EPILOG

Wyruszamy z Zagrzebia niemalże o świcie, po trochu aby uniknąć korków i mieć więcej czasu w Vukovarze (planujemy wrócić jeszcze tej nocy – wątpię, by Luka wytrzymał tam dłużej niż parę godzin), po trochu w nadziei, że uda nam się opuścić dom, zanim Joe się obudzi. Na szczęście mały nadal śpi, kiedy wyjeżdżamy, a zatem pierwsza część planu się powiodła – oby z następnymi nie było gorzej. Jelena wspomniała mi wczoraj, że zamierza zabrać dziś dzieci do zoo, więc podejrzewam, że nasz synek nie będzie miał zbyt wiele czasu na tęsknotę, mimo to czuję jednak lekki niepokój, jak zawsze zresztą, kiedy zostawiam go samego. Co jest w sumie dość zabawne, bo przecież Joe zostaje z opiekunką kilka razy w tygodniu, powinnam więc była przywyknąć, zwłaszcza że Niko i Jelena to przecież jego najbliżsi krewni. Instynkt macierzyński to jednak krwiożercza bestia...

Luka trzyma się na razie całkiem nieźle. Jak zwykle odmówił, kiedy zaproponowałam, że to ja poprowadzę. Niech mu będzie, lepiej ode mnie zna drogę i miejscowe przepisy, ale i tak nie spuszczam go z oka, gotowa przejąć kierownicę, kiedy będzie miał dość. Już po drodze mijamy od czasu do czasu ruiny domów, sugestywnie upstrzone dziurami po kulach. Podejrzewam jednak, że nic nie jest jednak w stanie przygotować mnie na to, co zobaczę za chwilę. Zarówno Niko, jak i Luka ostrzegali mnie, że spora część Vukovaru nadal nie wygląda o wiele lepiej niż zaraz po zakończeniu oblężenia. Wiem – z internetu, nie od męża – że Vukovar był najbardziej zniszczonym w wyniku działań wojennych miastem od czasów drugiej wojny światowej, a w czasie oblężenia spadło na niego więcej pocisków niż kiedyś na Stalingrad. Myślałam jednak, że przez te kilkanaście lat Chorwaci zdążyli już jako tako odbudować miasto. Najwyraźniej byłam w błędzie.

Wjeżdżamy do Vukovaru od zachodu, trochę okrężną drogą, ale szybko dowiaduję się, dlaczego mój mąż zdecydował się na mały objazd.

– Trpinjska Cesta – informuje mnie nagle Luka. – Cmentarzysko czołgów. Żółte Mrówki generała Blago Zadro zniszczyły tu parę setek jugosłowiańskich czołgów. Jednego dnia udało im się rozwalić sześćdziesiąt na raz – mówi z dumą.

– Vukovar miał bardzo niewielu obrońców, prawda? – przypominam sobie przeczytane kiedyś informacje.

– Niecałe dwa tysiące. Przeciwko całej armii.

W odpowiedzi tylko kręcę głową. Aż ciężko uwierzyć, że taka garstka mogła bronić całego miasta przez kilka miesięcy. Upływa dłuższa chwila zanim znów się odzywam. Mijamy właśnie budynek, który wydaje mi się dziwnie znajomy.

– Pałac Eltz – odpowiada Luka na pytanie, którego jeszcze nie zdążyłam zadać. Najwyraźniej wystarczył mu mój wyraz twarzy. – Jego podobizna widnieje na banknocie dwudziestokunowym. – To wiele wyjaśnia. Powstrzymuję się jednak od wydobycia portfela i sprawdzenia, na ile dokładna jest ta podobizna. Na to będzie jeszcze dość czasu.

Pierwszym z miejsc, w które zawozi mnie Luka, jest szpital. Odbudowany budynek wygląda ładnie i nowocześnie, jednak dobrze wiem, jak tragiczna jest jego historia. A przynajmniej wydaje mi się, że wiem...

