A/N: Jedziemy dalej z tym jazzem! ;p


XXI

Jeśli kogoś zdziwił fakt, że generał Carter przeniósł do swojego domu rannego pułkownika O'Neilla, to wszelkie komentarze na ten temat prowadzono w zaciszu swych domostw lub w małych kręgach przyjaciół. Och, mówiono o tym z pewnością, lecz nie głośno. Po pierwsze, Jacob był bardzo wpływowym człowiekiem nie tylko w Springs, ale i w Waszyngtonie. Po drugie, wieści o bohaterskim czynie jego zastępcy bardzo szybko odbiły się echem po całym mieście i nawet jeśli kapral nie przeżył owej próby pomocy, odwaga pułkownika raz jeszcze zrobiła wrażenie na mieszkańcach, a pastor publicznie pochwalił oficera za ten odruch serca i polecał go Bogu w swoich modlitwach, prosząc wiernych, by uczynili to samo.

- „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich…"- zacytował podczas nabożeństwa słowa św. Jana [A/N: J 15,13].- Pułkownik ryzykował swoje dla drugiego człowieka i nasz Pan w łaskawości swojej pozwolił mu przeżyć, nawet jeśli drugą owieczkę powołał do siebie. Taka postawa powinna cechować każdego z nas!- pouczał parafian.

Naturalnie wielu z nich nauki owe wzięło sobie do serca bardziej w teorii niż w praktyce, bo choć duch ochoczy, to ciało niekoniecznie, lecz bez wątpienia wszyscy podziwiali odwagę Jacka O'Neilla, zwłaszcza panie, wśród których zawsze był bardzo popularny z uwagi na aparycję, maniery i legendarne niemal bohaterstwo. Nie, żeby kiedykolwiek odwzajemniał zainteresowanie mieszkających w C.S dam. Jak dotąd, żadnej z nich nie udało się go upolować, a próbowały i panny, i wdowy, a nawet niektóre mężatki. Był jednak nieczuły na ich wdzięki i już zaczęto się zastanawiać, czy coś z nim było nie tak. Może miał rany wojenne, które uczyniły go impotentem? Wszelako zwątpiono w tę teorię, gdy w Springs zjawiła się córka Jacoba i zaczęto widywać ich razem. Pułkownik dotąd nie spędzał czasu w towarzystwie płci pięknej i, o ile to możliwe, unikał bali, czy proszonych herbatek. Odkąd panna Carter pojawiła się jednak w mieście, nie tylko chętniej czynił zadość obowiązkom towarzyskim, ale nawet tańczył!

Teraz gościł w rezydencji generała i jego córki, i jeśli wierzyć plotkom służby, panna Samantha poświęcała mu wiele uwagi, a on sam, mimo fizycznego cierpienia, tryskał szczęściem.

- Byłaby z nich piękna para, jeśli chcesz znać moje zdanie, mój drogi.- stwierdziła burmistrzowa Hayes, pewnego popołudnia pijąc w jego towarzystwie herbatę.- To taki dżentelmen, a ona, to czarująca dziewczyna!- zachwycała się.

- Nie przeczę, serduszko, nawet jeśli pojęcia nie mam, co ich do siebie przyciąga. Są przecież jak ogień i woda.- odpowiedział Henry. Od czasu pierwszego balu Sam, od chwili gdy był świadkiem reakcji oficera na tę młodą damę, burmistrz wiedział, że panna Carter zrobiła wrażenie na zastępcy swego ojca. Rumieniec na policzkach dziewczyny również dał mu do myślenia. Nie rozumiał jednak, o czym ten samotny ekscentryk mógłby rozmawiać z panienką tak świeżo przybyłą z przepełnionej elitą stolicy. Nie był snobem, ale…

- Być może właśnie te różnice sprawiają, że pułkownik i panna Carter tak do siebie lgną.- usłyszał.- Tak czy owak, byłoby cudownie, gdyby się pobrali. Tak wspaniały mężczyzna, jak Jack O'Neill, marnuje się żyjąc samotnie. Powinien zaznać szczęścia.- dodała jego żona.

