Brygada Inkwizycyjna

Mamy w tym pokoju taki mały kącik, oazę spokoju.


W poniedziałkowy poranek Harry, Hermiona i Ron weszli do Wielkiej Sali na śniadanie dokładnie w tym samym momencie, co pocztowe sowy. Hermiona nie była jedyną osobą wyczekującą niecierpliwie na Proroka Codziennego. Niemal wszyscy spragnieni byli kolejnych informacji o zbiegłych Śmierciożercach, którzy pomimo wielu doniesień o ich zauważeniu, nadal nie zostali schwytani. Wręczyła knuta sowie, która dostarczyła przesyłkę i z zapałem rozwinęła gazetę, Harry nalewał sobie właśnie herbaty, kiedy pierwsza sowa z głuchym odgłosem wylądowała przed nim, był pewien, że się pomyliła.

— A ty do kogo? — spytał ptaka bez entuzjazmu odsuwając swoją filiżankę spod jej dzioba i nachylając się naprzód, by przeczytać imię i adres odbiorcy.

Harry Potter

Wielka Sala

Szkoła Hogwart

Marszcząc brwi sięgnął, by odwiązać list, ale zanim zdołał to zrobić, trzy, cztery, pięć kolejnych sów trzepotało obok niej i walczyło o miejsce depcząc w maśle i wywracając sól. Każda z nich próbowała pierwsza dać mu swój list.

— Co jest grane? — spytał w zdumieniu Ron. Wszyscy przy stole Gryffindoru pochylili się naprzód, by popatrzeć. Kolejnych siedem sów wylądowało pomiędzy tymi, które już tam były, skrzecząc, pohukując i trzepocząc skrzydłami.

— Harry! — wydyszała bez tchu Hermiona wkładając ręce w pierzastą masę i wyciągając sowę uszatą trzymającą długą, cylindryczną paczkę. — Myślę, że wiem, co to znaczy, najpierw otwórz tę!

Harry rozdarł brązowe opakowanie. Ze środka wytoczył się zwinięty ciasno egzemplarz marcowej edycji Żonglera. Rozwinął go i ujrzał swoją własną twarz uśmiechającą się nieśmiało do niego z okładki. Wielkimi czerwonymi literami przez środek zdjęcia ciągnęły się słowa:

CHŁOPCY W KOŃCU PRZEMAWIAJĄ:

PRAWDA O TYM, KTÓREGO IMIENIA NIE WOLNO WYMAWIAĆ I O NOCY, W KTÓREJ POWRÓCIŁ

— Dobre, prawda? — oznajmiła Luna, która podeszła do stołu Gryffindoru i wciskała się właśnie na ławkę pomiędzy Fredem i Ronem. — Wyszedł wczoraj. Poprosiłam tatę, żeby przysłał ci darmowy egzemplarz. Podejrzewam, że to wszystko — machnęła ręką w kierunku tłoczących się sów, nadal szamoczących się na stole przed Harrym — to listy od czytelników.

— Tak właśnie myślałam — odparła z zapałem Hermiona. — Harry, masz coś przeciwko, byśmy…?

— Nie, spoko — odpowiedział Harry lekko zdezorientowany.

Ron i Hermiona zaczęli rozrywać koperty.

— Ten jest od gościa, który uważa, że jesteście walnięci — stwierdził Ron zerkając na swój list. — Ach cóż…

— Ta kobieta poleca Cedrikowi, żeby spróbował porządnej terapii zaklęć szokowych u Św. Munga, a tobie poszukanie lepszych znajomych — oznajmiła rozczarowana Hermiona i zmarszczyła na chwilę brwi.

— Ale ten wygląda OK — powiedział Harry wolno przeglądając długi list od czarownicy z Paisley. — Hej, ona pisze, że nam wierzy!

— Ten na dwoje babka wróżyła — odezwał się Fred, który z entuzjazmem przyłączył się do otwierania listów. — Mówi, że nie wyglądacie na szaleńców, ale on naprawdę nie chce uwierzyć w jego powrót, więc nie wie, co teraz myśleć. Rany, co za marnotrawstwo pergaminu.

— Tu jest następny, którego przekonaliście, Harry! — krzyknęła z podnieceniem Hermiona — Po przeczytaniu waszej wersji historii, dochodzę do wniosku, że Prorok Codzienny potraktował was bardzo niesprawiedliwie… i chociaż nie chcę myśleć o tym, że Sam-Wiesz-Kto powrócił, to jestem zmuszony zaakceptować, że mówicie prawdę… Och, to jest cudowne!

— Kolejny, który uważa, że to tylko stek bzdur — stwierdził Ron rzucając zmięty list przez ramię — …ale ta tutaj pisze, że ją przekonałeś i teraz uważa cię za prawdziwego bohatera… włożyła też zdjęcie do koperty… wow!

— Co tu się dzieje? — odezwał się fałszywie słodki, dziewczęcy głos.

Harry spojrzał w górę z rękami pełnymi kopert. Za Fredem i Luną stała profesor Umbridge, a jej wyłupiaste ropusze oczy przesuwały się po plątaninie sów i listów na stole przed Harrym. Dostrzegł, że za jej plecami wielu uczniów przygląda się im gorliwie.

— Czemu dostał pan wszystkie te listy, panie Potter? — spytała powoli.

— Czy to teraz przestępstwo? — spytał głośno Fred. — Otrzymywanie poczty?

— Niech pan uważa, panie Weasley albo nałożę na pana szlaban — odparła Umbridge. — No więc, panie Potter?

Harry zawahał się, ale nie widział sposobu, by utrzymać w tajemnicy to, co się stało. Z pewnością była to tylko kwestia czasu, zanim egzemplarz Żonglera przyciągnie uwagę Umbridge.

— Ludzie napisali do mnie z powodu wywiadu — odpowiedział Harry. — Na temat tego, co się zdarzyło w czerwcu zeszłego roku.

Mówiąc to z jakiegoś powodu zerknął w stronę stołu nauczycielskiego. Harry miał przedziwne uczucie, że chwilę wcześniej Dumbledore obserwował go, ale kiedy popatrzył na dyrektora, ten zdawał się być pogrążony w rozmowie z profesorem Flitwickiem.

— Wywiad? — powtórzyła Umbridge głosem cieńszym i wyższym niż kiedykolwiek. — Co chcesz przez to powiedzieć?

— Proszę… — podał jej egzemplarz Żonglera. Przyjęła go i popatrzyła na okładkę. Na jej bladej, pulchnej twarzy pojawił się paskudny, plamisty fiolet.

— Kiedy to miało miejsce — spytała lekko drżącym głosem.

— Podczas ostatniego weekendu w Hogsmeade — odparł Harry.

Spojrzała na niego rozżarzona z wściekłości. Czasopismo dygotało w jej krótkich i grubych palcach. Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech.

— Zawiodłam się na panu, panie Potter — wyszeptała.

Odeszła dumnym krokiem przyciskając Żonglera do swej piersi, odprowadzana wzrokiem wielu uczniów.

Nim minęła połowa poranka po całej szkole pojawiły się ogromne ogłoszenia. Nie tylko na tablicach ogłoszeń domów, ale również w korytarzach i w klasach.

