Niebetowane.
Anuii, Dominikamaju i Evolutions — ogromnie wam dziękuję za komentarze. Jesteście naprawdę niezwykłe i jestem wam ogromnie wdzięczna za wasze wsparcie :). Sprawiacie mi nim ogromną radość.
Dominikamaju, Tom cały czas czuje coś do Harry'ego. Ma na jego punkcie absolutnie niezdrową obsesję. Trudno mi natomiast stwierdzić, czy czuje coś bardziej... romantycznego. Jest psychopatą. A jeśli nawet czuje, będzie to bardzo zaborcze i niszczycielskie uczucie. Oczywiście ogromnie się cieszę, że rozdział się podobał :).
Miłego czytania!
Motyle serce
Część pierwsza
Rozdział dwudziesty pierwszy
Nim minęła piąta, Harry został wezwany na „spotkanie" ze swoimi przełożonymi. Doskonale wiedział, o co w tym wszystkim chodziło i kiedyś pomyślałby, że świadomość tego, co go czeka oraz możliwość zaplanowania swoich słów będzie uspokajająca.
Nie była.
Czuł nieprzyjemny ucisk w żołądku, dokładnie jak za każdym poprzednim razem, gdy wzywano go do centrali Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów.
Miał, do jasnej cholery, ważniejsze rzeczy do roboty. Jak, na przykład, zidentyfikowanie, który stary, czystokrwisty ród powiązany jest ze Slytherinem.
Poniekąd podejrzewał Malfoyów, ale nikt tak naprawdę w tę bzdurę nie wierzył, a do tego zupełnie bez sensu byłoby, aby Malfoy był Voldemortem.
Zastał czekających na niego z grobowymi minami Scrimgeoura, Thicknesse'a i Bones.
Miał naprawdę złe przeczucie. Zacisnął mocno u swoich boków pięści, po czym rozprostował ponownie palce i znieruchomiał.
— Proszę – wymamrotała cicho pani Bones. – Zajmij miejsce, panie Potter.
Harry opadł na stojące przed biurkiem krzesło i spojrzał nieufnie na siedzącą przed nim trójkę czarodziejów. Nie chciał być pierwszym, który się odezwie. Nie chciał potykać się o słowa i wymyślać wymówki, których tak naprawdę nie posiadał.
Przez chwilę wymieniali spojrzenia.
— Pan Scrimgeour wyjaśnił nam, co wydarzyło się ostatniej nocy w twoim departamencie. Przykro nam z powodu twojej straty – oświadczyła Bones. Harry posłał jej napięty uśmiech i pochylił głowę w podziękowaniu za otrzymane kondolencje.
— Oczywiście, chociaż Lord Voldemort, jak nazywa samego siebie, posiada magiczną zdolność do pominięcia zastosowanych przez nas środków ostrożności i wyłączenia kamer, okoliczności ich śmierci są wysoce podejrzane – stwierdził chłodno Thicknesse. – Zwłaszcza że z naszych obserwacji wynika, iż nie ma w zwyczaju pozostawiać obranych przez siebie ofiar przy życiu. A jednak… gdyby ktoś przyjrzał się ostatnim wydarzeniom, zauważyłby, że ludzie umarli w niewłaściwej kolejności.
— Nie sądzę, by powiedzenie, iż użyłbyś wszelkich możliwych środków, aby chronić tych, których kochasz było naciągane – powiedziała Bones, tym razem bardziej sympatycznie. – Scrimgeour wspomniał, że zawarłeś z zabójcą umowę – nieautoryzowaną przez twój departament oraz żadnego funkcjonariusza?
Harry mógł praktycznie poczuć, jak oczy Thicknesse'a ciskają w niego przepisami prawnymi. Nie miał pozycji, która uprawniałaby go do zawierania nieautoryzowanych umów, a już zwłaszcza z poszukiwanymi kryminalistami.
Zawahał się.
— Tak, zawarłem umowę. Nikt z pozostałych z dwunastki osób nie umrze.
— Tak, a do tego tak po prostu zabiłeś swoją jedyną rodzinę! – warknął Scrimgeour, najwyraźniej tracąc nad sobą panowanie.
— Zdajesz sobie sprawę, że, według prawa, powinieneś zostać natychmiastowo zesłany do więzienia w Azkabanie? Twój przełożony stwierdził jednak, że prawdopodobnie lepiej by dla ciebie było, gdyby zamiast tego dać cię pod opiekę uzdrowiciela Smethwycka. To oczywiste, że ta sprawa jest dla ciebie bardzo… wymęczająca – stwierdziła spokojnie Bones.
