Pokątna
Dwudziestego ósmego sierpnia Draco spotkał się z przyjaciółmi na Pokątnej, żeby zrobić ostatnie zakupy. Książki i inne szkolne rzeczy zostały do nich dostarczone pocztą już miesiąc temu, żeby mogli zacząć naukę. Ta wyprawa była tylko dla przyjemności, po to, by kupić najnowsze, niedzielne szaty i niebywale drogie drobiazgi, które im się znudzą za kilka miesięcy. To był ten rodzaj wyjścia, który Draco naprawdę lubił. W ciągu następnych trzech dni przepakuje swój kufer, żeby wszystkie nowe nabytki się zmieściły. Strasznie chciał zanurkować na chwilę w Śmiertelnego Nokturnu po kilka zabronionych składników do wywarów, ale ojciec wyraźnie zabronił mu chodzić tam, gdzie jego obecność mogłaby być źle odebrana.
W ostatnim tygodniu umarło kilka osób. Jakiś atak w Surrey. Draco nie znał szczegółów, a większość ludzi nawet nie wiedziała, że atak miał miejsce. Z absolutnie jasnych dla niego powodów wiadomość ukazała się w Proroku Codziennym tylko raz, na tak odległej stronie, że nigdy nie stała się sensacją.
Draco żałował tylko, że to nie był Potter. Potter mieszkał w Surrey z tymi mugolami. Powinno być łatwo zabić go któregoś lata, kiedy nie mógł używać różdżki i kiedy nie było przy nim nikogo, kto mógłby go bronić. Draco zastanawiał się, dlaczego nikt nigdy nie spróbował. Zastanawiał się, dlaczego ojciec nie ufał mu nawet na tyle, żeby powiedzieć mu kilka szczegółów na temat tego ataku, o którym większość ludzi nawet nie słyszała.
Z drugiej strony, nie wiadomo, co ja bym zrobił z tą informacją.
—To dopiero miotła—powiedział Blaise zatrzymując się przed wystawą—Po co oni pozłocili rączkę?
Draco rzucił okiem na kartkę na wystawie. Było na niej napisane "Gwiazda", a pod nazwą był opis wszystkich funkcji błyszczącej, złotej miotły z iskrzącym się, srebrzystym ogonem. Wyglądała jak wielki znicz.
—To miotła dla bab—powiedział z obrzydzeniem, kiedy skończył czytać—Żadna z tych funkcji nie przydaje się na boisku. To po prostu badziewie. Francuzi nie mają pojęcia, jak się robi porządne miotły.
—Za to ubrania...—zastanowił się Blaise.
—Hm, tak.
—Och, czyż ona nie jest piękna?
Draco westchnął. Pansy wślizgnęła się pomiędzy nich i wpatrywała z podziwem w miotłę.
—Taką właśnie chciałabym mieć. Wieki takiej szukałam. Wszystkie miotły są robione dla chłopców—Pansy zmarszczyła swój zadarty nos—Nie mam zamiaru latać na ogromnym, obrzydliwym Grzmocie...
—Błyskawicy—wycedził Draco przez zaciśnięte zęby.
Pansy spojrzała na niego rozanielonym wzrokiem.
-Och, Draco—dotknęła jego ramienia—przecież wiesz, że ja nie mam pojęcia o Quidditchu. Jak myślisz, jaką miotłę powinnam sobie kupić?
Powiem ci, gdzie możesz ją sobie wetknąć...
—Na pewno nie tę—powiedział Draco krótko, wskazując kciukiem Gwiazdę.
Jeszcze tylko tego brakowało, żeby latała po Hogwarcie w blasku srebra i złota. Nie teraz, kiedy ludzie zaczęli ich ze sobą wiązać. Nienawidził tego, że wszyscy po prostu założyli, że on i Pansy to było coś pewnego i zaklepanego. Z drugiej strony, jeżeli nie chciał sprawiać takiego wrażenia, może powinien przestać wpychać język do gardła Pansy na każdym przyjęciu. Nie robił tego, gdy ktoś widział, ale Pansy zadała sobie trud, żeby od czasu do czasu ktoś ich przyłapał. Zajęła się tym, żeby wieści rozprzestrzeniły się jak pożar buszu. Ciekawe, co by zrobiła, gdyby jej powiedział, że posługiwał się nią tylko, żeby odwrócić swoją uwagę od czystego pocałunku z zamkniętymi ustami, który ciągle przeżywał. To i tak już nie miało znaczenia. Zrezygnował z niemożliwych rzeczy, a Pansy przynajmniej była dziewczyną—średnio atrakcyjną, z ogromną fortuną, nazwiskiem i adresem nie budzącym zakłopotania. Dziewczyną, która pozwalała jego rękom błądzić, gdzie tylko chciały. To była największa korzyść.