Z POLECENIA WIELKIEGO INKWIZYTORA HOGWARTU

Każdy uczeń przyłapany na posiadaniu magazynu Żongler, zostanie wyrzucony ze szkoły.

Powyższe zarządzenie wydano na podstawie Dekretu Edukacyjnego numer Dwadzieścia Siedem.

Podpisano: Dolores Jane Umbridge, Wielki Inkwizytor

Za każdym razem, gdy Hermiona zauważała jedno z tych ogłoszeń uśmiechała się z zadowoleniem.

— Z czego tak dokładnie się cieszysz? — spytał ją wreszcie Ron.

— Och, czy nie rozumiesz? — westchnęła Hermiona. — Jeśli istnieje jedna jedyna taka rzecz, którą mogła zrobić, aby zapewnić iż wszyscy bez wyjątku w całej szkole przeczytają ten wywiad, to właśnie zakazać czytania go!

I wyglądało na to, że Hermiona ma całkowitą rację. Chociaż Harry nigdzie w szkole nie zobaczył ani kawałka Żonglera, to w całym zamku wszyscy zdawali się cytować wywiad. Harry słyszał, jak szepczą o nim w rządkach przed klasami, jak dyskutują o tym w czasie lunchu i z tyłu na lekcjach. Hermiona z kolei doniosła, że w dziewczęcej toalecie, kiedy wpadła tam przed starożytnymi runami, każda zajmująca kabinę dziewczyna mówiła o tym.

— Potem mnie zauważyły i oczywiście wiedząc, że cię znam, zarzuciły mnie pytaniami — opowiadała Harry'emu Hermiona z błyszczącymi oczami — i Harry, myślę, że w końcu zostały przekonane!

W międzyczasie profesor Umbridge przechadzała się po szkole zatrzymując losowo uczniów i żądając, by wywrócili książki i kieszenie: Harry wiedział, że szuka egzemplarzy gazety, ale uczniowie zawsze byli kilka kroków przed nią. Strony z wywiadem zostały zaczarowane tak, by przypominały notatki z książek, gdy czytał je ktoś inny niż ten, kto je zaczarował, albo wymazywały się magicznie do czysta, do czasu aż właściciel sam zechciał, by pojawiły się ponownie. Wkrótce wyglądało na to, że każda osoba w szkole przeczytała artykuł.

Nauczycielom oczywiście na mocy Dekretu Edukacyjnego Numer Dwadzieścia Sześć nie wolno było wspominać wywiadu, ale i tak znaleźli swoje sposoby na wyrażenie swoich uczuć na jego temat. Profesor Sprout nagrodziła Gryffindor dwudziestoma punktami, kiedy Harry podał jej konewkę. Rozpromieniony profesor Flitwick wcisnął mu pudełko piszczących cukrowych myszy na koniec lekcji zaklęć, powiedział: — Ciii! i odszedł pospiesznie.

A profesor Trelawney wybuchnęła histerycznym szlochem w czasie lekcji wróżbiarstwa i oznajmiła przerażonej klasie, i pełnej dezaprobaty Umbridge, że Harry'ego nie spotka, mimo wszystko, przedwczesna śmierć, ale dożyje bardzo podeszłego wieku, zostanie ministrem magii i będzie miał dwanaścioro dzieci. Chłopak zaklinał wszystkich znanych z historii czarodziejów, by to się nie spełniło.

Na domiar tego wszystkiego, Luna powiedziała mu przy kolacji, że żadne wydanie Żonglera nigdy nie sprzedało się szybciej.

— Tata dodrukowuje! — oznajmiła Harry'emu z wybałuszonymi z podekscytowania oczami. — Nie może w to uwierzyć. Mówi, że ludzie są tym nawet bardziej zainteresowani niż chrapakami krętorogimi!

Harry był bohaterem tego wieczoru w pokoju wspólnym Gryffindoru. Fred i George odważnie nałożyli zaklęcie powiększające na frontową okładkę Żonglera i powiesili ją na ścianie tak, że gigantyczna głowa Harry'ego zerkała na przechodzących.

oOo

— Podnieś się, Potter.

W kilka dni po swojej rozmowie z Voldemortem, Harry znów klęczał na podłodze gabinetu Snape'a próbując oczyścić swój umysł. Waśnie po raz kolejny został zmuszony do ponownego przeżywania strumienia bardzo wczesnych wspomnień, ustawiając je niby w przypadkowej kolejności. Większość z nich dotyczyła poniżania, jakiego doświadczył z ręki Dudleya i jego bandy w podstawówce.

— To ostatnie wspomnienie — spytał Snape — co to było?

— Nie wiem — odparł Harry wstając chwiejnie na nogi. Było mu coraz trudniej wyplątać pojedyncze wspomnienia z fali obrazów i dźwięków, które nieustannie przywoływał Snape'owi. Wszystko było co raz płynniejsze i łatwiejsze. Wewnętrznie wiedział, że robi postępy.

— Ma pan na myśli to, gdzie mój kuzyn próbował mnie zmusić do stania w muszli klozetowej?

— Nie — wyjaśnił łagodnie Snape. — Mam na myśli to z mężczyzną klęczącym pośrodku zaciemnionego pokoju…

Ciemne oczy Snape'a wwiercały się w Harry'ego. Chłopak jednak nie chwyciła przynęty, zamiast coś powiedzieć zamrugał i odwrócił wzrok.

— W jaki sposób ten mężczyzna i ten pokój znalazły się w twojej głowie, Potter? — spytał Snape.

Nastąpiła przerwa, w czasie której Harry wpatrywał się nieruchomo w wielką martwą ropuchę zawieszoną w słoiku purpurowego płynu.

— Wiesz czemu tu jesteśmy, prawda Potter? — odezwał się Snape cichym, groźnym głosem. — Wiesz czemu poświęcam swoje wieczory na tę nużącą robotę? — westchnął i uszczypnął się w nasadę nosa. — Usiądź — gdy zobaczył, że Harry nie reaguje dodał — proszę.

Harry zawahał się na moment i usiadł przy biurku na wprost swego nauczyciela, który zajął miejsce po drugiej stronie.

— Przejdę od razu do sedna, kto cię tego nauczył?

Chłopak spojrzał na niego beznamiętnie, a później skupił się na martwym węgorzu.

— Nie wiem o czym pan mówi, sir.

— Wiem, że podsuwasz mi obrazy, które widzę. Wiem, że nad tym panujesz. To dlatego nie zareagowałeś na prowokację. To o wiele wyższy poziom niż ten, który ja staram cię nauczyć. Gdybym był jakimś przypadkowym leglimentą, to z pewnością bym się nabrał, ale my pracujemy od dwóch miesięcy Potter, a po tylu lekcjach powinieneś zrobić jakieś postępy. Zacząłem domyślać się o co tu chodzi.

— Może po prostu jestem nieudacznikiem, sir?

— Być może — zasugerował Snape, a jego ciemne, zimne oczy zwęziły się nieco — a być może mam rację. Nie, ja jestem pewien, że mam rację. Tym bardziej, że jesteś w tym coraz lepszy.

