AN: Rodział miał się pojawić w święto Trzech Króli, ale ponieważ już dziś byli u mnie kolędnicy, to postanowiłam go wrzucić wcześniej.
Uwaga na dzieci, "Zmierzch" i sugerowane sceny erotyczne.
Dostali wolny dzień od treningów, ale mimo to Harry daleki był od odpoczywania. Po dwóch wywiadach, wizycie w szpitalu u chorych dzieci, zajęciach z hiszpańskiego i nakręceniu razem z Neville'm dwudziestosekundowej reklamy dla sponsora reprezentacji czekała go jeszcze długa rozmowa z Ritą Skeeter.
To ostatnie wymęczyło go najbardziej.
Za to powrót do pustego mieszkania przyniósł mu niezmierną ulgę. Żadnych puszek po piwie, pornosów i obaw, że gosposia doniesie Diggorym o dziwnym towarzystwie nocującym w ich lokalu.
Harry domyślał się, że to tylko stan chwilowy i Syriusz Black wkrótce zjawi się na kanapie w salonie. Musiał zmienić adres. Najlepiej zanim ojciec chrzestny wróci do miasta.
Spokoju zaznał tylko tyle, by zdążyć się wykąpać i poczytać, co się dzieje u znajomych z niemieckiej reprezentacji na fejsie.
Od remisu z Borussią Dortmund czuł się nieswojo. Spodziewał się wizyty Seamusa. Ostatnim razem wyskok z nim na miasto zakończył się dla młodego Niemca w ramionach zgrabnej blondynki. Gdyby nie jej talent, alkohol i widok drugiego kapitana uprawiającego z boku seks, Harry prawdopodobnie nie podołałby „zadaniu".
Seamus na pewno znów go wyciągnie na panienki. Na samą myśl miał ochotę zapaść się ze wstydu pod ziemię. Normalni, młodzi piłkarze mieli nadmiar testosteronu we krwi i nie cierpieli na impotencję widząc rozbierające się przed nimi dziewczyny. Harry bardzo chciał uchodzić za normalnego, młodego piłkarza. Podobało mu się w Madrycie.
Lubił tutejsze jedzenie, pogodę i większość kolegów w szatni. Miał możliwość dyskretnego podglądania Draco wychodzącego spod prysznica po sesji w klubowej siłowni. Dużo uczył się na treningach od Snape'a, o ile ten nie zachowywał się jak wrzód na tyłku. Po meczu nawet poklepał go po ramieniu i oznajmił, że nowy klubowy nabytek spisał się zadowalająco.
Zmierzch zastał Harry'ego nerwowo przechadzającego się po mieszkaniu, czekającego na brzęczyk domofonu. Dlatego też podskoczył na dźwięk schowanej w kieszeni komórki. Wyświetlacz pokazywał angielski numer kierunkowy. Zanosiło się na cotygodniową rozmowę z Cho Diggory.
Powoli przysunął telefon do ucha.
- Halo?... – usłyszał niepewny głos i szybki oddech dziecka – Pomocy…. Jest tam ktoś?...
- Bella?
Dziewczynka wydała z siebie odgłos pomiędzy jękiem a szlochem.
- Izabello – Harry natychmiast się poprawił – Co się stało?
Umysł podpowiadał mu najgorsze scenariusze, które doprowadziły dziewczynkę do wybrania przypadkowego numeru w telefonie rodziców i szukania ratunku u obcych ludzi.
- A ty?
- To ja. Harry.
Spróbował zachować spokój. Jeszcze brakowało tylko tego, by i on zaczął panikować.
- Harry, kto?
Zamknął oczy i policzył do pięciu.
- Kolega wujka Seamusa. Z Madrytu.
Dziecko wydało westchnięcie ulgi. Chyba schowało się pod kołdrę.
- To dobrze…
- Co się dzieje? – powtórzył pytanie.
- Niania… Niania Emily… kazała mi oglądać z nią straszny film… - odgłosy z drugiego końca Europy wskazywały, że Izabella Diggory wsadziła głowę pod poduszkę.
- Uciekłaś – zrozumiał Harry.
- Yhm.
- A mama z tatą?
- Na balu dla dorosłych.
- Mama na pewno pięknie wyglądała – szukał w myślach sposobu na oderwanie dziewczynki od tematu horrorów i nieodpowiedzialnych opiekunek.