Wysiadamy z samochodu i ruszam przodem w kierunku pamiątkowej tablicy u wejścia do szpitalnego muzeum. Dopiero po chwili dociera do mnie, że Luka nawet nie ruszył się z miejsca.

– Idź sama, ja tu poczekam – mówi w odpowiedzi na moje zaskoczone spojrzenie. O nie, panie doktorze, tak się nie będziemy bawić. Nie przywiozłeś mnie tu po to, żebym sobie pozwiedzała, tylko żeby zamknąć ten etap swojego życia i przeżyć coś w rodzaju katharsis.

– Nie ma mowy! – zapieram się. – Albo razem, albo nikt.

Luka uśmiecha się nieznacznie.

– Abby, przecież ja doskonale wiem, co jest w środku.

– W takim razie co tu robimy? – pytam, marszcząc brwi.

– Chciałbym, żebyś ty też wiedziała. Nie, nie przerywaj mi! – Drań zna mnie dość dobrze, żeby wiedzieć, co chciałam powiedzieć, zanim nawet otworzyłam usta. – Chcę, żebyś zrozumiała rzeczy, o których sam nigdy ci najprawdopodobniej nie powiem. No idź. – Popycha mnie lekko, kiedy nadal nie reaguję. – Idź, nic mi nie będzie. To jeszcze nie jest najgorszy punkt programu tej wycieczki. – Uśmiecha się krzywo. Doceniam jednak te jego wysiłki i odpowiadam mu tym samym. Skoro jest w stanie żartować, to chyba nie jest z nim tak źle, prawda?

Od przewodnika, który na szczęście mówi całkiem przyzwoicie po angielsku, dowiaduję się, że po wkroczeniu do miasta Serbowie weszli do szpitala, gdzie bez zawahania strzelali do rannych i chorych, a część pacjentów i personelu załadowali do autobusów, wywieźli za miasto i rozstrzelali. Historia sama w sobie jest szokująca, a dodatkowa bliskość miejsca, gdzie spędzili swoje ostatnie dni – a mój mąż wraz z nimi – sprawia, że nieustannie czuję zimne mrowienie na całym ciele – zupełnie jak wtedy, kiedy wydaje się człowiekowi, że ktoś przygląda mu się z ukrycia. Zresztą kto wie, może rzeczywiście jestem obserwowana? Gdybym wierzyła w duchy – a nie wierzę... chyba – musiałabym uznać, że to miejsce jest ich pełne.

Kiedy słyszę o jedynym człowieku, któremu udało się uciec z tego transportu śmierci, po raz pierwszy przychodzi mi na myśl, że nie wiem nawet, jakim cudem Luka przeżył masakrę szpitala. Nie było go wtedy w budynku? Był, ale jakimś cudem uniknął zarówno kuli, jak i wywiezienia? Znam go tyle lat, a nadal tak mało wiem o tym okresie jego życia. Zaczynam rozumieć, dlaczego chciał, żebym dziś tu weszła. A także to, czemu on wolał pozostać na zewnątrz. Wąskie podziemne korytarze schronu atomowego, w którym po zniszczeniu budynku musiał pomieścić się cały szpital. Sale pełne ciasno stłoczonych, piętrowych prycz, z symbolicznymi podobiznami prawdziwych pacjentów, którzy w tych warunkach spędzili ostatnie tygodnie oblężenia. Unoszący się nad tym wszystkim specyficzny, trudny nawet do określenia zapach, a do tego jeszcze wydobywający się z głośników dźwięk głosu spikera, który pracował w ówczesnym radiowęźle. Gdybym kiedykolwiek została zamknięta na długie dni w podobnym miejscu, do końca życia bałabym się piwnic.