— Mówił pan ostatnio o jakiejś nowej metodzie, sir? W końcu pańskim zadaniem jest mnie nauczyć oklumencji, prawda sir? — rzucił mu Harry.

Przez dłuższą chwilę patrzyli się na siebie. Harry był przekonany, że posunął się za daleko. Ale kiedy Snape odpowiedział, na jego twarzy jawił się ciekawy, niemal pełen satysfakcji wyraz.

— Tak, Potter — odparł z błyskiem w oczach. — To moje zadanie. A teraz, jeśli jesteś gotów, zaczniemy od nowa. To będzie inne, będziesz musiał mi zaufać. Zamknij oczy i wyobraź sobie jakąś rzecz, może być złoty znicz — Snape wygiął z pogardą usta.

Harry niechętnie zrobił to, co profesor od niego wymagał. Słyszał jak mężczyzna wstaje i podchodzi blisko niego, drgnął gdy długie palce znalazły się na jego skroniach.

— Spokojnie, mówiłem że będziesz musiał mi zaufać. Myśl o zniczu, utrzymuj jego obraz w swoim umyśle. Raz… dwa… trzy… Legilimens!

Setka dementorów sunęła w kierunku Harry'ego przez łąkę wzdłuż jeziora… wykrzywił twarz w skupieniu… przed nimi migotał złoty znicz… zbliżali się… ale dostrzegał też Snape'a stojącego przed nim z oczami utkwionymi w jego twarzy, mruczącego coś pod nosem… i w jakiś sposób Snape stawał się coraz wyraźniejszy, a dementorzy coraz bardziej rozmyci…

Harry pchnął złotą piłeczkę w kierunku profesora. Ta poleciała z całą prędkością i mało go nie uderzyła w nos. Snape zachwiał się… i nagle umysł Harry'ego wypełnił się wspomnieniami, które nie należały do niego. Mężczyzna z haczykowatym nosem krzyczał na kulącą się kobietę, podczas gdy mały chłopiec o ciemnych włosach płakał w kącie… nastolatek z przetłuszczonymi włosami siedział sam w ciemnej sypialni z różdżką wycelowaną w sufit i zestrzeliwał muchy… dziewczyna śmiała się, kiedy chudy chłopak próbował dosiąść brykającej miotły…

Harry wyrwał się z uścisku profesora i opadł na biurko.

— Cóż, Potter, to z pewnością był postęp… — dysząc lekko Snape wyprostował swoje szaty i spojrzał na myślodsiewnię, w której przed rozpoczęciem lekcji złożył część swoich myśli, niemal jakby sprawdzając, czy wciąż tam są. — Nie przypominam sobie, bym mówił ci, abyś mnie atakował… ale bez wątpienia było to skuteczne…

Harry nie odezwał się. Czuł, że mówienie czegokolwiek może być niebezpieczne. Był pewien, że właśnie włamał się do wspomnień Snape'a, że właśnie widział sceny z jego dzieciństwa. To było wytrącające z równowagi, pomyśleć że ten mały chłopiec, który płakał obserwując krzyczących rodziców stał właśnie przed nim z takim obrzydzeniem w oczach.

— Spróbujmy raz jeszcze, dobrze? — spytał Snape.

Harry poczuł dreszcz przerażenia. Był pewien, że za chwilę zapłaci za to, co właśnie się stało. Czuł jak Snape ustawił się ponownie, gotowy by znów dotknąć jego głowy. Harry wiedział, że tym razem o wiele trudniej będzie mu się skupić.

— Na trzy zatem — oznajmił Snape kładąc palce ponownie na jego skroniach. — Raz… dwa…

Harry nie miał czasu zebrać się w sobie, nie zamknął nawet oczu a co dopiero wyobraził sobie znicz, gdy Snape wyszeptał:

Legilimens!

Tysiące wspomnień wirowały wokół niego, nie wiedząc co robić, chwycił się tego co umiał. Skoncentrował na jednym wspomnieniu i nagle świat stanął, a on widział scenę rozgrywającą się przed nim.

Z wielką siłą otworzyły się drzwi, wszystkie pudła i krzesło odleciały wraz z jednym ruchem różdżki… a ona stała tam, z dzieckiem na rękach. Kobieta położyła dziecko do łóżeczka i rozłożyła ramiona szeroko, jakby to miało pomóc, jakby chroniąc go myślała, że go zastąpi…

— Nie, nie Harry, tylko nie Harry!

— Odsuń się głupia dziewczyno… odsuń się, już…

— Nie Harry, proszę nie, zabij mnie zamiast niego…

— To moje ostatnie ostrzeżenie…

— Nie Harry! Proszę… miej litość… miej litość… tylko nie Harry! Proszę, zrobię wszystko!

— Odsuń się, odsuń się dziewczyno…

Zielone światło oświetliło pokój i upadła u stóp mężczyzny. Dziecko nie płakało przez cały ten czas, stało trzymając krawędź łóżeczka i patrzyło w twarz nieznajomego z wyraźnym zainteresowaniem, prawdopodobnie myśląc, że to jego ojciec ukrywa się pod peleryną i robi śmieszne kolorowe światełka a jego matka zaraz wstanie i zacznie się śmiać… Mężczyzna wycelował różdżkę bardzo dokładnie w twarz chłopca. Dziecko zaczęło płakać, zobaczyło że to nie James.

Avada Kedavra!

Mistrz eliksirów osunął się na kamienną podłogę. Po twarzy Harry'ego spływały łzy. Chciał przekląć Severusa Snape'a za to do czego go zmusił. Poderwał się z krzesła i ścisnął mocno różdżkę celując w mężczyznę na podłodze. Już miał otworzyć usta…

— Przepraszam, nie powinienem. Wybacz mi…

Snape wyglądał na zdewastowanego, jego zwykłego grymasu nie było. W głosie brakowało szyderstwa. W tej jednej chwili był złamanym człowiekiem. Różdżka Harry'ego wypadła mu z dłoni, gdy nogi się pod nim załamały i opadł obok mężczyzny. Snape objął go i zaczął szeptać w jego włosy: przepraszam, przepraszam, przepraszam. Nie wiedział ile tak klęczeli, profesor nie puścił go nawet, gdy łzy przestały już płynąć. Delikatnie pocierał mu plecy w niemym sposobie przeprosin.

Ciszę wewnątrz gabinetu rozproszył głośny kobiecy krzyk.

Głowa Snape'a podskoczyła do góry. Wpatrywał się w sufit.

— Co jest…? — mruknął.

Harry słyszał stłumiony ruch, który, jak mu się wydawało, mógł dochodzić z sali wejściowej. Snape spojrzał na niego marszcząc brwi.

— Widziałeś coś niezwykłego po drodze tu na dół?

Harry potrząsnął głową. Gdzieś ponad nimi znów krzyknęła kobieta. Snape ruszył do drzwi gabinetu z różdżką nadal w gotowości i zniknął z zasięgu wzroku. Harry wahał się przez chwilę po czym poszedł za nim.