—No, więc którą?—Pansy pociągnęła go za rękaw do drzwi—Pomożesz mi?
—A masz w ogóle zamiar kupować miotłę?—Draco nawet nie drgnął—Naprawdę masz zamiar latać w tym roku?
Nie mieli zajęć z latania od czasu wczesnych lat w Hogwarcie, a Pansy rzadko angażowała się w coś, przy czym mogła się spocić lub pobrudzić. Nie miał zamiaru zajmować się czymś, co tylko będzie leżało w kącie i porastało kurzem.
—Nie wiem, być może. Chciałbym ją mieć, na wszelki wypadek—puściła jego rękaw, odgarnęła swoje lśniące blond włosy i wydęła wargi—Jeśli nie chcesz mi pokazać, którą mam kupić, to nie szkodzi. Kupię sobie złotą.
Odwróciła się i weszła do sklepu, kołysząc biodrami.
Draco poszedł za nią, dokładnie tak, jak myślała, z Blaisem za plecami. Wybrał coś odpowiednio subtelnego z linii Wenus—nie robili sportowych mioteł—i obejrzał dokładnie. Miotła była zrobiona ze wzmocnionej białej brzozy, wąska i wypolerowana na wysoki połysk z ogonem z wierzbowych witek, całkowicie bezpieczna i ani trochę męska. Wręczył ją Pansy.
—Idealna—powiedziała Pansy i pocałowała go w policzek, po czym podeszła do kasy zapłacić.
Draco wytrzymał to z dwóch powodów. Po pierwsze, nie chciał robić sceny. Gdyby byli w szkole, to by ją zniechęcił, ale tutaj, w mieście, było inaczej. Po drugie... Draco znowu westchnął. Tak to już miało być. Była, przynajmniej podczas jego pobytu w Hogwarcie, bezpiecznym i odpowiednim wyborem, i uspokoiła się trochę, jeśli chodziło o nadokazywanie uwagi odkąd była pewna swojego miejsca przy nim. Nie była już totalnie nie do zniesienia. Poza tym, to nie było takie straszne być adorowanym, słuchanym i mieć pozwolenie na dotykanie czego mu się żywnie podobało.
To i tak nie było to samo. To i tak nie było podniecające. Żadnego polowania, żadnego napięcia. Nie miała skóry usianej piegami ani olśniewających włosów.
—Umieram z głodu—powiedział Blaise, gdy wyszli ze sklepu—A Crabbe już od godziny chciał zjeść obiad.
Pansy roześmiała się.
—Ale niespodzianka. Draco, jesteś głodny?
Zerknął na nią. Jeśli pytała, to znaczyło, że sama była głodna, ale dostosowałaby się do niego pod każdym względem. Przez chwilę miał ochotę być złośliwy i powiedzieć, że nie, nie był głodny i kazać jej czekać, aż już sam nie będzie mógł tego wytrzymać. Jednak tak naprawdę to już od pewnego czasu miał ochotę coś zjeść i wolał, żeby jego żołądek nie zaczął burczeć.
—Tak.
Pansy uśmiechnęła się.
—Ja też—powiedziała, wyraźnie zadowolona, że mogła wskazać kolejną wspólną rzecz—Blaise, może pójdziesz poszukać Vincenta, Gregory'ego i Millicentę, i spotkamy się w Latarni Morskiej?
Zanim jednak Blaise poszedł gdziekolwiek, pojawili się Crabbe i Goyle, i zaoszczędzili Draco spaceru sam na sam z Pansy. Rzadko, bo rzadko, ale czasem okazywali się bezcenni. Millicenta szła obok Crabbe'a, ale między nimi było pół metra odległości i żadne z nich nie wyglądało swobodnie.
Draco był zadowolony, że się nie dotykali. Mógłby zwymiotować.
Szli całą grupą w kierunku mieszkalnej części Pokątnej, gdzie stała Latarnia Morska, tuż przed rzędami kamiennych domów. Jeszcze raz minęli Esy Floresy, cukiernię Fortescue, Madam Malkin i sklep Ollivandera...
Minęli sowiarnię...