- Cała na niebiesko. Jak wróżka. Wróżki są dobre.
Próbował przypomnieć, jak Greta bawiła się kiedyś biżuterią mamy, zanim wyrosła na wredną zdzirę próbującą za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę rodziców.
- Dała ci ponosić korale?
- Nie. Ale pomalowała mi paznokcie.
- Super!
- A tamta pani w telewizorze nie jest fajna – mała uparcie wracała do traumatycznych przeżyć – Tam był pan, taki sam jak tata i ona ciągle za nim chodziła. Próbował od niej uciec. Zabrał nawet braci i siostrzyczki, ale ona wciąż go wołała i mówiła tylko o nim. A kiedy wrócił, znów za nim łaziła i jęczała. A on był taki sam jak tata! – zakończyła płaczliwie – Ja nie chcę, żeby ona chodziła za tatą!
Harry przewrócił oczyma.
- I niania Emily kazała ci to oglądać?
- Tak! – wykrzyknik prawdopodobnie uszkodził mu błonę bębenkową w uchu – Powiedziała, że wszystkie dziewczynki to oglądają.
- Izabello, a ile ty masz lat?
- Prawie pięć.
Pytanie o wiek rozkojarzyło małą, a Harry dyskretnie przeklął niańkę, która postanowiła oglądać razem z dzieckiem romansidła dla nastolatek.
- Jak już będę duża, będę robić, co chcę!
O to akurat mógł być spokojny.
- Jesteś już prawie duża. Możesz nie słuchać niani Emily, kiedy wybiera filmy.
Po dłuższej chwili ciszy rozległo się pełne nadziei pytanie:
- Na pewno?
- Absolutnie. Wierzę w ciebie.
Harry wiedział, że dla dziecka nie ma większej motywacji. Kiedyś nieopatrznie powiedział coś podobnego Danielowi. Od tamtej pory zyskał w młodszym bracie największego fana.
- Jesteś super, Harry! – zapewniła go dziewczynka – Odwiedzisz mnie w Londynie?
Pytanie zupełnie zbiło go z tropu.
- Nie wybieram się szybko do Anglii.
Nie wybierał się nawet powoli. Kiepskie jedzenie, wisielcza pogoda i nie da się udawać przed dziennikarzami, że nie rozumie pytań.
- Ale kiedy będziesz już w Londynie, będziesz mnie odwiedzał? Proszę…
Smutny głos małej utonął w dzwonku domofonu. Harry zerknął na obraz z zewnętrznej kamery. Ernie wznosił wzrok do nieba i wyglądał jakby miał ochotę wyważyć drzwi. Roger Davies ciągnął go za koszulkę, wywalał język do kamery i zachowywał się kompletnie inaczej niż poważny dzieciak z Castilli, którego Snape przygarnął na treningi.
- Dobrze, Izabello – zgodził się szybko chcąc zakończyć rozmowę – Jak będę w Londynie, to zajrzę do ciebie.
Dziewczynka pisnęła ucieszona i zaczęła nagle szczebiotać po hiszpańsku:
- Te quiero, te amo. Me alegro...
-... Ale teraz też się wybieram na bal dla dorosłych.
- Tylko załóż białą koszulę. Mama mówi, że wszyscy panowie wyglądają wtedy ładnie. Pa! – doradziła mu córka Diggorych rozłączając się.
Nie miał czasu dokładnie przeanalizować tego, co się właśnie stało. Dwóch piłkarzy dobijało mu się do drzwi od ulicy.
- Och, Harry, błagam! Pomóż mi! Sam z tymi wariatami nie wytrzymam…
Prośby przytomniejszego z nich utonęły w gardłowym odgłosie, który brzmiał mniej więcej jak zapytanie:
- Wazzup!
Ernie opędzał się od Rogera Daviesa. Dzieciak podskakiwał, przytulał się do kolegi i cały czas pokazywał język do kamery.
- O co chodzi? – zapytał Harry marszcząc brwi.
- O to! – Ernie machnął ręką w stronę młodszego piłkarza – I o Seamusa. I o jego porąbane pomysły na integrację.
Zimny pot oblał Niemca. No tak. Przecież uległ pokusie wypożyczenia cudownego autka obrońcy w zamian za udział w szemranej przygodzie.
