeniu mieszkania przed wampirami. Ale czym? Czosnek nie działał na nie jak w legendach. Jedynym wyjściem byłoby zatrudnienie Castiela jako całodobową ochronę i wykrywacz wampirów. I tak nie miał nic lepszego do roboty w nocy. W dzień nie mógłby jednak obserwować dwóch osób naraz. Albo gdyby wyjechali, a Sam zostałby w Chicago. Wampir miałby go bezbronnego praktycznie na tacy. Nienawidził wampirów.
- To mnie nie pociesza, Cas – przyznał w końcu. – Ani trochę.
- Nie pozwolę, by coś stało się tobie albo Samowi. Będę nad wami czuwał.
To już podziałało dużo lepiej, choć wcale nie było pewności, że Castielowi uda się oddalić wszelkie zagrożenia. Mimo to Dean poczuł się lepiej wiedząc, że ma na ramieniu anioła stróża. I że anioł ten nie zapomniał o jego młodszym bracie.
- Dzięki, Cas.
- Nie ma za co. Nie masz się czym martwić, być może jeszcze dzisiaj pozbędziemy się wampira na dobre.
- Mam nadzieję.
W samochodzie zapadła cisza, ale tylko na niecałą minutę.
- Zatrzymaj się – polecił Castiel. – To tutaj.
Dean wyjrzał przez okno na budynek, przed którym się zatrzymali. Wyglądał normalnie. Okna z zasłonami, kwiaty poustawiane na parapetach, balkony z postawionymi na nich różnymi gratami. Co wampir robiłby w takim miejscu?
- Jesteś pewien, że to tu? – zapytał. – Może trop się urwał.
- To tu. Wyczuwam wampira bardzo wyraźnie, musi tu często przychodzić.
Dean dalej nie był przekonany, ale nie zamierzał się kłócić.
- No dobra. Rozejrzyjmy się. – Wysiedli z auta i podeszli do drzwi wejściowych. Były zamknięte, by dostać się do środka trzeba było zadzwonić domofonem. – Zobaczmy. Waren, Black, Upshaw, Fox... Nic. Żadnego Tepesa. Ani Stokera. Chyba jednak trafiliśmy pod zły adres, Cas.
- Nie. To tutaj – zapewnił.
- Hej, spoko, każdy się może pomylić.
Castiel był jednak pewny, że są we właściwym miejscu. Zbiegł szybko ze schodów z powrotem na ulicę i zniknął w zaułku za budynkiem. Dean podążył za nim.
- To tutaj – powtarzał anioł.
- Cas? - Dean zaniepokoił się zachowaniem przyjaciela. Nigdy nie widział go takiego.
Castiel rozejrzał się po zaułku. Dean już się do niego zbliżał, gdy anioł szybkim krokiem zniknął w kolejnej odnodze.
- Cholerne anioły – mruknął pod nosem.
Gdy dołączył do partnera, ten stał przed schodami prowadzącymi do piwnicy budynku. To już wyglądało jak miejsce, w którym mógłby ukrywać się wampir.
Piwnica była kiedyś używana jako klub. Dean wywnioskował to po starym szyldzie, który wisiał nad wejściem. Klub został zamknięty, ale ślady jego działalności pozostały. Miejsce jednak nie było opuszczone, a świadczyły o tym pozrywane deski, którymi zabito drzwi. Fragmenty drewna leżały u podnóża schodów, a brak brudu w jednym miejscu potwierdzał, że drzwi były otwierane.
- Będziemy potrzebować latarki – stwierdził Dean. Wątpił, że do piwnicy jest jeszcze doprowadzane światło. – Mam jedną w samochodzie, zaczekaj.
Chwilę później byli już gotowi do wejścia. Castiel wszedł pierwszy, bo widział w ciemności nawet bez latarki i szybciej zorientował się w sytuacji.
Wnętrze klubu było w opłakanym stanie, jego właściciel nawet nie zabrał stolików i krzeseł, które teraz walały się w kątach, nie było jednak żadnego mebla na środku pomieszczeń. Dean poświecił po ścianach i znalazł przejście do następnego pomieszczenia. Ze swojego miejsca widział, że jest tam bar.
- Jest kolejne piętro – wyszeptał Castiel. – Czuję wampira, ale nie wiem, gdzie jest, musimy przeszukać cały klub.
- Ty weź dół.
Nim zdążył unieść stopę z podłogi, Castiel położył mu rękę na ramieniu i podał swoją broń.
- Nie zapomnij tego – powiedział i szybko zszedł jeszcze niżej do klubu. Dean patrzył za nim przez chwilę.
- Dzięki, Cas – wyszeptał i ruszył przed siebie, w jednej dłoni trzymając latarkę, a w drugiej anielskie ostrze.
Opuszczony klub był upiornym miejscem. Wszędzie był kurz, puste butelki i porozbijane szklanki. Dean czuł zapach stęchlizny nawet na języku, choć część klubu wyglądała na wysprzątaną. Ostrożnie podszedł do baru i zajrzał za niego. Leżało tam kilka książek, nowych książek, nie zostały więc tu zostawione w dniu zamknięcia klubu. Przyjrzał się tytułom. Skowyt Allena Ginsberga, Tęcza grawitacji Thomasa Pynchona i kilka innych amerykańskich klasyków. Wampir miał ciekawy gust.
Pod barem oprócz książek stała też niewielka lampka, ale gdy Dean nacisnął włącznik nic się nie stało. Po co wampirowi lampka, skoro nawet nie ma zasilania w tym miejscu?
