ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY
Zaufanie
— To naprawdę ty ukradłeś ten dolorykator! — wykrzyknął Harry, przypominając sobie wydarzenia ze szkolenia.
— Salazarze, wścibstwo Gryfonów przekracza wszelkie granice — warknął Draco i zatrzasnął wieko skrzyni.
— Po co ci ten odrażający sprzęt? — Harry wzburzonym tonem zażądał odpowiedzi.
Draco jęknął.
— Czy istnieją jakieś szanse, że opuścicie moje dormitorium? — zapytał. Po jego minie od razu można było poznać, że nawet jeśli znajdował się tego wieczoru pod wpływem jakichś substancji poprawiających humor, to przestały działać, jak ręką odjął.
Jednak Harry nawet nie drgnął. Przyglądał się Malfoyowi wstrząśnięty. Hermiona patrzyła na chłopaka przenikliwie. Nawet Ron nie zdradzał ochoty do wyjścia.
— Świetnie — mruknął Ślizgon i wskazując różdżką drzwi, wymamrotał jakieś zaklęcie. — Zatem lepiej, żeby nikt nam nie przeszkadzał.
— Chciałeś zrobić na złość Abeldornowi? — Harry nie zamierzał zrezygnować z prób otrzymania odpowiedzi. — Po to go ukradłeś?
— Cholera, nie mam pojęcia, co on tu robi. — Draco zmarszczył brwi.
— Tylko się nie zgrywaj! — ostrzegł go Harry. W jego głosie wibrowała złość.
— Ależ nie zgrywam się, Potter. Wierz mi, dotąd był o wiele lepiej ukryty, mimo że mało kto ośmiela się grzebać w moim kufrze.
— Nikt ci nigdzie nie grzebał, Malfoy — zauważył Ron.
— Ale wtykacie, jak zawsze zresztą, nos w nie swoje sprawy. To wystarczające nadużycie.
— Odpowiesz mi wreszcie, po co nadal ćwiczysz na sobie te cholerne zaklęcia, czy nie? — zdenerwował się Harry.
Dolorykatory zawsze wprawiały go w pewien rodzaj rozdrażnienia i miał nieodparte wrażenie, że te przedmioty wytwarzają wokół siebie złowrogą aurę. Dlaczego Ślizgon to robił?
— Harry, myślę, że to nie jest do końca tak, jak ci się wydaje. — Hermiona wciąż nie spuszczała wzroku z Malfoya, a ten odwzajemniał jej się pewnym siebie spojrzeniem. Na jej słowa jego usta lekko drgnęły w ironicznym grymasie. — Nie sądzę, by Malfoy lubował się w zadawaniu sobie bólu. Co innego innym… - Ślizgon nie zareagował na prowokację, więc kontynuowała. — Jest jeszcze druga, znacznie gorsza możliwość.
— O czym ty mówisz, Hermiono? — zdziwił się Harry.
— Widzę, że Granger czytała te same książki, co ja — odezwał się wreszcie Malfoy.
— Nie jestem co do tego przekonana — stwierdziła chłodno Hermiona. — Jednego jednak jestem całkowicie pewna. Rozmowa, którą mieliśmy dziś odbyć, Harry, dotyczyłaby w głównej mierze dolorykatorów.
— Te książki... — zaczął Harry, ale przyjaciółka mu przerwała, jakby bojąc się, że powie za dużo.
— Tak, większość z nich, a właściwie wszystkie, mówią właśnie o nich. To nie tylko przyrządy do nauki pospolitego zadawania bólu. To przede wszystkim magiczne przedmioty o potężnej mocy.
— Artefakty — mruknął Draco.
— To znaczy?
— Nic więcej przy nim nie powiem — oświadczyła zdecydowanie Hermiona, krzyżując ręce na piersiach.
— Och, daj spokój, Granger. Wiesz tyle, co ja. — Hermiona wciąż jednak milczała, więc dodał: — Mam wszystko, czego mi trzeba.: magiczny artefakt i niebezpieczną wiedzę. Brakuje tylko ofiary. Och, zaraz! — Ślizgon przyłożył dłoń do skroni w geście, sugerującym, że właśnie sobie coś przypomniał. — Przecież ofiara dobrowolnie przyszła do mojego dormitorium. Cóż... — Draco zwrócił się w stronę Harry'ego. — Wygląda na to, że będę musiał cię zabić. Co ty na to, Potter?
— To nie jest śmieszne — odpowiedziała za Harry'ego Hermiona.
— No, tak. Zapomniałem, że Gryfoni nie mają poczucia humoru — mruknął Ślizgon.
— Draco! — zawołał ostrzegawczo Harry.
— Boisz się, że cię zabiję? — zapytał wyzywającym tonem Malfoy.
— Nie bądź śmieszny — oburzył się Harry.
Draco spojrzał z satysfakcją na dziewczynę, ale deklaracja Harry'ego nie zrobiła na niej żadnego wrażenia.
— Och, w porządku. Brakuje mi pewnych elementów wiedzy, które ty mogłabyś uzupełnić — przyznał Malfoy, patrząc nieco zaczepnie na Gryfonkę. Hermiona tylko prychnęła. — Ale skoro Granger wie już wszystko, to przecież wam wystarczy. Nie musicie mnie wtajemniczać. Wydaje mi się, że dolorykator przy odpowiedniej wiedzy i umiejętnościach może stać się bardzo cennym przedmiotem w ostatecznej rozgrywce, dlatego uznałem, że dobrze będzie mieć go na własność. Macie już więc świadomość, że jestem w jego posiadaniu, zatem gdy zajdzie taka potrzeba, wiecie, gdzie mnie znaleźć. A teraz, pozwólcie, wrócimy do reszty, zanim zaczną o nas plotkować.
Malfoy ruszył w stronę drzwi, ale Harry zastąpił mu drogę i spojrzał na przyjaciółkę.
— Hermiono? — To było bardziej wezwanie do odpowiedzi, niż pytanie.
— Jesteś pewny, Harry? — Dziewczyna zmarszczyła brwi, rozumiejąc, co mu chodzi. Mogła akceptować, że Harry przyjaźni się z Malfoyem, ale nie oznaczało to wcale, że sama również zamierzała mu ufać.
— Tak. Porozmawiajmy — potwierdził Harry.
— A nie możemy stąd najpierw wyjść? — zapytał z nadzieją Ron. — A potem sobie tu wrócisz i wszystko mu opowiesz. — Ton jakim wypowiedział zaimek „mu", wyraźnie sugerował, co myśli o Ślizgonie.
Malfoy spojrzał złowrogo na Rona, a potem przeniósł wzrok na Harry'ego.
— No dalej, nie krępuj się. — Usta Draco wygiął ironiczny uśmieszek. — Idźcie się naradzić, a potem przedstawisz mi ocenzurowaną wersję.
Ron prawie niezauważalnie skinął głową, dając Harry'emu do zrozumienia, że to świetne wyjście. Hermiona zastygła w oczekiwaniu.
— Nie — odpowiedział twardo Harry, wpatrując się w szare oczy Ślizgona i zastanawiając się, czy to możliwe, że widzi w nich jednocześnie obawę i nadzieję. — Porozmawiamy tutaj i teraz. A ty, Hermiono, powiesz nam wszystko, co wiesz.