Oczy Harry'ego rozbłysły żarliwie i poczuł, że gotuje się w nim okrutny gniew, który go przerażał, bo tym razem doskonale wiedział, iż należy wyłącznie do niego. Czuł się, jakby chciał wyskoczyć z niego jakiś wielki, potworny wąż i zaatakować ich, bo go nie rozumieli i nawet nie próbowali tego zrobić.
Udawali, że rozumieją przez co przechodzi, ale niemożliwe było, aby to wiedzieli! Pod koniec dnia będą mogli odrzucić swoją papierkową robotę w kąt i wrócić do domu do swoich rodzin, tylko odrobinę bardziej zatroskani niż wszyscy inni ludzie na tym świecie.
Dla niego nie było takiej opcji. Nigdy nie był bezpieczny. Nie, gdy był na jawie i nie, kiedy spał. Nie, gdy był sam i nie w czyimś towarzystwie. Podstępny Voldemort zawsze krył się w zakamarkach jego umysłu i sprawiał, że czuł się zbrukany.
Nikt nigdy nie powinien być tak bardzo przerażony samym sobą i swoimi możliwościami. Kiedyś umieścił nawet w swoim pokoju kamery, aby upewnić się, że nie morduje nikogo we śnie.
Przełknął gulę, która stanęła mu w gardle. Rozważał zachowanie milczenia – nie mógł znieść myśli o Azkabanie lub zostania umieszczonym w jakiejkolwiek instytucji. Choć nie mógł powiedzieć, by sam widział dla siebie jakikolwiek inny los.
— Nie zabiłem ich – powiedział, kłamiąc jedynie odrobinę. Zabił swojego wuja. Zdawało mu się, że ma na języku truciznę. – To był podstęp. Przeniosłem ich. Nie mogłem znieść tego, że ludzie będą dalej umierali. Podrobiłem tę scenę.
Bardzo uważnie mu się przyjrzeli.
— Podrobiłeś ją? – Wyraz twarzy Bones był kamienny i nie widniały na niej żadne wskazówki czy mu uwierzyła, czy też nie. – I dlaczego dopiero teraz tak nagle zmieniasz swoje zeznania?
— Nie zmieniam ich. Powiedziałem Scrimgeourowi, że zawarłem umowę i w żaden sposób nie odpowiedziałem, gdy zapytał, czy ich zabiłem. – Posłał swojemu szefowi zimne spojrzenie. – To nie moja wina, że jest taki skłonny uwierzyć, że jestem człowiekiem, na którego poluję.
— Gdzie ich przeniosłeś? – dopytywał się Thicknesse.
— Nie podzielę się tą informacją. Biorąc pod uwagę wcześniejsze incydenty przy sprawie Voldemorta i bazę jego wiedzy, lepiej będzie, abym zachował swoje sekrety dla siebie. Mówię wam o tym tylko dlatego, że gdybym tego nie zrobił, skazalibyście mnie za morderstwo – splunął. – No chyba że chcecie powiększyć szansę na to, że ośmioro ludzi zostanie brutalnie zamordowanych? Licząc w tym ciebie – dodał, spoglądając na Scrimgeoura.
Mężczyzna odwzajemnił jego spojrzenie, zaciskając mocno usta. Chwilę później odwrócił wzrok.
Nastąpiła cisza, podczas której wydawali się cicho ze sobą porozumieć. Następnie Thicknesse pochylił się do przodu.
Tom Riddle nie należał do osób, które często się niepokoiły. Albo coś go nie obchodziło, albo wszystko szło dokładnie według jego planów, albo bez większych kłopotów i poprawek.
Ale Harry nie pojawił się na swojej sesji terapeutycznej.
Oczywiście ten głupi chłopak prawdopodobnie pracował do późna i znowu o niej zapomniał. A jedyną rzeczą, która sprawiała, że nie miał aż tak wielkiej ochoty dźgnąć go za to, że jest na tyle nieuprzejmy, aby o nim zapomnieć była świadomość, że o uwagę i czas Harry'ego rywalizował z samym sobą.
Harry zapracowywał się sprawą Voldemorta, więc tak naprawdę powinien czuć się zaszczycony.
Jednakże, jakkolwiek ekscytujące i satysfakcjonujące było znajdowanie się w centrum myśli Harry'ego, znacznie bardziej wolałby, aby chłopiec był teraz blisko niego, jako że miał ochotę na więcej osobistych interakcji między nimi.
