Witajcie! Dziś przed nami dość długi rozdział, a w nim nieco magicznej historii dotyczącej Grindelwalda i kamiennego łuku w Departamencie Tajemnic ;)

Fjuka: Bardzo dziękuję za tak śliczny komentarz! :) Faktycznie staram się utrzymać język tego tłumaczenia na pewnym poziomie (co bardzo często skutkuje porzucaniem go dosłownie w połowie zdania, kiedy wściekam się, bo nagle tracę wenę albo po prostu coś mi w nim przestaje odpowiadać!). Cieszę się też, że podoba Ci się sama fabuła i postaci, bo to, że fanfik spodobał się mnie, nie znaczy przecież, że spodoba się również czytelnikom... i szczerze mówiąc zawsze nieco się boję Waszych reakcji, kiedy zaczynam tłumaczyć nowe opowiadanie :] Główny wątek będzie zapewne niespodzianką dla niektórych, ale mam nadzieję, że pozytywną ;) Dziękuję bardzo!

Cassie: Dziękować! :)

22Agusss: Tak, Hogwart to jednak Hogwart :3 Moim zdaniem to właśnie dzięki niemu atmosfera tego fanfika zaczyna się robić naprawdę magiczna. Co do Twoich domysłów, to... no cóż, nie chcę niczego zdradzać, ale już wkrótce okaże się, co jest nie tak z Remusem ;) Obawiam się jednak, że nasz Huncwot jeszcze trochę się nacierpi, zanim sprawa zostanie rozwiązana :( Z całego serducha dziękuję za miły komentarz i życzenia weny i wytrwałości (przydadzą się)!

Wapniak: Dziękuję! O tak, choroba Remusa to gwóźdź programu, że się tak wyrażę, i mam nadzieję, że jej wyjaśnienie – i to, co wydarzy się w związku z nim – przypadną Wam do gustu :)

21. Nikła Nadzieja

Remus opuścił Skrzydło Szpitalne tego samego wieczora. Pani Pomfrey rzecz jasna żywo przeciwko temu zaprotestowała, ale mężczyzna stwierdził, że nie jest w stanie leżeć tak długo, jak by chciała – czyli zapewne co najmniej tydzień. Jego głównym argumentem był fakt, że i tak będzie przebywał w zamku, więc jeśli będzie potrzebował pomocy szkolnej pielęgniarki, kobieta będzie go miała pod ręką. W końcu więc Poppy z niechęcią się na to zgodziła, chociaż wciąż jeszcze mruczała coś o niewdzięcznych pacjentach, kiedy Remus opuszczał Skrzydło Szpitalne. Młodszy czarodziej znał ją jednak na tyle dobrze, że nie potraktował tych przytyków zbyt poważnie; nie była tak naprawdę na niego zła – po prostu fakt, że Remus postanowił zakończyć kurację, zanim oficjalnie uznała go za całkowicie wyleczonego, uraził nieco jej zawodową dumę.

Remus wrócił do swojej sypialni w Wieży Gryffindoru, ale doszedł do wniosku, że po prostu nie jest w stanie leżeć w niej przez cały dzień, więc wrócił do biblioteki. Jeśli Dumbledore znów odkrył coś, co uznał za na tyle ważne, by dać do zbadania Remusowi, to z pewnością zostawił to właśnie tam. Dyrektor rzecz jasna na pewno nie zgodziłby się na to, by Lupin znów podjął pracę tak szybko po swoim ataku, ale mężczyzna rozpaczliwie potrzebował czegoś, co odwróciłoby jego uwagę od kłębiących się w głowie myśli. Nie wiedział, czy przyczyniła się do tego rozmowa z Dumbledore'em, wspomnienia o Syriuszu i koszmary, które powodowały – a może koszmary nawiedzały go bez konkretnej przyczyny? – ale zeszłej nocy prawie w ogóle nie udało mu się zasnąć. Męczące sny powróciły z taką siłą, jakby chciały się na nim zemścić... a właściwie sen, ponieważ prześladował go wciąż ten sam koszmar. Raz za razem śnił o tej nocy podczas Pierwszej Wojny, kiedy Syriusz omal nie zginął, i kiedy on sam tak bardzo starał się utrzymać swojego przyjaciela przy życiu do czasu, aż nadejdzie pomoc. Gdy się obudził, nie był w stanie powstrzymać ponurych myśli zazwyczaj towarzyszących mu po koszmarach. Brak jakiegokolwiek wypoczynku tej nocy był zapewne kolejnym powodem, dla którego pani Pomfrey była przeciwna temu, by Remus opuścił Skrzydło Szpitalne, ale skoro mężczyzna podjął już decyzję, nie mogła go przed tym powstrzymać.

Lupin musiał przyznać, że wciąż czuł się jeszcze nieco niepewnie na nogach; nadal też prześladował go ból głowy, to prawda, ale jeśli tylko będzie ostrożny, te objawy nie powinny go zbyt długo niepokoić.

Kiedy Remus wszedł do biblioteki, okazało się, że szufladka w biurku pani Pince, do której Dumbledore schował list poprzednim razem, jest pusta; to znaczyło albo, że dyrektor nie miał dla niego w tym momencie żadnych zadań, albo że przekaże je później osobiście. No cóż, skoro i tak był już w bibliotece, to równie dobrze mógł zerknąć, co robi Harry – oczywiście jeśli chłopiec też tutaj przebywał.

Remus wszedł do następnego pomieszczenia i okazało się, że miał rację; Harry siedział przy jednym ze stołów, otoczony pergaminami, z głową opartą na ręce i opadającymi powiekami. Profesor uśmiechnął się. Potrafił sobie wyobrazić, że chłopiec nie uważał swojej pracy domowej za specjalnie interesującą, ale nie sądził, że jest aż tak źle! Jeszcze przez chwilę obserwował nastolatka, po czym podszedł do stołu i usiadł naprzeciwko niego.

- Czy mogę ci w czymś pomóc?

