W poniższym rozdziale występuje mała zawartość Snape'a w Snape, ale mam nadzieję, że nikt z czytelników nie będzie miał nic przeciwko temu, że w opowiadaniu pojawiają się wątki poboczne ;)

W stosunku do pierwszej wersji opowiadania w tej wprowadziłam drobną zmianę, wykorzystując informacje o McGonagall, które zostały ujawnione na Pottermore. W tym rozdziale w jednym miejscu pojawia się wzmianka o siostrze i jej dzieciach. Skoro wiadomo już, że Minerwa żadnej siostry nie miała, tylko dwóch braci, wspomnienie o siostrze automatycznie zmieniło się we wspomnienie o braciach, a domniemani siostrzeńcy i siostrzenice odpowiednio w bratanków i bratanice.

Podziękowania za beta-reading dla Milennn i Nadii.

Rozdział 21

Inne spojrzenia

— Nie rozumiem, jak ty w ogóle możesz z nim rozmawiać! — powiedział Michael Corner z wyraźnym niezadowoleniem.

Tim Wilmar podniósł wzrok sponad rozłożonej na bibliotecznym stole książki i spojrzał ze zdziwieniem na kolegę z roku.

— O co ci chodzi? — zapytał, marszcząc brwi.

— O Howlera. Przecież to Ślizgon!

Wilmar tylko wzruszył ramionami.

— Zupełnie normalny facet. Pogadaliśmy chwilę o quidditchu, i tyle.

— Tobie to tylko quidditch w głowie. — Michael pokręcił głową. Zabrzmiało to co najmniej osobliwie w ustach kogoś, kto sam grał w szkolnej drużynie.

— Proszę o ciszę — napomniała ich sucho Irma Pince, piorunując wzrokiem zza swojego biurka.

— Zaraz wychodzimy — mruknął Wilmar. Spojrzał krytycznie na treść swoich notatek z zaklęć. Wyglądało na to, że będzie musiał wrócić do biblioteki jutro po południu, bo potrzebne mu książki znajdowały się jedynie w czytelni. Ale zaraz, przecież jutro był czwartek, mieli zarezerwowane boisko na trening... Kapitan drużyny na pewno nie mógł go opuścić. Po paru godzinach uganiania się za kaflem i opanowywaniu lekkiego chaosu, który pojawił się w drużynie po ostatniej przegranej, na pewno będzie tak zmordowany, że ostatnią rzeczą, o której pomyśli, będzie nauka. Zupełnie nie po krukońsku. Cóż, wobec tego skończy pracę w piątek albo w weekend.

— Zbieramy się? — zapytał Michael, zwijając swój pergamin.

Tim tylko skinął twierdząco głową.

Kiedy oddawali Pince wypożyczone z czytelni książki, bibliotekarka patrzyła na dwóch Krukonów jak na przestępców, bo wcześniej ośmielili się zamienić ze sobą ze trzy zdania. Wielkie rzeczy, nikomu nie przeszkadzali. W bibliotece było już prawie zupełnie pusto. I tak zaraz ją zamykano.

Ledwie znaleźli się na korytarzu, Corner podjął temat, o którym Wilmar niemal zdążył zapomnieć:

— Te ślizgońskie szuje kapują o wszystkim Carrowom. Donieśli na Terry'ego Boota i Seamusa Finnigana, gdy tylko usłyszeli, że krytykują lekcje czarnej magii. I na Ginny Weasley, gdy stanęła w obronie tego pierwszorocznego Gryfona.

— Myślałem, że Carrow złapał ją na gorącym uczynku. Zobaczył, że stoi z różdżką nad jego siostrą i wszystkiego się domyślił.

— Tak, ale nie byłoby go tam, gdyby Crabbe i Goyle go nie powiadomili. Dobrze, że dziewczyny ściągnęły Vector, bo inaczej z Ginny byłoby naprawdę kiepsko. Mówię ci, jak jest, stary. Po prostu uważaj, z kim się zadajesz.

Tim nie wiedział, co odpowiedzieć. Wiedział za to, że Michael, a także Terry i Tony, byli zaangażowani w podziemną działalność skierowaną przeciwko Śmierciożercom, na czele której stali jacyś Gryfoni. Cała trójka od czasu do czasu wymykała się w nocy. Łatwo było to skojarzyć z buńczucznymi napisami, które pojawiały się na murach Hogwartu. Jeszcze na piątym roku wszyscy robili tajemnicze aluzje na temat potajemnej nauki obrony przed czarną magią, jakby usiłowali wybadać, czy nie chciałby do nich dołączyć, ale Wilmar nigdy nie wykazał większego zainteresowania tematem. Teraz, kiedy próbował zagadnąć któregoś z nich o Gwardię Dumbledore'a, udawali, że nic o tym nie słyszeli. Nabrali wody w usta, ale ewidentnie coś było na rzeczy...

— A ja myślę, że nie wszyscy Ślizgoni są tacy źli — usłyszeli beztroski, jakby rozmarzony głos.

Obydwaj Krukoni, zaskoczeni, obejrzeli się przez ramię. Nawet nie zauważyli, że tuż za nimi z biblioteki wyszła Luna Lovegood. Poruszała się właściwie bezszelestnie, bo na nogach miała czerwone trampki z miękką, gumową podeszwą. Odruchowo zatrzymali się, by mogła ich dogonić.

— Niektórzy z nich są dla mnie trochę niemili, ale reszta nie jest zła. Właściwie to nie zwracają na mnie uwagi — powiedziała beztrosko, dołączając do dwójki starszych kolegów.

