Oświadczenie: Nic nie należy do mnie, poza Jane, ale ona nie chce u mnie sprzątać, więc jaka z tego korzyść?

Walka

Kiedy sowa w końcu przyleciała, ona drzemała na kanapie, odrętwiała z bólu i wyczerpania. Ale stuk pazurów o szybę przerwał cienką materię jej snów i gwałtownie wstała, jęcząc, gdy ból przeszył jej ciało jak prąd.

Severus już wstał aby otworzyć okno, ale gdy usłyszał stłumiony jęk bólu, obrócił się w jej stronę i spojrzał na nią ostro.

- W porządku - wyszeptała, ale jej rozgorączkowane oczy i blada skóra mówiły co innego. - Wpuść ją. Muszę wiedzieć co się stało.

Widział napięcie w jej małej postaci, strach przed tym, czego zaraz się dowie, i potrzebę bycia pewną. Chciał jej powiedzieć, że – cokolwiek się stało z tymi rodzinami – to nie była jej wina. Że zrobiła wszystko, co było możliwe, i że zadręczanie się nie jest dobrym rozwiązaniem. Ale wtedy przypomniał sobie, że takie banały – zazwyczaj wypowiadane przez zmartwionego Albusa – nigdy mu nie pomagały, tak więc milczał.

List, który był przywiązany do nóżki sowy, składał się tylko z dwóch krótkich zdań:

Wrócili. Jestem w moim biurze.

Podał mały skrawek pergaminu Hermionie i podszedł do kominka. W chwili, gdy płomienie stały się zielone, pojawiła się w nich upiorna głowa Albusa Dumbledore'a, rozglądająca się po pokoju w poszukiwaniu Hermiony.

- Tutaj jesteś moja droga - przywitał ją, jednak bez swojej zwykłej jowialności w głosie. - Mniemam, że masz się dobrze?

- Całkiem dobrze, dziękuję dyrektorze - odpowiedziała spokojnie. - Jakie są wieści od drużyny ratunkowej?

Severus znał ją wystarczająco dobrze, by rozpoznać napięcie w jej smukłej postaci, panikę, która kipiała tuż pod powierzchnią, ale dla Albusa jej twarz była całkowicie spokojna. Staruszek zawsze zbyt mocno polegał na swoich zdolnościach legilimencji, a ona prawdopodobnie nawet teraz była zajęta projekcją iluzji spokoju na sam przód swoich myśli.

Okłam ją, proszę! Ona nie potrzebuje teraz prawdy, myślał gorączkowo Severus, ale najwidoczniej legendarna wrażliwość dyrektora nie obejmowała dziewczynek szpiegów.

- Dwie rodziny udało im się ostrzec i ewakuować przed atakami. Niestety przybyli za późno, by uratować rodzinę Hollinsów. Gdy dotarli do ich domu, Mroczny Znak już się nad nim unosił. Byli torturowani, a potem zostali spaleni żywcem - powiedział jej zmęczonym głosem. - Dzieci były już martwe, gdy je znaleźli, matka i ojciec żyli jeszcze tylko godzinę. Tak mi przykro, że nie mogę przynieść ci lepszych wieści, moja droga...

- Nie... w porządku dyrektorze – odpowiedziała. - Jestem pewna, że wszyscy bardzo się starali.

Widział jak blednie, jak zwija się w swoim umyśle w ciasną kulkę. Ale Albus nie widział jej oczu, i nie wiedział, jak to jest, gdy się słyszy takie nowiny. Oszukała go wystarczająco dobrze. I w jakiś sposób, zauważył z podziwem, nawet udało jej się lekko uśmiechnąć.

Nie! To nie jest w porządku Albusie! Pomyślał rozwścieczony, gdy obserwował wyraz niezmiernej ulgi na twarzy dyrektora. Cały czas okłamujesz tego bachora Pottera – dlaczego, choć raz, nie możesz rozszerzyć swojej nadopiekuńczości na tych, którzy na prawdę jej potrzebują? Tylko mocne trzymanie swoich uczuć w szachu, powstrzymało jego gniewne powarkiwanie.