Harry natychmiast otworzył oczy, wyprostował się na krześle i dziko rozejrzał dookoła, jakby próbował sobie przypomnieć, gdzie się znajduje. Remus uśmiechnął się do niego i cierpliwie czekał, aż Harry zorientuje się w sytuacji. W końcu chłopiec spojrzał na niego.

- Przyjemnie się drzemało?

Harry zarumienił się lekko i przetarł rękoma oczy.

- No cóż, muszę przyznać, że referat z transmutacji nie jest jakoś bardzo porywający. Widocznie musiałem przysnąć. A ty? Nie powinieneś jeszcze leżeć w Skrzydle Szpitalnym?

- Udało mi się przekonać panią Pomfrey, żeby mnie wypuściła, jeśli o to ci chodzi, ale nie była specjalnie przekonana do tego pomysłu. Czuję się jednak już całkiem dobrze, więc nie miałem ochoty na leżenie w łóżku przez cały dzień. Ale wracając do mojego pytania – mogę ci jakoś pomóc przy tym referacie?

Harry wzruszył ramionami.

- Nie wiem. Mam napisać dwie rolki pergaminu na temat zaklęć czyszczących, ale już prawie skończyłem... a przynajmniej tak mi się wydaje. Może mógłbyś to przeczytać? Jest kilka rozdziałów, co do których nie jestem pewien.

- Oczywiście - odparł Remus i z lekkim grymasem wyciągnął dłoń po pergaminy. - Zawsze czytałem wypracowania Syriusza i twojego ojca; byli bardzo dobrymi uczniami, ale czasem pisali je w taki sposób, zwłaszcza Syriusz... że po prostu nie można ich było oddać nauczycielowi. W jednym z referatów dla profesora Binnsa Syriusz napisał, że trolle miały głęboko w dupskach prawa goblinów w szesnastym wieku – i jeszcze miał czelność zapytać mnie, co, na Merlina, jest nie tak z tym zdaniem! - Remus zaśmiał się na to wspomnienie, ale po chwili szybko znów nałożył na twarz maskę neutralności. Harry'emu wydawało się, że go rozumie; wspomnienia o jego ojcu chrzestnym, nawet te wesołe, zawsze prowadziły w końcu do myśli o jego śmierci, a to sprawiało ból. Rozumiał więc, dlaczego Remus znowu skierował całą uwagę na trzymane w rękach pergaminy. Rozłożył je na stole przed sobą i poklepał się po kieszeniach w poszukiwaniu okularów do czytania, a kiedy je znalazł, założył je na nos i zaczął czytać tekst. Harry obserwował go próbując wyczytać z jego twarzy opinię na temat swojego wypracowania, ale po jakiejś minucie czy dwóch jego uwagę przyciągnęło coś innego; wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy, ale kiedy dostrzegł to teraz, zorientował się, że Remus znów oddaje się dziwnemu nawykowi, który w ostatnich tygodniach powtarzał bardzo często.

Mężczyzna nieświadomie pocierał palcem cienką bliznę widoczną na wierzchu prawej dłoni. Harry pomyślał, że musiał nabrać takiego zwyczaju dopiero niedawno – nie przypominał sobie, by Remus robił to, kiedy wciąż uczył, ani przy jakiejkolwiek innej okazji, kiedy widział go później. Tego lata jednak Remus robił to coraz częściej. Po chwili Lupin zorientował się, że jest uważnie obserwowany; uniósł głowę, podążył za wzrokiem Harry'ego i z uśmiechem opuścił dłonie na blat stołu.

- Czy coś jest nie tak?

Lupin szybko pokręcił głową.

- Nie, wszystko w porządku. To tylko stara blizna i ostatnio zaczęła swędzieć. Nie wiem dlaczego – i już nawet nie zdaję sobie sprawy, kiedy zaczynam ją drapać.

Harry spojrzał na cienką, srebrzystą linię przecinającą wierzch prawej dłoni Remusa; skóra wokół niej była zaczerwieniona od ciągłego pocierania, co sprawiało, że blizna była jeszcze bardziej widoczna.

- Skąd się wzięła?

- Blizna?

Harry kiwnął głową. Na twarzy Remusa pojawił się smutny wyraz, ale kiedy chłopiec zaczął przepraszać, że w ogóle zapytał, Lupin machnął ręką.

- Nie, wszystko w porządku. Ja... opowiadałem ci chyba o tej nocy, kiedy ja i Syriusz wpadliśmy w pułapkę zastawioną przez Śmierciożerców?

- Podczas Pierwszej Wojny, tak. Dlaczego?

Remus wzruszył ramionami.

- Zanim jeden z nich trafił sztyletem Syriusza, sam zostałem trafiony zaklęciem tnącym – ale moje rany nie były nawet w połowie tak poważne, jak rany Syriusza. Krwawiłem również z przedramienia i ramienia, ale tylko rana na dłoni zamieniła się później w bliznę. Uzdrowiciele próbowali różnych rzeczy, ale po prostu nie byli w stanie jej usunąć.

"Wciąż ma tę bliznę, nie chciała zniknąć, chociaż uzdrowiciele próbowali ją usunąć na różne sposoby."

Harry nie miał pojęcia, dlaczego przyszły mu do głowy słowa, które Remus powiedział tego dnia w mugolskim szpitalu, ale nagle nabrał dziwnie silnej pewności, że blizna profesora ma wielkie znaczenie. Jego puls przyspieszył, kiedy przypomniał sobie, co powiedział mu Dumbledore w Skrzydle Szpitalnym. Czy to było możliwe... czy to mogła być prawda?

- Więc mówisz, że krwawiłeś, kiedy próbowałeś pomóc Syriuszowi?

Remus powoli skinął głową.

- Tak. Moja ręka dość mocno krwawiła, kiedy próbowałem zatrzymać jego krwotok tej nocy... - zamilkł nagle i spojrzał na Harry'ego szeroko otwartymi oczyma, najwyraźniej dochodząc do tych samych wniosków, do których chwilę wcześniej doszedł chłopiec. Przez jeden, cudowny moment Harry poczuł przypływ nadziei na to, że jego teoria jest słuszna, ale Remus ponuro pokręcił głową.