Michael tylko przewrócił oczami, najwyraźniej mając ugruntowaną opinię o całym domu Slytherinu, ale Tim poczuł się trochę głupio, bo uświadomił sobie coś innego. Jeżeli to Ślizgoni byli dla niej „niemili", to co należało powiedzieć o kolegach i koleżankach z jej własnego domu, a zwłaszcza z roku? Uważano ją za klasowego dziwoląga, śmiano się z jej sposobu bycia, przezywając Pomyluną. Lovegood często padała ofiarą głupich kawałów. Chowano jej rzeczy albo zabierano torbę, którą nagminnie zostawiała w różnych miejscach. Zawsze reagowała na to spokojem i jakby lekkim zaskoczeniem, nigdy nie okazując złości.

Sam raz napomniał jakichś wyjątkowo bezczelnych smarkaczy, bo uważał, że naprawdę przegięli, ale nic więcej nie zrobił. Z drugiej strony, czy to nie prefekci powinni rozwiązać ten problem?

— Rozmawialiśmy już o Ślizgonach, Luna — odezwał się Michael. — Nie tylko Crabbe'owi i Goyle'owi spodobały się lekcje Carrowów. Trzeba na nich uważać i... — urwał, jakby nie chciał powiedzieć za dużo.

Tim zerknął na Cornera podejrzliwie. Rozmawiał z Lovegood? Kiedy? Odkąd to łączyły ich koleżeńskie stosunki?

Luna potknęła się o rozwiązane sznurowadła, o mało co się nie przewracając. Wilmar machinalnie schylił się po upuszczoną przez nią książkę, zastanawiając się, czy ona też była zaangażowana w działalność tej całej Gwardii. Trzymała się przecież z Weasley i z tym chłopakiem... Jak to on się nazywał? Chyba Longbottom. Obydwoje wyglądali na zaprzyjaźnionych z Potterem. Nie do wiary, jak mało wiedział o panujących w szkole układach. Chyba faktycznie powinien czasami zsiąść z miotły i zainteresować się tym, co działo się poza boiskiem.

Od korytarza, prowadzącego prosto do wejścia na spiralną klatkę schodową, która wiodła do ich domu, dzieliło ich już tylko kilkanaście kroków, gdy nagle zza zakrętu wychynął Amycus Carrow.

— Oho, będą kłopoty — mruknął Michael.

Śmierciożerca natychmiast dostrzegł trójkę Krukonów i ruszył w ich kierunku, odcinając im jedyną drogę do schodów. W garści trzymał różdżkę. Tim miał niejasne przeczucie, że Carrow ma ogromną chęć się do czegoś przyczepić.

— No, no, włóczycie się po korytarzach o tej godzinie? — powiedział z paskudnym uśmiechem, spoglądając na trójkę uczniów.

„Ta godzina" to było dokładnie pięć po ósmej. Każdy normalny nauczyciel, nawet najbardziej surowy, jak McGonagall, udzieliłby im zaledwie napomnienia i odesłał do domu. Ale dla Carrowa był to doskonały pretekst do ukarania ich szlabanem. Nie potrafił dorwać tej całej Gwardii, więc żeby wyrobić normę, starał się złapać byle kogo.

— Wracamy z biblioteki... panie profesorze — powiedział Corner przez zaciśnięte zęby.

— Z biblioteki? — zapytał Carrow podejrzliwie.

— Z biblioteki — potwierdziła Luna. — To takie miejsce, w którym trzymają książki.

Gdyby powiedział to któryś z chłopców, Carrow niewątpliwie uznałby to za prowokację, ale w ustach Luny zabrzmiało tak rozbrajająco szczerze, że Śmierciożerca najwyraźniej był zbity z tropu.

— Tak czy inaczej, opuszczanie domu po dwudziestej jest zabronione — stwierdził Carrow.

— Oczywiście, panie profesorze — powiedziała Luna zgodnie. — Ale my nie opuściliśmy domu. My do niego wracamy.

Wydawało się, że Carrow nie wie, jak zareagować. Tim spojrzał na młodszą koleżankę z uznaniem. Może jeszcze trochę takiej gadki, a uda im się wywinąć?

— W dodatku łamiecie zarządzenie dyrektora.

— Jakie zarządzenie? — zdziwił się Wilmar.

— O zakazie spotkań trzech i więcej osób — powiedział Carrow ze złośliwą satysfakcją. — Będzie szlaban.

— Przecież to jest jakiś absurd — wyrwało się Michaelowi.

— Coś się nie podoba? — Carrow uniósł różdżkę.

— Jakieś kłopoty, profesorze Carrow? — zapytał ktoś spokojnie.

— Czego? — warknął Śmierciożerca, oglądając się. — Aaa, to pani — powiedział, uśmiechając się szeroko.

Z głębi korytarza nadeszła profesor Sinistra. Spojrzała przelotnie na trójkę uczniów.

— Coś się stało?

Tim był niemal pewien, że Carrow odburknie, że to nie jej sprawa, ale Śmierciożerca niespodziewanie zaczął się tłumaczyć:

— No, przyłapałem ich tutaj na korytarzu po czasie. No, to znaczy było już po dwudziestej.

— Wracaliśmy z biblioteki, pani profesor — wyjaśnił Wilmar, wyczuwając szansę. Z jakichś bliżej nieznanych powodów Carrow odnosił się do Sinistry nad wyraz uprzejmie. Gdyby to był jakiś inny nauczyciel, ta konwersacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Uczniowie już nie raz byli świadkami, jak ordynarnie dwójka nowych nauczycieli odnosi do starszej części kadry, nie okazując im ani cienia szacunku.

— Wobec tego wszystko jasne — powiedziała Sinistra lekkim tonem. — Nie widzę powodu, by karać tych uczniów.

Carrow zastanawiał się przez chwilę. Trójka Krukonów spoglądała z zaniepokojeniem to na Śmierciożercę, to na nauczycielkę astronomii. A potem nieoczekiwanie Carrow po prostu schował różdżkę i wymamrotał pod nosem:

— Skoro pani tak twierdzi...