- Albo zbierasz tyłek na dół, albo wpuszczasz mnie do środka – Ernie postawił ultimatum.
- Już idę.
Zatrzęsło nim, kiedy wyszedł na dwór. W zwykłym dresie i czarnej bluzie z kapturem dałoby się wytrzymać, gdyby nie wiatr.
Przywitał się z obydwoma kolegami i natychmiast wyrwał Rogerowi papierosa z ust. Zgniótł go na chodniku.
- Jak mi jakiś fotoreporter zrobi zdjęcie z tobą i szlugiem przed moim domem, to ty będziesz się tłumaczyć Snape'owi – zagroził.
Davies zachowywał się dziś co najmniej dziwnie. Z reguły spokojny, nawet trochę nieśmiały w kontaktach z nowo poznanymi ludźmi, teraz nie mógł usiedzieć w miejscu. Objął Harry'ego mocno i popatrzył mu głęboko w oczy. Jego oddech miał słodkawy zapach.
- Kto ci wsadził kołek w tyłek i czy da się go usunąć?
Zielone oczy zlustrowały zimno młodszego kolegę, zanim Ernie pociągnął ich obu w kierunku zaparkowanej niedaleko srebrnej terenówki.
Przyciemniona szyba po stronie kierowcy zjechała w dół ukazując znudzoną twarz Seamusa Finnigana.
- Człowieku, już myślałem, że zasnąłeś.
- Przecież ci obiecałem.
Ernie wepchnął Rogera na tylne siedzenie, wydał westchnienie ulgi i wpakował się na fotel obok drugiego kapitana.
- Wskakuj na tył.
- Co?! Nie będę siedział obok tego ćpuna.
Na potwierdzenie jego słów Roger wyciągnął z bogato zdobionej cygarnicy skręta.
- Właśnie dlatego będziesz obok niego siedział – powiedział Seamus zachowując absolutną powagę – Jęczałeś mi całą drogę z La Fincy. Wolę Bambiego.
Ernie roześmiał się i pogłaskał Harry'ego po głowie. Ustąpił mu miejsca.
Finnigan odpalił silnik, włączył muzykę z mocnym rytmem i ruszyli w siną dal.
- To co ci tak długo zajęło?
Harry zakręcił się niespokojnie w fotelu. Za szybą znikały kolejne latarnie, ale samochód nie rwał z zawrotną szybkością. Na ulicach przybywało ludzi zmierzających do licznych barów, klubów i różnego kalibru przybytków oferujących rozrywkę.
- Miałem telefon z Londynu...
- Mam zacząć czuć się zazdrosny?
Przesunął wzrok na kierowcę. Seamus zerkał na niego kątem oka, ale cały czas uważał na to, co mają przed sobą.
- Jeśli gustujesz w wygadanych pięciolatkach.
- Do takich mam szczególną słabość. Potrafią człowieka okręcić wokół palca i nawet nie zauważysz, kiedy po kilku minutach jesteś gotów zrobić dla nich wszystko.
Harry uśmiechnął się. Drugi kapitan jego drużyny mógł być szantażującym młodszych terrorystą i idiotą, który o każdy drobiazg wykłócał się z trenerem, ale umiał też poprawić humor kolegom. Zawsze mogli na niego liczyć.
- Pół biedy, jeśli z tego wyrosną – zauważył wesoło.
- Wierz mi, Bambi, najczęściej nie wyrastają.
Ernie wetknął głowę między przednie siedzenia.
- To może tak, Cesarzu, wreszcie nas oświecisz i powiesz, dokąd jedziemy?
- Do Vallecas – poinformował ich beztrosko kierowca.
- Nie... Nie, nie – jęknął skrzydłowy – To nie jest to, o czym ja myślę, prawda?
- Ależ skąd! To jest sto razy fajniejsze.
MacMillan opadł na siedzenie, a Roger poklepał go bratersko po udzie, okadził dymem ze skręta i doradził rozluźnionym głosem:
- Stary, wrzuć na luz.
- Ja tylko tak mówiłem. Już pewnie dawno ich tam nie ma – Ernie próbował wyperswadować drugiemu kapitanowi nocną wyprawę – Sprzątaczka pewnie je dawno wyrzuciła, albo ktoś sobie wziął.
- A jeśli nie, to odzyskamy, co twoje – powiedział Seamus.
