A/N: Wracam z kolejnym rozdziałem i żyvczę miłego czytania!


21.

Oczywiście nie obeszło się bez toastu, ponieważ Bobby orzekł, iż taka okazja wymaga przynajmniej minimum świętowania. Wziął więc sprawy w swoje ręce…

- Wy tutaj sobie chwilkę poczekajcie, a ja podskoczę do spożywczego!- powiedział, stanowczo sadzając nowożeńców na kanapie swojej dziewczyny, a ich córeczce posyłając psotne mrugnięcie, które wywołało w niej falę słodkiego chichotu.

Tara, choć nadal w niejakim szoku, natychmiast ruszyła do kuchni po małe przekąski, no i oczywiście kieliszki, bez których nie obszedłby się toast, a które wkrótce wypełnił złoty, o dziwo świetnej jakości (co rzadko zdarza się Crashowi), szampan. Rezolutny agent Manning zdołał również skądś wytrzasnąć mały tort ozdobiony plastikową młodą parą- nieco tandetną, ale zawsze…

- Za Sparka i Sue!- wyszczerzył się, gdy dorośli wznieśli kieliszki z alkoholem, a mała Uma z sokiem jabłkowym.- Obyście żyli długo i szczęśliwie i mieli jeszcze więcej małych iskierek!- rzucił szelmowsko, sprawiając, iż para zaczerwieniła się z zakłopotania.

- Za was!- przyłączyła się Tippy.

- Dziękujemy.- jednocześnie odparli małżonkowie, spełniając toast.

- Hej, a gdzie buzi?!- zawołał Bobby.- Czyż to nie tradycja, że mąż całuje żonkę po szampanie?

- Tak, tak!- poparła go Tara.- Mazel Tov!- mrugnęła równie psotnie, zachęcając przyjaciół do czynu.

Tak swoją drogą, zawsze chciała to powiedzieć, ale nie miała do kogo, bo nie znała zbyt wielu Żydów, a już na pewno nie bywała na ich weselach. Tym nie mniej, powiedzonko jej się podobało i po prostu nie mogła się powstrzymać.

Chcieli, czy też nie (raczej tak), młodzi „ugięli się pod presją" przyjaciół i ku ich uciesze wymienili krótki, lecz bynajmniej nie mniej słodki pocałunek.

- Woohoo!- wyszczerzył się Crash.- Tak, to ja rozumiem!- dorzucił, a po chwili zastanowienia dodał jeszcze:- Na kulawego dingo… D. wisi mi pięćdziesiątaka!- zawołał entuzjastycznie.

- Słucham?- Jack uniósł wysoko brew.- Mam rozumieć, że się o nas zakładałeś, Bobby?

- A kto nie?!- odparł bez żenady Australijczyk.- Spark, mój przyjacielu… Ty i twoja druga połowa jesteście obiektem hazardu, odkąd pierwszy raz przyprowadziłeś ją do naszego biura. Miło wiedzieć, że nareszcie coś wygrałem z tego biznesu!- dodał zadowolony z siebie.

- Dobrze wiedzieć, że nasi przyjaciele zarabiają na naszym związku.- z lekkim sarkazmem zauważył Hudson.- Możesz się jednak zrehabilitować…- dodał tajemniczo i Bobby przełknął ślinę.

- Taaa? A niby co masz na myśli?- spytał podejrzliwie.

- A, nic takiego!- machnął ręką Jack.- Tylko owe pięćdziesiąt dolarów stanowiłoby ładny prezent ślubny dla nas, nie uważasz, kochanie?- zapytał przekornie rozbawioną Sue.

- Masz rację, skarbie!- odparła natychmiast nowa pani Hudson.- Dokładnie tyle przydałoby się nam na ten cudowny żyrandol, który widziałam niedawno w Ikei. Byłby idealny do salonu!- powiedziała z rozmarzeniem, po czym dyskretnie rzuciła oczko z trudem tłumiącej śmiech Tarze.

- Ale, ale to moja wygrana!- jęknął Crash, lecz gdy jego dziewczyna spiorunowała go wzrokiem, westchnął i poddał się z ciężkim sercem.- No dobra! Niech wam będzie, choć uważam, że szampan i tort powinny być wystarczające same w sobie. Niektórzy jednak najwyraźniej są tu pazerni!- prychnął, wywołując ogólne rozbawienie.

- Nie narzekaj, Bobby.- powiedział brunet.- Ja cię znam, to nie był twój jedyny zakład. Być może jeszcze coś ci się trafi!- stwierdził przekornie.

Mina Manninga była tak komiczna (no bo oczywiście Hudson trafił bez pudła, jak na dobrego snajpera przystało), że wszyscy wybuchli śmiechem.

Grupa spędziła ze sobą kolejną godzinę, delektując się jedzeniem, żartując i rozmawiając o przyszłych planach. Nie mówiono tylko o adopcji, by nie robić Umie płonnych nadziei w razie, gdyby odmówiono Hudsonom praw opiekuńczych do małej. Lepiej było z tym poczekać, aż wszystko będzie jasne.

Nowożeńcy wyszli dopiero, kiedy ich podopieczna zasnęła w ramionach Sue, szczęśliwa i bezpieczna. Pojechali prosto do mieszkania, które blondynka dzieliła z Lucy i położyli córkę spać. Nie chcąc jej budzić, zdjęli jej tylko buciki, skarpetki i jeansy, zostawiając ją w koszulce, którą nosiła, obmyli jej buzię i rączki wilgotną ściereczką, po czym starannie otuliwszy ją kołderką, ucałowali na dobranoc, i ruszyli do sypialni Sue, ich sypialni.

Wiedzieli, że to tylko tymczasowe rozwiązanie. Małżeństwo oznaczało, że w pewnym momencie zamieszkają razem, w ich wspólnym domu, ale póki Lucy nie wróci z Atlanty i nie wyjaśni się sytuacja, Sue postanowiła na razie pozostać w apartamencie, a Jack miał się do niej wprowadzić. Było to lepsze wyjście niż przenosiny do jego mieszkania, ponieważ nie tylko było ono mniejsze, ale Uma nie miała tam jeszcze własnego kąta, a potrzebowała poczucia stabilizacji i przynależności. Póki więc co, Sparky miał rezydować w panieńskim domu swojej ukochanej żony. Zresztą, nie narzekał! Jego dom był tam, gdzie ona i gdzie było ich dziecko.

Cała reszta nie miała znaczenia…

TBC