- Wiem, że za nim przepadasz, duszko, lecz pozwólmy działać przeznaczeniu.- powiedział spokojnie burmistrz Hayes, zapalając fajkę.- Co będzie, to będzie.- dorzucił i na tym rozmowa się skończyła.

W wielu domach prowadzono podobne pogaduszki. Jedne były dobrotliwe, inne nieco mniej, zwłaszcza tam, gdzie mieszkały damy o nieco mniejszym szczęściu niż panna Samantha. Z uwagi jednak na stan pułkownika, powstrzymywano się z otwartymi spekulacjami.

Tymczasem Jack powoli dochodził do siebie. Indiańskie lekarstwa działały cuda na jego rany, czułej i troskliwej opieki damy jego serca nie wspominając. Sam spędzała całe dnie przy jego łóżku, nie tylko troszcząc się o zdrowie ukochanego, lecz zapewniając mu również odrobinę rozrywki. Wiadomym było bowiem, że pułkownik nie znosi nudy, zwłaszcza, kiedy jest chory. Stawał się wtedy drażliwy i nawet świętego potrafił wyprowadzić z równowagi, o czym przekonała się również jego wybranka, i za co z głębi serca ją przepraszał, gdy zrozumiał, że ją uraził.

- Wybacz, najdroższa!- błagał.- Ja po prostu nie znoszę być przykutym do łóżka. Nie mam tu nic do roboty!- narzekał, patrząc na nią takim wzrokiem, że nie umiała się na niego gniewać. Zresztą, zdążyła już poznać jego zamiłowanie do wypoczynku na świeżym powietrzu i do ruchu, więc rozumiała, że ograniczenia narzucone mu teraz z racji niedyspozycji, musiały być frustrujące. Z uwagi na to, kiedy tylko pogoda dopisywała, organizowała mu leżakowanie w ogrodzie, gdzie zawsze towarzyszył im Blue (zresztą, odkąd Jack przybył do rezydencji na dłużej, kocurek rzadko znikał za dnia, jak to czynił wcześniej, wylegując się z reguły na łóżku rekonwalescenta). Wtedy obserwowali razem piękno przyrody, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Gdy zaś aura nie sprzyjała, Samantha siadywała przy jego łóżku, czytając mu książki, o których mawiał, że ich nie rozumiał, a co wkrótce zweryfikowała jako zupełne łgarstwo, kiedy raz, czy dwa wymsknęła mu się z ust celna uwaga. Mowa tu zwłaszcza o dziełach ojców astronomii, które tak uwielbiała blondynka. Nie omieszkała więc skonfrontować swych spostrzeżeń z uwagami wybranka i Jack wreszcie musiał przyznać się do swojej fascynacji nieboskłonem.

- Przed wojną kupiłem nawet teleskop, ale został zniszczony, gdy Konfederaci napadli na moją posiadłość.- wyznał.- Miałem sprowadzić drugi, ale dostałem nowy przydział i tak jakoś nie wyszło. Zresztą, jak miałbym go za sobą ciągać po całym kraju?- westchnął z żalem.

Była zdumiona, ale zachwycona.

- Jack O'Neill, jesteś mężczyzną o wielu tajemnicach, jak się okazuje!- zawołała.- I pomyśleć, że tylu ludzi nie docenia twojej inteligencji! Gdyby tylko wiedzieli!

- Wolałbym nie.- wymamrotał, znów instynktownie drapiąc Blue za uszami.- Jak wspomniałem, wolę, by mieli mnie za idiotę. Tym sposobem mam święty spokój, Sam. Poza tym, moja wiedza nie jest akademicka, jak twoja. To raczej sposób na zabicie czasu. Po prostu, lubię sobie poczytać o czymś, co mnie interesuje.

- Skąd się wzięła twoja fascynacja gwiazdami, Jack?- spytała zaciekawiona.