Harry posłał koledze z tyłu pytające spojrzenie.
- Moje korki – wyjaśnił zbolałym tonem Ernie – Po meczu z Rayo zapomniałem zabrać korków z szatni. Zostawiłem je obok kosza na śmieci. I teraz ten idiota chce się włamać na stadion.
Seamus wzruszył ramionami.
- Mogę zagadać do ochroniarzy, jak cię to tak uwiera.
- Nie!
- Ale czad!...
- Roger, daj mi dymka – Harry wyciągnął rękę do tyłu.
Młodszy kolega zwalił się całym ciężarem na oparcie jego fotela i poczęstował zapalonym skrętem.
Ernie patrzył na nich obu jakby co najmniej uwiedli jego dziewczynę.
Harry zaciągnął się dwa razy. Miał nadzieję, że ten zabieg pozwoli mu zaakceptować jakikolwiek plan zaproponowany przez Seamusa.
- Na trzeźwo tego nie zdzierżę – wyjaśnił zbulwersowanemu koledze.
Nagle na jego szyi zawisła para umięśnionych ramion. Moment później został nagrodzony mokrym, pachnącym gandzią całusem w policzek.
- Kocham cię, Bambi!
Seamus dostał ataku śmiechu i ledwie panował nad kierownicą. Harry przyłożył jeszcze raz skręta do ust.
- Tego też nie.
Drugi kapitan okazał się bardzo dobrze przygotowany na wyprawę. Kiedy już dojechali w okolice stadionu ligowych rywali, Seamus porzucił samochód przecznicę dalej i wydobył z bagażnika torbę z narzędziami.
Ubrani jak dresiarze, z kapturami na głowach podeszli pod ogrodzenie.
- Wszędzie ciemno – zauważył Harry skulony między kolegami za betonową ścianą.
Stadion był wciśnięty w środek blokowiska. Mieszkańcy sąsiadujących z nim budynków mieli prawdopodobnie lepszy widok niż kupujący bilety kibice. Jedno z wejść rozjaśniała mocna jarzeniówka, a pozostałe, podobnie jak postój, tonęły w mroku.
Roger zachichotał cicho.
- Goście się nazywają „Rayo" a nie stać ich by płacić za prąd...
Zgiął się we dwoje, bo sparaliżowany dotąd strachem Ernie dał mu mocnego kuksańca w bok.
- Ty nie wiesz, jak to jest, to siedź cicho – wysyczał – Twoi starzy nigdy nie mieli dylematu, czy zapłacić rachunki i mieć pustą lodówkę, czy kupić jedzenie i czekać aż im prąd odetną.
- Spokój, amigos. Nikogo tu nie okradamy. Przyszliśmy po swoje – przypomniał im Seamus – Mają najwyżej dwóch ochroniarzy i kamery. O tej porze pewnie piją kawę i oglądają powtórki Crackovii.
- Jak uruchomimy alarm, na pewno zaraz przyjedzie policja – powiedział spokojnie Harry – Wszystkie ważniejsze budynki mają bezpośrednią łączność z najbliższym komisariatem.
- Człowieku, to jest stadion Rayo a nie jakiś ważny budynek. Tutejsi nawet im po ścianach nie bazgrają.
- Chcesz powiedzieć, że jak nas złapią, to dostaniemy... – urwał swoją myśl Ernie.
Finnigan uniósł brwi.
- Wpierdol? Ale za to jaką będziesz miał motywację – rzucił każdemu po cienkiej kominiarce.
Harry ucieszył się w duchu. Spodziewał się prędzej, że drugi kapitan zaoferuje im po kawałku damskiej pończochy. Jeden wypalony skręt i od razu można z większym optymizmem patrzeć w przyszłość.
Seamus wyciągnął następnie łom i przeskoczył przez mur. Przebiegli kawałek otwartej przestrzeni. Kierowali się na wyczucie. Żaden z nich nie bywał tu często. Nawet Finnigan odwiedzał Vallecas tylko w autokarze „Królewskich" kiedy raz do roku grali z miejscową drużyną w lidze. Jak mieli więcej szczęścia, to zdarzało im się spotkać drugi raz w rozgrywkach Pucharu Króla.