Zamiast tego, przejął rozmowę z Albusem pozwalając jej schować się w sobie. Po tym, jak życzył dyrektorowi dobrej nocy i zakończył kominkowe połączenie, obrócił się i znalazł ją zakopaną głęboko w poduszki, z kocem podciągniętym pod brodę.

- Myślę, że pójdę już spać - powiedziała głosem tak zimnym jak wtedy, gdy rozmawiali po raz pierwszy w biurze dyrektora.

Próbował wymyślić coś, co przełamałoby jej lodową skorupę, coś co mogłoby jej pomóc, ale jej oczy powiedziały mu, że sobie tego teraz nie życzy. Życzył jej po prostu dobrej nocy i powiedział, że zostawi swoje drzwi otwarte, więc wystarczy, aby go zawołała. Potem poszedł na górę.

Spotkali się na śniadaniu następnego ranka. Hermiona leżała nie zmrużywszy oka aż do świtu, z pulsującym bólem w nodze i myślami o ludziach, którzy zginęli, gdyż nie była wystarczająco szybka. Dzieci.

Podczas zebrań widziała wystarczająco dużo koszmarnych przedstawień, aby wiedzieć, przez co przeszły przed swoją śmiercią. Coś było w dzieciach – być może ich niewinność, może ich głęboki i niekontrolowany strach – co zawsze podniecało Śmierciożerców. Najlepiej lub najgorzej, zależnie od perspektywy, obchodzili się z najmłodszymi.

W myślach przelatywały jej obrazy połamanych kończyn, poszarpanych i okaleczonych ciał, których rany były jak szeroko otwarte usta, oraz twarzy, powykręcanych przerażeniem i cierpieniem.

A ona ich zawiodła...

I, nie ważne co by zrobiła, nigdy nie zdoła ochronić, tych którzy tego potrzebują. Nie myślała wystarczająco szybko, była zbyt wolna i bezradna przeciwko organizacji tak genialnej i bezwzględnej, że wciąż ją to zdumiewało, choć była jej częścią od kilku miesięcy.

Było ich tak wielu, nowi członkowie dołączali do niej w każdym tygodniu, a ona była sama. Nawet Severus, choć był genialny, nie mógł jej tam pomóc.

Pamiętała jak jęczała w fałszywej żądzy pod ciałem Lucjusza, jak skręcała się pod uderzeniem klątw i mrocznych zaklęć pochodzących z niezliczonych różdżek, podczas, gdy w swoim umyśle, obserwowała czarne postacie zbliżające się w ciszy do pogrążonego w śnie domu, planujące atak, którego nie mogła powstrzymać.

Gdyby Hermiona mogła płakać po tym wszystkim co widziała, i czego doświadczyła, zrobiłaby to teraz, w ciemności biblioteki. Ale nie mogła płakać.

Zamiast tego, wpatrywała się godzinami w noc, jej suche oczy paliły jak ogień, którego nie ugaszą żadne łzy.

Gdzieś w okolicach świtu zauważyła, ze ból w nodze jakby zelżał. Gdy wyszeptała krótkie zaklęcie diagnostyczne, w świetle, które wyszło z jej dłoni potwierdziła, że jej noga jest już w porządku. Co prawda wciąż była posiniaczona i udekorowana raczej pokaźną paletą kolorów, ale zdecydowanie posiadała kość.

Westchnęła z ulgą, zwiesiła nogi z kanapy i ignorując ból, który przeszywał ją przy każdym kroku, weszła na piętro do swojego pokoju. Musiała wziąć prysznic.

Z kolei Severus spał raczej dobrze, biorąc pod uwagę, że po raz pierwszy od jakichś dwudziestu lat, zostawił otwarte drzwi do sypialni, do tego bez zaklęć strzegących i zaklęcia wyciszającego. Nie chciał nawet myśleć, co taki spokojny sen może oznaczać. Nie mógł powstrzymać ironicznego uśmieszku, gdy jego żołądek głośno zaburczał z głodu, w oczekiwaniu na śniadanie.