- Nie... nie, to niemożliwe.

- Ale profesor Dumbledore mówił coś o braterstwie krwi w Skrzydle Szpitalnym!

Lupin znów potrząsnął głową; ból, który Harry dostrzegł w jego oczach, wstrząsnął nim do głębi. Remus nie chciał robić sobie fałszywych nadziei i chłopiec już czuł lekkie wyrzuty sumienia, że poruszył ten temat, ale po prostu musiał zrozumieć.

- Owszem, mówił, ale braterstwo krwi to coś zupełnie innego niż zwykła wymiana krwi, Harry. To nie wygląda tak, jak w mugolskich filmach, gdzie ludzie po prostu przecinają nadgarstki, wymieniają się krwią a potem żyją szczęśliwie jako bracia krwi. Takie braterstwo to zobowiązanie, silna emocjonalna więź między dwojgiem ludzi. To nie zdarza się ot, tak sobie... nie przez przypadek.

Remus pokręcił głową i jego oczy przybrały nieobecny wyraz.

- Poza tym takie braterstwo krwi i tak by niczego nie wyjaśniło. Nawet jeżeli między Syriuszem i mną narodziła się jakaś więź, to i tak nie mogłaby powodować moich ataków... On nie żyje, więc nie może czerpać z moich sił życiowych. To po prostu niemożliwe.

Lupin widział rozczarowanie w oczach Harry'ego i żałował, że nie może go w żaden sposób pocieszyć. Było jednak w słowach chłopca coś, co nie dawało mu spokoju; może, może jednak... ale nie. Nie, to nie mogło się zdarzyć. Nie mógł pozwolić sobie na trzymanie się tej nikłej nadziei, po prostu nie mógł. Jeszcze nie pogodził się ze śmiercią Syriusza – jeśli uczepi się tej nadziei, a ona go zawiedzie, to będzie cios, po których już chyba nie uda mu się podnieść.

Syriusz wpadł za Zasłonę. Nie żył! Musiało istnieć inne wytłumaczenie dla tego wszystkiego.

- Remusie, czy mogę cię o coś zapytać?

Lupin szybko wyrwał się z zamyślenia i pokiwał głową.

- Oczywiście.

- Kiedy... kiedy Syriusz wpadł za Zasłonę, od razu powiedziałeś mi, że zginął. Jak... to znaczy, skąd to wiedziałeś? Dlaczego byłeś tego taki pewny?

Remus oparł się na krześle i skrzyżował ramiona na piersi. Zastanawiał się przez dłuższy moment, zanim odpowiedział.

- Ponieważ nikt nie jest w stanie przetrwać przeprawy na drugą stronę tego łuku... przez to, czym ten łuk tak naprawdę jest.

Remus spróbował sobie przypomnieć wszystko, co wiedział na jego temat, by wytłumaczyć Harry'emu, dlaczego nie istniała najmniejsza szansa na to, że Syriusz przeżył upadek za Zasłonę, ale nie był wstanie dostatecznie skupić swoich myśli. Jeśli miał być ze sobą szczery, nie wiedział zbyt wiele ani o magii krwi, ani w szczególności o braterstwie krwi, więc skąd mógł mieć pewność, że to, co się z nim działo, nie miało żadnego związku z Syriuszem? Nie mógł dać Harry'ego żadnych wyjaśnień, dopóki sam nie miał pewności co do niektórych kwestii.

Spojrzał na chłopca z nagłym błyskiem determinacji w oczach, której Harry nie widział u niego ani razu w ciągu kilku ostatnich tygodni.

- Obiecuję, że wyjaśnię ci dokładnie, jak działa ten łuk, Harry, ale najpierw muszę się upewnić, że się nie mylę. Chodź ze mną.

Remus postawił chłopca na nogi i pociągnął za sobą na korytarz.

- Dokąd idziemy?

Lupin ani nie zwolnił ani się nie obejrzał.

- Do jedynej osoby, która jest być może w stanie rozjaśnić nam całą tę sytuację.

Nie musiał mówić, że udają się do Dumbledore'a – Harry sam się tego domyślił. Rok temu myśl o szukaniu pomocy u dyrektora podniosłaby chłopca na duchu, ale teraz ten pomysł wywoływał u niego raczej coś w rodzaju niepokoju. Odkąd tylko zginął Syriusz, Harry unikał Dumbledore'a, z jednej strony z powodu tego, co stary czarodziej powiedział o jego ojcu chrzestnym, ale również dlatego, że w końcu zrozumiał, że dyrektor Hogwartu wcale nie jest nieomylny. Mimo to pozwolił, by Remus ciągnął go ze sobą przez puste korytarze i schody do rzeźby kamiennego gargulca, który strzegł wejścia do gabinetu Dumbledore'a. Lupin niemal wykrzyknął hasło w jego stronę, po czym razem z chłopcem pospiesznie wspiął się do gabinetu nie czekając, aż ruchome, spiralne schody same ich tam uniosą.

Remus niecierpliwie zapukał w dębowe drzwi i otworzył je, gdy tylko dobiegający z wewnątrz głos zaprosił ich do środka.

Dumbledore wstał ze swojego fotela stojącego za biurkiem i podszedł, by przywitać swoich gości.

- Remusie, Harry, czemu zawdzięczam tę wizytę? Usiądźcie, proszę.

Remus zajął jedno z krzeseł, a Harry drętwo opadł na sąsiednie; mężczyzna starał się złapać oddech i znaleźć odpowiednie słowa, by zadać swojemu byłemu profesorowi pytanie, na które odpowiedzi coraz bardziej się obawiał.

- Albusie, to na pewno zabrzmi jak kompletne wariactwo, ale chcę, żebyś mnie wysłuchał i powiedział, co myślisz o tym wszystkim, dobrze? Obawiam się, że tracę rozum, ale po prostu muszę wiedzieć.