Wszyscy trzej skupili się na niepozornej kłódce blokującej boczne wejście dla obsługi. Roger w tym czasie skupiał się prawdopodobnie na mrugających światełkach przelatującego nad dzielnicą samolotu.
- Cóż… - zagaił Seamus, kiedy budynek nie odpowiedział na jego dotyk przeraźliwym jękiem – Czasem przychodzi taki czas, kiedy prawdziwy mężczyzna musi udowodnić swoją męskość…
To mówiąc uniósł łom i z rozmachem rozwalił kłódkę.
- To… - Ernie nerwowo przełknął ślinę – Naprawdę nie jest dobry pomysł.
- Za moim kapitanem… - wysapał z tyłu Roger - … choćby w ogień.
Finnigan przygarnął najmłodszego z kolegów i poklepał go po ramieniu.
- Widzisz, Ernie, to się nazywa zaufanie. To podstawa pięknej, męskiej przyjaźni.
- Więc to chyba dobrze, że Charlie nosi opaskę – wtrącił się cicho Harry.
Nic się nie dało wyczytać z zasłoniętych twarzy MacMillana i Finnigana, ale skrzydłowy przewrócił oczyma i popatrzył na niego z politowaniem.
- Jego głos się nie liczy. Dzieciak jest naćpany.
- Oj tam zaraz naćpany – obruszył się Seamus wciąż głaszcząc Rogera po głowie – Wypalił tylko dwa skręty. Idziemy!
Wolną ręką popchnął drzwi i wciągnął młodego napastnika do środka.
- Nie zapytam, co wziął wcześniej, dopóki nie wyląduje na ostrym dyżurze u doktora Mungo naszprycowany nandrolonem, EPO czy czego tam teraz używają – wymamrotał pod nosem Ernie wchodząc za nimi.
Harry stał przez ułamek sekundy z otwartymi ustami. Kojarzył to nazwisko.
Wewnątrz musieli włączyć małe latarki, w które zaopatrzył ich Seamus. W korytarzach przewijał się ten sam motyw zapamiętany przez Harry'ego z szatni Rayo: białe ściany i czerwone kafelki.
Nie uszli jednak daleko, kiedy nad ich głowami rozbłysły świetlówki a za plecami usłyszeli rozgniewany głos.
- ¡Alto!
- W nogi! – zawołał Roger, ale Ernie zdążył chwycić go za kołnierz i obrócić w kierunku łysiejącego faceta w rozpiętym swetrze narzuconym na koszulę z emblematem firmy ochroniarskiej.
Harry w innych okolicznościach zachwyciłby się metodami nauczania stosowanymi przez seniorę Minervę, gdyby nie taser wycelowany w jego pierś i krótkofalówka przy ustach ochroniarza.
- Krok dalej, sukinsyny jebane, a tak was tym popieszczę, że wasza matka-dziwka was nie pozna!
Rozumiał każde wypluwane przez wkurzonego mężczyznę słowo.
Seamus, zawsze wyrywający się do przodu, zdjął kominiarkę i zaczął wylewnie przepraszać. Ernie dołączył do niego. Tłumaczył się, że przyszli tu tylko po jego korki. Ochroniarz poburkiwał coś o „pieprzonych Merengues", dzieciakach którym od pieniędzy poprzewracało się w głowie i że z chęcią zaraz wezwie policję oraz znajomego dziennikarza.
Tu chyba nawet chłopcy od podawania piłek i sprzedawcy nasion słonecznika mieli znajomych dziennikarzy.
Harry kilkakrotnie zamykał i otwierał usta. Jego dwaj bardziej wygadani koledzy na pewno już myśleli o skandalu i o materiale, który senior Slughorn będzie roztrząsał w swoim nocnym programie przez następny kwartał, albo o Sybilli Trelawney, która niechybnie znajdzie sposób, by za wszystko obwinić Snape'a. Niemiec miał to gdzieś. Bał się tylko kary wymierzonej przez trenera.
Snape mógł go uziemić na najbliższe mecze, wystawić dla kaprysu na prawym skrzydle lub oddać na półroczne wypożyczenie do Espanyolu.
- Lo siento… - poszukał w pamięci odpowiednich słów – To my już sobie pójdziemy. Przepraszamy, że włamaliśmy się na pańskiej zmianie.
Ostre spojrzenie spod krzaczastych, przyprószonych siwizną brwi wbiło się w niego z siłą tasera.