Krzyki faktycznie dochodziły z sali wejściowej. Kiedy Harry biegł w kierunku kamiennych stopni prowadzących do góry z lochu, stawały się coraz głośniejsze. Kiedy dotarł do szczytu schodów, zobaczył, że sala wejściowa jest wypełniona. Uczniowie wylali się z Wielkiej Sali, gdzie właśnie trwała kolacja, by zobaczyć co się dzieje. Inni wychylili się przez poręcze marmurowych schodów. Harry przepchnął się przez grupkę wysokich Ślizgonów i zobaczył, że obserwatorzy zebrali się w wielki krąg. Niektórzy wyglądali na wstrząśniętych, inni nawet na wystraszonych. Profesor McGonagall stała dokładnie naprzeciw Harry'ego po drugiej stronie sali. Wyglądała jakby to, co ogląda, przyprawiało ją o mdłości.

Profesor Trelawney stała pośrodku sali wejściowej z różdżką w jednej dłoni i pustą butelką po sherry w drugiej, i wyglądała na kompletnie szaloną. Końce jej włosów sterczały do góry, jej okulary były przekrzywione, tak że jedno oko było bardziej powiększone niż drugie. Jej niezliczonej ilości szale i chusty zwisały przypadkowa z jej ramion, przez co sprawiała wrażenie, jakby rozpadała się w szwach. Dwa wielkie kufry stały na podłodze przed nią, jeden z nich wywrócony był do góry nogami. Wyglądał jakby został zrzucony za nią ze schodów.

Profesor Trelawney, najwyraźniej przerażona, wpatrywała się w coś, czego Harry nie mógł dostrzec, a co wydawało się stać u stóp schodów.

— Nie! — wrzasnęła. — Nie! To nie może się dziać… nie może… odmawiam przyjęcia tego!

— Nie zdawałaś sobie sprawy, że to nadchodzi? — spytał wysoki, dziewczęcy, bezdusznie rozbawiony głos. Harry przesunął się nieco w prawo i zobaczył, że Trelawney przerażona była widokiem nie kogo innego, jak profesor Umbridge. — Chociaż nie jesteś nawet w stanie przewidzieć jutrzejszej pogody, to z pewnością musiałaś zdawać sobie sprawę, że twoje żałosne występy podczas moich inspekcji i brak jakiejkolwiek poprawy sprawią, iż nieuniknione będzie zwolnienie cię?

I stała tak, i patrzyła z wyrazem triumfującego rozbawienia, kiedy profesor Trelawney zadrżała i jęknęła bujając się na swoim kufrze to w przód to w tył w paroksyzmach żalu. Harry usłyszał stłumione łkanie po swojej lewej stronie i spojrzał w tym kierunku. Lavender i Parvati płakały cicho obejmując się nawzajem. Wtedy usłyszał kroki. Profesor McGonagall przebiła się przez tłum widzów, pomaszerowała prosto do profesor Trelawney i klepała ją teraz mocno po plecach wyciągając jednocześnie ze swoich szat dużą chusteczkę. Stracił zainteresowanie sceną. Odwrócił się na pięcie i przepychając się pomiędzy Ślizgonami postanowił wrócić do wieży. Szczerze wątpił, by Snape chciał dziś kontynuować zajęcia.

oOo

Szczęście, które czuł Harry w wyniku wywiadu w Żonglerze, dawno wyparowało. Kiedy po pochmurnym marcu nadszedł pełen wichrów kwiecień, jego życie znów stało się jednym długim pasmem zmartwień i problemów.

W międzyczasie, nauczyciele i Hermiona bezustannie przypominali, że egzaminy zbliżały się coraz bardziej. Wszyscy piątoklasiści do pewnego stopnia doświadczali stresów, ale Hanna Abbott była pierwszą, która otrzymała eliksir uspokajający od pani Pomfrey po tym, jak wybuchła płaczem na zielarstwie i zaczęła szlochać twierdząc, że jest za głupia by podchodzić do egzaminów, i że chce natychmiast opuścić szkołę.

Harry pomyślał, że gdyby nie spotkania grupy obrony i jego własny czas w Pokoju Życzeń, byłby kompletnie nieszczęśliwy. Czasem czuł, jakby żył tylko dla tych godzin, spędzanych w tym pomieszczeniu. Pracował ciężko, ale i bawił się przy tym. Wypełniała go duma, gdy patrzył na członków grupy i widział, jak wielkie uczynili postępy. Właściwie, Harry zastanawiał się czasem, jak zareaguje Umbridge, kiedy wszyscy, z którymi trenuje otrzymają Wybitne na swoich SUMach z obrony przed czarną magią. Wszyscy uczniowie tęsknili za profesorem Malfoyem, mimo jego pogardy dla mugolaków i widocznym faworyzowaniem Ślizgonów.

Nową ciekawostką w szkole była Brygada Inkwizycyjna.

Harry wśliznął się do Pokoju Życzeń, gdy już cała grupa ćwiczyła rzucanie patronusa. Wszyscy byli bardziej niż chętni nauczyć się tego zaklęcia, mimo że Harry wciąż im przypominał, że wyczarowanie patronusa pośrodku jasno oświetlonej klasy, gdzie nic im nie grozi, różni się bardzo od wyczarowania go, gdy stają oko w oko z czymś takim jak dementor.

Obserwował srebrzystego patronusa Cho w kształcie łabędzia, szybującego wokół sali, gdy Zachariasz Smith go zauważył.

— Potter, spóźniłeś się!

— Tak, miałem spotkanie Brygady — odpowiedział Harry z przekąsem.

— Czego? — zapytał Ron.

— Brygady Inkwizycyjnej — rzekł wskazując na srebrną literę „I" na swojej szacie poniżej godła Gryffindoru. — Doborowa grupa uczniów wspomagających Ministerstwo Magii, a przynajmniej tak twierdzi ta ropucha Umbridge. W każdym razie, Erni uważaj na Draco i jego bandę, chcą cię dorwać za szlaban, który dałeś jakiejś trzeciorocznej Ślizgonce, a członkowie Brygady Inkwizycyjnej mają prawo odbierać punkty… Nawet prefektom.

— Żartujesz? — wrzasnął rudzielec i jęknął.

— Och, przestań już psuć atmosferę — rzuciła mu Cho przez ramię. — spójrz lepiej na nasze patronusy. One są takie śliczne!

— One nie mają być śliczne, mają cię chronić — powiedział z rozbawieniem Harry. — Wiecie, to czego potrzebujemy, to jakiś bogin albo coś w tym stylu. W taki sposób ja się uczyłem. Musiałem przywołać patronusa, kiedy bogin udawał, że jest dementorem…

— Ale to by było naprawdę przerażające! — stwierdziła Lavender, która wystrzeliwała kłęby srebrnej mgiełki z końca swej różdżki. — A ja wciąż… nie umiem… tego zrobić! — dodała ze złością.

— Musisz znaleźć bardzo szczęśliwe wspomnienie, plus niewielu dorosłych czarodziejów jest w stanie wyczarować cielesnego patronusa, myślę że wszyscy możemy być z siebie dumni.