Hermiona ciężko westchnęła, Ron mruknął coś pod nosem, ale Harry zwrócił tylko uwagę na radosny błysk w oczach Draco i to wystarczyło, by utwierdzić go w przekonaniu, że podjął słuszną decyzję.
— Nikt nas nie może podsłuchać? — upewniła się Hermiona.
— Muffliato! — Harry machnął różdżką. — Już nie.
Skrzywiła się na znak, że nie pochwala nadużywania tego zaklęcia i usiadła na brzeżku fotela ustawionego przy małym stoliczku.
— W porządku. Dolorykatory mają bardzo długą historię, która sięga aż średniowiecza — zaczęła opowiadać Hermiona.
Ron jęknął i również opadł na pobliski fotel. Harry i Draco przysiedli na łóżku.
— Pierwszy egzemplarz został zaprojektowany przez Markusa del Giotto w 1320 roku i nie był wtedy dolorykatorem w dzisiejszym znaczeniu tego słowa. Był przedmiotem zaprogramowanym przez skomplikowany Czar Przeniesienia i niekoniecznie musiał działać jak lustro.
— Pytanie Sonii! — przypomniał sobie nagle Harry. Sam nie mógł w to uwierzyć, ale teraz naprawdę je pamiętał. Wtedy, po zajęciach z Abeldornem bezskutecznie usiłował odnaleźć je w przestrzeni pamięci, a teraz po prostu samo się pojawiło.
— Dokładnie. To dzięki niej zwróciłem na nie uwagę. Reakcja Sykstusa świadczyła o tym, że coś się za tym kryje — przyznał Draco. — A potem jeszcze ta pierwsza kradzież, z którą nie miałem nic wspólnego.
Hermiona i Ron patrzyli na nich z pytaniem w oczach.
— Na pierwszych zajęciach z Abeldorenem, na których zaprezentował nam dolorykatory, Sonia zapytała, czy działają dokładnie jak lustra — wyjaśnił im Harry.
— I co jej odpowiedział? — chciała wiedzieć Hermiona.
— Że te, których używamy, tak.
— Nie sądzę, by mówił prawdę — orzekł Draco.
— Po tym, co o nich przeczytałam, ja też nie — zgodziła się z nim Hermiona. — W ogromnej większości oczywiście działały właśnie jak lustra, ale dało się to zmienić. Myślę, że i w tym przypadku tak jest. — Wskazała ręką skrzynię. — Tak czy inaczej rdzeniem dolorykatora, który kiedyś nosił nazwę revertikatora(1), był, jak już wspomniałam, Czar Przeniesienia. Trafienie w niego jakimkolwiek zaklęciem, powodowało jego odbicie w stronę osoby, która je wyczarowała. Przyczyny, z jakich został stworzony są niejasne. Według jednej z książek Markus po prostu eksperymentował, według innej były to próby stworzenia idealnej tarczy.
— Co w takim razie się nie udało? — zainteresował się nagle Ron. — Gdyby używać takiego revertraktora…
— Revertikatora — poprawiła go odruchowo Hermiona.
— Mniejsza z tym. — Machnął ręką. — Pomyśl, to byłaby naprawdę tarcza doskonała. Nikt nie mógłby cię tknąć! — Oczy Rona błyszczały.
— Wielu wcześniej podzielało twój zapał, Ron — ostudziła jego podniecenie. — Okazało się jednak, że moc takiego revertikatora, sama w sobie jest za słaba. Mógł odbijać zwykłe zaklęcia, ale gdy chodziło o klątwy i uroki, wymagał od czarodzieja używającego go jako tarczę tak dużego nakładu mocy, że aż niemożliwego. Trzeba było z tego zrezygnować. Nie sprawiło to jednak, że przedmioty straciły swoją niezwykłą moc i wszyscy przestali się nimi interesować. Przez wieki wielu próbowano zamienić go na tarczę, przeprowadzając różne eksperymenty. Wreszcie niejaki Niklas Zotorwjeski wymyślił coś innego. Mianowicie udało mu się dokonać zmiany w magicznej formule rdzenia i zmodyfikować Czar Przeniesienia w ten sposób, że owszem, revertikator odbijał zaklęcie, ale w stronę konkretnej, wskazanej osoby i niekoniecznie musiała być to ta sama, która rzucała czar.
— Laleczka wu-du — powiedział Draco.
— Dokładnie — przyznała Hermiona posępnie, a Harry zaczął się gorączkowo zastanawiać, gdzie w tym wszystkim tkwi haczyk.
— Ale to z pewnością też nie jest takie proste? — zapytał. — Gdyby tak było zebralibyśmy się wszyscy, wspólnymi siłami zmodyfikowalibyśmy nawet kilka dolorykatorów tak, by odbijały klątwy w stronę Voldemorta i po krótkiej chwili mielibyśmy go z głowy.
— No właśnie. Pamiętaj jednak, że nie jest to wiedza ogólnodostępna, a dolorykatory wycofano z użytku z częściowo z powodu odkrycia Niklasa, ale też i pewnej grupy ludzi około pięćset lat temu.
— Ramiowie z Arleu — wtrącił Malfoy. Hermiona uniosła w zdziwieniu brwi. — Akurat tę cząstkę historii znam — wyjaśnił. — Grupa ludzi, właściwie sekta, która obrała sobie za przedmiot kultu ból.
Ron wzdrygnął się z obrzydzeniem.
— Tak, rzeczywiście — przyznała dziewczyna. — Używali revertikatorów jako narzędzi tortur, zadając ból innym, a także jako środków do samoudręczenia. Uważali, że ból oczyszcza i pozwala wyzwolić w czarodzieju wyższe poziomy magicznej energii. Przez ich działalność przedmioty te zostały właściwie zakazane.
— Za czasów sekty, istniało prawo, które oficjalnie uważało je za przedmioty czarnomagiczne i zakazane. Ramiowie przez długi czas byli poszukiwani, wreszcie wszyscy zostali aresztowani i osadzeni w więzieniu, a dolorykatory zniszczone. Jednak, jak to zwykle bywa, nie wszystkie… Prawo zaś przestało o tym wspominać, ponieważ Ministerstwo uznało, że problem przestał istnieć — dodał Draco.
— Czy w takim razie oznacza to, że możemy użyć tego dolorykatora, jako narzędzia do pozbycia się Voldemorta? — To w dalszym ciągu brzmiało zbyt pięknie. Harry wiedział, że na pewno jest jeszcze coś, o czym Hermiona dotąd nie powiedziała. Zresztą wyraz jej twarzy wyraźnie mówił, że zbliżyła się do terenu wiedzy, o którym wolałaby nie wspominać.
— To nie jest takie proste. Nie wiem, czy będziemy umieli sami dokonać transformacji rdzenia dolorykatora i zmodyfikować zaklęcie. A poza tym nie wystarczy po prostu zażyczyć sobie, by przekierowywał zaklęcia w stronę konkretnej osoby. Do tego wymagana jest jeszcze jakaś cząstka tej osoby.
— Jak do eliksiru wielosokowego? — chciał wiedzieć Draco.
— Dokładnie — przyznała.
— Aha. — Harry miał już jasność. Ponura układanka wreszcie stworzyła całość.
— Tarcza: nie, laleczka wu-du: nie… Do dupy! — wyraził swoją nieskomplikowaną opinię Ron.
— Ta druga opcja nie jest niemożliwa — zauważył Draco, a Hermiona zmroziła go wzrokiem.