- Ty! Ty jesteś Potter?
Harry niepewnie skinął głową.
- Nie jesteś taki durny Merengue jak reszta.
Roger słysząc słowa „durny Merengue" postąpił krok do przodu. Kolejnego już nie zrobił, bo Harry podstawił mu nogę.
Krzaczaste brwi ochroniarza uniosły się w górę. Coś sobie skalkulował.
- Ale z durniami się zadajesz –westchnął i machnął ręką – Chodźcie za mną.
Pół godziny później przepraszając i dziękując prawie na kolanach za dobroć serca zostali wyrzuceni ze stadionu bogatsi o parę przydeptanych korków.
X X X
Czarnoskóra wyglądała jak królowa Afryki. Jej gładkie, szczupłe nogi ciągnęły się w nieskończoność. Wyszywana zielonymi cekinami sukienka pozostawiała naprawdę niewiele miejsca dla męskiej wyobraźni. Do tego poruszała się z taką niewymuszoną gracją, jaką posiadają kobiety urodzone w sercu czarnego lądu. Przypominała trochę te długodystansowe biegaczki z igrzysk olimpijskich, które przed startem wplatały kwiaty we włosy, a ich fryzury nie zniszczyła nawet najgorsza ulewa i największy wysiłek.
Intuicyjnie dostosowała się do kroków Finnigana i na parkiecie tworzyli naprawdę miłą dla oka parę. W tle przygrywał zespół na prawdziwych gitarach a nie żadne sztuczne techno. Ernie kupił swojej towarzyszce drinka i zostawił ją przy barze. Wrócił do ich stolika i usiadł obok Rogera, który właśnie pochłaniał drugi stek.
Tylko Finnigan potrafił w środku Hiszpanii znaleźć restaurację podającą typowo amerykańskie żarcie.
- Gruby będziesz – wypomniał młodszemu koledze skrzydłowy.
- To wszystko idzie w mięśnie – odparł z dumą Roger i napiął obnażony biceps – Pomacaj tylko, mała.
Filigranowa blondynka w srebrzystej sukience zatrzepotała rzęsami i przysunęła się bliżej niego. Położyła dłoń na jego ramieniu.
- O tak!... Jesteś bardzo silnym i dużym chłopcem.
Uśmiech, który posłała Harry'emu ponad stołem utwierdził go w przekonaniu, że dziewczyna doskonale wie, jak sobie radzić z napalonymi i naćpanymi osobnikami. To, że Roger Davies wyglądał wciąż niewinnie jak model z pisemka dla nastolatek, na pewno jej nie przeszkadzało.
- Będziesz tak gruby jak Lee – kontynuował dalej Ernie – Nie będziesz miał siły biegać. Będziesz sam się toczył jak piłka.
Harry i dziewczyna zaśmiali się. Roger chyba w ogóle go nie słyszał, bo zapatrzył się na tańczącą z Seamusem Afrykankę.
- Taka piękna… - westchnął – Aż chce się dotknąć…
- Mogłeś z nią zatańczyć – zauważył Ernie.
- Ale zostałem z Mandy – powiedział czule młody napastnik i objął chichoczącą blondynkę – Twoje piersi są idealne, jak dwie krople wody spływające po szybie.
- Ale z ciebie romantyk! – zawołała rozbawiona dziewczyna.
Harry miał mieszane uczucia. Wiedział, że jego młodszy kolega jest na ścisłej diecie i nie powinien się obżerać. Z drugiej jednak strony dodatkowa porcja kalorii podczas obfitującej w wydarzenia nocy nie powinna mu specjalnie zaszkodzić. Przynajmniej Roger Davies wyglądał na szczęśliwego.
Muzycy zrobili krótką przerwę i z tej przyczyny Seamus znalazł się przy ich stoliku.
- Jak tam? Fajne miejsce, co?
Wyrzucił kawałek cytryny zdobiący szklankę i wypił jednym haustem całe mojito Harry'ego.
- Świetne jedzenie – przyznał Niemiec.
- To najlepszy wieczór w moim życiu – wyznał ze łzami w oczach Roger.
Wzruszył się patrząc na pusty talerz, a Mandy, korzystając z chwili jego nieuwagi, przysunęła się do Harry'ego.
- A gdzie Tatiana? – Seamus rozejrzał się po rumianych twarzach.