— Możecie iść. Wracajcie do swoich dormitoriów — powiedziała Sinistra do uczniów, a Carrow nie zaprotestował.

Krukoni, nie wierząc we własne szczęście, pośpiesznie skorzystali z tego pozwolenia, tak zdumieni takim obrotem sprawy, że nawet nie wymamrotali żadnego podziękowania. Tylko Luna, jak gdyby nic się nie stało, życzyła obojgu nauczycielom dobrej nocy.

— Jak ona to zrobiła? — zapytał Michael, gdy znaleźli się już na schodach wiodących do drzwi ich domu. — Rzuciła na niego jakiś urok, czy co?

— Nie mam pojęcia — odparł Tim, ale po chwili pewna myśl przyszła mu do głowy: — A może on po prostu na nią leci?


Sinistra zaczekała aż trójka Krukonów bezpiecznie dotrze do wejścia na spiralną klatkę schodową. Carrow wciąż nie wyrzekł ani słowa ani nie zrobił nic, by ich zatrzymać.

— Trzeba było ich ukarać — powiedział wreszcie niezadowolonym tonem.

— Nie stosuje pan zasady domniemania niewinności? — zapytała Auriga z pewnym roztargnieniem. Teraz myślała tylko o tym, jak pozbyć się towarzystwa Śmierciożercy.

— Czego? — zdziwił się Carrow.

— Nie każdy uczeń, którego spotka pan na korytarzu, musi mieć coś na sumieniu.

— Doprawdy? — Skrzywił się. — Wszyscy ci smarkacze coś kombinują. No, ale dla pani zrobiłem wyjątek... — dodał szybko, starając się, by zabrzmiało to uprzejmie.

Sinistra spojrzała na niego, nie okazując śladu poruszenia.

— O nic nie prosiłam — odparła.

Odwróciła się, by odejść, ale Carrow ruszył za nią.

— Nie wiedziałem, że ma pani dzisiaj dyżur... — zagadnął, zrównując się z nią.

Sinistra miała wielką chęć odpowiedzieć mu, że wystarczyło zapoznać się z grafikiem – jak dotychczas dane w nim zawarte nie były utajnione.

Carrow przez jakiś czas milczał. Auriga zerknęła na niego z ukosa. Wyglądał tak, jakby rozpaczliwie szukał jakiegoś tematu do rozmowy.

— Merkury pięknie świeci tej nocy — wydusił z siebie wreszcie.

— Zwłaszcza, że to Jowisz — mruknęła Sinistra, nawet nie patrząc na nocne niebo, widoczne za wysokimi, wykuszowymi oknami zamku.

— Ach, no tak. Jowisz.

Znów zapadła niezręczna cisza. Każdy normalny facet zrozumiałby, że nie ma już na co liczyć, ale Carrow najwyraźniej nie miał zamiaru łatwo dać się zniechęcić.

— A jakie ma pani plany na wieczór? — wypalił znienacka.

— Dyżur — odparła zwięźle Auriga.

— A potem?

— Lekcje.

— Jakie lekc... A! No tak, obserwacje. A jeśli niebo będzie zachmurzone?

— Nie zanosi się na to.

— Ale gdyby jednak...?

— Wtedy uczniowie będą musieli pomęczyć się trochę dłużej na wykładzie.

— Widzę, że trudno o wolne wieczory, ale może... jednak znalazłabyś dla mnie trochę wolnego czasu, co?

Sinistra zatrzymała się. Carrow, nieco zaskoczony, również.

— Nie jesteśmy ze sobą po imieniu — odparła z lodowatą uprzejmością, patrząc mu prosto w oczy. — I nie, nie sądzę, żebym znalazła dla pana czas, profesorze Carrow.

Śmierciożerca wydawał się nie tyle urażony, co zdumiony tak stanowczą odmową.

Auriga wiedziała, że nie powinna stawiać sprawy na ostrzu noża. Carrow nie był dżentelmenem, któremu wystarczyło powiedzieć „nie". Ale nie chciała też prowadzić z nim żadnej gry. Gdyby tylko pomyślał, że choć trochę odwzajemniła jego zainteresowanie, nie dałby jej spokoju.

Mocno zaciskając palce na różdżce, którą oświetlała sobie drogę, odeszła, nie oglądając się za siebie. Carrow na szczęście nie ruszył za nią, ale czuła na plecach jego spojrzenie. Tak naprawdę nie wiedziała, co by zrobiła, gdyby spróbował ją zatrzymać. Rzuciła na niego urok?

Amycus pozostał sam na ciemnym korytarzu, zły i rozczarowany. Co poszło nie tak? Przecież naprawdę starał się być miły. Jeszcze z żadną kobietą się tak nie cackał jak z tą Sinistrą, a ona tak po prostu spławiła go bez mrugnięcia okiem! Wyobrażała sobie, że to wystarczy, by go zrazić? Nic podobnego. Cholernie mu się podobała i nie miał zamiaru łatwo zrezygnować.

— Ach, więc tak chcesz? No dobra — powiedział do siebie cicho i uśmiechnął się do własnych myśli.


Ginny była kompletnie wykończona. Rano pewnie by zaspała, gdyby jej koleżanki z dormitorium nie narobiły tyle hałasu, wchodząc i wychodząc z komnaty, i jak zwykle sprzeczając się o to, która pierwsza idzie do łazienki, gdy jakaś się zwolni. Ginny oprzytomniała w mgnieniu oka, wyskakując z łóżka natychmiast, gdy tylko zdała sobie sprawę, która jest godzina. Poranne przygotowania załatwiła błyskawicznie, o mało co nie łamiąc grzebienia przy rozczesywaniu włosów.