O co jej chodziło? Harry nie rozumiał. Faktycznie mieli marne szanse na powodzenie, ale miał niejasne wrażenie, że dziewczyna czegoś bardzo się obawia. Czego?
— A zdobędziesz cząstkę V-Voldemorta, Malfoy? — zapytała wyzywająco.
Ach, tego.
— W końcu jestem śmierciożercą — zauważył, powodując niemal śmierć Rona przez uduszenie z braku tchu.
— Nie wiem, długo nad tym wszystkim myślałam i nie mam pojęcia, czy istnieje jakakolwiek szansa na powodzenie — oświadczyła, jakby w ogóle nie biorąc słów Ślizgona pod uwagę.
— Będziemy musieli pomyśleć nad tym wspólnie — zdecydował Harry. — Czy w tych książkach od Dumbledore'a są jakieś wskazówki, jak zmodyfikować Czar Przeniesienia?
Hermiona skinęła głową.
— Są. Bardzo zawiłe, ale są. Może jeśli usiądziemy nad nimi wszyscy razem, uda się nam coś z nich zrozumieć.
— W takim razie spotkamy się w niedzielę w pokoju życzeń — zdecydował Harry.
— W porządku — zgodził się Draco.
— A kto ci powie… — chciał wyrazić swój protest Ron, ale wzrok Hermiony powstrzymał go przed dokończeniem zdania.
— Świetnie — zgodził się Harry.
— Granger, a czy mógłbym do tego czasu pożyczyć sobie te twoje mądre książki? — zapytał Malfoy.
Hermiona spojrzała pytająco na Harry'ego, a on skinął głową. Dziewczyna westchnęła przeciągle.
— Jeśli masz ochotę na spędzenie ze mną czasu w bibliotece — odparła.
— Po moim trupie! — warknął Ron.
— I Rona, oczywiście — dodała pośpiesznie Hermiona.
— Nie można wynieść ich z biblioteki? — zdziwił się Ślizgon.
— Specjalnie strzeżone pozycje — odpowiedziała.
— Cóż, w takim razie spotkamy się jutro w południe w bibliotece — zdecydował Draco.
— Na dodatek będzie trzeba przekonać panią Pince, by was dopuściła, bo ostatnio, kiedy wszyscy chcieliśmy je przejrzeć, robiła trudności. Teoretycznie tylko ja mam pozwolenie.
— Ja się nią zajmę — obiecał Ślizgon. — Dopuści nas.
Ron miał taką minę, jakby właśnie obwieszczono zbliżający się koniec świata, a Harry miał ochotę zachichotać. Biedy Ron, nie dość, że będzie uwięziony w bibliotece, to na dodatek w towarzystwie Malfoya!
— W porządku — zgodziła się Hermiona. — W takim razie do jutra. Chodźmy, Ron.
Chłopakowi nie trzeba było tego powtarzać. Kiedy tylko Malfoy odblokował drzwi zaklęciem, Ron zniknął za nimi w mgnieniu oka. Harry też zamierzał udać się do wieży. Czuł, że zaczyna boleć go głowa i przeszła mu jakakolwiek ochota do zabawy.
— To do niedzieli — pożegnał się w progu.
— Hmm, Harry? — Draco chrząknął. — Może też byś przyszedł jutro do biblioteki? Nie jestem pewien, czy się tam w trójkę nie pozabijamy…
— Nie możesz po prostu zjeść jeszcze jednego cukierka? — zażartował Harry, ale Draco zrobił cierpiętniczą minę, więc dodał: — No dobra, przyjdę.
— Świetnie! Ale skoro już o tym mowa, to kiedy następnym razem zjesz cukierka: Ufam Komu Popadnie, uważaj z kim rozmawiasz.
— Och, spokojnie panie „Kto Popadnie", byłem bardzo ostrożny.
Tym razem w bibliotece nie było nudno, o nie. Harry musiał przyznać, że Malfoy i Ron bardzo skrupulatnie się o to postarali. Pacyfikowanie ich zajęło jemu i Hermionie niemal tyle samo czasu, co przedzieranie się przez księgi zostawione im przez Dumbledore'a. Zbyt wielu nowych wniosków w sprawie dolorykatora nie przybyło, Harry wzbogacił się natomiast o pulsujący ból głowy i przeświadczenie, że trójka jego przyjaciół w komplecie jest: Absolutnie. Nie. Do. Zniesienia.
Zdecydowali się też, że na razie odłożą spotkanie w pokoju życzeń, by każdy mógł spokojnie przemyśleć uzyskane informacje i zastanowić się nad tym, co dalej. Harry długo się nad tym wszystkim zastanawiał i czuł, że rozwiązanie problemu musi być w zasięgu jego ręki. Inaczej Dumbledore nie podsuwałby im takiego pomysłu.
Listopad był w tym roku wyjątkowo ponury. Harry nigdy nie przepadał za tym miesiącem, ale teraz odczuwał to ze zdwojoną siłą. Szarość i chłód sprawiały, że nieustanne złe wieści wydawały się jeszcze bardziej złowrogie. Zupełnie jakby dla czarodziejskiego świata słońce już nigdy miało nie wyjść zza chmur. Voldemort miał swoich ludzi wszędzie. Nasilone działania śmierciożerców na terenie kraju sugerowały, że czas ostatecznej rozgrywki jest coraz bliższy. Oznaczało to, że muszą być przygotowani, a Harry wiedział jedno: tym razem nie może dać się zaskoczyć. Nie może zawieść...
Myślał o wszystkich Weasleyach rozproszonych po kraju w różnych misjach dla Zakonu. To, że Ron najwyraźniej wolał o tym nie mówić, nie znaczyło, że Harry nie dostrzega, jak bardzo przyjaciel martwi się o rodzinę. Hermiona już jakiś czas temu wymogła na rodzicach, by przenieśli się do swoich krewnych za granicą. Harry niepokoił się również o Lupina, gdyż Tonks w dalszym ciągu nie odzyskała pamięci i od wypadku przebywała z rodzicami. Magomedycy uważali, że rzeczy i wydarzenia, o których zapomniała, muszą być przyswajane przez nią stopniowo, żeby nie wpadła w pewien rodzaj wstrząsu poamnestycznego. W Hogwarcie powolny tryb dawkowania informacji był, jak powszechnie wiadomo, niemożliwy, dlatego Nimphadorę przeniesiono do jej rodzinnego domu. Od tego czasu Remus wyglądał na przygaszonego i wręcz chorego, jakby nagle wszystkie dni miały właściwości tego jednego tuż przed pełnią.
— Nad czym tak rozmyślasz? — Harry drgnął na dźwięk znajomego głosu.
— Przestraszyłeś mnie.
— Rany, nie wiedziałem, że zrobiłeś się taki płochliwy — odparł z ironią Draco. — Wszędzie cię szukałem. Nie wolno snuć się bez celu po korytarzach, nie pamiętasz?
— Przecież to wedle twojej teorii, większość zasad mnie nie obejmuje — odciął się Harry.
— Taa, i doprowadzasz tym do szału przyzwoitych ludzi — mruknął Draco.
— Przyszedłeś wymierzyć mi sprawiedliwość w ich imieniu? — Harry zsunął się z parapetu, nieświadom uśmiechu, jaki pojawił mu się na ustach.
— Powiedzmy. Myślę, że czas porozmawiać na pewien temat.