Zanim został psychiatrą Pottera, wystarczyło mu przyglądanie się wszystkiemu z boku, pociąganie za sznurki i świadomość, że chłopiec rozpaczliwie walczył z samym sobą i próbował go odnaleźć.
Teraz jednak, gdy wiedział, co może mieć… no cóż, zawsze mówiło się, że jeśli już pojawi się apetyt na jakieś uzależnienie, życie zaczyna się wokół niego obracać.
Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wiele traci.
Bardo podobało mu się obserwowanie, jak Harry wierci się i z trudem próbuje rozszyfrować puzzle, które mu dał, owijając go kokonem jego własnego przerażenia, wątpliwości i nikczemnych rozkoszy.
W pewnym sensie Harry wciąż spętany był tym kokonem, bez względu na to, czy zdawał sobie z tego sprawę, czy też nie i po omacku szukał drogi ucieczki.
Różnica polegała na tym, że teraz pragnął bliżej przyjrzeć się wszystkim szczegółom, przesunąć swoimi palcami po każdym jego drżącym mięśniu i wdychać zapach zmieszania Harry'ego oraz jego desperackiej potrzeby, aby się czegoś chwycić.
Chciał zobaczyć, w jakiego motyla Harry przemieni się na własną rękę. Oglądać, jak poleci, wiedząc, że to on stworzył coś tak doskonałego. Z drugiej strony motyle były bardzo delikatne i rzadko dostrzegały swoje własne piękno i skrzydła, póki ktoś im ich nie wyrwał. I Tom nie mógł znieść myśli o tym, że Harry mógłby rozkwitnąć i szybko ponownie zwiędnąć, zanim miałby okazję rozkoszować się należycie tym widokiem.
W pewnym sensie lepiej by było po prostu pochwycić go w swoje ręce, aby zapewnić, że nie dozna żadnej krzywdy, a następnie przypiąć do tablicy korkowej, by móc go już zawsze podziwiać. By zatrzymać go przy sobie na wieczność.
Cały problem polegał na tym, że kiedy coś miało skrzydła, mogło odlecieć.
A Harry już teraz mu często odlatywał.
Po prostu się zapracowywał, prawda? Tom nienawidził myśli, że to ich ostatnia sesja mogła spowodować, że Harry tak filuternie od niego uciekł. Nie miał się przecież czego wstydzić. Wyglądał pięknie.
Co za szkoda, że nie mógł mu tego tak bezpośrednio powiedzieć.
Mimo tego zmrużył oczy, a jego palce zadrgały we zburzenia, kiedy po raz kolejny szkicował dla zbicia czasu. A także po to, by być w bardziej profesjonalnym stanie umysłu, gdy Harry już powróci i by nie być tak rozpraszanym przez wspomnienia wijącego się, związanego linami chłopca, kiedy walczył z przyjemnością, jaką przynosiło mu zaklęcie i traumą, która rozbrzmiewała w jego głowie.
Jego wargi rozchylone były przez knebel, pozostawiając je w stanie stałej suchości, co powodowało, że niemal co każdą minutę przełykał ślinę. Jak bardzo Tom pragnął wyciągnąć wtedy rękę i przesunąć palcami po gładkiej, odsłoniętej skórze jego gardła, przycisnąć usta do miejsca, gdzie biło jego tętno i pochłonąć jego życie dokładnie tak samo, jak potrafił zrobić ze śmierci dzieło sztuki.
Tak bardzo pragnął zrobić to w nieprofesjonalny sposób.
Będzie pracował nad tym, aby wprowadzić Harry'ego w ten stan, gdy już zaakceptuje Voldemorta. Lub przed tym, jeśli do tego dojdzie, chociaż raczej po.
I ukarze Harry'ego, że kazał mu tak długo czekać. To było niegrzeczne. Tom bardzo wysoko cenił swój czas i wysiłki, chłopiec powinien docenić, jakim był szczęściarzem.
Otworzył właśnie zamaszyście drzwi, kiedy natknął się na zaprzątającego mu właśnie myśli pacjenta.
I… Smethwycka.
Potrafił przyznać, że niezbyt często miał cokolwiek do czynienia z szefem Londyjskiego Szpitala Magicznego dla Chorych Psychicznie Kryminalistów. Wglądał niewyraźnie, miał lizusowatą, kokieteryjną twarz i słabą linię szczęki.