Pośpiesznie spakowała książki i pergaminy do szkolnej torby, starając się nie myśleć o niedokończonej pracy domowej z transmutacji. Odrabianie szlabanów pochłaniało cały jej wolny czas. Miała coraz większe zaległości w nauce, ale nauczyciele, doskonale wiedząc, jaka jest sytuacja, okazywali jej sporo wyrozumiałości. Poza Carrowami, rzecz jasna. Obydwoje dobrze ją zapamiętali. Była pewna, że kiedy tylko skończy szlaban u Snape'a, trafi na kolejny u któregoś z rodzeństwa. Chyba, że wcześniej znajdą sobie kogoś innego do dręczenia.

Na śniadanie zeszła razem z koleżankami, ale prawie z nimi nie rozmawiała. Zastanawiała się, jak w ogóle mogły cały czas gadać o chłopakach i przejmować się klasówką z zaklęć. I tak szybko zapomnieć o Joanne, drobnej, sympatycznej blondynce, która zajmowała w ich dormitorium łóżko przy oknie i interesowała się zielarstwem. W tym roku nie wróciła do szkoły – jako mugolaczka nie miała prawa się w niej uczyć.

Słuchając, jak Gwen i Alice sprzeczają się o jednego chłopaka – najwyraźniej obydwu wpadł w oko Tony Goldstein z siódmego roku, Ginny mimowolnie pomyślała o Harrym. Gdzie teraz był? Co się z nim działo? Może właśnie teraz znajdował się w śmiertelnym niebezpieczeństwie? A Ron? I Hermiona? Czy wszyscy byli wciąż razem, czy może... Poczuła lodowaty ucisk strachu, na samą myśl, że coś im się mogło stać.

— Hej, co z tobą? — zagadnęła ją Meagan. — Wczoraj późno wróciłaś, chyba po północy.

— Coś koło tego — mruknęła Ginny. W dodatku o mało co nie wpadła na Carrowa. Śmierciożerca na szczęście jej nie zauważył, pewnie wracał do swoich komnat po skończonym dyżurze, bo szedł na siódme piętro, tak samo jak ona.

— Wampir bardzo cię wymęczył?

Ginny skinęła głową.

— Nie mogę już patrzeć na te wszystkie świństwa, które on trzyma w tej swojej pracowni. Dwa dni spędziłam na samym selekcjonowaniu składników eliksirów.

— Och, więc tym kazał ci się zajmować?

— Nie torturował mnie, jeżeli o to ci chodzi — powiedziała Ginny zirytowanym tonem. — Widocznie ma bardziej tradycyjnie podejście do szlabanów niż Carrowowie.

Meagan wyglądała tak, jakby nie do końca jej wierzyła.

— No, ale masz już koniec — powiedziała, najwyraźniej chcąc podnieść ją na duchu.

Ginny nic nie odpowiedziała. Nie miała ochoty jej mówić, że czekało ją kolejne siedem dni szlabanu.

Gdy znalazły się w Wielkiej Sali, zostawiła koleżanki przy końcu stołu i poszła dalej, dostrzegłszy w oddali Neville'a i sporo wolnych krzeseł obok niego. Zauważyła, że Meagan, Alice i Gwen usiadły razem – dwie ostatnie po lewej stronie, skąd miały doskonały widok na Tony'ego, siedzącego przy stole Krukonów razem z kolegami ze swojego roku.

— Cześć — powiedziała, zajmując miejsce obok Neville'a.

— Cześć — odpowiedział Neville. — Trzymasz się jakoś?

— Jakoś tak — odparła Ginny, nasypując sobie do miski kukurydzianych płatków śniadaniowych.

— Coś się stało? — Neville spojrzał na nią uważnie.

Ginny przez chwilę nic nie odpowiedziała. Sięgnęła po dzbanek z mlekiem.

— Dostałam kolejny tydzień szlabanu — powiedziała wreszcie.

— Co takiego? Za co?

Ginny zamieszała zawartość swojej miski.

— Za głupotę — odparła z niezadowoleniem. — Nie chcę o tym teraz mówić... — urwała, widząc, że zbliża się do nich Leicester, kapitan drużyny Gryfonów.

— Sie ma — przywitał się, opadając na krzesło obok Weasley. — Słuchaj, Ginny, jeżeli zagrasz jako szukająca, tak jak się umawialiśmy...

— Nie zagram.

— Ale jak to? — wyjąkał.

— Tak po prostu. Dostałam zakaz gry w quidditcha.

Leicester wyglądał tak, jakby solidnie oberwał tłuczkiem.

— Ale my nie mamy nikogo innego na twoje miejsce!

— Wciągnij kogoś z listy rezerwowej — powiedziała Ginny dość obojętnym tonem. Nie była teraz w stanie myśleć o quidditchu. Kiedy organizowano drużynę na ten rok, nawet nie pomyślała, że sama mogłaby kandydować na kapitana. Ostatecznie został nim Danny Leicester z piątego roku, szalenie przejęty swoją nową rolą. Wprowadzał dużo zamieszania i wydawało się, że nie do końca ogarniał wszystkie sprawy, ale nie było nikogo lepszego. — Masz chyba listę rezerwową, co?

— No, ale nikt się nie nadaje.

Ginny odłożyła łyżkę do miski, starając sobie przypomnieć wszystkich ludzi poznanych na tegorocznych testach do drużyny.

— Leeds — powiedziała wreszcie. — Cahill. I jeszcze taki jeden wysoki chłopak, nie pamiętam jego nazwiska. Z trzeciego roku.

— Ten, co się prawie w ogóle nie odzywał? — podchwycił Danny.

— Dokładnie.

— To Johnny Weird. No dobra, i co z nimi?

— Każdy nadawałby się na szukającego. Sprawdź ich.

— Ale Leeds i Cahill grają przecież jako ścigający... A Weird... No nie wiem, nieźle wypadł na testach, ale...

