Rozdział 21

Skradali się ostrożnie, starając się nie wydawać żadnych dźwięków. Patrzyli uważnie pod nogi w obawie przed tym, że na coś nadepną, potkną się i narobią hałasu, który zaalarmuje przebywającego z tyłu domu Chrisa. Musieli przeszukać wszystkie pokoje. Colin aż się spocił na tę myśl. A co, jeśli Chris trzymał płytę przy sobie? Wtedy już po nich. Albo się poddadzą, albo wdadzą się w bójkę. Bradley potrafił się bić, ale Colin stanowił marnego towarzysza. Kurde, trzeba było wyciągnąć na tę akcję Toma albo któregokolwiek z rycerzy! Każdy sprawdziłby się lepiej niż Colin… Ale wtedy musieliby ich wtajemniczyć w całą drakę, a to mogłoby być problematyczne.

Bradley zatrzymał go, wyciągając rękę. Palcem wskazał na drzwi pokoju po ich lewej stronie. Wślizgnęli się tam ostrożnie. Colin umierał ze strachu.

Pokój był strasznie zagracony. Pełno w nim było papierów, pirackich płyt z filmami i starych gazet. Na biurku koło zapomnianego, brudnego kubka leżał laptop. A na nim…

- Jest! – Bradley aż wytrzeszczył oczy z niedowierzaniem. – Płyta!

Sięgnął po kopertę leżącą na laptopie i zajrzał do środka, upewniając się, czy to na pewno ona. Colin aż nie mógł uwierzyć w ich fart.

- Jest. Super. Super – Bradley uśmiechał się. Zacisnął palce na dysku. On też nie dowierzał. Zajrzeli do pierwszego pokoju z brzegu i od razu sukces!

- Zmywajmy się – przypomniał Colin.

- Tak – zgodził się Bradley, odzyskując nagle zdrowy rozsądek. – Za mną!

Ruszył przodem, osłaniając Colina całym swoim ciałem. Nawet mimo dramatyzmu sytuacji Colin nie był w stanie zignorować faktu, że ramiona Bradleya były chyba dwa razy szersze od jego. Serce zabiło mu mocniej. Był strasznie zdenerwowany, ale cieszył się, że Bradley jest z nim. I że te szerokie ramiona były jego domem.

Colin tak zagapił się w plecy swojego chłopaka, że aż stracił na chwilę koncentrację. Przestał patrzyć pod nogi, co okazało się kolosalnym błędem.

Potknął się o leżący na podłodze kij od szczotki i przewrócił się prosto na Bradleya, który rozpaczliwie starał się złapać równowagę i w rezultacie oparł się o wieszak, który poleciał wraz z nim na podłogę.

- Kurwa mać! – zaklęli zgodnie, próbując wygrzebać się spod kurtek, które zleciały na nich wraz z wieszakiem. Wpadli w panikę. Poziom adrenaliny podskoczył im do maksimum.

- Szybciej, Bradley! – popędzał Colin, popychając go i pomagając mu dźwignąć się w górę. Sam miał problemy ze wstaniem. – Pospiesz się!

- Nie szarp mnie! To twoja wina, debilu! Jak ty łazisz, łamago!

- Dobry wieczór panom – usłyszeli głos.

W przedpokoju rozbłysło światło, a ich oczom ukazał się Chris i stojący za jego plecami Andy. I choć to Andy był wyższy i umięśniony, to Chris robił nieporównywalnie większe wrażenie. Colin pierwszy raz widział go na żywo, pierwszy raz stał z nim twarzą w twarz. Rozpoznał go z nagrania. Był szczupły, choć nieco bardziej masywny od niego z zaczesanymi gładko czarnymi włosami i lodowatym spojrzeniem szaroniebieskich oczu, które mroziło aż do szpiku kości. Ale wyglądał inaczej niż na filmie. Jego twarz była opuchnięta i posiniaczona, lewe oko podbite, a liczne rany nie zdążyły się jeszcze zagoić. Colin aż bał się wyobrazić sobie, jak musiał wyglądać tuż po bójce z Bradleyem.

Bradley wygrzebał się spod stosu ubrań i stanął przed Colinem, osłaniając go. W ręku wciąż trzymał płytę.

- Miałem nadzieję, że już cię więcej nie zobaczę – kontynuował Chris, zupełnie jakby prowadzili niezobowiązującą pogawędkę przy herbacie. – Czyżbyś się za mną stęsknił? Tak bardzo brakowało ci naszego pikantnego filmiku? A może chcesz przeprosić za to, co mi zrobiłeś?! – krzyknął nagle, podchodząc bliżej, żeby mogli przyjrzeć się jego twarzy.