Zaiste stajesz się słaby, Severusie!

Uśmieszek jednak zniknął, gdy zobaczył, że kanapa, na której spała Hermiona, jest pusta. Prędkimi krokami pospieszył na piętro, gdzie przyłożył ucho do solidnych drewnianych drzwi od jej pokoju. Widocznie się odprężył, gdy usłyszał szum płynącej wody.

Poprzedniej nocy nie była w stanie wziąć prysznica, a domyślał się, że obmycie się po tych zebraniach stało się dla niej swoistym rytuałem, jakimś sposobem zmycia z siebie sprośności, bólu i okrucieństwa. Był dla niej czymś więcej, niż tylko umyciem ciała, był...

Stałeś się całkiem niezłym psychologiem.

- Śniadanie za pół godziny! - krzyknął i wydawało mu się, że słyszał, jak mu odpowiada.

Przygotowując posiłek rozważał stan jej umysłu. Jak sobie z nią dzisiaj poradzić? Będzie zdołowana i nie przestanie się obwiniać o wszystko co się stało. Chcąc odrzucić wszystko co osiągnęła aby ratować życie „biednych dzieci". Nie rozumiejąc, ze jej praca jest warta dużo więcej niż przeżycie tej jednej rodziny.

Nauczył się nie nadawać twarzy tym niezliczonym ciałom, nie rozwodzić się nad ich cierpieniem, ale zamiast tego skoncentrować się na pracy, którą trzeba wykonać. Litość z reguły nikomu nie pomagała. Stawało się później tylko zdołowanym i nieefektywnym.

Dużo bardziej preferował ten tok myślenia od ciągłego współczucia Albusa lub też przygaszonej ciszy Remusa. Troska przynosiła tylko kłopoty. Wiedział jednak, że jego uczniowie nie zgodziliby się z nim w tym miejscu.

Tak samo jak Hermiona. Obserwował ją podczas śniadania, jej zmęczone, czerwone oczy, jej usta zaciśnięte w cienką linię, jej drgające mięśnie szczęki. Mówiła mało, a jadała jeszcze mniej. Dość oczywiste było, że się karała. Czyż nie powiedziała mu, że nie zamierza przestać się troszczyć? Ale to było niedorzeczne!

Na miłość bogów, dla jej dobra nawet spróbował zastosować podejście Albusa, namawiając ją na rozmowę, oferując kubek gorącej czekolady! Ale nie dała się tym skusić. On w sumie też nigdy nie rozumiał jak zbawienie może leżeć w kubku gorącego płynu.

Naprawdę bardzo się starał, ale kiedy wstała po śniadaniu i podążyła w stronę wyjścia, jego cierpliwość w końcu go zawiodła. Z pewną ulgą przybrał znowu rolę Snape'a, jadowitego Mistrza Eliksirów.

– Oh, na miłość boską, przestań się nad sobą użalać! Jesteś dzisiaj prawie tak samo beznadziejna jak Chłopiec-Który-Jęczy –warknął w jej stronę. Gwałtownie obróciła głowę w jego stronę, gapiąc się na niego z niedowierzaniem.

No, przynajmniej teraz zwróciła na niego uwagę. Uśmiechnął się z ironią, wskazał dłonią krzesło i kontynuował swoją przemowę, tylko minimalnie łagodząc ton głosu – Nie byłaś w stanie ich powstrzymać. Wokół ciebie zawsze będzie obecna śmierć, ból i cierpienie. Skrucha, wyrzuty względem własnej osoby oraz żal osłabiają cię, pozbawiają cię energii. Jednak jeżeli poprawnie skanalizujesz swoje emocje, mogą się stać siłą, która będzie cię napędzać do działania. Czymś, co da ci moc, siłę i determinację.

Podczas gdy mówił, opadła z powrotem na krzesło, nie zdejmując spojrzenia z jego twarzy. Gdy teraz spojrzał w jej oczy, oczekiwał, że zobaczy opór, gniew lub ból. Powinien był się domyśleć, że nie ujrzy normalnej reakcji.