— Nie wiem, to ty jesteś kapitanem.

Leicester zamilkł, najwyraźniej intensywnie się namyślając. Wreszcie zerwał się z krzesła i poszedł w kierunku części zajmowanej przez trzecioklasistów. Ginny westchnęła. Chciałaby, żeby skład drużyny na mecz był teraz jej największym problemem.


Severus nigdy nie lubił tracić czasu, a szlabany z Weasley pochłaniały go zdecydowanie zbyt dużo. Co prawda kiedy miał ją na oku, nie mogła narazić się Carrowom, ale to była jedyna dobra strona tej całej sytuacji. Wkrótce zorientował się, jak kiepski sposób wybrał by utemperować tę zarozumiałą i upartą dziewczynę. Zamiast sprawić, by nabrała trochę pokory, znalazł się na najlepszej drodze do tego, by uczynić z niej nowego bohatera Gryffindoru.

To, że Weasley podpadła dyrektorowi, nie było już żadną tajemnicą. Większość szkoły cicho ją wspierała. Każdego dnia Snape spodziewał się, że Minerwa zabierze głos w jej sprawie, ale ona wciąż milczała jak zaklęta. Może dlatego, że miała wiele zmartwień dotyczących innych uczniów, którzy trafiali na szlabany do Carrowów. A Alecto i Amycus nie zlecali im tak nieszkodliwych prac jak szorowanie kociołków i zajmowanie się składnikami eliksirów.

Jeżeli z tych dwóch tygodni męczenia się z Weasley miało coś wyniknąć, musiał trochę zmienić sposób działania. Postanowił z tym zaczekać do ostatniego dnia jej szlabanu.

W środę Gryfonka zjawiła się w pracowni jak zwykle punktualnie. Zapukała cicho do drzwi i wślizgnęła się do środka, gdy usłyszała wypowiedziane zimnym tonem „proszę".

Na pewno sądziła, że Snape wymyśli z okazji ostatniego dnia jej kary coś wyjątkowo paskudnego. Raczej nie spodziewała się, że kiedy wejdzie do pracowni, ujrzy dyrektora spokojnie przygotowującego eliksir, stojącego przy tym samym blacie, przy którym przez minione dni zmagała się ze znienawidzonymi pracami.

— Dobry wieczór — powiedziała po długiej chwili milczenia, najwyraźniej chcąc zwrócić jego uwagę. Wciąż stała na progu, czekając na jego ruch. Snape zdawał się zupełnie ją ignorować.

Severus ledwie na nią zerknął, zajęty precyzyjnym odmierzaniem dwudziestu mililitrów jadu żmii. Cóż za odmiana! Czternaście dni minęło nim wydusiła z siebie jakieś powitanie. Najwyraźniej nie miała ochoty znów mu się narazić i zarobić kilka kolejnych dni szlabanu.

— Siadaj — powiedział, wskazując gestem krzesło stojące przy regale, na którym znajdowały się słoje z preparatami.

Weasley usłuchała, nie spuszczając z niego oka. Wyczuwał jej narastające zdenerwowanie. Spokojnie siekał korzonki, nie spiesząc się. Niech się trochę pozastanawia, o co w tym wszystkim chodzi.

Minął dobry kwadrans, nim dodał do mikstury ostatni składnik – świeżo wyciśnięty sok z liści difenbachii. Powoli zamieszał eliksir, który szybko zaczął gęstnieć i zmieniać barwę z żółtawej na białą jak mleko.

Podszedł do zlewu i starannie umył ręce. Sok difenbachii był silnie trujący. Wiedział, że Weasley przez cały czas bacznie go obserwuje, a wszystkie jej pourywane myśli biegną ścieżkami zmierzającymi w kierunku jednego pytania – czemu naprawdę ma służyć całe to przedstawienie? Wytarł ręce w szary ręcznik leżący przy zlewie i dopiero wtedy zajął się Weasley.

— Dzisiaj nie będzie pracy — powiedział wreszcie. — Za to sobie chwilę porozmawiamy.

Gryfonka wydawała się naprawdę zaskoczona. Śmierciożercy przecież z nikim nie dyskutowali, a już na pewno nie z uczniami, tylko po prostu narzucali swoją wolę.

— Twój szlaban dzisiaj dobiegł końca — powiedział Severus, stając naprzeciwko niej. Oparł się lekko o blat stołu i splótł ramiona na piersiach. — Wiesz, za co zostałaś ukarana. Gdyby przypadkiem przyszło ci do głowy kolejny raz złamać regulamin... Radzę ci się wcześniej dobrze zastanowić nad konsekwencjami swojego postępowania. Następnym razem nie będę tak pobłażliwy.

Weasley nic nie powiedziała, więc mówił dalej:

— Nie przyszło ci do głowy, jak wysoką cenę za twoje występki mogą zapłacić inni. Na przykład profesor McGonagall, która odpowiada za twój niezdyscyplinowany dom. Ale trudno oczekiwać, że ktoś z was pomyśli o waszych nauczycielach, prawda?

Gryfonka opuściła wzrok, wciąż nic nie mówiąc i skubiąc rękaw szaty.

Severus uznał, że pora przypuścić ostateczny atak.

— Sądzisz, że nie wiem, co teraz porabia twój brat?

Spojrzała na niego z przestrachem. Teraz zupełnie nie potrafiła zapanować nad swoimi emocjami. Nic dziwnego zresztą, wielu ludzi tego nie potrafiło.

— Ron... Ron jest chory... — wydusiła z siebie, ale tak nieprzekonująco, że nawet Carrowowie by w to nie uwierzyli.

— Ach tak, oczywiście — uśmiechnął się kpiąco. — W taką naiwną historyjkę mogło uwierzyć ministerstwo. A może jest razem z Potterem?

Weasley pobladła jeszcze bardziej.