Kiedy wracam do Luki, nic nawet nie mówię. Przytulam go tylko mocno i posłusznie wsiadam do samochodu. Luka rusza i wydaje się wiedzieć dokładnie, dokąd się kieruje, nie zadaję więc zbędnych pytań. Nawet w samym centrum mijamy nieraz ruiny, ślady po ogniu i kulach, budynki częściowo zniszczone lub w trakcie renowacji. Zastanawiam się, jak można żyć w mieście, w którym widmo wojny straszy człowieka na każdym kroku. Kim są ci, którzy dziś chodzą ulicami Vukovaru? Tymi, którzy przeżyli oblężenie (tych najprościej byłoby mi zrozumieć), którzy uciekli przed nim i wrócili po wszystkim (czy ktoś, kto przeżył to, co Luka, byłby w stanie wrócić i dalej żyć tu jak gdyby nigdy nic?), czy może zupełnie nowymi przybyszami (ale co kierowałoby osobą, która dobrowolnie sprowadziłaby się do jednego wielkiego cmentarzyska?)? Bo takie właśnie mam wrażenie, kiedy oglądam Vukovar z okna samochodu. Jakby czas zatrzymał się tam w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym, a toczące się tu później życie było tylko jego namiastką lub też atrapą.

Teraz Luka zabiera mnie nad Dunaj, gdzie stoi duży kamienny krzyż ozdobiony symbolami Chorwacji – plecionką i szachownicą. Nad krzyżem łopoczą na wietrze flagi, a przed nim płoną znicze w czerwono–biało–niebieskich barwach. Nikt nie musi mi tłumaczyć, czemu, czy też raczej komu, poświęcony jest ten pomnik.

Stoimy dłuższą chwilę w milczeniu, aż w końcu zaczynam mieć dość tej ciszy.

– Tam, za rzeką, to już Serbia? – pytam męża.

Luka potwierdza skinieniem głowy.

– Nigdy nie sądziłam, że są takie sytuacje, w których pomnik może pełnić funkcję środkowego palca. – Dopiero mój komentarz przywołuje na jego twarz cień uśmiechu.

– Wielokrotnie pytano mnie, czy nienawidzę Serbów – odzywa się nagle.

Podnoszę na niego zaintrygowane spojrzenie.

– A nienawidzisz? – pytam.

Luka potrząsa głową.

– Mówi się, że to była wojna chorwacko–serbska, ale to duże uproszczenie. W Vukovarze było wielu Serbów. Część z nich pozostała po naszej stronie, bronili miasta razem z nami i ginęli razem z nami. Moimi sąsiadami było małżeństwo mieszane, ona Chorwatka, on Serb – zginął w ostatnich dniach oblężenia.

– Nie wiedziałam o tym – przyznaję. – A po drugiej stronie?

– Tak samo. Jednym z przywódców ataku był Macedończyk. A na czele sił powietrznych JNA stał Chorwat.

– Bombardował własne miasto? – W głowie mi się to nie mieści.

Luka tylko wzrusza ramionami.

– Ich prasa napisała raz, że atak to zemsta za serbskie dzieci mordowane przez Chorwatów w Vukovarze.

– Co za bzdura – prycham. – Chyba nikt się na to nie nabrał?

– Zdziwiłabyś się. – Krzywi się Luka. – Nawet zachodnie media to podłapały. Zaraz się wycofały rzecz jasna. Ale plotka poszła w świat. Prości żołnierze mogli w to wierzyć.

– Kto wie, może dlatego byli tacy brutalni, kiedy w końcu weszli do miasta... – zastanawiam się.

Mój mąż kręci głową.

– Wystarczył sam fakt, że musieli atakować nas bezowocnie przez trzy miesiące, sami ponosząc przy tym straty. Niejeden by ześwirował.

– Bronisz ich? – Nie wierzę własnym uszom.

– Nie bronię. Ale też nie nienawidzę. Nie zwykłych szeregowych przynajmniej. – Ponowne wzruszenie ramion. – Chodźmy, jeszcze parę miejsc przed nami.