Zamiast wspomnianych emocji, na jej twarzy powoli uwidaczniało się zrozumienie i fascynacja. – To dlatego – wyszeptała, podczas gdy jej wyniszczony wyraz twarzy rozjaśniła szczypta zainteresowania.

– Proszę?

O czym ona znowu mówiła?

– To dlatego zawsze byłeś wściekły, czyż nie? – zapytała z satysfakcją w głosie. Doskonale znał ten ton, gdyż nim właśnie udzielała w klasie perfekcyjnych odpowiedzi na najtrudniejsze pytania, – Używałeś wściekłości, aby cię napędzała. To dlatego zawsze wydawałeś się być taki wkurzony! Zawsze zastanawiałam się jak ktoś tak opanowany jak ty może w taki sposób naskakiwać na uczniów. Jednak jeżeli chciałeś się zezłościć...

Hermiono, dla własnego dobra jesteś po prostu zbyt bystra! Severusa bardzo kusiło, aby właśnie w tej chwili naskoczyć na nią za tą diagnozę jego osoby, ale czy mógł ją winić za stosowanie jego własnych teorii? Nie był pewien czy podoba mu się jej „odpowiedź" na to trudne pytanie jakim był Severus Snape, ale przynajmniej znów było w niej trochę życia.

– Gniew może być potężnym narzędziem. Ale nie musi nim akurat być gniew. – niechętnie wszedł w rolę nauczyciela – Dumbledore wierzy, że to miłość jest najpotężniejszym uczuciem, po prawdzie nie ma dnia, w którym nie wpajał by tej wiedzy swojemu cudownemu chłopcu. Tylko ty sama wiesz, co jest elementem, który cię napędza. Musisz go przekształcić w siłę, nie pozwalając by stała się twoją słabością. Nic nie zmienisz, będąc na siebie wściekłą. Jeżeli będziesz wściekła na tych, którzy na prawdę są odpowiedzialni ze śmierć tych ludzi - możesz zmienić świat.

Powoli skinęła głową, jakby próbując rozgryźć teoretyczny problem.

– Czyli właśnie mi powiedziałeś, że nie muszę przestać się troszczyć – powiedziała, próbując stworzyć spójną wypowiedź z myśli kłębiących się w jej umyśle – Muszę po prostu zmienić to bierne uczucie w aktywną siłę.

–Można to tak ująć. Nigdy tak nie pomyślał. Był raczej zdumiony tym wnioskiem, ale z pewnością by jej tego nie powiedział.

Zapadła cisza, gdy Hermiona znowu skinęła głową. Wyobraził sobie jak, w podobny do niego sposób, zapisuje sobie tą informację w swojej głowie, przeznaczając część umysłu aby nad nią popracowała. Ale ona jeszcze z nim nie skończyła.

– Dlaczego w twoim wypadku jest to gniew? – zapytała cicho, wiedząc, że właśnie przekroczyła granicę, ale i tak musiała o to zapytać.

Uniósł tylko znacząco brew, a ona opuściła głowę, akceptując jego milczenie i jednocześnie bezgłośnie przepraszając.

– Myślę, że dzisiaj jest już czas aby rozpocząć bardziej... wybiegającą w przyszłość część naszej umowy – powiedział w końcu. Miał nadzieję, że był to dobry pomysł do realizacji w tej chwili, jednak czekał zbyt długo jak na własne upodobania.

– Co masz na myśli?

– Mam na myśli nasze lekcje Hermiono.

– Nie mówimy tutaj o oklumencji, prawda – zapytała zimnym i ostrożnym głosem, zdradzającym jej brak zaufania.

Westchnął, zniecierpliwiony jej upartością.

– Nie, nie mówimy – odpowiedział – jesteś tak samo zaawansowana w oklumencji jak ja. Nie mógłbym cię już niczego nauczyć, nawet jeżelibym chciał. Nie potrzebujesz również szkolenia dotyczącego bardziej pospolitych aspektów eliksirów, uroków czy transmutacji. To czego musisz się nauczyć, to rzeczy, których nie można znaleźć w żadnej książce czy rozkładzie zajęć.