Dean wyszedł zza baru i rozglądał się dalej, świecąc na stosy mebli, za którymi mógł się ukrywać wampir. Nie słyszał Castiela chodzącego piętro niżej, słyszał tylko własne kroki i walące serce. Był pewny, że wampir może je usłyszeć i już się oblizuje na myśl o kolejnym posiłku.
Dean miał wrażenie, że jest obserwowany. Może to była tylko jego wyobraźnia, ale niemal czuł oddech na karku. Aż wszystkie włosy na ciele stawały mu dęba, a wzdłuż kręgosłupa przebiegł dreszcz.
Odwrócił się na wszelki wypadek, ale za sobą miał tylko ciemność. Wziął głęboki oddech, by się uspokoić i ruszył dalej do kolejnego pomieszczenia. Tym razem znalazł stanowisko DJ'a, z którego zabrano cały sprzęt. Na podwyższeniu walało się jednak kilka kabli.
Tutaj również meble odsunięto pod ścianę, tylko jeden stolik i jedno krzesło nie zostały rzucone niedbale. Dean podszedł bliżej i zauważył, że oba meble są czyste, czyli były używane. W dodatku na stoliku leżała kolejna książka, Kompleks Portnoya Philipa Rotha. Dean nigdy o niej nie słyszał, ale biorąc pod uwagę pozostałe książki, musiała być to kolejna amerykańska klasyka. Sammy chyba miał kilka takich książek u siebie w pokoju.
Uczucie bycia obserwowanym nie odeszło. Deanowi trzęsły się obie ręce, był sam w ciemności i nie wiedział, gdzie jest wampir i kiedy zaatakuje. Wzrok już mu się nieco przyzwyczaił, ale nadal widział słabo, a latarka nie dawała zbyt wiele świata. Nie powinien był pozwalać Castielowi odchodzić. Razem mogliby przeszukać te pomieszczenia, może mieliby szczęście i wampir by im nie umknął.
Wziął kolejne kilka głębokich wdechów i uspokoił się. Nie chciał jeszcze bardziej zachęcać wampira do ataku. Upewnił się, że nic nie stoi za nim i skupił się znowu na stoliku. Zaczął oświetlać podłogę obok niego, szukając kolejnych śladów obecności wampira. Kiedy snop światła padł na listwę, Dean zauważył kabel biegnący wzdłuż ściany. Nie widział, gdzie znajduje się drugi koniec, ale pierwszy biegł do skrzynki z bezpiecznikami umieszczonej obok stanowiska DJ'a. Dean podszedł bliżej i dostrzegł stojącą obok skrzynki lodówkę. Dotknął jej, była ciepła, niedawno działała. Po otworzeniu drzwiczek jego oczom ukazały się worki z krwią zwisające w równym rzędzie. Sześć woreczków i każdy z inną grupą. Dean mimowolnie się wzdrygnął, widząc te zapasy. To było obrzydliwe i co gorsza pozbawiało wielu ludzi szansy na przeżycie. Zabijanie najwyraźniej wampirowi nie wystarczało.
Wziął do ręki jeden z woreczków i zauważył, że krew jest w stanie ciekłym, nie zakrzepła, w dodatku wciąż była chłodna. Kolejny dowód na to, że wampir był tu niedawno i prawdopodobnie wciąż jest, a gdy zobaczył, że weszli do jego kryjówki, odciął wszystko od prądu, który skądś pobierał.
Nagły szmer za jego plecami sprawił, że Dean odwrócił się szybko i wycelował latarką w kierunku, z którego dochodził dźwięk. Serce znów zaczęło mu bić jak oszalałe, oddech przyspieszył, a dłonie zrobiły się śliskie od potu.
Jak na złość, baterie w latarce zaczęły szwankować. Światło mignęło kilka razy i pomimo tego, że Dean starał się zmusić je do posłuszeństwa, po chwili zgasło, zostawiając go w kompletnej ciemności z wampirem.
- Kurwa – przeklął, wyrzucając latarkę i z całej siły zaciskając palce na rękojeści ostrza. Nie podobało mu się jego położenie. Utknął pomiędzy ścianą a podwyższeniem, z którego mógł nastąpić atak. Powinien zawołać Castiela. Anioł w ćwierć sekundy będzie przy nim i obroni go przed atakiem. Nie chciał go jednak wołać. Chciał udowodnić, że poradzi sobie sam. Nie przewidział, że zepsuje mu się latarka, ale to tylko mała niedogodność. Jeśli uda mu się dotrzeć do wyjścia, gdzie światło wpadało z zewnątrz, będzie bezpieczny. Poza tym, ma ostrze, które zabija wszystko. Co mogłoby pójść nie tak?
Usłyszał kroki. Były wolne i bardzo ciche, ale je usłyszał. Z całą pewnością nie należały do Castiela, wiedział to.
Dean zamarł w kącie i nasłuchiwał. Do kroków dołączył oddech, ale nie jego własny. To wampir oddychał gdzieś obok. Być może badał powietrze, szukając jego zapachu. Miał przejebane.
Macając na oślep, Dean wyszukał skrzynkę z bezpiecznikami. Jeśli działała, mógł zapalić światło, wtedy miałby równe szanse. Wampir wciąż poruszał się w ciemności, Dean nigdy w życiu nie był tak przerażony jak teraz, kiedy był świadom, że w mroku czai się potwór pragnący wyssać z niego krew.
Jego palce natrafiły na otwarcie skrzynki. Drżąc na całym ciele otworzył ją i na oślep zaczął grzebać w środku. Nie obchodziło go, że prąd może go porazić, miał nóż na gardle, potrzebował światła.