Następny jest cmentarz. Luka sprawia wciąż wrażenie dość spokojnego, kiedy mija obojętnie nowsze groby. Dopiero kiedy docieramy do pomnika otoczonego równymi rzędami białych krzyży, zwalnia nieco kroku. Zastanawiam się, czy wciąż pamięta, które z nich należą do Danijeli i dzieci, jednak kiedy podchodzimy bliżej, dociera do mnie, że te krzyże są tylko symbolem, a właściwe groby znajdują się jeszcze dalej. Mijamy pomnik i zapuszczamy się w wąskie alejki pomiędzy nagrobkami – są różne, jedne ze zwykłymi krzyżami, inne z prawosławnymi i tekstami zapisanymi cyrylicą. Czasem napotykamy też muzułmańskie półksiężyce. Luka idzie wolno, niepewnie, rzucając krótkie, ukradkowe spojrzenia na każdą z płyt nagrobnych i wyraźnie oddychając z ulgą, kiedy widnieje na niej obce nazwisko. Raz tylko zatrzymuje się na moment – na ciemnym kamieniu wyryte są słowa Antun Kostić i rok, ten sam co na wszystkich grobach w okolicy, 1991. Niżej chyba jego żona – Petra Kostić – tu data śmierci pochodzi sprzed roku. Mnie nic te imiona nie mówią, Luce chyba tak, bo przystaje w pół kroku, przygryza wargę, jednak rusza energicznie z miejsca, zanim mam czas zadać mu jakiekolwiek pytanie. I tak nie wiem, czy bym się odezwała. Czuję się przytłoczona atmosferą tego miejsca, a na dodatek zaczynam się obawiać. Boję się zobaczyć miejsce ich spoczynku. A jeszcze bardziej boję się reakcji mojego – Danijeli – męża, kiedy je odnajdzie.

Jeszcze wczoraj, gdy próbowałam wyobrazić sobie ten moment, byłam przekonana, że wyjdzie to nam obojgu na dobre. Że Luka potrzebuje tu wrócić, pożegnać się i że potem nareszcie będzie już tylko nasz, duszą i ciałem. Teraz wątpię, by kiedykolwiek było to możliwe. I nie wiem, czy nadal tego chcę. Mój mąż należy do nich – tej obcej mi kobiety i jej dzieci, z którymi budował w tym mieście wspólne życie i których tutaj zostawił na zawsze...

– Abby? – Luka zauważa moje zawahanie i przystaje z ręką wyciągniętą w moją stronę, czekając, aż do niego dołączę. I wystarcza mi jedno jego spojrzenie, by wszystkie głupie myśli wyparowały mi z głowy. Danijela i dzieci nie żyją od wielu lat. To tragiczne, ale żadne z nas nie jest w stanie tego zmienić. Luka kocha mnie i Joego równie mocno, jak kiedyś ich. A fakt, że przyprowadził mnie tu dzisiaj, jest na to najlepszym dowodem.

– Już blisko? – pytam, biorąc go za rękę.

– Nie wiem – Luka rozgląda się niepewnie. – Teściowa spisała mi wskazówki, ale boję się, że coś pokręciłem.

– Nie pamiętasz drogi? – dziwię się. Byłam przekonana, że czegoś takiego nie sposób zapomnieć.

– Nigdy tu nie byłem – odpowiada Luka. Na widok mojej miny wyjaśnia. – To Mirna i matka Danijeli sprowadziły tu trumny. Wtedy cmentarz był pod ostrzałem, więc kopaliśmy groby, gdzie się dało. Ich był pod kasztanem, zaraz za naszą ulicą... Jasna i Marko uwielbiali zbierać kasztany...

Ściskam mocniej jego rękę.

– Mirna za tobą nie przepada, co? – podejmuję próbę sprowadzenia jego myśli na cokolwiek innego niż śmierć.