— Ja... Ja nie wiem, gdzie jest Harry — powiedziała. Czyżby sądziła, że odwróci tym jego uwagę od swojego brata?

— Dziewczyno, gdyby był chociaż cień podejrzeń, że jest inaczej, nie miałabyś teraz szansy, by mnie o tym przekonywać.

Zaczekał, aż dotrze do niej znaczenie jego słów.

— Jednakże... Ja nie jestem tutaj po to, żeby zajmować Potterem czy twoim bratem. Zresztą, to tylko kwestia czasu, nim zostaną ujęci. Nie, moim zdaniem jest Hogwart, a moim problemem twoje zachowanie, Weasley. Sądzisz, że szlaban jest najgorszym, co może cię spotkać? Mylisz się. Zastanów się, co twoje nieposłuszeństwo może sprowadzić na twoją rodzinę. Wystarczy jedno moje słowo, a twój ojciec straci pracę w ministerstwie. I będzie to najmniejsza z nieprzyjemności, jakie spotkają twoich bliskich — powiedział dobitnie.

— Nie... nie może pan... — powiedziała drżącym, zduszonym głosem, ale urwała, gdy zdała sobie sprawę, jak bezsensowny jest ten protest. Opuściła głowę.

Severus posunął się do otwartej groźby. Dotychczas starał się tego unikać, w pełni zdając sobie sprawę z konsekwencji. Tutaj nie było już szansy, by się wycofać, nie wzbudzając jednocześnie podejrzeń. Ale jeżeli teraz strach o rodziców nie pohamuje tej dziewczyny, to nic innego tego nie zrobi. Weasleyowie i tak byli już źle postrzegani przez władze, od dawna zakwalifikowani jako zdrajcy krwi. Severus dziwił się ich lekkomyślności, powinni się ukryć dawno temu. Artur przecież dobrze wiedział, jak źle wyglądają sprawy w ministerstwie. Kiedy skończą z mugolakami, zabiorą się zapewne za sprawdzanie, kto nie jest dość dobrym czarodziejem...

— Chciałabyś coś powiedzieć, Weasley? — zapytał Snape niemal łagodnym tonem.

— Nie — odparła, starając się ukryć łzy.

— To dobrze. Zastanów się nad tym, co ci powiedziałem. Możesz odejść.


Słowa Śmierciożercy wciąż tłukły się jej po głowie, gdy opuszczała lochy. Jak on mógł o tym wszystkim tak spokojnie mówić, takim bezwzględnym, zimnym, rzeczowym tonem? Chyba aż do tej chwili nie dopuszczała do siebie myśli, że coś naprawdę mogłoby grozić rodzicom albo...

— Coś się stało, panno Weasley?

Zamyślona, o mało co nie wpadła na profesor McGonagall. Wymamrotała jakieś nieskładne przeprosiny. Najchętniej wyminęłaby ją i jak najszybciej odeszła, ale zdawała sobie sprawie, że byłoby to wyjątkowo nieuprzejme.

McGonagall spojrzała na nią przenikliwie. Oblicze opiekunki Gryffindoru wydawało się równie surowe jak zwykle, ale Ginny miała wrażenie, że w jej oczach dostrzegła niepokój.

— Odnoszę wrażenie, że dzisiaj szybko skończyłaś swój szlaban u profesora Snape'a — zauważyła profesorka.

— Tak... tak jakoś wyszło.

— Dzisiaj był ostatni dzień. — To było stwierdzenie, nie pytanie. — Chyba, że wydarzyło się coś jeszcze?

— Nie. Tym razem nie.

— Więc poprzednio był jakiś powód?

Ginny zawahała się. Nie chciała przyznawać się, czym tak naraziła się Snape'owi tydzień temu, że przedłużył jej szlaban. Tym bardziej wolała uniknąć rozmowy o tym, co usłyszała od niego przed chwilą.

— Oni nie potrzebują powodów, pani profesor — powiedziała wreszcie.

Niemal spodziewała się, że McGonagall zacznie drążyć temat. Ale nauczycielka tylko powiedziała gorzko:

— Tak, to prawda. Nie potrzebują.

Ginny znów przypomniała sobie słowa Snape'a. Czy z McGonagall też rozmawiał tak samo jak z nią? Pod jaką presją musiała się znajdować, skoro godziła się na wszystko, co robili Śmierciożercy? Przecież ona też miała rodzinę. Ginny przypomniała sobie, że coś słyszała o jakichś braciach i bratankach czy bratanicach... A może do zastraszenia jej wystarczyła groźba, że coś się stanie jej uczniom? Wydawało się, że takich ludzi jak McGonagall nie da się złamać. Ale od kilku tygodni nauczycielka transmutacji była wyraźnie przygaszona. Czy Snape odkrył i wykorzystał jej słaby punkt?

— Jest już późno, niech pani lepiej wróci prosto do domu, panno Weasley — powiedziała opiekunka Gryffindoru. — I... niech pani będzie ostrożna — dodała dziwnie ochrypłym głosem.

Ginny skinęła głową. Wszystkie akcje Gwardii, buńczuczne napisy namalowane na ścianach wydawały jej się teraz zupełnie bez sensu. Co mogli tym właściwie osiągnąć? Chyba tylko zirytować Snape'a. I sprowadzić kłopoty na innych, na swoich nauczycieli w pierwszej kolejności. Wchodziła powoli po schodach na siódme piętro, wciąż myśląc o działaniach Gwardii. Co właściwie dotychczas zrobili? Drobne złośliwości wymierzone w Carrowów, nieudana próba kradzieży miecza... Co w ich sytuacji zrobiłby Harry? Aż zatrzymała się na półpiętrze, gdy nagle coś sobie uświadomiła. Właściwie to było tak oczywiste, że powinni o tym od razu pomyśleć...