— Świetnie się składa, bo ja doszedłem do tego samego wniosku — przyznał Harry.
— No popatrz! Kto by pomyślał, że możemy być tak jednomyślni — odparł z lekkim sarkazmem Ślizgon.
— Po prostu dotąd nie wykorzystywaliśmy drzemiącego w nas potencjału.
— Ach tak? Idź zatem po tych swoich trudnych przyjaciół. Poczekam na was w pokoju życzeń.
— Zgoda. Ale jeśli oni są trudni, to jaki ty jesteś?
— Niepowtarzalny — odpowiedział Draco z uśmiechem pełnym samouwielbienia.
Kiedy przyszli na umówione miejsce spotkania, ich oczom ukazały się girlandy ostrokrzewu, czerwone czapki z białymi pomponami wypełnione słodyczami i stół uginający się od smakołyków.
— Malfoy, to ty? — zdziwił się Harry. Nie rozumiał, dlaczego miejsce na naradę wojenną miałoby tak wyglądać.
— Nie, to ten pokój — mruknął Ślizgon.
— Dziś szósty grudnia, Mikołaja — wyjaśniła rzeczowo, jak zawsze zorientowana, Hermiona.
— To już jest grudzień? — zdziwił się Ron.
— Ja też nie zauważyłem — przyznał Harry. — Czas mija nieubłaganie.
— Patrzcie, moje ulubione miodowe muffinki! — wykrzyknął Ron
— Nie do wiary! Jest też „Słodki wywar poprawiający koncentrację" — zdziwiła się Hermiona. — Przepis wymyśliła sama Rowena Ravenclaw.
— Tak, są też moje ulubione kawowe ciasteczka — przyznał nieco znudzonym głosem Draco. — Nie jadłem ich, odkąd nie można otrzymywać paczek. Zawsze zamawiałem je sobie w Miodowym Królestwie. W Hogwarcie nikt nie umie ich zrobić. Potter, na co czekasz? Odszukaj swój przysmak!
— Eee... przyszliśmy tu porozmawiać o sposobie na Voldemorta, a nie objadać się słodyczami — zauważył Harry.
— Daj spokój, dziś Mikołaj! — zawołał Ron. — Powa hym — dodał z buzią wypchaną muffinką - s penym golądkem znaszne lepej ige he na wone.
Może faktycznie nie ma w tym nic złego, pomyślał Harry z uśmiechem, kiedy dojrzał charakterystyczne krążki swoich ulubionych bakalii w karmelu.
— To może ja zacznę — odezwała się Hermiona, delektując się filiżanką wywaru Roweny. — Udało mi się odczytać większość runicznych równań, które służyły jako wskazówki do transformacji rdzenia dolorykatora.
— To fantastycznie! — ucieszył się Ron, którego słodycze wprawiły w doskonały humor.
— Niestety nie widzę najmniejszych szans na zdobycie jakiejś cząstki Voldemorta.
— Horkruks? — podsunął Ron.
Harry popatrzył na przyjaciela z uznaniem. To była myśl! Ale Hermiona powoli pokręciła głową.
— Myślałam o tym. Ale łączenie dwóch przedmiotów o silnej magicznej energii nie wydaje się najlepszym pomysłem. Moglibyśmy wywołać coś, czego skutków nie będziemy w stanie przewidzieć.
— Hermiona ma rację — przyznał Harry, choć zdawał sobie sprawę, że pomysł Rona jest kuszący. — Kolejny horkruks zaraz po odnalezieniu trzeba zniszczyć. Nie można ryzykować jego przechowywania, a tym bardziej eksperymentowania na nim z innymi zaklęciami. To poprzednie zabiły Dumbledore'a i Moody'ego oraz zniszczyły pamięć Tonks. Ten sposób odpada.
Ron ponuro zwiesił głowę.
— Mogę spróbować — odezwał się Draco, w skupieniu napełniając sobie malutką filiżankę kawą.
— Nie bądź śmieszny! — oburzyła się Hermiona.
Draco odstawił filiżankę i powoli odsunął lewe przedramię. Hermiona szybko odwróciła wzrok, a Ron przeciwnie, wpatrywał się w Mroczny Znak z niemym przerażeniem. Harry też po raz pierwszy go zobaczył, ale nie zrobił na nim takiego wrażenia. Od szóstego roku wiedział przecież, że on musi się tam znajdować. Wszyscy w trójkę wiedzieli. On nauczył się to akceptować, bo wiedział, że Draco jest po ich stronie, zdawał sobie jednak sprawę, że podczas przedłużającej się ciszy i Ron i Hermiona, każde na swój sposób, zastanawiają się, dlaczego, u Merlina, mają ufać śmierciożercy.
Hermiona pierwsza przerwała milczenie. Zbladła wyraźnie, ale przemogła się i ponownie spojrzała na Malfoya.
— Nawet jeśli w jakiś cudowny sposób udałoby ci się coś zdobyć, nigdy byś już do nas nie wrócił.
— Porażająca wiara w moją lojalność — wycedził Ślizgon przez zaciśnięte zęby, zasłaniając jednym szarpnięciem Mroczny Znak.
— Nie bądź głupi, nie o to chodzi — prychnęła.
— A, o co? — warknął Malfoy.
— Zwyczajnie byś tego nie przeżył. Nikt z nas by tego nie przeżył.
— Warto spróbować, nie sądzisz? — Draco nie dawał za wygraną.
— Nie — odezwał się stanowczo Harry. — Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę, że to moje zadanie.
— Chyba oszalałeś! — wykrzyknął Ron. — Chcesz wybrać się do Sam-Wiesz-Kogo?
— Harry... — zaczęła Hermiona. — To nie jest dobry pomysł.
— Nie jest — przyznał. — Dlatego mam lepszy. Odkąd dowiedziałem się tego wszystkiego o dolorykatorach, wiedziałem, że coś nam umyka. W końcu zrozumiałem, o co chodzi. Od śmierci Cedrika łączy mnie z Voldemortem coś więcej niż blizna. Wtedy przecież odrodził się właśnie z mojej krwi! A zatem jesteśmy w posiadaniu łatwo dostępnej cząstki Toma Riddle'a.
— Och, Harry, jesteś genialny! — zawołał Ron.
— Przeciwnie. — Draco posłał rudzielcowi lodowate spojrzenie. — Jest kompletnym kretynem.
— Nie myślisz o tym poważnie, prawda, Harry? — zapytała ostrożnie Hermiona.
— Tylko spójrz na niego. Mówi śmiertelnie poważnie — syknął Malfoy.
— To moje zadanie — powtórzył Harry.
— Na Salazara, tylko nie zaczynaj tej swojej idiotycznej śpiewki! — warknął Draco. — Popełnianie samobójstwa nie jest niczyim zadaniem.
— Przykro mi to mówić, Harry, ale zgadzam się z Malfoyem — dodała Hermiona. — To idiotyczne.
Ron zastygł z otwartymi ustami. Najwyraźniej dopiero zrozumiał, co oznaczałoby użycie krwi Harry'ego.
— Koniec świata — burknął w końcu. — Ja też zgadzam się z Malfoyem.