– Co masz na myśli? Czego chcesz abym się nauczyła?

Dobrze, pomyślał, to zaczynamy. Miał nadzieję, że zrozumie tego niezbędność.

– Sztuki manipulacji – odpowiedział – Jak kontrolować innych, w taki sposób, aby się o tym nie dowiedzieli. Jak uczynić ich zależnymi od siebie. Jak uzyskać wiedzę na ich temat i jak jej użyć. Jak walczyć wszystkimi dostępnymi środkami.

– Ale ja już to wiem – zaprotestowała. Uśmiechnął się na jej obrażony ton. Fakt, że pozwalała opaść swojej masce obojętności w jego obecności, świadczył o tym, jak daleko razem zaszli. Dumbledore napotkał by na jego miejscu tylko na chłodne rozbawienie, ale w rozmowie z nim wydawała się prawie dąsać.

– Co jak co, ale sprawiłam, że Lucjusz Malfoy zrobił co chciałam, czyż nie?

– Mówimy tutaj o finezji Hermiono – odpowiedział sucho i potem nagle powiedział – Czy wiedziałaś, że matka Avery'ego jest szlamą?

– Nie. Nie wiedziałam o tym... Czy Czarny Pan...

– Wie o tym? Oczywiście, że nie. Avery przeniósł ją w ukrycie z chwilą powstania Śmierciożerców. Ukrywa się już teraz od dobrych kilkudziesięciu lat. Jestem jedną z niewielu osób, które wiedzą gdzie.

– Jak się dowiedziałeś?

– W przeciwieństwie do ciebie, zostałem przyjęty do ich kręgu jako równy im. W ten sposób zyskałem dostęp do informacji, których ty nigdy nie uzyskasz. Ufali mi. Byłem ich przyjacielem. Niewiele można utrzymać w tajemnicy przed przyjacielem, szczególnie przed tak dobrym słuchaczem, jak twój uniżony sługa. Zbierałem ich brudne sekreciki kawałek po kawałku i zbudowałem z nich potężną górę. Mało jest rzeczy o których nie wiem. Lub przynajmniej nie było.

– Więc chcesz abym nauczyła się tego, co wiesz o Śmierciożercach?

– Między innymi – potwierdził – Ale nie jest to najważniejsza rzecz, jakiej musisz się nauczyć. Moim największym zadaniem jest pomóc Ci w staniu się tym, kim już jesteś.

Przewróciła tylko oczami – Oh, proszę – jęknęła – Nie odstawiaj mi tutaj jakiejś gadki Yody!

Dzięki Minewrze i jej niekończącym się opisom mugolskich filmów mógł właściwie skojarzyć ten komentarz, i obdarzył ją szerokim uśmiechem. Ale tylko na chwilę.

– Masz niesamowite umiejętności Hermiono – powiedział cicho – i jesteś szpiegiem. Jednak w pewien pokręcony sposób wciąż starasz się być „normalną". Chcesz wmieszać się w tłum uczniów tej szkoły. To jest niemożliwe. Jesteś jak płonąca pochodnia, podczas gdy oni są co najwyżej drżącymi płomykami świec. Musisz to zaakceptować. Tak samo jak musisz przestać szukać ich towarzystwa, czy zrozumienia.

Przestał mówić, chcąc by dobrze zrozumiała jego słowa. Jej brązowe oczy milcząco wpatrywały się w jego twarz. Było to okrutne wobec niej. Wiedział jak bardzo starała się od samego początku. Już od pierwszych dni swojego pierwszego roku szkolnego starała się dopasować, zawrzeć przyjaźnie, być normalną pod każdym względem. Ale to nie działało już od początku. Obserwował jej kolejne niepowodzenia, obserwował gdy znalazła schronienie w roli nieszkodliwego mola książkowego.