Ostatnie słowo podkreślił patrząc na Neville'a, który również miał kłopoty. Jego twarz wykrzywiona była w skupieniu, ale tylko słabe smugi srebrnego dymu unosiły się z końca jego różdżki. Harry zmrużył oczy i zaczął mu się z uwagą przyglądać.

— Coś jest nie tak z twoją różdżką, Neville — powiedział po jakiś dwóch minutach.

— Co… — odparł żałośnie Neville, którego okrągła twarz błyszczała od potu. — To różdżka mojego taty. Babcia uważa, że używając jej będę oddawał mu swego rodzaju hołd.

— Neville, wiesz że to różdżka wybiera czarodzieja? Potrzebujesz nowej…

— Ale Harry, babcia nigdy się nie zgodzi…

— Powiedz jej, że w obecnych czasach nie zaszkodzi mieć dwóch różdżek. Nie musi wiedzieć, że tą zapasową będziesz używać częściej… — zawiesił na chwilę głos. — Najlepiej, żebyś ją dostał jeszcze przed SUMami. Napisz do niej, by cię zabrała do Olivandera podczas ferii wielkanocnych…

— Harry, chyba mi się udało! — wykrzyknął Seamus, którego Dean przyprowadził po raz pierwszy na spotkanie. Patrz… ach… już go nie ma… ale to zdecydowanie było coś włochatego, Harry!

Patronus Hermiony, błyszcząca srebrna wydra, hasała wokół niej.

— Są całkiem miłe, nie? — powiedziała patrząc na nią czule.

Harry pokręcił z rezygnacją głową.

Drzwi do Pokoju Życzeń otworzyły się i zamknęły. Harry spojrzał w tamtą stronę, by zobaczyć kto przyszedł, ale wydawało się, że nikogo tam nie ma. Minęło kilka chwil zanim zdał sobie sprawę, że ludzie stojący blisko drzwi ucichli. Następną rzeczą, która dotarła do niego, było to, że ktoś ciągnie go za szatę gdzieś przy kolanie. Spojrzał w dół i zobaczył, ku swemu wielkiemu zdumieniu, Zgredka zerkającego na niego spod swych ośmiu wełnianych czapek.

— Cześć Zgredku! — powiedział. — Czy… coś jest nie tak?

Oczy skrzata były rozszerzone z przerażenia, a on sam cały się trząsł. Ludzie stojący najbliżej Harry'ego ucichli. Wszyscy w całej sali patrzyli na skrzata. Kilka patronusów, które udało się im przywołać, rozpłynęło się w srebrną mgłę, pozostawiając salę o wiele ciemniejszą niż wcześniej.

— Harry Potter, sir… — pisnął skrzat, dygocząc od stóp do głów. — Harry Potter, sir… Zgredek przyszedł, aby cię ostrzec… ale skrzatom powiedziano, żeby nie mówić…

Ruszył pędem głową naprzód w kierunku ściany. Harry, który miał już trochę doświadczenia ze zwyczajem Zgredka w wymierzaniu sobie samemu kary, chwycił go i zapobiegł uderzeniu o kamienną ścianę. Hermiona i kilka innych dziewcząt wydało z siebie piski strachu i współczucia.

— Zabraniam ci się karać — powiedział łapiąc maleńkie ramię skrzata i trzymając go z dala od czegokolwiek, czym mógłby sobie zrobić krzywdę. — A teraz powiedz co się stało, Zgredku?

— Harry Potter… ona… ona…

— Umbridge? — warknął Harry.

Zgredek przytaknął.

Harry wyprostował się i rozejrzał się po zastygłych w bezruchu, przerażonych ludziach, gapiących się na skrzata.

— Na co czekacie? — krzyknął na nich. — Trzeba się rozejść! Lećcie do biblioteki albo sowiarni. Gryfoni spokojnym tempem biegnijcie do dormitoriów. Jest dopiero za dziesięć dziewiąta… Już! Wszyscy wystartowali natychmiast do drzwi, gromadząc się przy nich, a następnie wypadli na zewnątrz.

— Zgredku… to rozkaz… wracaj na dół do kuchni, do innych skrzatów. I jeśli Umbridge lub ktokolwiek inny zapyta cię, czy kogoś ostrzegłeś, masz skłamać i powiedzieć nie! — powiedział Harry. – I zabraniam ci się za to krzywdzić! — dodał puszczając skrzata kiedy w końcu udało mu się przejść przez próg i zatrzasnął za sobą drzwi.

— Dziękuję, Harry Potter, sir! — pisnął Zgredek i zniknął. Harry zerknął w lewo i w prawo. Inni poruszali się tak szybko, że nim zniknęli dostrzegł jedynie skrawki ich szat na obu końcach korytarza.

— Harry, dalej! — wrzasnęła Hermiona, która czekała na niego z Ronem.

Harry zignorował ją i przeszedł szybko trzy razy przed ścianą i otworzył ponownie drzwi. Machnął na swoich przyjaciół, by weszli za nim.

Pokój Życzeń był teraz miejscem, w którym Harry ćwiczył swoją animagię. W kominku cicho trzaskał ogień, na środku stał mały stolik kawowy, dwa wygodne fotele oraz sofa. Harry podszedł do biblioteczki i wybrał trzy pozycje.

— Harry, co… — zaczęła Hermiona.

— Siadajcie i rozgośćcie się. Mrużko! — skrzatka weszła do pokoju i ukłoniła się. — Przynieś jakieś ciastka i herbatę, proszę.

— W tej chwili, młody panie.

Harry rozsiadł się w jednym z foteli i otworzył Elfy i skrzaty, różnice a podobieństwa. Kompendium. Hermionie podał książkę o zaklęciach domowych, zaś Ronowi rzucił przegląd najlepszych obrońców w quidditchu. Czekali.

Drzwi otworzyły się z rozmachem i wpadło przez nie kilkoro uczniów.

— Pani profesor... Pani profesor! To tu taj...! — rozległ się skrzeczący głos Pansy Parkinson.

Umbridge wbiegła za swoją brygadą. Miała zadyszkę, ale na jej twarzy malował się pełen zadowolenia uśmiech.

— Wspaniale, panno Parkinson, wspaniale, och, bardzo dobrze… pięćdziesiąt punktów dla Slytherinu! — Umbridge rozejrzała się po pokoju, a gdy jej wzrok padł na Harry'ego uśmiech jej zrzedł.

Draco, który właśnie dołączył do grupy, uniósł brew w niemym pytaniu.

— Tak, pani profesor? — Harry z gracją wstał z fotela i podszedł do swojej nauczycielki obrony. — Czy czegoś potrzebujesz?

— Tu miała być nielegalna grupa ucząca się obrony — zaskrzeczała, wskazując swoim grubym paluchem na pokój.

Harry odwrócił się do swoich przyjaciół i wzruszył ramionami. A następnie znów spojrzał na Umbridge.

— Nie wiem o czym pani profesor mówi. Wykorzystuję to miejsce, by w spokoju sobie poczytać i pouczyć się. Jak sama pani widzi, to miejsce nie nadaje się do innego rodzaju aktywności.