– Jej narzeczony zginął podczas tej samej wojny. – Ach, świetnie mi poszło, nie ma co. – Jej matka mówi, że od tego czasu pozostała samotna i zgorzkniała. – Myślę sobie, że mało brakowało, by i mojego męża spotkał podobny los. Czy to znaczy, że rzeczywiście miał szczęście, kiedy mnie poznał? Na to wychodzi. Wprawdzie nadal uważam, że mógłby trafić lepiej, ale ostatecznie jest szczęśliwy, oboje jesteśmy, a przecież w końcu o to w tym wszystkim chodzi, nieprawdaż?

W końcu, po długich poszukiwaniach, znajdujemy właściwy grób. Zostaję nieco w tyle, kompletnie nie wiedząc, jak powinnam się zachować. Postanawiam więc zaufać radom starszego z braci Kovačów i daję Luce nieco przestrzeni. Nie mam pojęcia, jakiej reakcji po nim oczekiwałam, ale na pewno nie tego stoickiego spokoju. Wiem, że prawdopodobnie to tylko pozory, ale Luka wydaje się ani na moment nie tracić opanowania. Podchodzi powoli do grobu, przyklęka na jedno kolano, zapala przyniesiony przez nas znicz, po czym opuszcza drugie kolano i zastyga w bezruchu. Mijają minuty. Mój mąż nadal ani nie drgnie. Dopiero kiedy kolejne spojrzenie na zegarek mówi mi, że minęło już ponad pół godziny, decyduję się przerwać tę ciszę. Podchodzę bliżej i pochylam się, by położyć na płycie nagrobnej kwiaty, o których całkiem już zapomniałam, dopóki nie zaczęły ciążyć mi w ręku. W tym momencie po raz pierwszy zauważam, że twarz Luki jest trupio blada. Ma zamknięte oczy, zaciśnięte wargi i wygląda, jakby duchem był daleko stąd. Albo raczej w tym samym miejscu, ale w zupełnie innym czasie. Mój niepokój znów urasta do kolosalnych rozmiarów i ostatecznie zapominam o wszystkim, co mówił Niko i najzwyczajniej w świecie łapię męża za ramię i potrząsam nim. Luka otwiera oczy i mruga kilkakrotnie, zupełnie jak ktoś obudzony z głębokiego snu. W końcu jednak napięcie na jego twarzy powoli znika, a na jego wargach pojawia się cień uśmiechu.

– Już dobrze – mówi cicho, nie wiem, czy do mnie, czy do siebie samego.

– Już dobrze – powtarzam po nim, ściskając lekko jego ramię.

Luka wstaje i bierze mnie za rękę.

– Możemy już iść – stwierdza po chwili.

– Na pewno? – Rzucam mu zaniepokojone spojrzenie.

– Na pewno – potwierdza mój mąż. – Zostało nam jeszcze jedno miejsce.

Nie mam pojęcia, gdzie jeszcze mógłby mnie zabrać, ale posłusznie ruszam za nim, rzuciwszy najpierw ostatnie, pożegnalne spojrzenie na grób Danijeli, Jasnej i Marka. W tym momencie są mi równie bliscy jak Luka i mam wrażenie, jakbym znała ich od dawna. Choć wiem, że gdyby żyli, nie byłoby tu mnie i Joego, to dziś szczególnie żałuję, że nie było mi dane ich poznać.

Ostatnim miejscem naszej pielgrzymki okazuje się być dawny dom Luki. Spodziewam się ruin, jakie już kilkakrotnie widziałam dziś w Vukovarze. Ale nie tutaj. Stary blok został starannie odbudowany, pomalowany w jasne, żywe barwy. Nic nie wskazuje na tragedię, jaka się tu kiedyś wydarzyła. Przed drzwiami, prowadzącymi do klatek schodowych, stoją nowe ławeczki, na trawniku bawi się gromadka dzieci, obserwowanych przez skupione w cieniu matki. Albo, sądząc po wieku niektórych, babki. Rozglądam się z zaciekawieniem, próbując wyobrazić sobie to samo miejsce zaraz po bombardowaniu. Mimo wysiłku, nie jestem w stanie. Dopiero po dłuższej chwili dociera do mnie, że Luki nie ma u mego boku. Odwracam się z zaskoczeniem, szukając go wzrokiem, aż wreszcie dostrzegam go, jak siedzi na krawężniku, odwrócony tyłem do budynku. Cholera, a ja się dziwiłam, że na cmentarzu go nie ruszyło.