Nie miał pojęcia, co takiego zrobił, ale w całym pomieszczeniu nagle rozbłysły lampy. Oślepiły go, ale jeszcze bardziej zraniły one wampira, który zasyczał z bólu i z zaskoczenia na coś wpadł. Dean usłyszał jak krzesła opadają na podłogę.
Jego wzrok szybko przyzwyczaił się do światła. Dean wyszedł ze swojej kryjówki z bronią gotową do ataku i zbliżył się do wampira, który zgarbiony zasłaniał oczy przed blaskiem.
Światło dodało Deanowi odwagi. Teraz to on miał przewagę i wampira na swojej łasce. Chciał zbliżyć się do niego i zabić go jak najszybciej, póki miał szansę, ale wampir poruszył się nagle i uniósł głowę. Dean zamarł.
- Benny? – wydukał z niedowierzaniem.
To nie mógł być on. Benny umarł, to umysł płatał mu figle. Oczy jeszcze nie wydobrzały po czasie spędzonym w ciemnościach i widział to, czego nie było. Albo to wampir próbował go omamić. A może to wszystko mu się po prostu śni? Może za chwile obudzi się we własnym łóżku i będzie musiał iść do pracy. Nie było mowy, by Benny żył. Widział jego śmierć, widział jego ciało, był na jego pogrzebie!
Dean cofnął się trwożnie, gdy Benny, albo ten ktoś, kto się pod niego podszywał, wyprostował się i zrobił krok w jego stronę.
- Cześć, bracie.
Benny zawsze go tak nazywał, bo byli dla siebie jak bracia. Po Samie to Benny był dla niego najbliższa osobą, wiele rzeczy robili razem, często spędzali razem wolne dni, zawsze mogli na siebie liczyć. Ale przezwisko nie dowodziło niczego. Wiele osób wiedziało, jak Benny się do niego zwraca, to nie była żadna tajemnica. To musi być sztuczka. Musi!
- Ty nie żyjesz – powiedział. Tylko na tyle go było teraz stać.
Benny uśmiechnął się i rozłożył ręce.
- Trudno mnie zabić.
Dean dalej nie wierzył w to, co widzi. Nie chciał uwierzyć, bo bał się, że to nieprawda. Ciężko mu było pogodzić się ze śmiercią Benny'ego, a gdy w końcu to zrobił, ten powrócił zza grobu. I niby w jaki sposób?
- Byłem na twoim pogrzebie. – Próbował przekonać sam siebie, że to tylko halucynacja, nic więcej.
- Wiem. Ja też – wyznał.
- Muszę mieć zwidy – wyszeptał Dean. – To tylko halucynacja.
Naprawdę chciał wierzyć w coś zupełnie innego. Że jego przyjaciel wciąż żyje tylko z jakiegoś powodu postanowił się przed nim ukrywać. Tylko skąd miał wiedzieć, że to naprawdę Benny? Skąd miał wiedzieć, że nie zwariował albo nie był to duch? Nie chciał się rozczarować i znowu przechodzić przez to wszystko. Pierwszy raz był wystarczająco okropny.
- To naprawdę ja, Dean – powiedział Benny.
Nie miał żadnych podstaw, by mu wierzyć. Równie dobrze mogła to być pułapka. Ale znał Benny'ego, wiedział jak się zachowuje, a instynkt mu podpowiadał, że to naprawdę on. To był Benny, cały i zdrowy. Żywy. Nigdy by nie przypuszczał, że jeszcze kiedyś go zobaczy, a już na pewno nie w takim miejscu. Ale był tu i na Boga, stęsknił się za nim. Castiel zdołał jakoś zapełnić tę pustkę, ale nigdy nie mógł w pełni zastąpić jego najlepszego przyjaciela. To były dwie, zupełnie inne osoby, które choć były dla niego ważne, to jednak w różny sposób. Nie lubił Castiela mniej niż Benny'ego, lubił go po prostu w inny sposób, ale równie mocno.
- Ty sukinsynu – powiedział Dean i uśmiechnął się szeroko. – Dobrze cię znowu widzieć.
Podszedł szybko do przyjaciela i uściskał z całej siły. Benny natychmiast odwzajemnił uścisk. To wciąż było trudne do uwierzenia, że żył, ale Dean cieszył się z tego powodu. Przez cały ten czas obwiniał się o śmierć Benny'ego, nawet gdy w końcu pogodził się z jego śmiercią. Teraz znowu mógł zaznać spokoju. Znowu mogło być tak jak dawniej.
Odsunęli się od siebie, ale tylko na wyciągnięcie ręki. Dean nie mógł przestać się uśmiechać na widok przyjaciela. Benny tak samo.
- Minęło sporo czasu, bracie – powiedział.
- Za dużo – przyznał mu rację Dean. – Gdzie się podziewałeś?
Chciał wiedzieć, gdzie był przez te wszystkie miesiące i czemu nie powiedział mu, że żyje. Trochę go to bolało. Benny zawsze mógł na niego liczyć, jeśli musiał upozorować swoją śmierć, mógł mu z tym pomóc.
Benny wzruszył ramionami.
- Tu i ówdzie – odpowiedział. – Oswajałem się z myślą, że Benny Lafitte nie żyje w oczach całego świata. Co u ciebie? Jak Sam?
Benny zawsze pytał o Sama, był też jego przyjacielem. Dogadywali się podczas ich wspólnej sprawy, a Sam podziwiał go niemal tak samo mocno jak Deana, który zawsze mógł ufać Benny'emu w kwestii bezpieczeństwa brata. Tak jak ufał mu w innych aspektach swojego życia.