- Sam nie wiem.- wzruszył ramionami.- Już jako dzieciak lubiłem położyć się na stogu siana i patrzeć w niebo. Jest bezkresne, ale nigdy nie puste, nigdy takie samo, choć może wydawać się inaczej. Potem, podczas wojny, gdy siedziało się nocą w okopach, nie było nic innego do roboty, kiedy nie chciało się spać. To było jedyny moment, gdy było cicho, spokojnie, gdy na chwilę zapominało się, że trwa ta rzeź i przypominało, że nadal istnieje piękno na tym świecie, boży cud, którego nie zniszczymy prochem i armatami, nie splamimy krwią…- mówił łagodnie. Przerwał i spojrzał na nią, gdy słowem nie skomentowała odpowiedzi. Miała w oczach takie ciepło i wzruszenie, jeśli wierzyć zawilgoconym źrenicom. Patrzyła na niego z taką czułością, że po raz kolejny zastanawiał się, co dobrego uczynił w innym życiu, że Bóg zesłał mu uczucie tak niezwykłej kobiety.

Kiedy już miał znów otworzyć usta i zawołać ją po imieniu, niespodziewanie podniosła się i nie bacząc na Blue, pochyliła nad nim, by obdarzyć zdecydowanym pocałunkiem.

- Nie, żebym narzekał…- wymamrotał, po wszystkim z trudem łapiąc oddech.-… ale za co?- zapytał.

- Bo jesteś sobą.- odpowiedziała po prostu.

Nie bardzo wiedział, co miała na myśli, lecz czy to miało znaczenie, kiedy tak go całowała?

- Ok.- mruknął więc tylko i tym razem to on ją pocałował. Tak naprawdę, to był pierwszy raz, gdy sam zainicjował pieszczotę. Owszem, całował ją już w dłoń, ale nigdy jeszcze w usta. Nie jako pierwszy. To Sam zainicjowała ich pierwszy pocałunek, a on dotąd nie miał śmiałości posunąć się dalej, niż do ucałowania jej ręki. Teraz jednak była tak blisko, wciąż nad nim pochylona i nie umiał pohamować pragnienia. Była słodka niczym miód…

- Muszę rozmówić się z twoim ojcem, Sam.- wyszeptał, gdy ich wargi się rozłączyły.- Nie zasługuję na ciebie, wiem. Bóg wie, że jesteś warta więcej niż mógłbym ci dać, ale skradłaś mi duszę i serce, i choćbym bardzo próbował, nie wyobrażam sobie życia, w którym nie stoisz u mojego boku.- wyznał, a w jej oczach zaświeciły łzy.

- Naprawdę?- spytała poruszona i szczęśliwa jednocześnie.

- Tak.- przytaknął.- Kiedy wydobrzeję, chciałbym oficjalnie starać się o ciebie, Samantho.- dodał zaczerwieniony.

- Nie musisz, masz mą wzajemność, Jack.- powiedziała natychmiast, dotykając jego policzka.

- Mówię o tradycji, Sam.- wyjaśnił.- Chciałbym cię adorować tak, jak na to zasługujesz. Chyba, że nie chcesz…- dorzucił niepewnie.

- Chcę!- zapewniła gorąco.- Nie chcę jednak czekać zbyt długo. Omal cię nie utraciłam Jack. Pragnę być twoją.- wyznała i tym razem to ona oblała się rumieńcem.

Była śliczna, kiedy tak nieśmiało spuszczała oczy. Z drugiej strony, dla niego zawsze taka była. Była jego słońcem i księżycem, całym nieboskłonem, który odbijał się w jej oczach. Jeśli miał być ze sobą szczery, mimo bardzo głębokiej miłości, jaką darzył Sarę, nigdy wcześniej, ani tym bardziej potem nie poczuł tego, co wzbudziła w nim ta niezwykła, niepowtarzalna istota. Gdyby Sam zechciała, uczyniłby dla niej absolutnie wszystko, rzuciłby wszystko, oddałby jej wszystko, nawet własne życie, gdyby tego zażądała. To dla niej wrócił, dla niej przeżył, dla niej żył i oddychał. Gdyby teraz ją utracił, już by się nie pozbierał. Był jej, duszą i ciałem.