Dumbledore kiwnął głową; między jego brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka.

- Oczywiście. Mów.

Remus wyciągnął prawą dłoń wierzchem do góry i wskazał palcem swoją bliznę.

- Pamiętasz, kiedy się jej dorobiłem? Tej nocy podczas Pierwszej Wojny, kiedy razem z Syriuszem próbowaliśmy znaleźć londyńską kryjówkę Śmierciożerców, która mogłaby nas doprowadzić do Lestrange'ów? Kiedy jeden z nich pchnął sztyletem Syriusza, a ja próbowałem utrzymać go przy życiu, dopóki nie nadeszła pomoc? To było... jakieś piętnaście lat temu.

Dyrektor zmarszczył brwi próbując sobie przypomnieć tę sytuację, po czym kiwnął głową.

- Tak, pamiętam.

- Uzdrowiciele powiedzieli wtedy, że gdybym nie przekazał Syriuszowi części własnej siły, to z pewnością by zginął.

Dumbledore znów przytaknął.

- Wcześniej nie przyszło mi to do głowy i to Harry wpadł na ten pomysł, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej prawdopodobne mi się wydaje. Dzisiaj po południu pytałeś mnie o braterstwa krwi – ta blizna to chyba jedyna rzecz chociaż mniej więcej wpasowująca się w definicję braterstwa, jaką możemy brać pod uwagę.

Stary czarodziej chwycił dłoń Remusa i uważnie jej się przyjrzał.

- Ty również zostałeś tej nocy ranny, pamiętam to. Czemu uzdrowiciele nie usunęli tej blizny, kiedy cię leczyli?

Remus przygryzł dolną wargę próbując opanować rosnące podekscytowanie. Nie teraz...! Przecież nie wiedział nawet, czy wyciąga z całej tej sytuacji słuszne wnioski.

- Próbowali, ale w przeciwieństwie do innych moich blizn ta jedna pozostała, bez względu na to, czego próbowali.

Zamilkł na chwilę, po czym dodał – ostrożnie, jakby nie miał do końca śmiałości, by wymówić te słowa na głos.

- Tak samo było z raną Syriusza; pozostała po niej blizna, której uzdrowiciele nie potrafili usunąć.

Wciąż nie puszczając dłoni Remusa, Dumbledore przyjrzał się bliźnie przecinającej jej wierzch i zamyślił się na dłuższą chwilę. Kiedy w końcu ją puścił i odezwał się, jego głos był ponury i ciężki.

- Magia krwi to bardzo rozbudowana, ale nie dająca się kontrolować gałąź magii; jej najpotężniejszą właściwością jest tworzenie podstaw dla działania niezwykle silnej magii ochronnej. Z pewnością wiesz o tym, Remusie, a podejrzewam, że i ty, Harry, również zdajesz sobie sprawę, że właśnie z tego powodu tak ważne było, byś mieszkał ze swoimi krewnymi tak długo, jak to możliwe.

Chłopiec kiwnął głową, ale nie miał specjalnej ochoty rozmawiać teraz na ten temat. Najwyraźniej jednak omawianie warunków, w jakich wychowywał się Harry, nie było również celem Dumbledore'a.

- Jak już jednak wspomniałem, jest to bardzo nieprzewidywalna gałąź magii; praktykowanie pewnych jej odmian jest zakazane ze względu na ich niszczycielską moc, a te odmiany, które są legalne, niezwykle trudno kontrolować. Braterstwo krwi nie nawiązuje się tak po prostu, Remusie.

- Wiem o tym, Albusie – ale może tym razem zadziałało właśnie dlatego, że nie próbowaliśmy świadomie nawiązać takiej więzi? Zastanów się nad tym: ja nie zdawałem sobie w tym momencie nawet sprawy, że krwawię – myślałem tylko o tym, żeby w jakiś sposób utrzymać Syriusza przy życiu. Nie mogę jednak nie zadawać sobie tego pytania – jeżeli byłem tej nocy w stanie ocalić Syriusza za pomocą moich własnych sił życiowych, to czy nie jest możliwe, że więź, którą wtedy nawiązaliśmy, pozostała między nami?

Dumbledore oparł się na krześle i zastanowił nad tym pytaniem. Harry wciąż milczał i tylko z niezwykłą fascynacją przypatrywał się obu mężczyznom. Dyrektor zamyślił się bardzo głęboko, zanim znów zabrał głos.

- Braterstwo krwi to zaangażowanie natury emocjonalnej i jedna z najsilniejszych istniejących magicznych więzi. W ciągu tych piętnastu lat któryś z was, ty lub Syriusz, z pewnością zauważyłby istnienie takiej więzi – nie wyobrażam sobie, że przez tak długi czas nie dałaby o sobie znać w ten czy inny sposób.

Tym razem to Remus zamyślił się głęboko, zanim odpowiedział.

- Nie jestem pewien, Albusie; zawsze byliśmy sobie bliscy, po tej pamiętnej nocy jeszcze bardziej niż dotychczas, i dopiero w tygodniach przed upadkiem Voldemorta zaczęliśmy się od siebie oddalać. A potem, kiedy... kiedy myślałem, że Syriusz jest odpowiedzialny za śmierć Jamesa, Lily i Petera, nienawidziłem go tak bardzo, że nie sądzę, bym rozpoznał w tym czasie jakąkolwiek więź łączącą nas dwóch. Przez ponad dekadę zmuszałem się, by w ogóle o nim nie myśleć, a kiedy już to robiłem, z całą pewnością nie doszukiwałem się żadnego braterstwa jako wytłumaczenia uczuć, które we mnie wtedy wzbudzał. Nie mam pojęcia, jaka jest prawda, Albusie, ale muszę mieć pewność, że magiczna więź nie jest wytłumaczeniem dla tego, co się dzieje, zanim całkowicie porzucę tę myśl. Muszę wiedzieć.