— To już wasz problem. Radzę się z nim uporać, bo to właśnie waszym zadaniem będzie transformacja rdzenia. I lepiej zajmijcie się tym od zaraz — to mówiąc Harry opuścił pokój życzeń, pozostawiając swoich przyjaciół w kompletnym osłupieniu. Jednak zamykając drzwi usłyszał jeszcze, jak Draco mówi:
— Tego właśnie w was, Gryfonach, nienawidzę. Wkurwiające, ślepe bohaterstwo.
Tym razem nikt nie czuł zbliżających się świąt. A już na pewno nie Harry. Jakby mało było zmartwień, przyjaciele postanowili swoim milczeniem zaakcentować brak aprobaty dla jego pomysłu. Prawie z nim nie rozmawiali, traktowali go chłodno, a zagadnięci odpowiadali półsłówkami. Harry był tym zmęczony. Chciał by rozumieli, że to naprawdę jest jego zadanie. Musi ratować świat. I nie on sobie to przecież wymyślił! Kiedy szedł więc na cotygodniowe spotkanie ćwiczeniowe z Malfoyem, miał szczerą nadzieję, że przynajmniej Ślizgon będzie zachowywał się normalnie. W myśl zasady, że najlepszą metodą obrony jest atak, postanowił nie dać Draconowi dojść do głosu i przekroczywszy tylko próg pokoju życzeń wyrzucił:
— Tylko nie praw mi kazań i nie strój fochów. Mam dość użerania się z Ronem i Hermioną. Przyszedłem tu ćwiczyć, a nie debatować, o sprawach dawno przesądzonych.
Draco wzruszył ramionami z obojętną miną.
— Nie zamierzałem do tego wracać. To twoja sprawa.
— Naprawdę? — zdziwił się Harry.
— Naprawdę. Niby dlaczego miałoby mnie obchodzić, co postanowiłeś? Ważne jest tylko, żeby twój plan był skuteczny i świat czarodziejski znów mógł normalnie funkcjonować.
— Cieszę się, że się zgadzamy — odpowiedział Harry dziwnie cicho. Wiedział, że powinien przyjąć z ulgą oświadczenie Ślizgona, a tymczasem sprawiło mu ono przykrość. Nie chciał się nad tym zastanawiać, ale czuł, że nie tego się spodziewał i teraz w jakiś pokrętny sposób poczuł się zdradzony.
Draco obserwował go uważnie i Harry poczuł się jeszcze bardziej niezręcznie.
— Zabieramy się za ćwiczenia, czy jednak się rozmyśliłeś? — zapytał Ślizgon.
— Jasne.
— To dobrze, bo na koniec chciałem jeszcze pogadać.
— O czym? — zaciekawił się Harry.
— Potem. Nie chcę nas teraz rozpraszać.
— Aha.
Oczywiście oświadczenie Malfoya wywarło dokładnie taki sam skutek i kompletnie rozproszyło Harry'ego. Zamiast skupić uwagę na skomplikowanych inkantacjach, cały czas zastanawiał się, co też Draco chce mu powiedzieć, co skutkowało ironicznymi uwagami Ślizgona.
— W porządku, mam cię dość — oświadczył w pewnym momencie Draco, opadając spocony na kanapę.
— Wzajemnie — sapnął Harry, siadając tuż obok. — O czym chciałeś porozmawiać?
— Idą święta — odparł zupełnie nieoczekiwanie Draco.
— Taa — przyznał Harry. — W tym roku nikt nie opuści Hogwartu.
— Ja opuszczę — mruknął Draco.
— Co? — Harry był w szoku.
— Muszę.
— Nie możesz!
— Ja też wolałbym zostać. Przynajmniej pierwszy raz w życiu spędziłbym Gwiazdkę z tobą — odparł z sarkazmem Ślizgon.
— Zawsze możemy zrobić sobie wcześniejszą, prywatną Wigilię — odrzekł Harry.
— Taa — westchnął Draco, po czym dodał ze złośliwym uśmieszkiem. — To była ironia, głąbie!
— Wiem, głupku. Ja też nie mówiłem serio — odciął się Harry, pokazując przyjacielowi język.
— Ale mimo wszystko chciałbym się z tobą spotkać. Przed wyjazdem muszę ci coś pokazać — dodał z nagłą powagą Draco.
— W porządku, mam przynieść opłatek? — Harry wyszczerzył się w uśmiechu.
— Skoro nalegasz. — Draco również się uśmiechnął.
Po nieco dziwnym oświadczeniu Draco, Harry wpadł w pewien rodzaj transu. Przede wszystkim tonął w domysłach, co Ślizgon mógł mieć na myśli. Poza tym doszedł do wniosku, że naprawdę muszą wyprawić dla siebie wcześniejszą Wigilię, a to pociągało za sobą konsekwencje w postaci konieczności przygotowania jakiegoś prezentu. Harry uśmiechnął się na samą myśl, że oto właśnie planuje obdarować Draco Malfoya. Akurat przechodził przez pokój wspólny i usłyszał strzępek kłótni przyjaciół.
— Widzisz? — doszedł go przyciszony głos Rona.
— Nie widzę — odpowiedziała Hermiona zdenerwowanym tonem.
— Wcale się nami nie przejmuje, śmieje się!
Chwilowo Harry postanowił zignorować przyjaciół i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Właśnie wpadł na to, że potrzebuje zobaczyć się z McGonagall.
— Coś się stało, panie Potter? — zapytała dyrektorka, widząc Harry'ego pod swoim gabinetem.
— Tak! — odpowiedział z entuzjazmem Harry, ale na widok zmarszczonych brwi nauczycielki zaraz się zreflektował. — To znaczy potrzebuję pani pomocy w pewnej sprawie.
— Wejdź — zaprosiła go do środka. — Co to za sprawa?
— Potrzebuję kawowe ciasteczka z Miodowego Królestwa — oświadczył Harry.
— Słucham? — McGonagall wyglądała, jakby właśnie usłyszała największą rewelację w swoim życiu.
— Są w kształcie gwiazdek, z małymi ziarenkami kawy na środku. — Próbował odtworzyć wszystkie szczegóły. — Przyniosłem kilka galeonów, powinno wystarczyć. Nie mogę kupić sam, ponieważ nie...
— Panie Potter — przerwała mu McGonagall. — Doskonale zdaję sobie sprawę, że uczniowie nie mogą opuszczać zamku, robić zakupów w Hogesmeade, ani dostawać paczek.
— No tak — przyznał nieco zawstydzony Harry.
— Nie mogę też w związku z tym zakupić wszystkim świątecznych prezentów — dodała, ale głos jej drżał od powstrzymywanego śmiechu.
— Ale to zupełnie wyjątkowa sytuacja — zapewnił Harry, czując, że się czerwieni.
— Ach tak? — Jedna z brwi McGonagall powędrowała bardzo wysoko. — To raz jeszcze, jakie to mają być ciasteczka?
— Kawowe. Bardzo pani dziękuję, pani profesor.
— Nic nie obiecuję. Nie wiem, czy będę w Hogesmeade.
— Jeśli jednak...
— Będę pamiętać. A teraz wracaj do siebie.
Harry z płonącymi policzkami wycofał się do drzwi. Bardzo zależało mu na tych ciasteczkach, nawet za cenę zrobienia z siebie kretyna. Na dodatek zamykając drzwi usłyszał jeszcze, jak McGonagall zastanawia się pod nosem, która to szczęśliwa Gryfonka ma takie zamiłowanie do kawy.
Dlaczego od razu Gryfonka? I jeszcze dziewczyna?, oburzył się w myślach Harry.