– Nie jesteś jedną z nich Hermiono – kontynuował, mówiąc jej to samo, co przed laty powtarzał sobie, niekończącą się litanię, która sprawiała, że ból ustępował, – Poza tymi pokojami nie ma nikogo, komu mogłabyś zaufać. Cały świat jest twoim wrogiem i nie możesz sobie pozwolić by ktokolwiek znalazł na ciebie haka.

Już wystarczy, powiedział mu jego wewnętrzny głos, albo znowu się załamie. Teraz, pozwól jej się wyżyć!

Nagle zaczął krytycznie przyglądać się jej ciału, co sprawiło, że poczuła się niekomfortowo.

– Powinno wystarczyć – powiedział, wstając prędko – Chodź ze mną Hermiono.

Sama przyjrzała się sobie w zakłopotaniu, ale nie zauważyła niczego szczególnego poza ubraniami, które dzisiaj założyła - szerokie bawełniane spodnie i ciemnoczerwoną koszulkę. Co do cholery zamierzał, zastanawiała się, ale wiedziała, że nie był w nastroju do odpowiadania na pytania.

Więc poszła za nim, na zewnątrz jego komnat i klasy, ciesząc się, że miała trochę czasu dla siebie. Na prawdę był mistrzem manipulacji. Ciemna chmura przygnębienia zniknęła, zastąpiona przez kłębowisko emocji których nawet nie potrafiła odpowiednio nazwać.

Łopocząc czarnymi szatami, Severus przeprowadził ją przez lochy naprzeciwko starych drzwi. Często zastanawiała się dokąd prowadzą, gdy natrafiła na nie błąkając się po szkole. Zawsze były zamknięte i opierały się jej każdemu zaklęciu. Gdy Severus przyłożył swoje dłonie do gałki drzwi, a wzrok skoncentrował na małym otworze w drewnie, wiedział już dlaczego.

Wypełniło ją podniecenia. Kiedy ostatnio otwierał drzwi w ten sposób, wprowadził ją do cudownego świata książek i bezpieczeństwa. Co pokaże jej tym razem?

Jednak ku jej lekkiemu rozczarowaniu za otwartymi drzwiami zaczynała się raczej bezpłciowe kręte schody. Świetnie, dokładnie to czego teraz potrzebuję, wymamrotała pod nosem, Schody!

Severus obrócił się w jej stronę, jakby słysząc co powiedziała i uśmiechnął się szeroko.

– Odkryłem to miejsce krótko po tym, jak zostałem profesorem eliksirów – wyjaśniał jedwabistym głosem, w którym nie słyszało się nawet cienia zmęczenia, jednocześnie wspinając się po jakichś tysiącu schodków, – Musiało być używane przed laty jako miejsce spotkań jakiegoś klubu, jednak gdy urządziłem je trochę inaczej, idealnie spełniało moje wymagania. W szczególności schody. Są rewelacyjnym przygotowaniem.

Dotarli do końca schodów i stanęli ponownie przed ciężkimi drewnianymi drzwiami. Znów się uśmiechnął. – Zdejmij buty, proszę.

Klęknęła posłusznie obok niego, rozwiązując sznurowadła i kładąc swoje buty obok jego czarnych i wypolerowanych.

Wtedy otworzył drzwi i gestem zaprosił ją do środka.

Rozglądając się w zdumieniu weszła do dużego pokoju o wystroju tak innym od normalnego stylu Hogwartu, że aż musiała sprawdzić widok za oknem, aby upewnić się, że wciąż jest w zamku. Nadal w nim byli i wnioskując z pozycji gór i jeziora, gdzieś we wschodnich wieżach.

– To jest sala do ćwiczeń – wyszeptała zaskoczona, oglądając lustrzane ściany, podłogę wyłożoną matami i zamknięte szafki stojące obok luster. – Co będziemy robić? Pojedynkować się?

–I dlatego tak przyjemnie jest ciebie nauczać Hermiono – powiedział sarkastycznie – masz tendencję do samodzielnego wyciągania właściwych wniosków.

Znów zarumieniła się, jednak mógł prawie że zobaczyć jak poruszają się trybiki w jej głowie.