- W porządku. Usiłuje dorwać własną sprawę – pochwalił się.
- Dean, odejdź od niego.
Dean odwrócił się zaskoczony słysząc za sobą głos Castiela. Anioł zmierzał szybkim krokiem w ich stronę i stanął pomiędzy nim a Bennym.
Benny odsunął się i napiął wszystkie mięśnie, gotowy w każdej chwili zaatakować Castiela. Nie miałby jednak z nim żadnych szans.
- Cas?
- On jest niebezpieczny – powiedział anioł, wyjmując niewiadomo skąd drugie ostrze.
- O czym ty do cholery mówisz, Cas? – zapytał Dean. Położył dłoń na ramieniu anioła, by w razie czego powstrzymać go przed atakiem. – To Benny, mój były partner, opowiadałem ci o nim.
Czy Castiel zapomniał o nim, czy coś rzuciło mu się na mózg w tych ciemnościach?
- On nie jest człowiekiem – mówił dalej Castiel, nie spuszczają z oczu Benny'ego, który uśmiechał się drwiąco w jego kierunku.
- Co?
- To wampir, Dean.
Wampir? Co za niedorzeczność! Benny nie mógł być wampirem, nie pozwoliłby na coś takiego, nie zostałby potworem. Jasne że to wyjaśniało jego obecność tutaj, ale Castielowi musiało się coś pomylić od nadmiaru sygnałów. Pewnie nawet on wydawał się teraz dla anioła wampirem, tyle było tu śladów obecności krwiopijcy. Mimo to musiał usłyszeć drugą opinię.
- Benny?
Castiel nie pozwolił mu odpowiedzieć. Uniósł ostrze i zrobił krok w stronę Benny'ego.
- Trzeba go zabić – zdecydował.
Dean szybko stanął pomiędzy swoimi przyjaciółmi, zatrzymując Castiela dłonią położoną na jego piersi. Anioł zatrzymał się choć bez wątpienia mógłby odsunąć Deana na bok i dopiąć swego.
- Nie, Cas, czekaj! – poprosił. – Nie możesz go tak po prostu zabić.
Castiel nie wyglądał na zadowolonego z tego, że go zatrzymano. Wpatrywał się w Benny'ego z mordem w oczach, ale gdy odpowiedział Deanowi, spojrzał w oczy jemu.
- To wampir – powtórzył.
- Nie wiemy tego.
- Ja wiem.
- Możesz się mylić.
- Nigdy się nie mylę.
Obaj spojrzeli na Benny'ego, który wcale się nie uśmiechał i nie wyglądał, jakby Castiel rzeczywiście bredził. Wprost przeciwnie, był śmiertelnie poważny. Dean zdał sobie sprawę, że Castiel może wcale się nie pomylił. Potwierdziły to słowa Benny'ego:
- Dean, twój koleżka mówi prawdę – powiedział ze smutkiem. – Jestem wampirem. Dlatego jeszcze żyję.
Dean spoglądał na przyjaciela w jeszcze większym szoku niż chwilę temu kiedy odkrył, że wcale nie umarł. Wampir. Pieprzony wampir! Nie mógł w to uwierzyć, to była jakaś chora gra. Czemu nagle świat uznał, że nie dość mocno dostał w życiu po dupie? Czemu najpierw stracił przyjaciela, by później się okazało, że jednak żyje i to jako wampir? Co to w ogóle był za chory żart? Nie pisał się na to. Nigdy nie chciał wiedzieć, że coś takiego w ogóle istnieje. Myślał, że przyjaźń z aniołem to wystarczająco wielkie dziwactwo, a teraz jeszcze dowiedział się, że przyjaźnił się z wampirem, groźnym potworem zabijającym ludzi. Jak długo Benny nim był? Czy kiedykolwiek zamierzał mu w ogóle o tym powiedzieć?
W głowie Deana panował chaos. Wszystko mu się poplątało, wróciły wspomnienia z dnia morderstwa Benny'ego, ale dalej bardzo niewyraźne. Czy był już wtedy wampirem? Czy to dlatego przeżył?
Wpatrywał się w przyjaciela w milczeniu, próbując to sobie wszystko ułożyć w logiczną całość, ale nie był w stanie. Castiel stojący za nim przyłożył mu dłoń między łopatkami, jakby próbując go uspokoić, ale to nie pomagało. Był w zbyt wielkim szoku.
- Jak? – wydusił w końcu z siebie.
- Przemieniono mnie, gdy szukaliśmy tego złodzieja. A potem postrzelono, by wszystko wyglądało na morderstwo – wyjaśnił Benny. – Nie umarłem, ale wszyscy wzięli mnie za martwego.
Czyli Benny nic przed nim nie ukrywał. Odetchnął z ulgą, ale tylko na chwilę.
- Wysysasz z ludzi krew – powiedział z obrzydzeniem.
- Nie – zaprzeczył od razu Benny, nieco urażony brakiem zaufania Deana. – Nie bezpośrednio. Nie mógłbym tego robić. Kupuję krew na czarnym rynku. Nigdy jeszcze nie ugryzłem człowieka. Piję krew, a nie ludzi, przysięgam.
- To nie ma znaczenia – wtrącił się Castiel. – Jesteś wampirem, trzeba się ciebie pozbyć.
- Nie, Cas, czekaj – zatrzymał go znowu Dean. – Daj nam chwilę, okej?