— Nie rozumiem, dlaczego nie chcesz iść do pokoju życzeń? — zdziwił się Harry.
— Bo idziemy do mnie — odpowiedział Draco głosem nie znoszącym sprzeciwu.
— To wszystko wyjaśnia — odparł z ironią Harry.
— Zawsze jesteś taki upierdliwy? — zirytował się Ślizgon.
— Nie, zwykle pozwalam tobie wodzić prym — odciął się.
— Widzę, że moje towarzystwo bardzo cię rozwija — uśmiechnął się ironicznie Draco.
— Nie pochlebiaj sobie.
— A ty staraj się nie zwracać teraz na siebie uwagi. Wolałbym nie robić zamieszania.
Szybkim krokiem przeszli przez pokój wspólny i skierowali się do dormitorium. Draco, tak jak przy ostatniej wizycie Gryfonów, zablokował drzwi zaklęciem i natychmiast podszedł do szafy.
— Zatem co to takiego? — zapytał Harry.
— Zamiast gadać, chodź tutaj! — ponaglił go Ślizgon.
Harry zbliżył się i zanim jeden z segmentów szafy zdążył odskoczyć, przypomniał sobie, że gdzieś tutaj musi być przejście do pokoju, w którym był kiedyś zamknięty.
— Widzę, że wreszcie skojarzyłeś — mruknął Draco.
Jednak pokój z ponurego pomieszczenia piwnicznego, zmienił się nie do poznania. Od umieszczonych na ścianach kaganków promieniowało ciepłe światło, na środku stał stół zastawiony smakowicie pachnącymi daniami, nie dało się też pominąć dekoracji z ostrokrzewu i malutkiej choinki. Harry był oszołomiony i przez dłuższą chwilę stał gapiąc się na to wszystko z otwartymi ustami.
— Sam… sam to zrobiłeś? — wydukał w końcu.
— Nie, święty Mikołaj — odparł z przekąsem Draco. — Chciałeś przecież Wigilię? Mam nadzieję, że zabrałeś opłatki.
Harry w duchu gratulował sobie, że naprawdę to zrobił, chociaż nie tego się spodziewał. Myślał po prostu, że pójdą do pokoju życzeń, który za nich zatroszczy się o świąteczną atmosferę. Ale Draco wszystko sobie zaplanował...
— Siadamy? — zaproponował Harry, wciąż czując się nieswojo.
— Właściwie... — Twarz Draco spochmurniała. — Wolałbym najpierw ci coś pokazać.
— Myślałem, że to chciałeś mi pokazać. — Harry zatoczył łuk ręką.
— Nie bądź sentymentalny, Potter. — Draco wydął usta w pogardliwym grymasie, a Harry'emu wydało się, że chłopak czymś się denerwuje. — Pomyślałem po prostu, że święta to dobra okazja do... To znaczy chciałem powiedzieć, że w jakiś dziwny sposób się dogadaliśmy, więc... — Harry uniósł jedną brew. Draco Malfoy nigdy się nie jąkał i zawsze dokładnie wiedział, co chce powiedzieć. Wreszcie Ślizgon wyrzucił z siebie: — Och, po prostu to oglądnij.
Harry spojrzał w kierunku wskazanym machnięciem ręki. Była tam stara kanapa, którą zapamiętał z ostatniego pobytu, ale na niej stał pewien znajomo wyglądający przedmiot.
— To myślodsiewnia? — zawołał Harry z niedowierzaniem.
— Taa, raczej tak — odparł Draco. — Jeśli pozwolisz, wolałbym mieć to już za sobą.
Harry nie miał pojęcia, czego się spodziewać, zanurzając się w chłodną mgiełkę myślodsiewni, ale zdążył pomyśleć, że w ostatnim czasie zaczyna nabierać wprawy w odwiedzaniu cudzych wspomnień. Jednak na to, co zobaczył i tak nie byłby w stanie się przygotować.
Draco Malfoy jakby trochę młodszy, w brudnej szacie i ze strachem wypisanym na twarzy biegł skrajem obcego Harry'emu lasu. Ciężko sapał i co chwilę się potykał. Próbował dorównać kroku jakiemuś mężczyźnie. Harry spojrzał na Draco, który towarzyszył mu teraz i bacznie go obserwował. Chłopak nie odezwał się jednak ani słowem, tylko skinął ręką, żeby podążyli za oddalającymi się postaciami. Dopiero kiedy mężczyzna towarzyszący Draconowi ze wspomnienia się odezwał, Harry zorientował się kim jest. Uciekającemu Malfoyowi towarzyszył Severus Snape!
— Posłuchaj mnie uważnie, Draco, bo mamy bardzo mało czasu. Niczego nie będę mógł ci powtórzyć, a od następnych godzin zależy twoje życie.
— On mnie zabije — odpowiedział mu histerycznym głosem Draco.
Harry nie mógł się powstrzymać i spojrzał na towarzyszącego mu Ślizgona, ale Draco odwrócił wzrok.
— Nie zabije cię, jeśli zrobisz dokładnie to, co ci każę. I zrozumiesz wszystko, co do ciebie powiem. Jasne?
Draco nie odpowiedział.
— Jasne, Malfoy? — powtórzył nieprzyjemnym głosem Snape. Chłopak cicho przytaknął.
Harry aż się wzdrygnął i zrobiło mu się żal Draco. Rozumiał już, co to za wspomnienie. Pamiętał, co sam wtedy czuł i że był gotowy zabić tych dwóch, ale teraz, z perspektywy czasu patrzył na to zupełnie inaczej, choć do tej chwili nie do końca sobie to uświadamiał. Oczywiście nie zmienił zdania, co do Snape'a...
— Nie służę Czarnemu Panu. Zabiłem Dumbledore'a, ponieważ on sam tak to zaplanował. Wiedział, że umrze, ponieważ klątwa uwolniona z horkruksa Czarnego Pana powoli wysysała z niego życie już od jakiegoś czasu. Wiedział też o zadaniu, które on ci zlecił. Chciał cię chronić i wierzył, że nie będziesz w stanie go zabić. A ja dodatkowo złożyłem Przysięgę twojej matce. Rozumiesz?
— Myślał, że jestem tchórzem i miał rację — odparł gorzko Draco.
— Na litość boską, Malfoy, nie użalaj się teraz nad sobą! Jeśli nie zdążę powiedzieć ci tego, co muszę i zrobić tego, co konieczne, obaj dziś zginiemy. Zrozumiałeś, co powiedziałem? Chociaż jedno słowo?
— Tak.
Harry miał natomiast ochotę krzyczeć: NIE! Kręciło mu się w głowie i miał wrażenie, że jeśli zaraz nie usiądzie, ziemia usunie mu się spod nóg. Jednak Snape i Malfoy wciąż bardzo szybko posuwali się do przodu i ani myśleli się zatrzymać.
— Przekonam Czarnego Pana, że będziesz mu jeszcze potrzebny, że możesz nawiązać kontakt z Potterem i go śledzić...
— Ale...
— Nie przerywaj! Nie mamy na to czasu! — Harry skurczył się pod wpływem ostrego tonu znienawidzonego nauczyciela, mimo że było to tylko wspomnienie. — Twój ociec, jak wiesz, jest już na wolności. Są teraz razem z twoją matką. Mam nadzieję, że uda się wszystko jakoś załagodzić, choć na pewno nie bezboleśnie.