- Przeprosić? Żądasz przeprosin, skurwysynie?! Nie będę cię przepraszał. Z taką gębą nikogo już nie wyrwiesz. Nikogo już nie oszukasz!

- Och, dlaczego jesteś dla mnie taki niemiły, Bradders? W LA byłeś zupełnie inny.

- Nie nazywaj go tak! – krzyknął Colin nagle. Nie miał pojęcia, co w niego wstąpiło. Oszalał do reszty. Tylko on miał prawo mówić tak do Bradleya!

Chris dopiero teraz okazał mu zainteresowanie.

- Widzę, że przyprowadziłeś ze sobą swojego kochanka – zadrwił. – Robi się coraz ciekawiej. Gdybyście byli na tyle uprzejmi, żeby okazać sobie czułość, a mój przyjaciel Andy by to nagrał… Brukowce by oszalały. Colin Morgan i Bradley James są parą. Jak uroczo. To co? Nagrywamy? Andy, wyjmij kamerę.

- JA CI KURWA DAM KAMERĘ!

Colin z przerażeniem usłyszał swój głos. Był tak wściekły na Chrisa, tak bardzo go nienawidził, tak cholernie chciał mu dać nauczkę, że aż nie mógł się powstrzymać. Tego było już za wiele. O niczym nie marzył tak bardzo, jak o tym, by rozkwasić mu tę bezczelną gębę i stłuc go na kwaśne jabłko. Przebudził się w nim jakiś pierwotny instynkt. Chciał bronić Bradleya. On, takie chucherko, chciał bronić starszego i silniejszego faceta! Wyłączył mu się rozsądek. Teraz rządziła nim tylko adrenalina. Przypomniał sobie wszystko, co o Chrisie opowiedział mu Bradley. O tym, jak go oszukał, jak nim manipulował, jak chciał na nim zarobić. Nikt nie miał prawa tak traktować Bradleya! Nikt, a już zwłaszcza taki palant jak Chris!

Rzucił się na niego z pięściami.

- COLIN! – krzyknął Bradley, ale nie zdążył go powstrzymać.

Wszystko działo się bardzo szybko. W jednej chwili Colin stał za plecami Bradleya, w drugiej już mierzył pięścią w zastygłą w wyrazie zdumienia twarz Chrisa. Niespodziewany atak zaskoczył mężczyznę, który zatoczył się i byłby upadł, gdyby nie Andy, który przytrzymał go od tyłu. Kipiący ze złości Chris chciał się zrewanżować. Rzucił się na Colina i pchnął go, ale nie zdążył go uderzyć, bo Bradley osłonił swojego chłopaka i rzucił Chrisem o ścianę z taką łatwością, jakby był szmacianą lalką.

Chris wrzasnął. Andy podążył mu z pomocą. Ruszył na Colina i Bradleya niczym opancerzony czołg, wyciągając ku nim ręce, jakby chciał ich chwycić i zgnieść w stalowym uścisku. Colin podstawił mu nogę i Andy wyłożył się jak długi. Radość Colina nie trwała długo. Upadający Andy pociągnął go za sobą i przygniótł go do podłogi.

Colin poczuł ból. Zrobiło mu się ciemno przed oczami, a żebra rozbolały go tak straszliwie, że był pewien, iż kilka złamał. Zaczął wierzgać nogami rozpaczliwie, ale Andy był zbyt ciężki. Przygniatał go całym swoim ciałem. Mierzył pięściami w jego głowę. Colin skupił się na unikaniu jego ciosów. Odwracał głowę i zmieniał jej położenie jak szalony, czując narastający ból w żebrach i wyciągniętej szyi.

- Bradley! – krzyknął. Nie wiedział, jak długo jeszcze wytrzyma.

Bradley ruszył w jego stronę, ale drogę zagrodził mu Chris. Dawni kochankowie stanęli naprzeciw siebie niczym w jakimś westernie. Brakowało im tylko pistoletów. Całe szczęście, że ich nie mieli, bo polałaby się krew. Colin nie wątpił w to ani przez chwilę. Chris wyglądał tak, jakby chciał Bradleyowi wypruć flaki, a Bradley zgrzytał zębami i oddychał ciężko, piorunując go spojrzeniem.

- I co teraz, Bradders? – wydyszał Chris, z premedytacją używając jego przezwiska. Colin warknął, a Andy przygniótł go jeszcze mocniej. – Gra skończona. Zaraz wrócą tu moi kumple, a wtedy nie będziecie mieli żadnych szans. Oddawaj płytę.

Bradley milczał przez chwilę, rozglądając się po pomieszczeniu w poszukiwaniu wyjścia. Obrzucił Colina wystraszonym spojrzeniem. Bał się o niego. Chciał zrezygnować, żeby go obronić.