Castiel spojrzał na Benny'ego groźnie i niechętnie odszedł na bok. Prawdopodobnie dalej mógł wszystko słyszeć z tej odległości, ale Dean wolał nie mieć go zbyt blisko. Nie w tym stanie.
- Ten twój nowy partner... Jest nerwowy – zauważył Benny, a kącik jego ust uniósł się nieznacznie.
Dean nie potrafił się nie uśmiechnąć, słysząc to.
- Głównie sztywny – sprostował, zerkając na partnera. – Nie rozumie żadnego żartu, w ogóle nic nie rozumie. Czasami brakuje mi twoich docinek, on tego nie potrafi.
- Przez cały ten czas myślałem, że dali cię Sama na partnera – przyznał Benny. – On przynajmniej by mnie lubił.
- Cas jest czasami sztywnym dupkiem, ale to porządny facet.
Tym razem obaj spojrzeli na Castiela, który nie pozostał im dłużny. Anioł jednak bardziej skupił się na Bennym i na przesyłaniu mu gróźb samym spojrzeniem.
- Chyba za mną nie przepada.
- Bo cię nie zna – wyjaśnił Dean. – I jesteś... no cóż, wampirem. Gdyby nie to pewnie byście się polubili. A poza tym, on jest aniołem.
Benny nie wyglądał na ani trochę zaskoczonego.
- W to akurat łatwo mi uwierzyć. W ciągu tych kilku miesięcy zdążyłem się dowiedzieć, że istnieją nie tylko Homo Sapiens.
- Ta, to całkiem niezłe cholerstwo – zgodził się Dean.
- Jak się o tym wszystkim dowiedziałeś? – zapytał Benny.
- Te skrzydlaty przyjemniaczek mi powiedział. – Dean uśmiechnął się, gdy Castiel zmrużył oczy słysząc to przezwisko. – To część ich projektu mającego uświadomić ludzi o istnieniu istot nadprzyrodzonych.
- Nigdy nie wierzyłem w anioły. Ale to nawet ma sens.
- A ja nie wierzyłem w wampiry – wyznał. – Jakim cudem cię to spotkało?
- Nie wiem.
- Skoro żyłeś ten cały czas, czemu do mnie nie przyszedłeś?
To go najbardziej teraz bolało. Że Benny nie ufał mu dość, by szukać u niego pomocy.
- I co miałem powiedzieć? Że jestem wampirem? Że słyszę najcichszy szmer, a ostre światło mnie oślepia? Że muszę pić ludzką krew, by przeżyć? Zaufaj mi, Dean, miałem sporo spraw na głowie przez te miesiące. Musiałem się przyzwyczaić do tego, czym jestem. Musiałem powstrzymywać rosnące pragnienie. Nie wyobrażasz sobie, jak ciężko było być na własnym pogrzebie i nie myśleć o tym, by kogoś ugryźć.
- Tak, łapię. Widziałem nowonarodzonego wampira. Prawie zabił mi brata.
- Sam? – zdziwił się Benny. – Co się stało?
- To był Gordon. Został przemieniony, mieliśmy go szukać. Sam nie chciał wrócić do biura, poszedł ze mną i Castielem, omal nie przypłacając tego życiem – opowiedział w skrócie. – Domyślam się, jak trudne to musiało być dla ciebie. Ale co ze mną? Co z twoją narzeczoną? Nie pomyślałeś, żeby nas odwiedzić? Teraz jakoś sobie radzisz.
- To nie jest takie proste.
- Wiesz co jeszcze nie było proste? – zapytał wściekle. – To że przez te miesiące obwiniałem siebie za twoją śmierć. Myślałem, że to z mojej winy zginąłeś, myślałem, że nie żyjesz! W pewnym sensie nadal tak myślę. Jesteś wampirem, czy one nie są w jakiś sposób martwe?
- Nie czuję się martwy – przyznał Benny. – W zasadzie czuję się jakbym zmartwychwstał. Jak Łazarz.
- Spore porównanie jak na potwora – wtrącił się Castiel, podchodząc do nich z powrotem. Znowu stanął pomiędzy Deanem a Bennym, by trzymać wampira na dystans.
- Oh, przepraszam. Uraziłem twoje uczucia religijne, człowieku? – odgryzł się Benny.
- Przestańcie obaj – nakazał Dean.
- Nie przestanę – oznajmił Castiel. – Nie dopóki ten wampir nie wyjaśni jakim cudem trafiliśmy do niego z miejsca zbrodni.
Dean całkiem zapomniał, po co tu przyszli. Cała ta rewelacja z Bennym namieszała mu w głowie. Wciąż miał wrażenie, że to tylko sen, ale chwilowo musiał odłożyć swoje uczucia na bok, bo Castiel zadał bardzo ważne pytanie.
- Benny?
- Nie będę kłamał. Byłem tam. – Dean wstrzymał oddech, oczekując na dalszą część. – Ale nie zabiłem nikogo. Już to mówiłem, nie pożywiam się bezpośrednio od ludzi.
- Dlaczego mielibyśmy ci wierzyć? – zapytał Castiel.
- Nie możesz tego stwierdzić jak ze wszystkimi? – zdziwił się Dean.
- Nie u wszystkich ludzi widać kłamstwo – wyjaśnił. – Ciebie też nie zawsze mogę rozszyfrować.
- Raju, twoje moce są kompletnie bezużyteczne.
Castiel przez moment wyglądał na urażonego tą uwagą, ale nic nie powiedział.
Nie mogąc liczyć na anioła, Dean musiał sam podjąć decyzję, czy uwierzyć Benny'emu, czy nie.
- Mówię prawdę, Dean – zapewnił.