Malfoy drgnął, a Harry miał ochotę jakoś dodać mu odwagi, mimo że był to ten Draco, którego wówczas jeszcze tak bardzo nienawidził. Powiedzieć, że wytrzyma, że on wie, jak to jest...
— Nie będzie łatwo — ciągnął tymczasem Snape bez cienia litości i pocieszenia. — Zawiedliście go. Zwłaszcza Lucjusz. Spodziewał się po nim więcej. Zadaniem zleconym tobie chciał ukarać waszą rodzinę. Być może wymyślił coś jeszcze. — Harry miał ochotę zabić Snape'a za ton jakim mówi do Ślizgona i za to, co mówi. Draco wyglądał, jakby był na skraju załamania, a mężczyzna tylko go dobijał. — Ale nie sądzę, by chciał was tak po prostu zabić. Jesteście czarodziejami czystej krwi, ze starego rodu. Opowiedzieliście się po jego stronie. Nie może zabijać wszystkich swoich zwolenników przed końcem tej wojny. A i po niej będzie mu przecież ktoś potrzebny. Ale Czarny Pan będzie bardzo niezadowolony. Bardzo. I to na pewno zaowocuje dużą dawką bólu. Dla wszystkich, ale dla ciebie szczególnie. Będziesz musiał to wytrzymać.
Tym razem Draco skurczył się pod wpływem mało krzepiących słów i Snape zatrzymał się.
— Dam ci eliksiry, które trochę zminimalizują działanie zaklęć torturujących, ale i tak nie będzie to łatwe. — Ku zdziwieniu Harry'ego mężczyzna położył dłoń na ramieniu Ślizgona. — A teraz, Draco, najważniejsze: decyzja. Powierzyłem ci ściśle tajną informację, od której zależą losy tej wojny. Jeśli nie zgodzisz się współpracować będę zmuszony zmodyfikować ci pamięć, a gdybyś próbował zrobić coś głupiego, zastosuję wszelkie inne środki ostrożności, jeśli wiesz, co mam na myśli. Nie zawaham się, bo śmierć Dumbledore'a jest dla Jasnej Strony poważną stratą, ale i ukrytym asem. Znam cię od dawna i ufam ci. Dlatego zapytam raz jeszcze: po której stronie chcesz walczyć?
— Mam zostawić rodziców? — zapytał cicho Draco.
Serce Harry'ego wyrywało się teraz do tego chłopaka. Nie rozumiał, jak mógł być taki głupi? Jak mógł odczuwać do niego tyle nienawiści? W gruncie rzeczy mieli ze sobą więcej wspólnego, niż kiedykolwiek przypuszczał. Odszukał wzrokiem oczy obecnego Draco, ale ten wciąż unikał jego spojrzenia. Był blady i najwyraźniej ciężko znosił powrót do tego wspomnienia.
— Może już wrócimy? — zaproponował, martwiąc się o przyjaciela. Wiedział, że on za nic w świecie nie chciałby oglądać wspomnień z tamtych chwil.
Draco z zaciśniętymi ustami pokręcił głową.
— Oglądaj.
— Dla mnie wystarczy.
— Chcę, żebyś zobaczył to do końca — powtórzył z uporem Draco.
Zatem Harry nadal obserwował jak Snape rozmawia ze swoim podopiecznym.
— Rodzice nie mogą ci pomóc. To ty możesz pomóc im, wybierając właściwą stronę. A ja mogę pomóc tobie. Zabiłem Dumbledore'a, Czarny Pan będzie ze mnie zadowolony i jeśli kogoś posłucha, to mnie. Nie będzie mnie podejrzewał. A ty, Draco, wcale nie chcesz być tym, kim próbowałeś się stać.
Draco zwiesił głowę.
— Dla naszego wspólnego bezpieczeństwa będę musiał usunąć to wspomnienie z twojej głowy, gdyż nie mam czasu, by uczyć cię oklumencji. Przechowam je dla ciebie, żebyś po wszystkim mógł do niego wrócić. Teraz zaś pozostanie w twojej świadomości jedynie podjęta przez ciebie decyzja. W przyszłości zaś nauczę cię pozbywać się niebezpiecznych wspomnień i umieszczać je w myślodsiewni. Najważniejsze na teraz dla ciebie jest nie mówić nic, o co nie zostaniesz zapytany. Najlepiej jak najmniej. I pozwolić mi działać. Zrozumiałeś?
— Tak — odpowiedział słabo Malfoy i Snape wyciągnął różdżkę, a wszystko zaczęło się rozmazywać.
Obraz zasnuł się mgłą i powoli zmienił się w inny, a Harry poczuł pulsujący ból głowy i zobaczył Voldemorta mierzącego w kogoś z satysfakcją. Nie potrzebował zbyt wiele, by rozpoznać w skulonej postaci swojego przyjaciela. Śmierciożercy przyglądali się w milczeniu, jak ich pan torturuje chłopaka.
— DOŚĆ! — krzyknął Harry i pociągnął stojącego tuż obok Draco za rękę. — Nie potrzebuję, nie chcę tego dłużej oglądać.
Obaj spoceni i bladzi wynurzyli się z myślodsiewni.
— Chciałem, żebyś... zobaczył do końca — rzekł drżącym głosem Draco.
— Nie musiałeś... — wykrztusił Harry. Nie wiedział, jak powinien zareagować.
— Chciałem, żebyś dowiedział się, co robię i dlaczego.
— Draco... czyli Snape... to znaczy... ja chyba nie powinienem był oglądać tego wspomnienia, prawda? Miałem o tym nie wiedzieć? — Harry z całych sił usiłował się skupić. Siedział na zapadniętej starej kanapie i opierał się o chłodną ścianę tuż za nią.
— Miałeś. Nie teraz. To jedna z większych tajemnic Zakonu. Ale to moje wspomnienie.
— Czy to nie jest zbyt niebezpieczne dla ciebie? Voldemort myśli, że jesteś jego szpiegiem tu, że mnie śledzisz, tak?
Draco powoli skinął głową.
— Ostatecznie właśnie coś takiego udało się wynegocjować Snape'owi. A dopóki Czarny Pan w to wierzy, moja rodzina jest bezpieczna. I ja.
— A ty pokazałeś to wspomnienie mnie...
Ślizgon wzruszył ramionami.
— Nie rób z tego, Merlin wie czego. To tylko jedno wspomnienie. Chociaż lepiej, żebyś nikomu nie przyznał się, że o nim wiesz.
— Naprawdę, nie musiałeś tego robić...
— Ale chciałem. Chciałem, Potter, rozumiesz?
Harry skinął głową.
— Zaufałeś mi — powiedział cicho.
— Och, nazywaj to, jak chcesz. Chociaż święta, to chyba dobry moment na takie idiotyczne, gryfońskie gesty, nie uważasz?
Harry uśmiechnął się, na nazwanie zaufania gryfońskim idiotyzmem.
— Zresztą to ty pierwszy zaufałeś mnie. Potraktuj to jako rewanż. Wiesz, jak bardzo nie lubię w czymkolwiek być gorszy od ciebie.
— O, tak. Aż za dobrze. — Roześmiał się Harry. — A mogę potraktować to jako prezent gwiazdkowy?
— Skoro tak chcesz. I tak nic dla ciebie nie mam.