Musiała porozmawiać z Nevillem jeszcze tego samego wieczoru. W pokoju wspólnym go nie było, poszła więc do jego dormitorium.

— Ginny, już wróciłaś ze szlabanu? — zdziwił się na jej widok, odrywając się od partii szachów, w które grał z Seamusem.

— Tak, nieważne. Musimy zwołać spotkanie Gwardii, całej.

— Jest jakiś szczególny powód? — zapytał Seamus. Ostatnio unikali tłumnych zebrań, zwłaszcza po zaostrzeniu regulaminu.

— Tak, to ważne.

— Coś się stało? — zaniepokoił się Neville, odwracając się od szachownicy. Jego figury natychmiast skorzystały z tej chwili nieuwagi. Skoczki i gońce, najbardziej niezdyscyplinowane w całym zestawie, błyskawicznie rozbiegły się po planszy, opuszczając swoje pozycje.

— Po prostu... przemyślałam kilka rzeczy i sądzę, że trzeba trochę zmienić sposób działania.


Liza Vector zapaliła papierosa i stanęła przy blankach okalających wschodnią wieżę Hogwartu. Lubiła to miejsce. Górowała nad nią tylko Wieża Astronomiczna, najwyższa w zamku, i roztaczał się stąd wspaniały widok na najbliższą okolicę. Mało kto tutaj przychodził; widocznie uczniowie mieli lepsze miejsca na schadzki. A już na pewno preferowali te, które były położone niżej.

Zakazany Las powoli tonął w zapadającym zmroku. Nad czubkami drzew krążyło stadko testrali, które z tej odległości, z swoimi nietoperzymi skrzydłami i długimi, cienkimi szyjami, przypominały dziwaczne, karłowate smoki. Najwyraźniej wyruszyły na wieczorne łowy. Przeniosła wzrok na przycupniętą tuż przy ciemniej ścianie lasu chatę Hagrida. Gajowy wyszedł ze swojego domu z kuszą na ramieniu i Kłem przy boku, wyruszając na cowieczorny obchód przyzamkowych terenów. W oddali w Hogsmeade zapaliły się już pierwsze światła.

Wysoko w górze wiatr przeganiał po niebie chmury, formując coraz bardziej niezwykłe kształty. Było bardzo zimno, w listopadowym powietrzu dał się już odczuć powiew zbliżającej się zimy. Liza ściślej otuliła się rdzawoczerwonym płaszczem, który zarzuciła na siebie, wychodząc.

Zerknęła na Wieżę Astronomiczną. Czy kiedykolwiek uda im się zapomnieć, co się tam stało, czy już zawsze będzie wisiał nad nią cień Mrocznego Znaku? Jak w ogóle Auriga mogła tam normalnie pracować...?

Kiedy stracili Albusa, świat jakby na chwilę się zatrzymał. Aż do tamtego czerwcowego dnia łatwo było zapomnieć, że na zewnątrz toczyła się wojna. Ale wojna dotarła również do nich. Teraz tak naprawdę nikt nie mógł czuć się bezpiecznie.

Może trzeba było stąd odejść, kiedy jeszcze mieli szansę? W końcu nikt ich nie zatrzymywał. Liza wiedziała, że w Hogwarcie będzie źle. Ale poza nim mogło być jeszcze gorzej. Gdzie mogliby znaleźć miejsce ci, których w nowej rzeczywistości uznano za wrogów systemu?

W takich chwilach myślała o swoich bliskich: o rodzicach i dwóch młodszych braciach, a przede wszystkim o mężu, którego nie widziała już od tylu miesięcy. Rzadko pisała do nich listy, wiedząc, że musiałyby przejść przez gęste sito cenzury. Poczta przychodząca i wychodząca z Hogwartu była ściśle kontrolowana. Co zresztą miałaby napisać? Zapewnić, że wszystko jest w porządku, kiedy nic w porządku nie było?

— Myślałam, że rzuciłaś.

Liza poczuła się niczym przyłapana na gorącym uczynku uczennica. Pogrążona w myślach, nie usłyszała nadejścia Sinistry. Obejrzała się. Auriga znów rozpuściła włosy, zupełnie nie dbając o konwenanse, a na ramiona narzuciła błękitny szal, zbyt cienki, by dobrze chronić przed jesiennym chłodem.

— To z nerwów — mruknęła Vector.

— Coś takiego. — Sinistra uniosła brwi w lekkim zdziwieniu. — Po tobie nigdy nie widać zdenerwowania.

Podeszła do niej i przystanęła obok, opierając się o blanki. Swoim zwyczajem spojrzała w niebo, w ogóle nie poświęcając uwagi temu, co działo się w dole. Zachodzące słońce nadawało chmurom niezwykłe barwy. Z jednej strony przybrały odcień głębokiego fioletu, z drugiej promienie zabarwiły je na żółtopomarańczowo. Wysoko, ponad kłębiastopierzastymi chmurami, wiatr rozciągnął delikatne cirrusy, przypominające ościste szkielety ogromnych ryb.

— Jutro znów będzie padać — zauważyła Auriga. — Kolejny kiepski dzień na obserwacje.

— Skąd wiedziałaś, gdzie mnie znaleźć? — zapytała Vector.

— Nie było cię w twojej komnacie. Pomyślałam więc, że jesteś tutaj. Zawsze tu przychodziłyśmy... — urwała.

Obydwie pomyślały o tym samym. Kiedyś często przychodziły tutaj we trójkę. Z Charity.