- Samantha…- wymruczał niemal bezgłośnie, lecz tak miękko, tak… zmysłowo, gładząc zaczerwieniony policzek.- Kocham cię.

- Sądzę, że właściwa forma to „Panno Carter" i co ma znaczyć fakt, że wyznaje pan miłość mej córce nie poprosiwszy mnie wpierw o pozwolenie pułkowniku, zwłaszcza, że gości pan pod moim dachem?- Jack usłyszał za plecami stanowczy głos swego dowódcy i aż podskoczył na leżaku, nadwyrężając nieco swe siły.

- Sir!

- Papo!- zaprotestowała natychmiast Sam, czerwieniąc się niemiłosiernie.

- No słucham! Ma pan coś na swoją obronę, O'Neill?- rzucił jeszcze, z trudem panując nad chęcią wybuchnięcia gromkim śmiechem. Miny obojga były bezcenne, zwłaszcza ta na twarzy pułkownika.

- Panie generale, ja…- wydukał, walcząc z paniką. Sam wspomniała, że jej ojciec wiedział o łączącym ich uczuciu, ale postawa generała wskazywała nie na aprobatę, o jakiej była przekonana, lecz na…i tu zrobiło mu się zimno na samą myśl…sprzeciw.

- Papo! Jak możesz?!- próbowała ich bronić blondynka, lecz Jake uniósł rękę, nakazując jej milczenie.

- Co ma zaznaczyć to zgoła… niestosowne zachowanie?- powtórzył.

Jack wiedział, że nie ma wyjścia. Generał ich nakrył i w pewnym sensie miał rację. Pozwolił sobie na nader wiele zważywszy na fakt, że nie był zaręczony z panną Carter, co niektórzy mogliby uznać z wręcz skandaliczne. Nie było jednak sensu zaprzeczać. Należało chwycić byka za rogi i wyznać szczerze, co kryje jego serce.

- Sir…- zaczął więc po głębokim wdechu, próbując wyprostować się do pozycji, która choć w małej części przypominałaby tę na baczność. Normalnie stałby dumny i wyprostowany, prosząc generała o zgodę na zalecanie się do jego córki. Jego osłabienie jednak narzucało nań spore ograniczenia ruchowe, więc musiał wyglądać raczej żałośnie.- Wiem, że zapewne przekroczyłem granice gościnności pana generała i pewnie tego pożałuję, ale nie mogę dłużej ukrywać, że darzę pańską córkę nie tylko najwyższym szacunkiem, w co zapewne pan generał teraz powątpiewa, a co jest całkowitą prawdą…- dodał szybko.-… ale również szczerym i głębokim uczuciem.- wyznał.- Pokochałem pannę Samanthę od pierwszego spojrzenia, choć nie śmiałem marzyć, by odwzajemniła się tym samym. NIGDY…- dorzucił z naciskiem.-… nie zrobiłem nic, by uchybić jej czci i honorowi! Niedawno odkryłem jednak, że panna Samantha raczyła spojrzeć na mnie przychylnym wzrokiem, stąd me wyznanie i błaganie do pana, sir, aby zezwolił mi starać się o rękę jego córki.- dokończył z namaszczeniem.

Jacob słuchał, przeszywając wzrokiem to swą królewnę, to jej absztyfikanta i nie wyrzekł słowa, dopóki ich niepewność nie zaczęła odbijać się na twarzach obojga. W chwili, gdy oboje już zwątpili odparł swobodnym głosem:

- Po co? Przecież już ją masz, Jack.

- Huh?- wymamrotał ogłupiały pułkownik, a Jake się roześmiał.