Wystarczyło jedno spojrzenie na twarz Harry'ego, aby wszystko zrozumiał, ale jego kolega po fachu i tak uśmiechnął się do niego promiennie z błyskiem w swoich bladych oczach, po czym wyciągnął rękę, aby uścisnąć jego dłoń.
— Uzdrowiciel Riddle, mam rację? Spotkaliśmy się na sztukach umysłu i funkcji leczniczych na Cambridge? – dodał mężczyzna.
Potrząsnął stanowczo jego ręką, natychmiast zapanowując nad wyrazem swojej twarzy. Posłał mu lakoniczny uśmiech.
— Wolę, gdy mówi się do mnie doktorze Riddle, nie uzdrowicielu. Ale tak, myślę, że masz rację. Czemu zawdzięczam tę… przyjemność?
Spojrzał ukradkiem na Harry'ego i ruszył pytająco oczami, a jego klient skrzywił się i skrzyżował ramiona. Całkowicie przypominał teraz niesforne dziecko.
— Scrimgeour zdecydował, że najwidoczniej jestem na tyle szalony, że potrzeba mi dwóch psychiatrów, a jako że wcześniej zauważyłem, że pasujesz do kryteriów podejrzanego, macie się mną podzielić.
Głos Harry'ego był zbyt lekki i Tom rozkoszował się rozbrzmiewającą w nim dość zauważalną nutą gniewu. Niesforne dziecko, czy nie, chłopiec był też aurorem.
Harry wziął się w garść, przynajmniej zewnętrznie, od czasu, gdy ostatnio go widział. Chociaż wciąż unikał jego wzroku.
Tom poczuł, że w jego klatce piersiowej wybucha nagły przypływ zaborczości i jedynie lata wprawy w zakładaniu na siebie masek sprawiły, że nie ukazał niczego na swojej twarzy ani w postawie. Zauważył, że zmieszany Harry przesuwa na niego swój wzrok i miał ochotę zakląć. Natychmiast stłumił wszystkie emocje i położył dłoń na plecach Harry'ego, aby skierować go do domu.
— Rozsądny środek ostrożności, chociaż niepotrzebny. Gdyby był Voldemortem, szczerze wątpię, aby zaspokajało mnie tylko kilka godzin sesji tygodniowo. Nigdy nie pozwoliłbym mu odejść. – Wydał z siebie mały chichot, zanim powrócił do spraw biznesowych. – Oczywiście będę się domagał, abyś podpisał umowę o poufności.
— Czy więzisz nią również swoich pacjentów? – odparł Smethwyck, wyraźnie próbując sprawiać wrażenie sprytnego. – To brzmi, jakbyś miał coś do ukrycia.
Byłby zirytowany tą odpowiedzią, ale oczy Harry'ego rozszerzyły się komicznie i zarumienił się on w przecudowny odcień czerwieni, którego Tom nigdy wcześniej nie widział jeszcze na jego twarzy.
Posłał Smethwyckowi uśmiech.
— Czarownik nigdy nie ujawnia swoich sztuczek, a obawiam się, że moje metody niezbyt przydałoby się tym, którzy nie byliby w nich przeszkoleni. Poza tym, jako że, jak wierzę, nie zawiązałeś jeszcze z moim klientem żadnej umowy, zadziała to również jako pewne zabezpieczenie poufności względem niego, gdyby ktoś chciał wykorzystać informacje na jego temat poza sesją.
Smethwyck skwaśniał, gdy uświadomił sobie, że być może nie będzie w stanie nic na tym wszystkim zyskać. Tom poczuł, jak po raz kolejny opanowuje go poczucie mściwej satysfakcji.
Chociaż nigdy nie miał zbyt wiele do czynienia z tym mężczyzną, doskonale znana była mu obsesja, jaką miał on na punkcie udokumentowania umysłów powiązanych ze sprawą Voldemorta. Był pewien, że gdyby ten głupiec wiedział, z kim znajduje się teraz w pomieszczeniu, robiłby notatki.
Posłał swojemu „koledze po fachu" kolejny miły śmiech i pozwolił, aby jego ręka opadła, gdy Harry od niego odstąpił.
Każdy cal ciała chłopca krzyczał teraz wrogością wobec tej sytuacji. Tom od razu przypomniał sobie o początkowej niechęci Harry'ego do psychiatrów i uzdrowicieli umysłów.
Chciał mieć Harry'ego znów dla siebie. Nie lubił się dzielić.
Będzie musiał to wszystko przeanalizować, aby zrozumieć, o co w tym wszystkim dokładnie chodziło.
— Proszę, wejdźcie do mojego biura…