Miała najkrótszy staż ze wszystkich nauczycieli i była z nich najmłodsza. Puchonka z wyboru i z powołania, cieszyła się powszechną sympatią. Od Lizy i Aurigi dzieliło ją prawie dziesięć lat, ale szybko złapała z nimi dobry kontakt. Przegadały razem wiele godzin i nawet się zaprzyjaźniły. Żadna z nichz nie przypuszczała, że dzień zakończenia roku szkolnego, przyspieszony ze względu na tragiczne okoliczności, będzie zarazem ostatnim, w którym widziały ją żywą. Zniknęła bez śladu zaledwie parę tygodni później, tuż po publikacji jej artykułu w „Proroku Codziennym". Nikt z nich nie wierzył, że porzuciłaby posadę i wyjechała za granicę. Stanowczo zaprzeczyła temu też jej rodzina.

A potem, na zebraniu w sierpniu, Minerwa zakomunikowała im krótko, że Charity została zamordowana przez Śmierciożerców. Ktoś związany z Zakonem w jakiś sposób zdobył tę informację. Myśl, że spotkał ją tak okrutny koniec, była nie do zniesienia.

— Z nami będzie to samo, prawda? — Vector zgasiła papierosa na murze i zlikwidowała niedopałek jednym ruchem różdżki.

— O czym ty mówisz? — Sinistra zmarszczyła brwi.

— To samo, co z Charity. I z Albusem. Nie wyjdziemy z tego żywi — powiedziała cicho Liza.

— Nikt nie wie, co będzie — odparła Auriga. — Musimy po prostu... postarać się jakoś przetrwać.

— A jak myślisz, jak długo będziemy im potrzebni?

Sinistra w milczeniu odgarnęła z twarzy pasmo włosów, które rozwiewał silny wiatr. Nikt nie znał odpowiedzi na to pytanie.

— I tak teraz nie mamy już wyjścia — powiedziała.

— Nie, teraz już nie.

Żadna z nich nie była zaangażowana bezpośrednio w działalność Zakonu. Nie należały do najbardziej zaufanych ludzi Dumbledore'a. A jednak obydwie, tak jak pozostali, czuły się zobowiązane, by zostać w Hogwarcie i chronić uczniów tak długo, jak było to możliwe. To niezwykle, w jaki sposób Dumbledore potrafił wpłynąć na ludzi.

Czy Auriga też myślała teraz o tym samym? Liza spojrzała uważnie na przyjaciółkę. Od jakiegoś czasu miała wrażenie, że coś ją martwi, coś więcej niż sytuacja panująca w szkole. Ale zapytanie o to wprost nie miałoby sensu, Sinistra nigdy lubiła się zwierzać.

— To znowu coś z nim? — zagadnęła Liza, starając się podejść do tematu naokoło. — Z Severusem? — Nie wiedziała, dlaczego wciąż nazywali go po imieniu. Był przecież mordercą, zdrajcą, który przez lata prowadził z nimi podwójną grę. A jednak dla nich wszystkich wciąż pozostawał Severusem.

— Co takiego? Dlaczego pytasz?

— Podobno miałaś jakieś spięcie z Minerwą — powiedziała Liza. — I znowu poszło o coś związanego z nim.

— Skąd o tym wiesz? — zdziwiła się Sinistra.

— Od Rolandy.

— Ach, no tak. Rolanda jest zawsze świetnie poinformowana — mruknęła Auriga.

— I o co chodziło?

— A co, Rolanda ci nie powiedziała? — zapytała Sinistra nieco uszczypliwie.

— Powiedziała, ale chciałam usłyszeć to od ciebie.

— Wiesz, co ich wszystkich absorbuje od dwóch tygodni — powiedziała Auriga po chwili zastanowienia, bezwiednie nawijając na palec jeden z frędzli swojego szala. — Pomona i Minerwa rozmawiały o szlabanie Weasley w pokoju nauczycielskim... Zastanawiały się, dlaczego go jej przedłużył i czym mogła mu się tak narazić... Więc powiedziałam... A, niepotrzebnie w ogóle się odzywałam.

— Ujęłaś się za nim?

— Co za nonsens! Po prostu powiedziałam, że mógł ją oddać Carrowowi, a wtedy byłoby z nią gorzej. A one od razu to jakoś dziwnie zinterpretowały.

Tę część Vector znała już dobrze z relacji Hooch. Dla McGonagall i Sprout sposób rozumowania Sinistry był całkowicie niezrozumiały. W gruncie rzeczy reszta grona pedagogicznego podzielała ich zdanie.

— Ty wciąż masz jakieś wątpliwości, prawda?

— A ty nie? Zdaje się, że sama do niego poszłaś — zauważyła Sinistra.

— Owszem, bo w przeciwieństwie do Carrowów, z nim można spróbować coś wynegocjować. Ale jeżeli on tylko zauważy, że masz do niego jakąś słabość...

— Nie mam do niego żadnej słabości — zaprotestowała Auriga.

— Nazwij to jak chcesz. Zawsze bardzo go lubiłaś. I on o tym wie. Kiedy tylko nadarzy się ku temu okazja, natychmiast bezwzględnie to wykorzysta.

— Daj spokój, nie zamieniłam z nim słowa od tygodni...

— I tak właśnie powinno być. A poza tym... Nie pomyślałaś, że to on może mieć coś wspólnego ze śmiercią Charity? Może to on ją wydał? Albo nawet...

— Zamordował? — dokończyła Sinistra. — To właśnie chciałaś powiedzieć?

Vector spojrzała w stronę Zakazanego Lasu. Jeden z testrali wzbił się wysoko w powietrze, mocno bijąc skrzydłami, trzymając w pysku krwawy ochłap, który, sądząc po porożu, był chyba kiedyś jeleniem. Kilka innych drapieżników rzuciło się za nim w pościg, najwyraźniej chcąc mu wydrzeć zdobycz.

— A myślisz, że miałby jakieś skrupuły? — zapytała Liza martwym głosem.

Auriga opuściła głowę, jej ramiona opadły.

— Nie, myślę, że by nie miał — powiedziała cicho.

c.d.n.