- Papo!- krzyknęła po raz trzeci Sam, gdy zrozumiała, że sobie z nich zażartował. Owszem, kiedy wcześniej rozmawiali na ten temat, zadawał się akceptować jej wybór, lecz może zmienił zdanie?

- No co? Naprawdę myśleliście, że się nie zgodzę? Zwłaszcza ty, Sammie i to po tym, jak wzdychałaś do niego od Bóg wie jak dawna?- wyszczerzył się, natężając rumieńce córki, która zaczerwieniła się jak piwonia.- Przyznaję, nie tak wyobrażałem sobie przyszłego zięcia…- kontynuował ubawiony.-… ale zważywszy na nieco wybredny gust mojej córeczki, powinienem się chyba cieszyć, że w ogóle chce się zaręczyć. Poza tym, mogła trafić gorzej.- rzucił z humorem.- Ty chociaż kochasz ją dla niej samej, nie dla jej pieniędzy, Jack. Wiem to stąd, że praktycznie pozwalasz jej wchodzić sobie na głowę i nie umiesz jej niczego odmówić. Jeśli doliczyć do tego fakt, że jesteś honorowy, szczery i szlachetny, czegóż mógłbym chcieć więcej od przyszłego męża Samanthy? Wiem, że poświęciłbyś dla niej wszystko…

- Tak jest, panie generale.- przytaknął zaraz Jack.- Oddałbym za nią życie.

- Zatem, kuruj się chłopcze, żebym mógł urządzić dla was zaręczyny godne mej córki.- uśmiechnął się do zakochanych.- Nie byłbym jednak dobrym ojcem, gdybym cię nie ostrzegł…- dodał jeszcze.- Jeśli kiedykolwiek ją skrzywdzisz, Jack, pożałujesz, żeś się urodził.- zagroził miękko Jacob.

- Jeśli kiedykolwiek ją skrzywdzę, sir, Samantha nie zostawi ze mnie ani okruszka, panie generale. To najsilniejsza, najodważniejsza i najwaleczniejsza kobieta, jaką znam.- odpowiedział z czułością.- Sępy nie miałby co zbierać. Poza tym, raniąc ją, zraniłbym siebie, więc uczynię, co w mojej mocy, by nigdy nie cierpiała.- przyrzekł.

- Zawsze wiedziałem, że nie jesteś głupcem, Jack.- mrugnął Jacob.- Cieszę się, że się rozumiemy.

- Tak jest, sir!- odparł pułkownik i spojrzał na ukochaną.- Nie mogę teraz uklęknąć i prosić, byś za mnie wyszła, Sam. Nie mam też pierścionka.- powiedział, patrząc na nią z uczuciem.- Wiedz jednak, że uczynię to, gdy tylko zdrowie mi na to pozwoli, tak jak trzeba, bo nie pragnę niczego więcej, niż spędzić z tobą resztę życia.- wyznał miękko, a z jej oczu spłynęła łza szczęścia.

- Nie pierścionek jest dla mnie ważny i nie te tradycyjne obrzędy, które zmuszają mężczyzn do padania na kolana przed ich wybranką. Dla mnie najważniejsze jest, że mnie kochasz i chcesz mnie poślubić, Jack. Gdybyś tylko zechciał, pobralibyśmy się teraz, zaraz…- dodała, ale widząc, że próbował coś powiedzieć, dorzuciła szybko:-…ale wiem, że w głębi duszy jesteś tradycjonalistą, najdroższy, więc poczekam. Jak długo wiem, że mnie kochasz, będę cierpliwa. Chcę tylko, byś wyzdrowiał.- dokończyła i mimo obecności ojca, przytuliła się ostrożnie do ukochanego.

Jake był szczęśliwy. Patrząc na tych dwoje wiedział, że i oni będą szczęśliwi. Mimo że na pierwszy rzut oka tak różni, to jednak doskonale do siebie pasowali. Uzupełniali się, rozumieli, byli stworzeni dla siebie. Z bożą pomocą, dadzą mu dużo wnuków!

TBC