Benny nigdy wcześniej go nie okłamał. Fakt, ukrywał się przed nim kilka miesięcy i nie powiedział, że żyje, ale być może rzeczywiście nie miał wyboru. To nie zmieniało faktu, że Benny zawsze był z nim szczery. Nawet jeśli teraz był wampirem, nie mogło się wiele zmienić.
- Wierzę ci – powiedział w końcu.
Castiel spojrzał na niego zaskoczony i gotowy się kłócić, ale nim się odezwał, cała trójka usłyszała kroki.
- Spodziewasz się gości? – spytał Dean.
- To wampiry – odparł. – Znaleźli mnie.
- Kto?
Wampiry o których mówił Benny weszły do pomieszczenia, w którym się znajdowali. Była ich tylko czwórka, ale z wysuniętymi zębami gotowymi do ataku. Wszystkie wampiry spoglądały tylko na niego i Castiela, na Benny'ego nie zwracały nawet uwagi. To nie po niego przyszli. Albo ogłupiła ich jadalna ofiara.
Dean wciąż miał ostrze od Castiela i bardzo się z tego powodu cieszył. Nie chciał polegać tylko na ochronie przyjaciół, chciał także bronić się sam, nie lubił być uzależniony od innych.
Castiel stanął przed nim, stanowiąc pierwszą przeszkodę na drodze wampirów. Benny stał po jego prawej stronie, a gdy Dean na niego spojrzał, przeszedł go dreszcz. Nie planował wcześniej udawać, że wampiryzm Benny'ego to bujda, ale gdyby tak zrobił, teraz za nic by mu to nie wyszło. Benny się uśmiechał, a jego ogromny zestaw kłów nie mieścił mu się w ustach. Wyglądał jak prawdziwy potwór, był nawet straszniejszy niż pozostała czwórka.
Wampiry przed nimi nie wyglądały na doświadczone. W ich oczach widać było głód, musiały być nowonarodzone, a sądząc po obdartych i brudnych ubraniach, ich stwórca nie wysilał się z szukaniem idealnych kandydatów tylko przemienił jakichś bezdomnych, za którymi nikt by nie tęsknił.
Dean nie był pewny, kto zaatakował pierwszy, wampiry czy Castiel, który szybko doskoczył do pierwszego przeciwnika i wbił mu ostrze w brzuch. Wnętrzności wampira zaświeciły od wyładowań, które ogarnęły jego ciało, to nie był jednak najlepszy moment, by przyglądać się temu dłużej.
Benny również ruszył do ataku. Rzucił się na jednego z wampirów i powalił na ziemie. Tylko tyle zdążył zarejestrować Dean, niż sam stał się celem ataku. Najwyższy z wampirów wyminął walczącego z następnym przeciwnikiem Castiela i doskoczył do Deana w ciągu ułamków sekund. Chociaż był przygotowany, wampir i tak go zranił. Stwór celował w szyję, jego zęby zadrasnęły Deana, nim ten zdążył wbić ostrze w jego klatkę piersiową.
Wampir stęknął i osunął się na ziemie. Czystą ręką Dean dotknął rany na szyi, która dość mocno krwawiła, na szczęście nie oberwał w tętnicę.
Gdy się rozejrzał, zauważył, że Castiel poradził już sobie z drugim wampirem, którego ciało leżało na ziemi obok pierwszego poległego. Benny również skończył, pozbawił głowy wampira, z którym walczył. Wyglądało to tak, jakby ją odgryzł.
To było proste.
Castiel od razu znalazł się przy Deanie, gdy tylko zobaczył, że jest ranny. Dean zapewnił go, że nic mu nie jest, nie miał teraz czasu na rozhisteryzowanego anioła, nie dał mu się nawet uleczyć. Skupił się na Bennym, który powoli odwrócił się w ich stronę. Zębów wampira już nie było, ale świeża krew spływała po brodzie mężczyzny.
Benny popatrzył na niego i uśmiechnął się z zadowoleniem, ale zaraz potem na jego twarzy pojawiło się przerażenie. Dean nie był pewny, o co chodzi, dopóki nie zobaczył, jak zęby ponownie się wysuwają.
Kurwa, pomyślał, przypominając sobie o ranie na szyi. Może jednak powinien był pozwolić się od razu uleczyć.
Benny, prawdopodobnie nieświadomie, zrobił krok w jego stronę, ale nim zdążył zrobić kolejny, Castiel zasłonił Deana własnym ciałem. Dean czuł moc emanującą z anioła, miał wrażenie, że tworzy wokół nich obu szczelny kokon, mający ich chronić. Benny najwyraźniej też wyczuł tę moc, bo wyglądał jakby go ona otrzeźwiła. Zęby schowały się, a Benny bez słowa i w pośpiechu wybiegł z budynku.
- Benny! – krzyknął za nim Dean, próbując go zatrzymać, ale nie pobiegł za nim. To byłoby samobójstwo, Benny nie chciał ryzykować jego życia, a Dean nie zamierzał mu jeszcze tego utrudniać.
Castiel także za nim nie gonił, stał w miejscu i spoglądał w stronę wyjścia, nim zwrócił się w stronę Deana:
- Pozwól mi.
Dean odsłonił ranę i pozwolił Castielowi ją uleczyć. Gdy palce anioła dotknęły jego szyi, poczuł ciepło w całym ciele i po chwili nic go już nie bolało.
- Dzięki, Cas – powiedział. – Wracajmy do wozu.
Dean spojrzał na swoje ubranie. Było nieco zakrwawione, musiał pojechać do domu i przebrać się nim wrócą do pracy.