Harry jeszcze nigdy nie słyszał, by Remus mówił tak błagalnym tonem, i po raz kolejny poczuł ukłucie winy za doprowadzenie do tej sytuacji. Zadanie byłemu profesorowi kolejnego bólu było ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzył.

- Musielibyśmy bliżej przyjrzeć się tej sprawie, Remusie. Z tego, co wiem, między tobą i Syriuszem mogła nawiązać się emocjonalna więź, kiedy próbowałeś uratować mu życie. To jest możliwe – w teorii. Obaj krwawiliście, istniała więc szansa na wymianę krwi, a ty podtrzymywałeś jego funkcje życiowe przekazując mu swoją własną siłę. Ale Remusie, to nie może być wyjaśnienie, którego szukamy, wyjaśnienie dla twoich ataków. Syriusz nie żyje, a jego śmierć raz na zawsze przerwała wszelkie więzi, jakie mogły narodzić się między wami.

Remus bez mrugnięcia patrzył dyrektorowi w oczy.

- A jeśli jednak żyje?

Zamiast od razu odrzucić ten pomysł, Dumbledore najwyraźniej głęboko się nad nim zastanowił. Wydawało się, że minęła wieczność, zanim znów przemówił.

- Nawet jeśli to prawda, to obawiam się, że nie powinna być dla nas źródłem nadziei; nawet jeżeli Syriusz jakimś sposobem wciąż żyje – albo jego stan pozwala mu wciąż czerpać z twoich sił – nie istnieje żaden sposób, dzięki któremu bylibyśmy w stanie ściągnąć go zza Zasłony. Jeśli między wami dwoma faktycznie istnieje więź, to uważam ją raczej za powód do zmartwienia, zwłaszcza dla ciebie, Remusie.

- Dlaczego?

- Jeśli ktoś – i to nie musi koniecznie być Syriusz – ale jeśli ktoś, kto jest poza twoim zasięgiem, okrada cię z sił żywotnych, musimy przerwać tę więź, zanim wyrządzi ci krzywdę, której nie da się już naprawić.

- Przerwać?!

Harry w końcu zabrał głos i zerwał się z krzesła na równe nogi. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.

- Przerwać ją? - powtórzył z niedowierzaniem wypisanym na twarzy. - Czy pan oszalał?! Chce mi pan powiedzieć, że Remusa może łączyć więź z Syriuszem – że Syriusz może wcale nie być martwy – a pan radzi nam przeciąć tę więź i tak po prostu pozwolić mu umrzeć?

- Syriusz nie żyje, Harry.

Głos dyrektora był ciepły i łagodny, ale to tylko jeszcze bardziej rozwścieczyło chłopca.

- Nieprawda! Jeśli między nim i Remusem nadal jeszcze istnieje więź, to on może wciąż żyć!

- Każdy, kto wpada za tę Zasłonę, ginie, Harry. Nawet gdybyśmy jednak założyli, że jest inaczej, nie istnieje sposób, by wydostać stamtąd kogokolwiek z powrotem do świata żywych. Musimy przerwać tę więź zanim Remus także przypłaci ją życiem.

- Skąd pan wie, że Syriusza nie da się jakoś stamtąd ściągnąć?

Mina dyrektora wydała się nagle Harry'emu pełna smutku, ale w tym momencie niewiele go to obchodziło, podobnie jak fakt, że ton jego głosu był co najmniej niewłaściwy przy rozmowie ze starym czarodziejem; przestał troszczyć się o takie szczegóły już kilka tygodni wcześniej.

- Usiądź Harry, proszę. Spróbuję ci to wyjaśnić, ale wolałbym, żebyś siedział, kiedy będę to robił, ponieważ może to trochę potrwać.

Nadal wściekły, chłopiec usiadł na swoim krześle i spojrzał na Dumbledore'a wyzywająco. Lepiej, żeby jego profesor miał dobre wytłumaczenie dla tego, co właśnie powiedział! Harry czuł, że dłużej nie zniesie bycia utrzymywanym w ciągłej niewiedzy – Dumbledore powinien w końcu się nauczyć, by nie ukrywać przed nim ważnych informacji!

- Czy wiesz, czym właściwie jest ten kamienny łuk, Harry? Skąd się wziął i do czego służy?

Chłopiec pokręcił głową.

- Nie. Remus miał mi powiedzieć po wizycie u pana.

Dyrektor przytaknął i odchylił się nieco na swoim fotelu.

- A jak sądzisz, czym on jest, Harry? Widziałeś go, byłeś blisko niego. Czym według ciebie jest? Kto go stworzył?

Harry'ego zdziwiło to pytanie, a fakt, że Dumbledore zmienił ich rozmowę w turniej zgadywanek, nieco wytrącił go z równowagi.

- No cóż... wydaje się bardzo stary; w pierwszej chwili myślałem, że to zwykły kamienny łuk, może trochę nie na miejscu w tej komnacie, ale uznałem, że to po prostu jakiś portal... przejście... oczywiście do momentu, kiedy Syriusz wpadł za Zasłonę i nie pojawił się po drugiej stronie - gardło chłopca ścisnęło się na to wspomnienie, ale przełknął ciężko i mówił dalej. - Kiedy stanąłem obok łuku, wydawało mi się, że słyszę za Zasłoną szepczące głosy, ale mogło mi się tylko tak wydawać.

Dumbledore kiwnął głową.

- Nie wyobraziłeś sobie tych szeptów, choć rzadko się zdarza, by ktoś usłyszał zza Zasłony jakikolwiek dźwięk. Z drugiej strony nie powinno mnie dziwić, że to właśnie ty byłeś w stanie coś usłyszeć.

- O czym pan mówi?

- Nie zapominaj, kim jesteś, Harry – a raczej nie zapominaj o tym, co już widziałeś. Ta sala nie bez powodu jest nazywana Salą Śmierci; wiesz już, że myliłeś się uznając ten łuk za zwyczajny, ale określając go „portalem" byłeś całkiem blisko prawdy. Nie masz jednak racji twierdząc, że łuk jest stary. Owszem, znajdował się z tej komnacie przez dość długi czas jeszcze przed twoimi narodzinami, ale nie jest tak stary, jak może się wydawać. Powiedz mi, co wiesz na temat Grindelwalda?