– Ale powiedziałeś, że nie będziemy pracować nad zaklęciami czy transmutacją – zaprotestowała.

– I nie będziemy – zgodził się – Wiedza z książek nie pomoże ci w trudnej sytuacji. Nie potrzebujesz oficjalnej etykiety pojedynków, potrzebujesz nieczystych zagrywek.

Patrząc jej w oczy rozluźnił ciało i uśmiechnął się do niej ironicznie.

– Na przykład byłabyś całkowicie bezradna, gdyby napastnik zrobił... tak.

Mówiąc to, mocno zamachnął się pięścią w stronę jej twarzy, chcąc wyhamować cios dokładnie przed jej wystraszonymi oczyma.

Nie był jednak przygotowany na perfekcyjnie wykonany blok, który używając siły jego uderzenia obrócił go w lewo, odsłaniając jego prawą stronę. Oraz na małą pięść, która nagle spoczywała na jego gardle, na grdyce, będąc dokładnym.

– Walka siłowa? – zapytała, jakby ich rozmowa nigdy nie została przerwana i jakby to nie ona prawie zmiażdżyła tchawicę swojego profesora, – Ale myślałam, że nauczysz mnie jakichś zaklęć i uroków!

Opuściła ręce i odsunęła się od niego. Przez chwilę po prostu tam stał, rozcierając gardło i patrząc się na nią nieobecnym wzrokiem.

– Nigdy nie przestajesz mnie zadziwiać – powiedział w końcu – Gdzie do cholery się tego nauczyłaś?

Uśmiechnęła się szeroko.

– Od mojej ciotki. Była mistrzynią sztuk walki. Uczyła mnie kiedy byłam młodsza i podczas letnich wakacji. Niezbyt wiele potrafię, ale wykształciłam kilka... odruchów.

Prychnął. – Bardzo dobrze. To powinno nam ułatwić kilka rzeczy.

– Zapewne oszalałbyś, ucząc mnie podstaw w tym wieku – zgodziła się z nim – Ale dlaczego to ma znaczenie?

– Ponieważ zaskoczenie jest najlepszą bronią szpiega – odpowiedział – „Prawdziwi" czarodzieje prawie zawsze uważają tylko swoją magię za broń. Dobre kopnięcie lub cios w odpowiednim momencie może zmienić wynik każdej walki. Możesz się również odnieść do tych technik, gdy twoja magia jest słaba, nie chcesz lub nie możesz jej użyć. Nie potrafię policzyć jak często przez te lata ratowało mi to życie .

Przez chwilę wyobraziła sobie Severusa Snape'a i jego czarne szaty wirujące wokół niego podczas pojedynku we wschodnich sztukach walki, podobnego do tego, który widziała w filmach. Nie mogła powstrzymać uśmieszku. Jednak to wyobrażenie nie było na tyle silne by wybić ją z rytmu.

– Co do tego masz pewnie rację – zgodziła się po namyśle – Raz uderzyłam... Dracona, na trzecim roku. Wydawał się być kompletnie rozbity. Naprawdę zszokowany. Nie tak, jakby oberwał zaklęciem, czy klątwą, raczej jakby nie mógł zrozumieć, dlaczego użyłam siły fizycznej. Potem uciekł – zakończyła, uśmiechając się szeroko, przypominając sobie ten moment.

– Nigdy mi o tym nie powiedział – powiedział Severus. Kąciki jego ust drgały w uśmieszku, gdy wyobraził sobie spanikowany wyraz twarzy Dracona. – A teraz pokaż mi ile nauczyła cię ta twoja ciotka!

Znała tylko ograniczoną liczbę bloków, ciosów i kopnięć, ale opanowała je całkiem dobrze. A jej odruchy – jak udowodniła wcześniej – były doskonałe. Ogółem biorąc, trening jaki zawdzięczała swojej niesławnej ciotce dał jej dobre podstawy do tego wszystkiego, czego chciał ją nauczyć.