– Luka? – Przysiadam przy nim i natychmiast wyczuwam, że mój mąż cały drży.

– Nie mogę tam wejść – szepce Luka trzęsącymi się wargami. – Nie dam rady!

– Dasz radę – zapewniam go. Też nie chcę tu być. Najchętniej zapakowałabym go do auta, odjechała jak najdalej, by nigdy tu nie wrócić. Ale wiem, że to niczego nie rozwiąże. Przyjechaliśmy tu po to, by Luka uporał się nareszcie z przeszłością. I nie poddamy się, dopóki tego nie zrobi.

Mój mąż potrząsa głową.

– Luka – szepczę, obejmując go lekko. – Zamknij oczy, weź głęboki oddech i przywołaj w pamięci jakieś miłe wspomnienie z tego miejsca. – Mam nadzieję, że to pomoże. Praktyki na psychiatrii robiłam wieki temu i wprawdzie nieźle mi szło, ale, z drugiej strony, nigdy nie miałam tam pacjenta z PTSD, a nawet lata pracy na ostrym dyżurze nie potrafią tak do końca przygotować człowieka na widok bliskiej osoby w takim stanie.

– Chodźmy stąd – mówi Luka, ale nie rusza się z miejsca. Ostatecznie decyduję się więc posłuchać rad szwagra i po prostu siedzę przy mężu i czekam, aż on sam się pozbiera. Wiem, że to jego jedyna szansa, że nigdy więcej prawdopodobnie nie zdobędzie się na ponowny powrót do Vukovaru. Ale wiem też, że i on doskonale zdaje sobie z tego sprawę. I chyba moja strategia nie okazuje się taka zła, bo w końcu Luka bierze wdech, zamyka na moment oczy, po czym jednym sprężystym ruchem wstaje i odwraca się w stronę swego dawnego domu. Patrzę, jak powoli unosi powieki, cofa się o krok, po czym dzielnie rusza naprzód. Zrównuję się z nim i wsuwam swoją dłoń w jego. Choć nie jestem w stanie zrozumieć, co czuje mój mąż, ale to nie znaczy, że zamierzam zostawić go z tym samego.

Może to i prawda, że najtrudniej jest zrobić pierwszy krok, bo od tego momentu już jakoś idzie, ale i tak oddycham z ulgą, kiedy nareszcie wracamy z powrotem do samochodu. Tym razem to ja siadam za kierownicą – Luka jest zdecydowanie zbyt roztrzęsiony, żeby prowadzić.

– W porządku? – pytam niepewnie, zanim zapalę silnik.

Luka kiwa głową.

– Jedźmy – prosi. Jest jeszcze nieco blady, ale mam wrażenie, że mu ulżyło. Jutro wracamy do Bostonu, za trzy dni będziemy już w pracy, wieczorem zjemy coś na szybko (o ile Luka ugotuje – ja nadal potrawię zepsuć nawet najprostszą potrawę), pobawimy się z Joem, a potem położymy się nareszcie spać we własnym łóżku. Na ile ta wizyta w Vukovarze pomogła mojemu mężowi, dopiero czas pokaże, ale patrząc na niego teraz, jestem dobrej myśli.

Posłusznie ruszam z parkingu i włączam się do ruchu. Mija dłuższa chwila, zanim dociera do mnie, że właściwie nie wiem, gdzie jadę.