- Nie rób tego! – krzyknął Colin. – Nie oddawaj mu płyty!

Andy zdzielił go ciężką ręką w głowę. Colin zobaczył gwiazdy. Miliony gwiazd.

- Jeszcze nie wrócili – usłyszał głos Bradleya.

Chris rzucił się na niego. Bradley nie ruszał się z miejsca do ostatniej chwili i kiedy wydawało się już, że Chris powali go na ziemię, zrobił unik, ugiął kolana i schylił się, podnosząc coś z podłogi, a potem z zadziwiającą szybkością wyprostował się i odepchnął Chrisa… kijem od szczotki.

Colin rozdziawił usta.

Chyba jeszcze nigdy nie był z Bradleya tak dumny.

Blondyn nie próżnował. Obrócił się razem z kijem, wymierzając Chrisowi cios, a potem oparł mocno kij na ugiętym kolanie i złamał go na pół z taką łatwością, jakby to była raptem cienka gałązka. Rzucił połowę Chrisowi, a drugi koniec kija chwycił w ręce, zupełnie jakby to był miecz.

- No dawaj – rzucił zachęcająco do oszołomionego Chrisa. – Teraz się ze mną zmierz, cieniasie! Zobaczymy, czy dasz radę w walce na miecze z królem Camelotu!

- On jest pojebany – wyjąkał Andy, wytrzeszczając oczy.

- O tak – zgodził się uwięziony pod nim Colin. – Jest.

Potem wszystko wydarzyło się równocześnie.

Chris rzucił się na Bradleya z połową kija od szczotki, trzymając prowizoryczną broń pokracznie, a blondyn z dziecinną łatwością sparował jego cios. Zaszarżował, a kije otarły się o siebie, stukając głośno. Bradley był niewiarygodnie szybki. Kij w jego rękach rzeczywiście zdawał się być mieczem. Blondyn na chwilę przestał być Bradleyem i stał się Arturem, królem i rycerzem Camelotu, bezwzględną maszyną do zabijania. Walkę na miecze miał we krwi. Uczył się jej już od wielu lat, a na planie Merlina posługiwał się stępionym mieczem tak dobrze, jak nikt inny. Przerzucał kij z ręki do ręki, obracał się, wyprowadzał ciosy z dołu i z góry, robił uniki i parował uderzenia z taką swobodą i gracją, jakby tańczył. Colin nie mógł oderwać od niego oczu. Mdlał z bólu, ale nawet to straciło znaczenie. Gdyby już wcześniej nie kochał Bradleya, to teraz z pewnością zakochałby się w nim na zabój. Nawet mimo grozy sytuacji potrafił docenić płynność jego ruchów, zachwycać się jego szybkością i wolą walki. Serce waliło mu jak młot. Jakimś cudem pokochał tego niemożliwego głupka tysiąc razy mocniej.

Dosłownie zatkało go z wrażenia.

W porę uzmysłowił sobie, że to jego szansa. Andy był równie oszołomiony jak on. Zapomniał się i zwolnił stalowy uścisk, a Colin zebrał w sobie resztki sił i zepchnął go z siebie z mocą, o którą by się nie podejrzewał. Przetoczyli się obaj po ziemi, a Colin podniósł się pospiesznie i stanął nad Andym, wyciągając ku niemu wyprostowaną rękę z otwartą dłonią.

- Radzę ci zmykać, Andy – powiedział najstraszliwszym głosem, na jaki go było stać. To była scena, a on był aktorem. Potrafił zagrać wszystko. W każdej sytuacji i z każdym człowiekiem. Potrafił wzbudzać prawdziwe emocje nawet mimo faktu, że grana przez niego postać była fikcyjna. Pora było się przekonać, jak to się przekłada na życie.

Przywołał na twarz uśmiech szalonego psychopaty, który właśnie uciekł z wariatkowa po wymordowaniu wszystkich swoich opiekunów. Zmarszczył brwi i rozciągnął usta w upiornym, przerażającym grymasie imitującym uśmiech.

- Twój Chris nie ma najmniejszych szans w walce z Arturem Pendragonem, królem Camelotu – wycedził doniosłym tonem. – Ale ty znalazłeś się w znacznie gorszej sytuacji – dodał przyprawiającym o ciarki szeptem. – Ty musisz się zmierzyć z Merlinem, najpotężniejszym czarodziejem wszechczasów!

Andy zaczął czołgać się do tyłu, mamrocząc coś niewyraźnie, ale Merlin nie znał litości dla tych, którzy chcieli skrzywdzić Artura. Ruszył na wroga wolno, ostrożnie stawiając kroki. Ani na chwilę nie spuszczał z niego wzroku. Mógłby przysiąc, że przerażonemu mężczyźnie zaschło w gardle. Cały aż pobladł ze strachu.