To było kolejne dziwne pytanie, ale z wyjątkiem rzeczy oczywistych Harry rzeczywiście niewiele wiedział o Grindelwaldzie. Nie chciał wyjść przed Dumbledore'em i Remusem na zaniedbującego lekcje lesera, ale co mógł powiedzieć?

- Nie za dużo. Wiem tylko, że był czarnoksiężnikiem i że go pan pokonał... chyba w tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym, o ile dobrze pamiętam.

- W tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym - poprawił go dyrektor. - Nie spodziewałem się jednak, że będziesz posiadał szersze informacje na jego temat. Jeżeli się nie mylę, historia Grindelwalda zawiera się w programie nauczania historii magii dla uczniów siódmego roku... Jeśli jednak rzeczywiście chcesz zrozumieć, czym jest kamienny łuk w Sali Śmierci i do czego służy, musimy zapoznać się nieco z jego życiem i losami. Grindelwald, jak słusznie stwierdziłeś, był czarnoksiężnikiem – problem polegał na tym, że nie od razu stało się to oczywiste. Wręcz przeciwnie, we wczesnych latach dwudziestych był bardzo popularnym politykiem i potężnym czarodziejem, któremu ufało wielu ludzi. W tysiąc dziewięćset dwudziestym dziewiątym roku został Ministrem Magii.

- Grindelwald był Ministrem Magii? - Harry nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. - Jak to się stało?

Dumbledore rozłożył ręce i wzruszył ramionami.

- Jak powiedziałem, jego prawdziwe zamiary nie były wcale oczywiste; niektórzy twierdzą co prawda, że zmanipulował wyniki wyborów, ale nikomu nie udało się nigdy przedstawić na to jakichkolwiek dowodów. Z pewnością byłby w stanie to zrobić – był wystarczająco silnym czarodziejem i w ciągu lat udało mu się osiągnąć w Ministerstwie znaczące wpływy. Bez względu jednak na to, jak tego dokonał, liczy się fakt, że udało mu się zostać Ministrem Magii. Wtedy właśnie wszystko zaczęło się gwałtownie zmieniać; Grindelwald rządził żelazną ręką, cele jego polityki znało tylko wąskie grono doradców, a jego plany dotyczące czarodziejskiego świata były zupełną tajemnicą. Metody, którymi się posługiwał, by przeforsować swoje decyzje, były coraz mocniej kwestionowane, podobnie jak jego program polityczny. Nie zamierzam wdawać się teraz w szczegóły, ponieważ nie mają one nic wspólnego z łukiem, ale musisz zrozumieć, że kiedy w końcu wyszło na jaw, kim tak naprawdę jest Grindelwald, było już za późno – w jego rękach był cały kraj. Jego polityczni przeciwnicy po prostu znikali bez śladu, a każdy, kto ośmielił mu się przeciwstawić, musiał bać się nie tylko o swoje życie, ale także o życie swoich najbliższych. To były bardzo niespokojne czasy, które można porównać do terroru Voldemorta. Grindelwald wciągnął w brutalną, krwawą wojnę niemal całą Europę. Jego potęga polityczna była tak wielka, że pokonanie go zajęło wiele czasu. Mówię ci o tym wszystkim dlatego, że to właśnie Grindelwald wybudował kamienny łuk w Sali Śmierci.

Brwi Harry'ego zniknęły pod grzywką.

- To on go wybudował?

Dumbledore przytaknął ze spokojem.

- Owszem. Jego stworzeniu towarzyszyła potężna magia. Bardzo potężna – i jak większość potężnych dzieł, bardzo niebezpieczna.

Spojrzenie Harry'ego powędrowało ku Remusowi, ale chłopiec odwrócił wzrok, gdy zorientował się, że jego były nauczyciel nie miał zamiaru przerywać opowieści dyrektora. Stary czarodziej był jednak mężczyzną pełnym niespodzianek i kierunek, na który po chwili skierował rozmowę, tylko to potwierdził.

- Czy wiesz, w jaki sposób powstają duchy, Harry?

To pytanie porządnie zaskoczyło chłopca.

- Nie... to znaczy nie do końca; trochę rozmawiałem na ten temat z Prawie Bezgłowym Nickiem, kiedy tłumaczył mi, dlaczego... - musiał znów przełknąć ciężko, by pozbyć się uścisku w gardle, który uniemożliwiał mu mówienie. - Kiedy tłumaczył mi, dlaczego Syriusz nie stanie się duchem.

Harry poczuł na plecach pokrzepiające ciepło i kiedy odwrócił się, zauważył, że to Remus położył tam swoją dłoń, a teraz przyglądał mu się z niepokojem. Chłopiec próbował uśmiechnąć się do niego, by się nie martwił, ale kompletnie mu to nie wyszło, więc odwrócił się z powrotem do dyrektora, nieco uspokojony faktem, że ręka Remusa wciąż spoczywa na jego plecach.

- Nick powiedział, że stał się duchem tylko dlatego, że bał się ruszyć dalej, czy coś w tym stylu.

Dumbledore przytaknął.

- I pod tym względem ma oczywiście rację; niektórzy czarodzieje wolą zostawić po sobie ślad na tym świecie i nie chcą ruszać na spotkanie tego, co czeka na nas po śmierci. Ale to, co powiedział ci sir Nicholas, nie wyczerpuje w pełni tematu duchów.

Harry zmarszczył brwi.

- A co jeszcze można o nich powiedzieć?