– Dokąd teraz? – pytam w nadziei, że już się pozbierał.

– Nie wiem. – Luka wzrusza ramionami. – Byle dalej stąd – dorzuca po chwili.

– Jasne – godzę się natychmiast. Zdecydowanie się z nim zgadzam, sama nie mam ochoty zostać w Vukovarze ani godziny dłużej. Powoli zaczynam jednak odczuwać pragnienie, że o głodzie już nie wspomnę – dzień jest upalny, a my byliśmy zbyt zajęci czym innym, by zwracać uwagę na tak przyziemne sprawy.

– Może wskoczymy na chwilę do sklepu? – proszę, kiedy docieramy do jednego z osiedli położonych na obrzeżach miasta.

Luka nie protestuje, zjeżdżam więc na parking i wysiadam, kierując się w stronę drzwi ozdobionych kusząco wielką reklamą lodów.

– Nie tu! – Mąż natychmiast łapie mnie za rękę, nie pozwalając mi iść dalej.

– Dlaczego? – dziwię się, obserwując, jak ze sklepu wychodzi kobieta z dzieckiem. Dopiero po chwili mój wzrok pada na szyld nad drzwiami, który zapisany jest cyrylicą. Wzruszam ramionami i zawracam, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu innego lokalu.

– Mówiłeś, że nie masz nic do Serbów – zauważam po chwili. W okolicy nie widać żadnego innego sklepu.

– Nie zrozumiesz...

Luka doskonale wie, że taka odpowiedź nie jest w stanie mnie usatysfakcjonować.

– Spróbuj. – Zachodzę mu drogę. Jedyne, czego nie rozumiem, to dlaczego zdaniem Luki nadawałam się do podobnych rozmów przez cały dzień, a teraz nagle przestałam.

– Tu nie chodzi o moje prywatne zdanie. – W głosie Luki słychać irytację. – To miasto od piętnastu lat jest podzielone. Czuć to na każdym kroku...

– Jakoś ja nie czuję... – Jestem głodna, zmęczona, a nie mogę kupić nawet butelki wody przez jakieś głupie uprzedzenia...

No dobra, wiem, że to nie są tylko głupie uprzedzenia. Usiłuję wczuć się w sytuację mieszkańców Vukovaru – dwie narodowości, jedna jeszcze niedawno była ofiarą, druga zaś oprawcą. Może kiedy nadejdą kolejne pokolenia, będą w stanie przejść do porządku dziennego nad tym, co się tu wydarzyło, ale ci, którzy sami to przeżyli, nie są w stanie tak szybko zapomnieć. Ja nie przeżyłam i nieważne, jak wielkie mogłyby być moje zdolności do empatii, nigdy nie będę w stanie zrozumieć sytuacji, kiedy ludzie mówiący praktycznie tym samym językiem, nie mogą spojrzeć sobie nawzajem w oczy. I chyba powinnam być za ten mój brak zrozumienia wdzięczna.

– Chodź, później coś kupimy. – Biorę Lukę za rękę i odwracam się w stronę samochodu.

– Czekaj, tam coś chyba jest. – Luka zatrzymuje mnie i wskazuje na róg uliczki. Rzeczywiście, zza zarośli wystaje kawałek szyldu. Tym razem napis jest chorwacki.

Na dźwięk otwieranych drzwi młoda, ciemnowłosa kobieta za ladą podnosi głowę znad krzyżówki. Wygląda na znudzoną, kiedy jednak jej wzrok pada na nas, zrywa się z miejsca i, ku mojej konsternacji, ni z tego, ni z owego wybucha płaczem. Spoglądam na Lukę, on na mnie i oboje zgodnie (choć ukradkiem) wzruszamy ramionami. Upał rzucił się dziewczynie na mózg czy co?

W końcu jednak ekspedientka opanowuje się na tyle, by wydusić z siebie trzy słowa.

– To ja, Anica!

KONIEC