Wyciągnął rękę i wykrzyczał pierwsze lepsze słowa w języku smoków, które przyszły mu na myśl, zupełnie jakby był na planie Merlina i wzywał na pomoc Kilgharraha, ogromnego smoka. Jego głos zagrzmiał niczym grzmoty w czasie burzy.

- Non didilkai! Kar imiss, epsipass imalla soorkrat!

- KURWA! – zaklął Andy. Był przerażony. Osłaniał się przed Colinem, nie śmiejąc spojrzeć mu w oczy. Trząsł się jak osika. – Przestań! Kurwa, przestań! BŁAGAM!

- Katostar abore ceriss! - kontynuował niezrażony Colin, unosząc głos jeszcze bardziej.

W tej samej chwili Bradley niespodziewanie przerzucił swój prowizoryczny miecz z prawej ręki do lewej. Wykonał widowiskowy półobrót i uderzył Chrisa centralnie w czoło, a drugi cios wymierzył w jego brzuch. Chris zgiął się w pół, krzycząc z bólu, Andy bełkotał z przerażenia, a Colin darł się w języku smoków.

Chris upadł na ziemię, wpadając wprost na czołgającego się Andy'ego.

- Chodź! – krzyknął Bradley, odrzucając kij i porywając z powrotem wygniecioną kopertę z płytą. Drugą ręką chwycił dłoń Colina. – Chodź, Merlinie!

- Pożałujecie tego – wystękał Chris. – Pożałujecie!

- Chris, nie drażnij ich! – załkał Andy błagalnym tonem. – Te głupie plotki to prawda. Oni nie są normalnymi ludźmi. To reinkarnowani Artur i Merlin!

- Katicur me ta sentende divoless! – rzucił Colin na odchodne, nie mogąc się powstrzymać.

Andy wciąż wrzeszczał, kiedy wybiegali z domu, trzymając się za ręce.


Dobiegli szybko do pozostawionego dwie ulice dalej samochodu. Wskoczyli na przednie siedzenia, a Bradley wcisnął pedał gazu i ruszył, pędząc po pustej drodze.

- Ja pierdolę, to było EPICKIE! – wykrzyknął, śmiejąc się jak oszalały. – Najpierw rzuciłeś się na Chrisa… Ty się na niego rzuciłeś, żeby mnie bronić! Ty! W życiu tak bardzo nie chciałem cię pocałować, jak w tamtej chwili! A potem ten Andy normalnie zlał się w gacie ze strachu! Jak ty to zrobiłeś?! Cols, jesteś GENIALNY! – Bradley pocałował go w policzek. – Nigdy nie widziałem kogoś tak przerażonego!

- Ja tylko powtórzyłem parę wyuczonych zdań w języku smoków – odparł, wzruszając ramionami. – To ty byłeś niesamowity! Kurwa, człowieku, wziąłeś cholerny kij od szczotki, przełamałeś go na pół jak jakiś ninja, a jak zacząłeś walczyć… - Colin aż trząsł się ze śmiechu. Emocje i adrenalina robiły swoje. – Cholera, widziałeś minę Chrisa? Zgłupiał do reszty! A ty wymachiwałeś tym kijem jak mieczem, no ja pierdolę, w życiu nie widziałem lepszej akcji!

- Obaj byliśmy zajebiści! – zgodził się Bradley. – Aż żałuję, że ten przydupas Chrisa nie włączył kamery, bo byłoby co nagrywać!

- No! – zgodził się Colin. – Słyszałeś, co on powiedział? Że jesteśmy reinkarnacjami Artura i Merlina! I on w to uwierzył, naprawdę w to uwierzył!

- Byłeś cholernie przekonywujący, Cols. To była twoja najlepsza rola! – stwierdził.

- Ale to jeszcze nie koniec – zauważył.

Bradley rzucił mu pytające spojrzenie, a wtedy Colin sięgnął po płytę, którą odzyskali w iście epickim stylu. Wyjął ją z koperty.

- Czy ja mam to zrobić? – spytał.

Bradley spojrzał na płytę po raz ostatni.

- Tak – powiedział. – Zrób to dla mnie, Colin. Zrób to dla nas.

Colin jeszcze nigdy nie czuł takiej satysfakcji jak wtedy, kiedy chwycił dysk w obie ręce, przełamał go na pół i wyrzucił przez okno, aby rozjechały go koła samochodu.

- Być może Andy ma rację – powiedział Bradley, kiedy było już po wszystkim. – Być może naprawdę jesteśmy reinkarnacjami Artura i Merlina.

Colin zaśmiał się, a Bradley mu zawtórował.

Śmieli się głośno i wznosili triumfalne okrzyki przez resztę drogi do domu.