— To najwspanialszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałem — odpowiedział poważnie Harry.
— Och, lepszy nawet od Błyskawicy? — zapytał z powątpiewaniem Draco.
— Nawet — potwierdził. Gest Draco znaczył dla niego wiele, wiele więcej niż cokolwiek, co mógł kupić za galeony.
— Tylko nie patrz na mnie, jak na bohatera. Nie zrobiłem nic, poza ratowaniem swojej skóry. Chcę, żebyś o tym wiedział. I stoję po stronie, która mam nadzieję, że wygra, a przy okazji jedynej, która była w stanie zapewnić mi choć złudzenie bezpieczeństwa.
Ale Harry miał swoje zdanie na ten temat.
— Chciałeś ratować swoją rodzinę, nie ma w tym nic złego — odpowiedział łagodnie, przysuwając się do chłopaka i dotykając jego ramienia.
— Chcesz powiedzieć, że mottem Gryfonów jest: cel uświęca środki? Od kiedy? — zaśmiał się nieco sztucznie Draco.
Od wtedy, kiedy chcą komuś wszystko wybaczyć?
— Mogę ci zadać jedno pytanie? — zapytał Harry w odpowiedzi.
— Och, nie. Jeszcze pytania? — jęknął Draco. Harry wyczuwał, że przyjaciel jest bardzo spięty. Mówienie o tym musiało być dla niego trudne.
— Dlaczego powiedziałeś mi kiedyś, że nie możemy się przyjaźnić. — Draco nie odpowiedział, ale widać było, że pytanie bardzo go zaskoczyło. — Na jednym z naszych spotkań, zaproponowałem bruderszaft, a ty...
— Pamiętam — uciął Ślizgon.
— Więc dlaczego?
— Nie zrozumiałbyś...
— Jasne. — Słowa klucze w obsłudze Harry Pottera.
— Ale powiedziałem wtedy coś jeszcze, pamiętasz?
— Mówiłeś dużo rzeczy i byłeś naprawdę wkurzony, a ja rzeczywiście nie rozumiałem, dlaczego.
— Powiedziałem, że McGonagall kazała mi się z tobą spotkać...
— Żebym nie wybrał się na poszukiwania Tonks — przypomniał sobie Harry.
— Kłamałem. Chciałem się z tobą spotkać, po prostu.
— Och. — Harry przez chwilę przetrawiał rewelację. — To dlaczego kłamałeś?
Draco wzruszył ramionami.
— Taki już jestem.
Harry pomyślał, że właściwie wszystko, co martwiło go od początku roku zostało wyjaśnione. Znał tajemnicę Dumbledore'a i Snape'a, choć nad tym miał zamiar zastanowić się później. Wiedział, dlaczego Draco znalazł się z powrotem w Hogwarcie, pojął jego motywy i cele. Wyjaśnił się nawet dziwaczny wybuch Ślizgona w pokoju życzeń, o którym Harry przypominał sobie od czasu do czasu i trochę się tym martwił. Pozostawała tylko jedna jedyna rzecz, nad którą wciąż się zastanawiał: kim była kobieta na Grimmuald Place 12 i co Draco robił tam tego dnia, gdy Harry odzyskał medalion.
Siedzieli w milczeniu, obaj oparci o ścianę a trochę też o siebie, nieco poza kręgiem światła padającego z kaganków, zapatrzeni w suto zastawiony wigilijny stół. Harry właśnie miał zapytać o ostatnią dręczącą go rzecz, gdy chłopak nieoczekiwanie uścisnął jego dłoń.
— Ostatecznie nie był nam potrzebny żaden bruderszaft, no nie? — zapytał Draco.
— To prawda — przyznał Harry, przypominając sobie moment, w którym przyjaciel odnalazł go w łazience Jęczącej Marty, i postanawiając nie zadawać niezręcznego pytania. Nie chciał psuć nastroju. — W gruncie rzeczy, chyba całkiem dobrze się ze sobą dogadujemy.
— Na to wygląda — odparł Draco, wciąż nie puszczając dłoni Harry'ego, a on pomyślał, że czuje się bezpiecznie i dobrze, jak chyba nigdy dotąd. Był po prostu szczęśliwy, i choć prawdopodobnie w obecnej sytuacji było to bardzo, ale to bardzo egoistyczne, miał to chwilowo gdzieś. — Chciałeś o coś zapytać?
— Twój wyjazd... to chyba nie jest zbyt rozsądne?
— Mówisz o świętach?
— Przecież to zbyt niebezpieczne w twoim wypadku, żebyś opuszczał Hogwart. A jeśli Voldemort się czegoś domyśla?
— Domyśli się, jeśli nie wrócę do rodzinnego domu na święta, spędzić je wedle Malfoyowskiej tradycji, a zostanę w szkole dla szlam. Nie mogę tego ryzykować.
— Jesteś pewny, że nie ma innego wyjścia? — zmartwił się Harry. Nie chciał, żeby Draco wyjeżdżał. Nie chodziło oczywiście o święta, w końcu zjedzą dziś razem Wigilię. Zdał sobie jednak sprawę, że gdy przyjaciel opuści zamek, będzie poza zasięgiem Zakonu. Nikt nie będzie mógł mu pomóc, a Harry nie będzie miał na to żadnego wpływu i bardzo mu się to nie podobało.
— Nie ma innego wyjścia, cokolwiek o mnie sądzisz, nawet ja nie jestem takim tchórzem, żeby narażać moich rodziców w zamian za własne bezpieczeństwo. Ale nie o to chciałeś się mnie zapytać, prawda?
Harry przez chwilę zastanawiał się, skąd Ślizgon wie, że zamierzał zadać mu inne pytanie i jak to możliwe, że chłopak zna go tak dobrze, po czym postanowił odwrócić uwagę przyjaciela.
— Ja też mam dla ciebie prezent, wiesz?
— Prezent? — Draco natychmiast się ożywił.
Harry wyciągnął duże pudełko, owinięte w mieniący się na srebrno-zielono pergamin i natychmiast pożałował, że nie poczekał jeszcze chwili, bowiem przyjaciel natychmiast puścił jego rękę i niczym dziecko, zaczął zrywać opakowanie.
— To kawowe ciasteczka z Miodowego Królestwa! — wykrzyknął Draco, co najmniej jakby odpakował nowy model miotły wyścigowej. Harry był z siebie dumny, że wpadł na ten pomysł. — Jak je zdobyłeś?
— Ma się swoje sposoby. — Harry wyszczerzył się w uśmiechu.
— No tak, magia Wybrańca — prychnął niby pogardliwie Draco, po czym się zasępił. — Ale ja dla ciebie nic nie mam...
Tym razem Harry poszukał dłoni przyjaciela i ścisnął ją mocno.
— Dostałem od ciebie o wiele lepszy prezent...
Draco przechylił głowę i spojrzał Harry'emu w oczy, odwzajemniając uścisk dłoni i splatając ze sobą ich palce. Harry'emu przemknęło przez głowę, że niewiele z tego rozumie, ale to chyba najszczęśliwszy dzień w jego życiu.
— Zjemy coś? — zaproponował Draco, wciąż patrząc na Harry'ego.
— Jakoś nie jestem głodny — odpowiedział Harry, uśmiechając się leniwie.
— Wiesz, ja chyba też nie — przyznał Draco.
(1) revertikator — od lac. reverti - powracać;