Umbridge jeszcze raz rozejrzała się po sali i sapnęła z oburzeniem. Chwyciła jego ramię jak imadło i ponownie uśmiechając się szeroko, odwróciła się do Malfoya.

— Porozglądaj się dokoła i zobacz, czy ktoś podejrzany się tu kręci Draco — powiedziała. — Pozostali, macie przeszukać bibliotekę. Zwracajcie uwagę na wszystkich, którzy są zdyszani. Sprawdzicie też łazienki, panno Parkinson możesz zajrzeć do dziewczęcych… odmaszerować. A ty — dodała, kiedy grupa odeszła, swoim najbardziej łagodnym, najbardziej przerażającym głosem — ty pójdziesz ze mną do gabinetu dyrektora, Potter.

W kilka chwil dotarli do kamiennego gargulca. Harry zastanawiał się, czy ktokolwiek został złapany.

— Musy-świstusy — zaintonowała Umbridge. Kamienny gargulec odskoczył na bok, ściana za nim rozdzieliła się i wspięli się po ruchomych kamiennych schodach. Dotarli do wypolerowanych drzwi z kołatką w kształcie gryfa, ale Umbridge nie przejmowała się pukaniem, wmaszerowała prosto do środka, nadal trzymając mocno Harry'ego.

Gabinet był pełen ludzi. Dumbledore siedział za biurkiem z pogodnym wyrazem twarzy, z czubkami palców złączonymi razem. Obok niego stała sztywno profesor McGonagall, a na jej twarzy widać było niezwykłe napięcie. Korneliusz Knot, minister magii, kołysał się to w przód to w tył na czubkach swoich palców obok kominka, najwyraźniej nadzwyczajnie zadowolony z sytuacji. Po obu stronach drzwi, niczym jakieś straże, stali Kingsley Shacklebolt i wyglądający na twardziela czarodziej o bardzo krótkich, kędzierzawych włosach, którego Harry nie rozpoznał. Pod ścianą przycupnęła piegowata postać Percy'ego Weasley'a w okularach na nosie, z piórem i ciężkim zwojem pergaminu w rękach, najwyraźniej przygotowanymi do notowania.

Postacie na portretach starych dyrektorów i dyrektorek nie udawały dzisiaj, że śpią. Wszystkie czujnie i poważnie obserwowały co dzieje się poniżej. Kiedy Harry wszedł, kilka z nich śmignęło do sąsiednich ram i zaczęło natarczywie szeptać coś na ucho swoim sąsiadom.

W momencie, gdy drzwi zamknęły się za nimi, Harry uwolnił się z uścisku Umbridge, wygładził swoje szaty i skinął głową Korneliuszowi Knotowi.

— Znalazłam go w pokoju, o którym ci mówiłam, Korneliuszu — oznajmiła Umbridge. W jej głosie rozbrzmiewało nieprzyzwoite podekscytowanie, ta sama bezduszna przyjemność, którą Harry słyszał, gdy obserwowała profesor Trelawney rozpływającą się we łzach w nieszczęściu w sali wejściowej.

— Ach tak? — powiedział Knot z podziwem. — Muszę pamiętać, by powiedzieć o tym Lucjuszowi. No cóż, Potter… spodziewani się, że wiesz, dlaczego tu jesteś?

— Nie — powiedział stanowczo Harry.

— Nie wiesz, dlaczego tu jesteś?

— Nie, nie wiem — odpowiedział Harry.

Knot patrzył z niedowierzaniem to na Harry'ego, to na profesor Umbridge. Harry wykorzystał jego chwilową nieuwagę, by rzucić szybkie spojrzenie na Dumbledore'a, który minimalnie skinął głową i ledwie zauważalnie mrugnął w kierunku dywanu.

— Więc nie masz pojęcia — spytał Knot głosem zdecydowanie pełnym sarkazmu — dlaczego profesor Umbridge przyprowadziła cię do tego gabinetu? Nie jesteś świadom tego, że naruszyłeś jakieś szkolne reguły?

— Szkolne reguły? — odparł Harry. — Nie.

— A może jakieś ministerialne dekrety? — poprawił z wściekłością Knot.

— Nic, czego byłbym świadom — odpowiedział uprzejmie Harry.

Niemalże warto było opowiadać te kłamstwa, by patrzeć, jak Knotowi podnosi się ciśnienie. Jeśli ktoś doniósł Umbridge o grupie, to on, jako nieformalny przywódca, mógł równie dobrze już teraz pakować swój kufer.

— Więc to jest dla ciebie nowość, tak? — spytał Knot z tłumioną wściekłością w głosie — że w tej szkole odkryta została nielegalna organizacja uczniowska?

— Tak, zgadza się — odparł Harry przybierając przekonujący wyraz niewinnego zaskoczenia na twarzy.

— Myślę, ministrze — odezwała się miękkim głosem Umbridge za jego plecami — że może osiągniemy jakiś postęp, gdy przyprowadzę naszego informatora.

— Tak, tak, właśnie — powiedział Knot kiwając głową i kiedy Umbridge wyszła z pokoju popatrzył złośliwie na Dumbledore'a. — Nie ma to jak dobry świadek, prawda, Dumbledore?

— Dokładnie tak jak mówisz, Korneliuszu — odparł poważnie Dumbledore skłaniając głowę.

Nastało kilkuminutowe oczekiwanie, po czym Harry usłyszał, jak drzwi za nim otwierają się. Umbridge przeszła obok niego targając za ramię kędzierzawą przyjaciółkę Cho. Marietta skrywała swoją twarz w dłoniach.

— Nie bój się, moja droga, nie bój — powiedziała łagodnie profesor Umbridge poklepując ją po ramieniu. — Już jest całkiem dobrze. Postąpiłaś właściwie. Minister jest z ciebie bardzo zadowolony. Powie twojej mamie, jaka z ciebie dobra dziewczynka. Matka Marietty, panie ministrze — dodała spoglądając na Knota — to pani Edgecombe z Departamentu Magicznych Środków Transportu, z biura Sieci Fiuu… wie pan, pomagała nam kontrolować kominki w Hogwarcie.

— Bardzo dobrze, bardzo dobrze! — oznajmił szczerze Knot. — Jaka matka, taka córka, co? No dobrze, a teraz moja droga, popatrz tu, nie bądź taka nieśmiała, posłuchajmy co masz do po… na galopujące gargulce!

Kiedy Marietta podniosła głowę, wstrząśnięty Knot odskoczył do tyłu, wpadając niemal do kominka. Przeklął i nastąpił na skraj swojej peleryny, która zaczęła się dymić. Marietta zaszlochała i naciągnęła kołnierz swojej szaty aż do oczu, ale zanim zdążyła to zrobić, wszyscy zobaczyli, że jej twarz jest przerażająco zniekształcona przez serię pogrupowanych czerwonych krost, które rozciągały się przez jej nos i policzki układając się w słowo DONOSICIEL.

— Nie przejmuj się teraz pryszczami, moja droga — powiedziała niecierpliwie Umbridge. — Po prostu weź te szaty z twarzy i powiedz ministrowi…

Ale Marietta wydała z siebie kolejny stłumiony szloch i potrząsnęła szaleńczo głową.