Zamknęli za sobą drzwi klubu, a właściwie Dean zamknął. Nie chciał, by Benny stracił swoją kryjówkę albo ktoś ją znowu odnalazł. Istniała szansa, że wampiry, które tutaj przyszły, nie powiedziały nikomu, co znalazły.
- Nie mogę uwierzyć, że Benny jest wampirem – przyznał Dean, gdy siedział już z Castielem w Impali. – Co za popierdolone życie. Czemu mi nic nie powiedziała?
Dalej go to trapiło i pewnie długo nie będzie mógł się z tym pogodzić.
- Pewnie chciał cię chronić przed tym światem – odpowiedział Castiel. Był w bardzo ponurym nastroju, ręce miał skrzyżowane na piersi i cały czas marszczył brwi.
- To ma sens – przyznał. – Benny zawsze chronił mój tyłek.
- Za szybko mu zaufałeś – stwierdził anioł.
- Nigdy nie przestałem – zauważył Dean i zerknął na partnera pytająco. – Czemu ty mu nie ufasz? To wciąż Benny, z którym się przyjaźniłem.
- To przez jego nową naturę – odparł, dalej nie spoglądając w stronę Deana. – Może i Benny był kiedyś człowiekiem, ale teraz to wampir, którym kieruje pragnienie krwi. Twierdzi, że nie zabił człowieka, ale to tylko kwestia czasu.
Deana przeszedł dreszcz, gdy usłyszał te chłodne słowa z ust Castiela. Co jak co, ale nie spodziewał się, że anioł będzie pałała aż taką nienawiścią do Benny'ego.
- Sugerujesz, że to on stoi za tymi morderstwami? – spytał, póki co trzymając gniew na wodzy. Może po prostu źle zrozumiał Castiela.
- Ślad z miejsca zbrodni prowadzący wprost do jego kryjówki jest trochę podejrzany, nie sądzisz?
- Wyjaśnił już to – przypomniał. Castiel powoli go irytował. Nie znał Benny'ego tak jak on, nie miał prawa go oceniać. – Poza tym, te wampiry po coś do niego przyszły, na pewno nie na pogawędkę.
- To prawdopodobnie konkurencyjne gniazdo. Chcą się go pozbyć, bo zwraca uwagę.
- To nonsens.
- W zasadzie to wiele wyjaśnia. – Castiel w końcu na niego spojrzał. Dean od czasu kłótni nie widział w jego oczach takiej niechęci skierowanej prosto na niego. – Zaślepia cię przyjaźń, dlatego nie potrafisz pogodzić się z prawdą. Nie jesteś obiektywny i nie widzisz, że Benny jest teraz potworem żądnym krwi.
Dean zahamował nagle. Na jego szczęście ulica, którą jechali była pusta.
- Posłuchaj mnie, Castiel – powiedział, odwracając się do anioła. – Nie znasz Benny'ego tak jak ja, więc nie waż się mówić o nim takich rzeczy. Nie jest mordercą i nie jest potworem. Nie powinieneś go tak nazywać, skoro sam nie jesteś człowiekiem.
Nie zamierzał pozwolić, by Castiel obrażał Benny'ego. Ani teraz ani nigdy. Wierzył mu, jeśli anioł miał z tym problem, to nie było to jego zmartwieniem.
Mógł przysiąc, że w oczach partnera pojawił się żal, ale zignorował go. Niech zżera go sumienie, skoro znowu postanowił być dupkiem, mało go to teraz obchodziło. To był okropny początek dnia.
Zaczął znowu prowadzić, ale nim dojechał do domu, Castiel teleportował się z samochodu. Dean znalazł go dopiero w biurze, usadowionego z markotną miną przy biurku. Zignorował go i zamiast tego poszedł zobaczyć, czy Ellen zaczęła już sekcję ofiary. Był w podłym humorze dlatego nie zwracał uwagi na to, gdzie idzie. Wpadł na Chucka, który właśnie szedł w przeciwnym kierunku.
- Oh, Dean, dobrze, że cię widzę – powiedział.
- Co jest?
- Ellen nie ma dzisiaj w pracy, przeprowadzam sekcję za nią – wyjaśnił. – Miałem po ciebie iść.
- Mogłeś zadzwonić.
- Bateria mi się rozładowała – wytłumaczył się niezręcznie. – Chodźmy, musisz to zobaczyć.
- Znalazłeś coś niezwykłego? – zapytał podążając za Chuckiem.
- Nie bardzo. – Znaleźli się w prosektorium. Chuck odsłonił ciało i od razu wskazał na szyję. – Ma dwie rany. Jedna gorsza od drugiej. Coś niemal rozszarpało mu szyję. To okropne.
Chuck był bardzo wrażliwy jak na patologa. Nie wymiotował na widok zwłok, ale bardzo przeżywał śmierć każdej ofiary, zwłaszcza sposób w jaki umarła.
Dean przyjrzał się ranie, która znajdowała się na karku mężczyzny. W połączeniu z tą drugą sprawiała wrażenie, jakby głowa lada chwila miała dopaść, gdyby nie kręgosłup. Przypomniało mu to widok głowy wampira, któremu Benny odgryzł głowę. To był dokładnie ten sam typ rany. Facet wyglądał, jakby zaatakował go prawdziwy potwór. Dean jednak nie potrafił uwierzyć, że ktoś tak mało agresywny jak Benny mógł zabić niewinnego człowieka.
- Coś jeszcze? – zapytał Chucka. Chciał już stąd pójść i zapomnieć o wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło.