- Niektóre dusze, jak sir Nick, postanawiają zostać w świecie żywych, czasem ze strachu, tak jak on, a czasem z innych powodów. Istnieją jednak takie dusze, które zostają wśród nas, bo nie mają innego wyjścia – dusze przeklęte, takie, które wciąż mają na tym świecie jakąś misję do wypełnienia. Niektóre z nich są przywiązane do tego miejsca przez coś, co wydarzyło się w przeszłości – te dusze zamieniają się w duchy i kiedy ich ciała umierają, magia i energia pozostaje na tym świecie. Z tego właśnie składają się duchy, ale nie spotyka się ich często – niech cię nie zwiedzie fakt, że w Hogwarcie jest ich tak dużo, Harry. Bardzo nieliczni czarodzieje nie odchodzą na drugą stronę; niektórzy zostają tu z wyboru, a inni dlatego, że nie mają innego wyjścia. Powiedziałeś wcześniej, że łuk wydał ci się portalem, i przyznaję, że jest to dość trafne określenie. Widzisz, sala, którą wybudowano wokół tego łuku, została nazwana Salą Śmierci z bardzo konkretnego powodu – kiedy Grindelwald go wybudował, stworzył przejście prowadzące do znajdującej się po drugiej stronie... próżni. Ciało każdego, kto je przekroczy, umiera, ale dusza i moc magiczna pozostają w tej próżni. Uwięzione między dwoma światami, nigdy nie zaznają odpoczynku należnego zmarłym – są dosłownie zmuszane do tego, by stać się duchami... przeklętymi duszami.

Harry zmarszczył brwi, dziwnie zafascynowany tą opowieścią. Na moment zapomniał nawet o jej związku z własną, niewesołą rzeczywistością.

- Ale dlaczego on zbudował ten łuk? Jaki to ma sens, jeśli to jest jego jedyne zadanie? Jeśli Grindelwald chciał karać albo torturować swoich wrogów, to czy Cruciatus albo zaklęcie zabijające nie są lepszym rozwiązaniem?

Dumbledore przytaknął, jakby spodziewał się, że Harry zada to pytanie, i cieszył się, że chłopiec nie zawiódł jego oczekiwań.

- Ach, i teraz właśnie dochodzimy do sedna problemu. Zauważyłeś zapewne, że Sala Śmierci jest zbudowana na planie audytorium, prawda? Łuk jest otoczony rzędami ławek.

Harry pokiwał głową.

- Łuk służył Grindewaldowi do pozbywania się wrogów politycznych. Za każdym razem, kiedy to robił, zmuszał swoich współpracowników do uczestniczenia w tej ponurej ceremonii. Możesz sobie zapewne wyobrazić, jakie wrażenie wywoływała w tych ludziach – co czuli, kiedy obserwowali konsekwencje, które będą musieli ponieść, jeśli postanowią wystąpić przeciwko Ministrowi. To wzbudzało strach, strach o ich własne życie, ale także życie ich krewnych i przyjaciół. Grindelwald nikomu nie ufał, a jeżeli choćby podejrzewał kogoś o bunt przeciwko sobie, nieszczęśnik zazwyczaj już wkrótce zmuszony był do oglądania egzekucji swojego brata, ojca lub narzeczonej, których wrzucano za Zasłonę na pewną śmierć, która jednak nie dawała duszy należnego spoczynku. Grindelwald był dyktatorem, a jego rządy opierały się na strachu przed występowaniem przeciwko niemu – dlatego właśnie był tak potężny. Łuk służył jednak jeszcze jednemu celowi, ponieważ – jak większość innych przejść i portali – działa w obie strony. Kiedy Grindelwald używał go, by mordować swoich przeciwników, w pewnym sensie karmił ich magią i energią próżnię, w którą wpadali – a później mógł korzystać z tej mocy i czerpać siłę z tego, co kryło się po drugiej stronie łuku... czyli z magii czarownic i czarodziejów, którym odebrał życie.

- Więc mógł nie tylko zabijać swoich wrogów, ale też wykorzystywać ich moc do własnych celów?

Dumbledore znów skinął głową.

- Dokładnie. W ciągu wieków wielu czarodziejów dokonywało podobnych praktyk i wykorzystywało różnorodne magiczne rytuały, by okradać dusze i energię magiczną innych czarodziejów z ich siły; nasz kamienny łuk jest po prostu kolejnym narzędziem do osiągnięcia tego celu – celu, który od wieków skłaniał ludzi do haniebnych działań. Zauważyłeś zapewne inskrypcje wyryte na łuku?

Harry zmarszczył brwi i spróbował przypomnieć sobie szczegóły swojej jedynej wizyty w Sali Śmierci, ale chociaż z całych sił starał się przywołać w pamięci widok kamiennego łuku, widział tylko Syriusza trafionego klątwą Bellatrix i wpadającego za Zasłonę jakby w zwolnionym tempie. Poczuł, że dłoń Remusa na jego plecach zatacza małe kręgi i zauważył, że jego oddech stał się nagle krótki i urywany. Szybko potrząsnął głową.

- Nie, nie zauważyłem. Wydał mi się po prostu stary i zniszczony... zastanawiałem się, jakim cudem wciąż stoi prosto.

- Tak, taki był efekt wielu lat intensywnego użytkowania, ale gdybyś przyjrzał mu się bliżej, zauważyłbyś, że kamień jest niemal w całości pokryty inskrypcjami; są to instrukcje potrzebne przy rytuale umożliwiającym czerpanie z mocy ukrytej za Zasłoną. Kiedy Grindelwald został pokonany w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku, a Ministerstwo przeszło całkowitą reformę, podjęto decyzję, by w przyszłości dokładnie strzec tego łuku tak, by już nigdy więcej nie został użyty w niewłaściwy sposób. To nie przypadek, że Departament Tajemnic został zbudowany wokół Sali Śmierci – każdy, kto w tamtym czasie wiedział o łuku, był przekonany, że należy go pilnie strzec.

- Dlaczego? - zastanawiał się Harry na głos.

- Jak już wspomniałem, łuk nie działa tylko w jedną stronę; Grindelwald mógł czerpać z niego moc, ale w okresie jego największego terroru za Zasłonę wpadało o wiele więcej ludzi, niż była w stanie pomieścić próżnia, a energia, której nie wykorzystywał Minister, musiała znaleźć jakieś inne ujście. Harry, po drugiej stronie Zasłony narodzili się dementorzy.