— Och dobrze, głupia dziewczyno, ja mu powiem — warknęła Umbridge. Przywołała z powrotem na twarz swój chory uśmiech i oznajmiła. — Cóż, ministrze, panna Edgecombe przyszła do mojego gabinetu tuż po kolacji tego wieczoru i powiedziała mi, że jest coś, o czym chce mi powiedzieć. Wyjawiła, że jeśli udam się do sekretnego pokoju na siódmym piętrze, zwanego czasem jako Pokój Życzeń, dowiem się czegoś ciekawego. Przepytałam ją jeszcze trochę i przyznała, że ma tam się odbyć pewien rodzaj spotkania. Niestety w tym momencie ten urok — machnęła niecierpliwie w kierunku zasłoniętej twarzy Marietty — zaczął działać i widząc odbicie swojej twarzy w moim lustrze dziewczyna tak się zmartwiła, że nie była już w stanie powiedzieć nic więcej.

— Cóż, no więc — powiedział Knot mierząc Mariettę spojrzeniem, które, jak najwidoczniej sobie wyobrażał, było uprzejme i ojcowskie — moja droga, to było bardzo odważne z twojej strony, że przyszłaś i opowiedziałaś o wszystkim profesor Umbridge. Zrobiłaś dokładnie to, co należało. A teraz, powiesz mi, co się działo na tym spotkaniu? Jaki był jego cel? Kto tam był?

Ale Marietta nie odezwała się ani słowem. Potrząsnęła zaledwie ponownie głową, oczy miała rozszerzone i pełne strachu.

— Nie mamy na to jakiegoś przeciwzaklęcia? — spytał niecierpliwie Knot zwracając się do Umbridge i pokazując na twarz Marietty. — Tak aby mogła swobodnie mówić?

— Nie udało mi się jeszcze znaleźć żadnego — przyznała niechętnie Umbridge i Harry poczuł przypływ dumy na myśl o czarodziejskich umiejętnościach Hermiony. — Ale to nie ma znaczenia czy ona będzie mówić, czy nie, mogę przejąć sprawę od tego miejsca.

— Słyszałeś wszystko, co powiedziała profesor Umbridge. Nadal upierasz się, że o niczym nie wiesz?

— Tak ministrze. Nie wiem o jakiej grupie mówiła panna Edgecombe.

— Jednak byłeś w tym pokoju!

— Nie zaprzeczam, byłem w Pokoju Życzeń. Razem z przyjaciółmi, Ronem i Hermioną czytaliśmy, jak zawsze o tej porze. Mamy w tym pokoju taki mały kącik, oazę spokoju. Wiem pan, w wieży Gryffindoru jest bardzo głośno, a w bibliotece pani Pince krzyczy gdy ktoś się odezwie. Mieliśmy powoli kończyć, gdyż zbliżała się pora obchodu prefektów, gdy pani profesor wpadła jak szalona do sali i wyciągnęła mnie siłą. Sądzę, że mogę mieć po tym siniaki, mam nadzieję, że to również pan przekaże ministrze, gdy będzie pan rozmawiał z panem Malfoyem — Harry uśmiechnął się delikatnie.

Knot zbladł.

— Dolores, co to ma znaczyć?

— On kłamie, Potter musi wiedzieć…

— Och, pani profesor, należę do pani Brygady Inkwizycyjnej — wskazał na srebrne „I". — Gdybym wiedział o jakiejś tajnej organizacji działającej w szkole, pani dowiedziałaby się o tym natychmiast.

Percy wyglądał, jakby coś bardzo ciężkiego uderzyło go w twarz. Knot pozostał w bezruchu w pół wychylenia z otwartymi ustami.

Umbridge spojrzała szybko na Knota, potem na Mariettę.

— Moja droga, chodziłaś na te spotkania, prawda? Pytam, czy odbywały się one od miesięcy? Po prostu przytaknij lub potrząśnij głową, moja droga — nakłaniała Mariettę coraz bardziej spanikowana Umbridge. — No dalej, już, to nie uaktywni znów zaklęcia.

Marietta potrząsnęła głową.

— No cóż — odparł Dumbledore mierząc Umbridge uprzejmym zainteresowaniem znad czubków swych splecionych palców — z pewnością mamy tu jakieś sprzeczne ze sobą oświadczenia. Czy macie jakieś dowody na to, że jakiekolwiek takie spotkania się odbywały?

Kiedy Dumbledore przemówił, Harry usłyszał szmer za swoimi plecami i pomyślał, że Kingsley coś szepnął. Mógł też przysiąc, że poczuł jak coś otarło się o jego bok, coś delikatnego, jak podmuch ptasich skrzydeł, ale spoglądając w dół nie zobaczył niczego.

— Dowód? — powtórzyła Umbridge tym przerażającym, ropuszym głosikiem. — Jak pan myśli, po co panna Edgecombe jest tutaj?

— Och, czy panna Edgecombe może nam choć powtórzyć co powiedziała pani lub opowiedzieć o innych spotkaniach? — spytał Dumbledore unosząc brwi. — Odniosłem wrażenie, że doniosła zaledwie o dzisiejszym, które również jest bardzo wątpliwe.

Profesor Umbridge chwyciła Mariettę, przyciągnęła ją do siebie i zaczęła nią bardzo mocno potrząsać.

— No mów że, głupia dziewczyno — warknęła Umbridge rozdrażnionym głosem.

Ułamek sekundy później Dumbledore stał z uniesioną w górę różdżka. Kingsley ruszył do przodu, a Umbridge odskoczyła w tył od Marietty, wymachując rękami w powietrzu, jakby się poparzyła.

— Nie mogę ci pozwolić na poniewieranie moich uczniów, Dolores — powiedział Dumbledore i po raz pierwszy wyglądał na wściekłego.

— Niech się pani uspokoi, pani Umbridge — powiedział Kingsley swoim głębokim, wolnym głosem. — Nie chce się pani wpakować w kłopoty, co?

— Nie — odparła bez tchu Umbridge wpatrując się w potężną postać Kingsleya — to znaczy… tak, masz rację, Shacklebolt… ja… zapomniałam się.

Marietta stała dokładnie tam, gdzie puściła ją Umbridge. Wydawało się, że ani nie przestraszył jej nagły atak Umbridge, ani nie uczyniło wrażenia uwolnienie jej. Wciąż ściskała swą szatę na wysokości dziwnie pustych oczu i wpatrywała się w pustkę przed sobą.

W umyśle Harry'ego zrodziło się nagłe podejrzenie, powiązane z szeptem Kingsleya i tą rzeczą, którą poczuł, gdy przelatywała obok niego.

— Dolores — odezwał się Knot tonem człowieka próbującego w końcu ustalić coś raz a dobrze — to spotkanie dziś wieczorem… to, o którym wiemy, czy ono się odbyło…

— Tak — powiedziała Umbridge zbierając się do kupy. — Tak… no cóż, panna Edgecombe poinformowała mnie o nim i udałam się natychmiast na siódme piętro, w towarzystwie godnych zaufania uczniów, aby przyłapać uczestników spotkania na gorącym uczynku. Kiedy dotarliśmy na siódme piętro, zastałam w tak zwanym Pokoju Życzeń pana Pottera z panem Weasley'em i panną Granger.