- Nic nowego nie znalazłem.
Dean pokiwał głową, podziękował Chuckowi i wyszedł. Wrócił do biura, gdzie na szczęście nie było już Castiela. Dobrze, nie miał ochoty na niego patrzeć.
Do końca dnia anioł już się nie pojawił. Dean starał się o tym nie myśleć, bo nie chciał powtórki z ostatniej kłótni. Udawało mu się to, póki miał coś do roboty, ale pod koniec było mu coraz ciężej ignorować sprawę. W końcu jednak mógł pójść do domu. Zabrał swoje rzeczy i gasząc za sobą światło opuścił biuro, a następnie budynek. Gdy był przy samochodzie, zaczął szukać kluczyków w kieszeni spodni, ale nigdzie ich nie było. Zdziwiony zajrzał do auta by zobaczyć, czy tam ich nie zostawił, ale stacyjka była pusta.
- Tego szukasz?
Dean przewrócił oczami słysząc znajomy głos.
- To znowu ty – westchnął, odwracając się w stronę Uriela, który trzymał w dłoni jego kluczyki. – Wiesz, nie mam teraz ochoty na gadanie z żadnym z was.
Uriel rzucił mu kluczyki, ale nie odszedł.
- Teraz wszystko ma sens – powiedział z tajemniczym uśmiechem.
- Co ma sens? – zapytał Dean, otwierając drzwi Impali.
- Ostatnim razem, gdy Castiel pojawił się wściekły w niebie, był po kłótni z tobą. Czyżby kolejna kłótnia?
- To nie twoja sprawa.
- Zadziwia mnie jak bardzo się do ciebie przywiązał – przyznał Uriel. Dean słyszał, jak anioł podchodzi bliżej. – Przez miliony lat nie widziałem go tak wściekłego jak w momencie, kiedy dochodzi do sprzeczki pomiędzy wami.
Dean odwrócił się i uśmiechnął dumnie.
- Widać tylko ja potrafię mu tak zaleźć za skórę.
- To nie to. Potrafię rozróżnić gniew jako taki od skierowanego na konkretną osobę. Castiel nie jest wściekły na ciebie. Jest wściekły na siebie, bo doprowadził do kolejnej kłótni.
- Skąd wiesz, że on doprowadził?
Czyżby w niebie funkcjonowały plotki?
- Czemu byłby wściekły w innym przypadku? Castiel nie daje się tak łatwo sprowokować, chyba że mu na czymś zależy. A zależy mu na tobie. Kim jesteś, Deanie Winchester, że mój brat bardziej chce przebywać tutaj z tobą, niż w niebie wraz ze swoim rodzeństwem?
Deana dotknęły te słowa i to w bardzo przyjemny sposób. Nawet w czasie kłótni z Castielem wciąż się cieszył, gdy słyszał o tym, jak anioł go lubi.
- Powiem ci, kim jestem. Człowiekiem, który zaraz nakopie ci do dupy jeśli się nie odczepisz ode mnie i mojego życia.
Wciąż miał ostrze od Castiela, schował je w bagażniku. Z wielką przyjemnością wbiłby je w Uriela aż po rękojeść.
- Nie ma potrzeby kierować swojej frustracji spowodowanej kłótnią z Castielem na mnie. – Uriel znowu się uśmiechnął. – Idę już. Ale powiem ci jeszcze jedną rzecz. Jesteś naprawdę niezwykłym człowiekiem.
Uriel zniknął, a Dean odetchnął z ulgą. Cieszył się, że pozbył się tego dupka. Miał dość skrzydlatych na dzisiaj. Ale przynajmniej dowiedział się, gdzie Castiel był przez cały dzień. Podkulił ogon i uciekł do nieba, najwyraźniej nie potrafił inaczej.
Gdy Dean dojechał do domu, Sam już spał, ale na szczęście w swoim pokoju, a nie na kanapie. Dean podszedł do barku, chcąc napić się whisky, ale po nalaniu jej sobie do szklanki zrezygnował. To nie był najlepszy pomysł, alkohol nie pomoże mu z kolejną kłótnią.
Zacisnął dłonie z bezsilności i zamknął oczy, oddychając ciężko. Czemu on i Castiel nie mogli się obejść bez kłótni? Zwłaszcza o coś takiego? Może wcale nie byli tak dobrymi partnerami, jak mu się wydawało. Ani nawet przyjaciółmi. Castiel potrafił go naprawdę mocno zranić i to właśnie zrobił dzisiaj, nazywając Benny'ego potworem.
Dean westchnął i poszedł się położyć. Nim zgasił lampkę przy łóżku, jego uwagę przyciągnęło Pismo Święte od Castiela. Nie czytał go jeszcze, ale teraz nabrał na to ochoty.
Opierając się o wezgłowie wziął Pismo do ręki i otworzył na przypadkowej stronie. Trafił na Nowy Testament.
„Wtedy Piotr zbliżył się do Niego i zapytał: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy."
O ironio, natrafił na tekst o przebaczaniu. Bóg miał dziwne poczucie humoru, skoro spośród tylu stron i treści natrafił akurat na taką. Podniosła go ona jednak na duchu. Nie był pewny, czy jest gotów wybaczyć, nigdy nie był w tym dobry, ale słowa Jezusa dały mu do myślenia.
Przeczytał jeszcze kilka wersów nim zmorzył go sen. Pismo wyślizgnęło mu się z rąk i upadło obok niego na materac. Dean mógł przysiąc, że nim jego umysł całkowicie się wyłączył, usłyszał jeszcze trzepot anielskich skrzydeł.