Jedynie jej kondycja była mniej niż zadowalająca. Czy było to spowodowane wydarzeniami ostatniej nocy, czy brakiem regularnych ćwiczeń, po pół godzinnym treningu zauważył, że jej serce bije jak szalone, w rytm kopnięć i ciosów.

Po kolejnych dziesięciu minutach walki była wyraźnie wyczerpana, siła jej ciosów słabła, jednak wciąż milczała, poza sporadycznym jękiem.

Kiedy jego oczy na chwilę przestały przyglądać się mięśniom jej ramion i brzucha, po których można było przewidzieć następny ruch przeciwnika, zauważył łzy płynące po jej twarzy.

Normalnie przerwał by trening już dawno temu, dając jej czas na złapanie oddechu i uspokojenie swojego ciała, ale to nie był normalny trening. Jej załamanie było dokładnie tym, na co liczył. Musiała to z siebie wyrzucić do cholery!

Walka była szansą na pozbycie się wszystkiego co było pod ścisłą kontrolą, ściśnięte i zduszone w środku, była szansą na uwolnienie emocji. Jednak choć jej ciało było mokre od potu i każda komórka jej ciała krzyczała ze zmęczenia, miała nad sobą kontrolę. Wyraz jej twarzy nie pokazywał nic więcej poza napięciem i zmęczeniem.

Zwiększył tempo. – No dalej Hermiono, pozbądź się tego – pomyślał, kierując niskie kopnięcie w stronę jej biodra, które zablokowała z większą siłą, niż była potrzebna – Wyzwól się.

– Jaki jest sens tego wszystkiego? – wykrzyczała nagle, wyprowadzając cios, który sparaliżowałby jego lewe ramię, gdyby nie skierował go na swoją prawą stronę – Dlaczego poświęcam się chodząc tam, chociaż nawet nie potrafiłam ocalić życia tym dzieciom? Co jest ze mną kurwa nie tak?

Mógłby jej odpowiedzieć, że to nie tak, że z nią jest wszystko w porządku, że nie mogła przecież ocalić wszystkich, że mimo wszystko udało jej się uratować pozostałe dwie rodziny.

Ale milczał. Ona już o tym wiedziała. Znała je w teorii, ale to nie powstrzyma poczucia winy, wstydu i gniewu przed zniszczeniem jej życia. Musiała się tego pozbyć.

Więc namówił ja do tego, testując jej siłę brutalnymi ciosami i kopnięciami, zmusił by przestała się tak ściśle kontrolować.

Jej ciosy i kopnięcia stały się bardziej nierówne i straciły swój wdzięczny rytm. Biła na oślep, nie zwracając uwagi, czy jej ciosy osiągały cel. Mógł ją teraz łatwo trafić. Zamiast tego, pozwolił jej kontynuować, blokując jej uderzenia, gdy było to konieczne.

– Dlaczego oni wszyscy umierają? – wykrzyczała w końcu załamanym głosem, który ścisnął jego serce, wyraźnie zapominając, że nie jest sama, i że on może ją usłyszeć – Oni wszyscy odchodzą, a ja nie mogę tego powstrzymać! Oczy tych dzieci są wypalone w moich snach... Kurwa mać!

Zawyła, a jej ciosy stały się teraz tylko ślepą zgadywanką.

Ostrożnie i delikatnie złapał jej nadgarstki i przytrzymał je, przyciągając ją do siebie. Teraz zanosiła się płaczem, w końcu pozwalając sobie na słabość żałoby i, po chwili wahania, Severus otoczył ją ramionami. Opadła w jego objęcia.

Od tłumaczki: Bardzo przepraszam za tak długą przerwę. Niestety studia medyczne mają swoje prawa. Wbrew powszechnej opinii, nie zrezygnowałam z tłumaczenia. Zmieniłam również formę zapisu dialogu, zgodnie z Waszymi sugestiami. Wcześniej zapisywałam ją tak, jak autorka. Dajcie znać, co sądzicie o tym rozdziale, czy widzicie jeszcze cos do poprawienia.

Wielkie podziękowania dla Mysiszczurek za bardzo szybkie sprawdzenie i poprawienie tekstu.