— I co oni takiego robili? — zapytała szorstko profesor McGonagall.

— Siedzieli, czytali i popijali herbatę — odparła co raz mniej pewna siebie Umbridge.

McGonagall prychnęła.

— No cóż, Minerwo — oznajmił niemrawo Knot prostując załamanie na swojej szacie. — Obawiam się, że mogło dojść do jakiegoś nieporozumienia.

— Tak uważasz, tak? — odparła lekceważąco profesor McGonagall.

Knot zdawał się jej nie słyszeć. Rozglądał się po osobach obecnych w gabinecie. Kilka portretów syknęło na niego. Jeden czy dwa wykonały nawet prostackie gesty w jego kierunku.

— Potter — głos ministra zmienił się teraz na wyjątkowo pochlebczy — czy może domyślasz się czemu panna Edgecombe mogła coś takiego wymyślić, by wpędzić cię w kłopoty?

Harry zmrużył oczy i zrobił strapioną minę.

— Myślę, to znaczy podejrzewam, że…

— Tak — zachęcał go Knot, który jednak chciał wyjść z tego wszystkiego z twarzą.

— Marietta jest dobrą przyjaciółką Cho Chang, która próbowała się do mnie zalecać w tym roku, jednak z wiadomych przyczyn, musiałem odrzucić jej uczucia — westchnął głęboko. — Prawdopodobnie chciała się zemścić, wie pan ministrze jakie potrafią być dziewczęta…

Korneliusz zamrugał, a na jego twarzy odmalował się głupi wyraz.

— Lepiej zabierz tych dwoje do łóżek — Knot popatrzył z powrotem na profesor McGonagall i skinął odprawiająco głową w kierunku Harry'ego i Marietty. — Ja muszę wszystko wyjaśnić z Dumbledore'em i Dolores.

Profesor McGonagall nie powiedziała ani słowa, tylko odprowadziła uczniów do drzwi.


~ II ~


Nota autora: Ten rozdział był pełen akcji i wszelkiego rodzaju wydarzeń. Fakt, Harry w oryginale nie mógł się tak łatwo wyłgać jak u mnie, jednakże gdyby pozwolił wyjść swojej ślizgońskiej stronie, to nie musiało się to tak skończyć, jak się skończyło. Mogliście też zauważyć, że Severus raz jest całkiem w porządku w stosunku do Harry'ego, a innym razem wraca do swojej persony Postrachu Hogwartu, nawet gdy są tylko we dwoje. Cóż, człowiekowi jest trudno wyjść z roli i pozbyć się uprzedzeń pielęgnowanych przez lata, nawet jeśli się jest Severusem Snape'em. ;)

Wielu i wiele z Was pytało mnie, w jakim tempie piszę. Odpowiedź jest następująca: jak wena da. Czasami jest to jeden rozdział w miesiącu i jakieś pojedyncze scenki, które umieszczę w przyszłości. Innym razem ciurkiem spiszę 4 części pod rząd. Gdybym już musiała dać jakąś średnią, to bym powiedziała 2 rozdziały na miesiąc. Ale wiadomo jak to jest ze średnimi...

radekxpl123 - dobre pytanie, czy ta druga strona rzeczywiście jest aż tak zła i ciemna jak ją malują? Używa bardziej dosadnych metod, nie boi się pobrudzić rąk i otwarcie się do tego przyznaje. Na wojnie zabijają obie strony, różnica jest taka, że zwycięzców przedstawia się jako tych dobrych.

Guest - tak to już jest, że pewne rzeczy zauważamy dopiero, gdy do tego dojrzejemy. Ja też dostrzegłam błędy Dumbledore'a dopiero będąc tzw. dorosłym czytelnikiem. I kompromisy byłyby idealne, tylko że ich muszą chcieć obie strony, a nie widzę jakoś kanonicznego szalonego Voldemorta i kochanego Albusa jak się dogadują.

Adelcia - Tom wygląda jak przystojny mężczyzna przed czterdziestką. Glizdogon namieszał z rytuałem, ale drogi Voldi załatwił sprawę jeszcze na cmentarzu pijąc krew Harry'ego. Jest to w pierwszym rozdziale opisane, więc mogło już uciec z pamięci. I aż tak wiele odwagi, to nie potrzebuję, raczej nie przeginam w żadną stronę, bym musiała bronić swojej historii, jak na razie radzi sobie sama.

Rusti698 - ciężko mi powiedzieć na ten moment ile trzeba by czekać na tom II, jeśli nie przerwę, może się zdarzyć, że kolejne rozdziały będą pojawiać się raz w miesiącu. Jednakże, za nim do tego dojdziemy, czeka nas przynajmniej 3 miesiące regularnego dodawania w czwartki. Chociaż z mojej perspektywy to nie wiele czasu...

Aruaru - cieszy mnie, gdy mogę przeczytać taki miły komentarz. A rolą autora jest zaskakiwać swoich czytelników i wykorzystywać wszystkie furtki, które sobie wcześniej stworzył.

Aislinka - jak to się mówi, lepiej późno niż wcale. Cieszę się, że Żyje się tylko dwa razy również przypadło Ci do gustu. Staram się oddawać charaktery bohaterów względnie kanonicznie z dostosowaniem ich zachowań do sytuacji, w których się znaleźli. Severus będzie się zmieniał, jak na razie nie może znaleźć nowej równowagi w otaczającej go rzeczywistości. A stary... (ekhym, ekhym) to znaczy dyrektor denerwuje nie tylko Ciebie. Ale cierpliwości, cierpliwość popłaca. ;)

Anuii - uwielbiam Twoje komentarze, są takie dynamiczne. Śmierciożerczyni nie jest nikim ważnym, świeży rekrut, przynieś, podaj, pozamiataj, odbierz wiadomości, zanieś wiadomości... A skąd wiesz, że róże są od Toma, może od Cedrika? Od kogo by nie były, pozostały na stole lwów zapomniane. Severus zbiera puzzle, by ułożyć całą układankę, nic dziwnego, że stara się jak może.

Spokojnie, będzie o tej nieszczęsnej roli kobiety/żony. Hermiona nie może tego znaleźć, gdyż książek na ten temat nie ma w bibliotece Hogwartu. Większość wiedzy na ten temat jest przekazywana w rodzinach czystej krwi i pozycje o tym są zamknięte w ich prywatnych zbiorach. Chociaż Harry kilkakrotnie oferował Hermionie książki z księgozbioru Blacków, ta jakoś zawsze miała coś pilniejszego do czytania.

A Harry spędzi wakacje u siebie. ;) I to będzie daleko od dyrektora i jego planów. Powiem tylko, że Tom się postara. :D

Dziękuję bardzo za tak wielki odzew, znam już mniej więcej Wasze zdanie i widzę, że czas pokaże. I podjęłam decyzję, przeklnę Dumbledore'a, przynajmniej będzie miał nauczkę, że nie jest wszechwiedzący.

Czytajcie, komentujcie i to co zawsze. :)