Draco szedł dalej nie zwalniając kroku, ale nie mógł oderwać wzroku od okien sowiarni. Istniała szansa... Nigdy nie sprawdził. Może tam jest. Może odpowiedziała. Minął już prawie miesiąc. Gdyby miała odpowiedzieć, to już by to zrobiła. Jeśli miał tam być, to już był.
Obiecał sobie, że nie sprawdzi.
—Draco, co się stało?—zapytała Pansy, dotykając jego ręki.
—Nic—powiedział, ale się zatrzymał i odłączył od grupy—Właśnie sobie przypomniałem, że muszę coś sprawdzić.
Zatrzymali się, gotowi na niego poczekać.
—Nie, idźcie na obiad. Za minutę do was dołączę.
—Czy chcesz, żebym…
—Nie, Pansy. Zamów dla mnie, dobrze?
Zrobiła minę, jakby jej powierzono świętą misję, wyprostowała się i odwróciła, prowadząc za sobą całą grupę.
Draco powiedział sobie, że to po prostu zdrowy rozsądek. W końcu jeśli na poczcie leżał sobie list adresowany do niego, to była to tylko kwestia czasu, zanim przekierują go do niego do domu. Jego nazwisko było powszechnie znane. Nie mógł pozwolić, żeby takie coś pojawiło się nagle przy śniadaniu, jak on już będzie w szkole i nie będzie mógł go przechwycić i spalić.
Spali go. Nie otworzy. Nawet jeśli tam był.
A jeśli go tam nie ma, to zapomnisz o wszystkim na zawsze.
Podszedł do kontuaru i podał swoje nazwisko. Urzędnik zniknął w długiej alejce półek, a Draco czekał, bębniąc placami po blacie, żeby się uspokoić. Nie było go. Nie napisała. Zostaną mu oszczędzone dalsze pomyłki. To był już koniec. Koniec, a jednocześnie środek ostrożności. To wszystko.
—Proszę bardzo, panie Malfoy.
Draco zaczął się pocić.
Urzędnik popchnął niewielki list—skrawek pergaminu, dziewczęca kursywa—po kontuarze, aż dotknął palców Draco. Przestał nimi przebierać i nie mógł zrobić nic innego, niż skoncentrować się na oddychaniu, co powinno być odruchem bezwarunkowym, ale teraz wymagało jego pełnej uwagi.
Przeciągnął list do brzegu blatu i podniósł go. Musiał uważać, żeby mu ręce nie zadrżały. Wokół niego stali ludzie, cała kolejka.
—Kiedy przyszedł?
—Ponad trzy tygodnie temu. Przepraszam pana, jeśli miał by odesłany, ale standardowy czas to cztery tygodnie, zanim...
Trzy tygodnie. Draco odwrócił się gwałtownie od kontuaru i odszedł na bok, zerkając, czy w kolejce nie było znajomych twarzy. Nie było nikogo znaczącego, nikt go nie obserwował, oprócz jakiejś małej dziewczynki, która wyglądała na przestraszoną. Zdał sobie sprawę, że musiał wyglądać tak, jak się czuł: spięty z powodu nadziei, strachu i furii. Trzy tygodnie. Prawie miesiąc bez tego listu. Zostawił go tutaj, zignorował i starał się zapomnieć w swoim odpowiednim towarzystwie, w cholernej Pansy, kiedy wszystko, czego chciał to było to.
Odwrócił się do ściany, ściskając list w obydwu dłoniach. Nie mógł go otworzyć. Nie mógł przeczytać. Lepiej by było, gdyby go teraz spalił, żeby nie wiedział, nie kusił się, żeby się kompletnie nie rozczarował. To mogło być 'nie'.
To mogło być 'tak'.
Coś go zmuszało. Nie mógł nic na to poradzić. Złamał pieczęć i wyciągnął pergamin. Przeleciał słowa niewidzącymi oczami i serce podeszło mu do gardła na to, co napisała. Niemożliwe. Niemożliwe.
Draco,
Oczywiście, że to nie był zbieg okoliczności.
Rzecz w tym, że nawet 'przyjaciele' to więcej niż nam wolno. Bardzo mi się to nie podoba. To nie w porządku, że to inni decydują. Tylko że właściwie nie, prawda? Już wcześniej byliśmy więcej niż przyjaciółmi.
Więc właściwie nie wiem, dokładnie o co pytasz, ale…
Tak. Chce mieć szansę, żeby to między nami ustalić. Jak możemy to zrobić? Już kiedyś cię o to pytałam. Proszę, zastanów się nad odpowiedzią.