- Słucham?! - chłopiec pomyślał, że chyba się przesłyszał. Dumbledore kontynuował spokojnym głosem.

- W późnych latach trzydziestych i wczesnych latach czterdziestych w Sali Śmierci ginęło tylu czarodziejów, że próżnia nie była już w stanie pomieścić całej ich magicznej energii; logiczna konsekwencja tego faktu była taka, że część tej energii musiała powrócić do świata żywych. Jak jednak mówiłem, ten łuk jest bardzo potężnym i niebezpiecznym magicznym artefaktem i energia magiczna, którą w nim uwięziono, została w pewien sposób wypaczona. Kiedy powróciła, nie była już taka sama, stała się... mroczna, żeby ująć to najprościej. Gdy w próżni zbierało się jej zbyt dużo, kumulowała się, a potem łączyła energie poszczególnych przeklętych dusz w odrębne mroczne istoty, które w końcu przekraczały granicę wytyczoną przez łuk – to byli dementorzy. Dlatego właśnie dementorzy wysysają z ludzi wszelkie pozytywne uczucia... pochłaniają każde najmniejsze szczęście, by zrekompensować własny mrok, ale nigdy im się to nie uda. Wysysają dusze z żywych ludzi i pochłaniają je, ponieważ próbują w ten sposób powetować sobie straty własnych dusz.

- A te dusze, które wysysają dementorzy... co – co się z nimi dzieje? - spytał Harry, chociaż nie był pewien, czy rzeczywiście chce to wiedzieć.

- Dzieje się z nimi to samo, co z duszami ludzi, którzy wpadli za Zasłonę: zostają uwięzione w próżni, która rozciąga się po drugiej stronie łuku. To dlatego wydawało ci się, że słyszysz za Zasłoną czyjeś szepty. Nie każdy czarodziej lub czarownica byłby w stanie usłyszeć uwięzione tam dusze, ale czasem udaje się to tym, którzy już zetknęli się ze śmiercią. Zakładam, że w tej kwestii jesteś bardziej spostrzegawczy niż inni.

Przez lata władzy Grindelwalda zza Zasłony wynurzyło się wielu dementorów, którzy natychmiast zaofiarowali mu swoje usługi – a teraz zaoferowali je Voldemortowi. Do niedawna Ministerstwo było przekonane, że dementorzy są lojalni wobec naszej strony, ale nawet wtedy nikt nie chciał, by pojawiło się ich w naszym świecie jeszcze więcej. Tom Riddle zawsze był bardzo zainteresowany zdobyciem dostępu do łuku i jego mocy, ale jego długie, intensywne próby zdobycia przepowiedni dowiodły, że Departament Tajemnic jest wciąż bardzo dobrze chroniony. Jeszcze nie udało mu się zdobyć kontroli nad Salą Śmierci – a my musimy mieć nadzieję, że nigdy mu się to nie uda. Gdyby Voldemort miał dostęp do mocy, która kryje się za tą Zasłoną... nasz świat pogrążyłby się w absolutnym chaosie, Harry. Wszyscy Ministrowie od czasów Grindelwalda składają przysięgę, że nie pozwolą, by łuk znów został użyty. Z tego, co wiemy, nie można go zniszczyć, więc jedynym, co możemy zrobić, jest uchronienie go przed ponownym użyciem. Jak na razie nam się to udawało; od niemal pięćdziesięciu lat nikt nie wpadł za Zasłonę.

- Nikt oprócz Syriusza - szepnął Harry. Ręka Remusa na jego plecach stała się nagle przygniatającym ciężarem, a ciepło, które promieniowało od niej na jego ramiona, było nie do wytrzymania. Chłopiec chciał wydostać się z tego pomieszczenia, chciał znaleźć się na świeżym powietrzu. Gabinet Dumbledore'a był zbyt gorący i duszny – Harry miał problem z zaczerpnięciem oddechu.

Jego ojciec chrzestny zginął, a jego dusza wpadła w pułapkę gdzieś między światem żywych i umarłych. To, co powiedział mu dyrektor, sprowadzało się w sumie do jednego wniosku – Syriusza nie uda się już odnaleźć. A Remus nawet nie starał się temu zaprzeczyć, chociaż z pewnością zrobiłby to, gdyby widział choćby najmniejszą szansę na sprowadzenie Łapy z powrotem zza Zasłony. Harry nawet nie zorientował się, że kręci głową, ale dyrektor zauważył ten ruch.

- Spośród wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek wpadli za Zasłonę, nie powrócił nikt, Harry; ci, którzy przekraczają ten portal, umierają, i z tego, co wiemy, nierozsądnie byłoby próbować znów przywołać ich dusze do świata żywych – poza tym nie wiemy nawet, jak tego dokonać. Powiedziałem ci już kiedyś, że nie istnieje żaden sposób, by wskrzesić zmarłych... a nawet gdyby istniał, nikt nie mógłby mieć pewności, co tak właściwie powróci do nas z tej próżni. Przykro mi, Harry, ale uważam, że nawet jeśli Syriusza wciąż łączy z Remusem więź, to jest ona raczej powodem do niepokoju o Remusa niż nadzieją dla Syriusza. Bardzo mi przykro.

Chłopiec wciąż kręcił głową, ale nagle brak powietrza w gabinecie stał się nie do wytrzymania. Oddychał głęboko, ale nadal miał wrażenie, że do jego płuc nie dostaje się wystarczająco dużo tlenu. Musiał stąd uciec. Szybko wstał z krzesła, biegiem ruszył do drzwi, otworzył je i uciekł z komnaty. Remus podniósł się, by za nim pójść, ale Dumbledore go przed tym powstrzymał.

- Zostaw go na razie, Remusie. Chłopiec potrzebuje nieco czasu, by oswoić się z tą myślą, ale musi ją zaakceptować. To bolesne, ale czasem to właśnie ból pomaga nam zrozumieć, że pewnych rzeczy nie da się zmienić.