Odpisz.
~G.
Możliwe.
Ręce mu dygotały, kiedy powiódł palcami po liście, gładząc jedno słowo.
Tak.
Ginny spróbuje. Zaryzykuje. Już za trzy dni będą z powrotem w szkole, gdzie nie będzie rodziców. Gdzie będą wszyscy inni. Gdzie przynajmniej będą w pobliżu i będzie szansa znalezienia jakiegoś miejsca, należącego tylko do nich. Chyba nawet już znał takie miejsce.
Mógł tylko mieć nadzieję, że nie rozmyśliła się. Jeśli przez te trzy ostatnie tygodnie zmieniła zdanie, to on... to on... chyba kogoś zabije. Miał nadzieję, ze uda mu się jeszcze temu zapobiec.
Teraz.
—Proszę o pióro—warknął, odwracając się do kontuaru i ignorując kolejkę—I pergamin. Słyszy pan? Szybciej!
Urzędnik sprawiał wrażenie zaskoczonego, ale nie był tak głupi, żeby się sprzeciwiać. Sięgnął pod biurko i położył na blacie pergamin i pióro. Draco ledwo zauważał całą resztę ludzi gapiących się na niego. Ledwie słyszał, jak mała dziewczynka w kolejce mówiła cicho, że jest strasznym człowiekiem. Pochylił się nad pergaminem, żeby nikt nie mógł zobaczyć, co pisał, a pisał z zapamiętaniem. Nie było czasu do stracenia, nie było można starannie dobierać słów. Pisał gwałtownie i nie sądził, żeby Ginny przeszkadzały kleksy.
—Pieczęć—zażądał, przeczesując palcami wilgotne włosy. To jej sprawka. Zupełnie go pozbawiła godności. Znowu. Publicznie. Jednym, maleńkim słowem.
Urzędnik podał mu wosk i Draco zapieczętował list. Zamówił ekspresową sowę i sam przymocował list. Nikomu by tego nie powierzył. Nie obchodziło go, że ekspres może wyglądać dziwnie w Norze. Ufał, ze Ginny potrafi wymyślić wiarygodną wymówkę. Musiał jej teraz zaufać. Jeśli mieli być razem, będzie musiała nauczyć się kłamać.
—Leć—powiedział i sowa wyfrunęła przez okno.
Draco z hukiem zostawił dwa sykle na kontuarze i wyszedł z sowiarni, zanim zaczął się zbytnio przejmować przedstawieniem, które właśnie odstawił. Niewielki szanse, że to dotrze do jego ojca, a jeśli nawet... Cóż. Jeśli dotrze, to po prostu będzie musiał wymyślić wiarygodną wymówkę, tu i teraz, a potem być konsekwentnym w szczegółach. To nie będzie trudne. Powiedzmy, że... Zapomniał zamówić czegoś, czego bardzo potrzebował do szkoły. Tak, to było to. A żeby to wyglądało na prawdę, pójdzie do sklepu i zamówi coś szkolnego, zanim dzisiaj wrócą, i zamówi dostawę publiczną pocztą ekspresową.
Gdy tak szedł ulicą, spojrzał na swoje palce i skrzywił się. Całe były pobrudzone tuszem. Nie mógł nic z nimi zrobić za pomocą magii. Jeszcze trzy dni, zanim będzie mógł użyć różdżki.
Zanim będzie Prefektem.
Zanim będzie ją miał—jeśli ona jeszcze go chciała.
Musi mnie chcieć, musi. Kim ona jest, żeby mnie nie chcieć?
Zlizał atrament z palców, mając nadzieję, ze nikt ze szkoły tego nie widział. Zresztą, nawet jeśli, to co z tego?
Była tego warta.
Wszystkiego.
Draco odbił w bok z drogi, w niewielką, zacienioną niszę pomiędzy dwoma sklepami i jeszcze raz przeczytał list od Ginny. Czytał tak długo, aż wrył mu się w pamięć. Potem, z potwornym bólem serca, podarł go na małe kawałeczki i rozrzucił w różnych miejscach po drodze do Latarni. Jej 'tak'. Wyrzucił je. Nie miał innego wyboru.
Tego wieczoru, w domu, Draco spalił starą księgę czarnych zaklęć należącą do jego ojca. To nie była najbardziej satysfakcjonująca zemsta—kiedy jego ojciec to zauważy, obwini służącego. Draco było wszystko jedno. Za wszystko dotyczące niej, co straci, od tej pory jego ojciec też coś straci.