MacMillan wskazał głową w kierunku baru na czarnowłosą piękność sączącą leniwie drinka.
- Nie… No, człowieku, jak mogłeś zostawić panią samą? Przecież mieliśmy jeszcze jechać do mnie się zabawić.
- Ja spasuję – Ernie dopił wodę.
Wstał od stołu i wyciągnął komórkę.
- Zadzwonię po Hagrida. Zabierze mnie stąd.
- Ale Ernie… - jęknął Seamus.
Całkowicie zapomniał o afrykańskiej piękności.
- Nie.
- Nie bądź taki. Jesteś moim przyjacielem, kolegą z klubu. Wiesz, że musimy się integrować. Integracja to podstawa.
- Już wystarczająco się z wami zintegrowałem. Dzięki za ciekawy wieczór, ale na tym skończę.
- Ernie, nie bądź ostatnim złamasem – ton głosu Finnigana obniżył się – Nie zostawiaj nas samych.
Skrzydłowy popatrzył twardo na drugiego kapitana.
- Ale ja już zostawiłem kogoś samego w domu – powiedział.
Harry przypomniał zdjęcia wesołej brunetki o okrągłej twarzy i czekoladowych oczach, które Ernie pokazywał w szatni kolegom. I jego szaloną radość, kiedy okazało się, że Miranda jest w drugim miesiącu ciąży. Musiał natychmiast coś zrobić, by jego koledzy nie zaczęli sobie skakać do gardeł.
Podniósł się z krzesła i stanął pomiędzy nimi.
- Seamus, przestań – położył obie dłonie na ramionach drugiego kapitana – Ernie niczego nie musi. Jeśli chce spędzić resztę wieczoru z Mirandą, to niech jedzie.
Finnigan popatrzył na niego, potem na MacMillana. Wreszcie odsunął się i zrobił miejsce skrzydłowemu.
Ernie wychodząc ścisnął jeszcze ramię Harry'ego i życzył wszystkim dobrej nocy.
Patrząc na jego plecy Harry miał cichą nadzieję, że kiedyś ktoś i jego wyratuje z niezręcznej sytuacji.
Tym razem był zdany na siebie.
Seamus poszedł po Tatianę. Roger gapił się nieśmiało na czarnoskórą piękność. Harry uznał, że największą szansę na dogadanie się będzie miał z natapirowaną blondynką. Mandy przynajmniej miała poczucie humoru.
X X X
Na drzwiach tego pokoju gościnnego gospodarz mógł równie dobrze wywiesić informację o rezerwacji na nazwisko Harry'ego Pottera. Na nic się zdała lampka chłodnego, czerwonego wina i kilka całusów, którymi Mandy obdarowała go przy wejściu. Całą uwagę Harry'ego skupiał wypchany łeb jelenia. Nastrojowe światło tylko pogłębiało wrażenie, że zwierzę patrzy na niego z niesmakiem.
Blondynka pozbyła się pantofli i popchnęła Harry'ego na szerokie łóżko.
- Więc… - objęła go za szyję, a potem powoli przesunęła dłonie w dół – Jak ci się podoba w Madrycie?
- Jest okay – wydukał, pragnąc jedynie by odeszła.
Mogłaby dołączyć do Rogera i jego egzotycznej kochanki krzyczących już za ścianą.
- Miałeś odpowiednie… powitanie? – zapytała blondynka uśmiechając się znacząco.
- Tak… było bardzo… entuzjastyczne.
Przesuwał się centymetr po centymetrze w stronę góry poduszek, ale Mandy pełzała za nim jak okaz rzadkiego srebrzystego węża. Roześmiała się szczerze.
- Bo widzisz, my… dziewczyny z Madrytu, jesteśmy bardzo, bardzo… żywiołowe.
Pachniała cytrusami i drinkiem B52. Jej usta, pomalowane przygaszoną różową szminką układały się w ładny uśmiech. Z jej spojrzenia i gestów wnioskował, że się naprawdę dziewczynie podoba.
Tylko że Harry'emu serce waliło głośno w piersi, na skórę wystąpił zimny pot i seks był ostatnią czynnością, o której mógł teraz myśleć. Lada moment a dostanie ataku paniki. Zamknął oczy i wziął głęboki wdech.
- Co się stało?
Blondynka uklękła pomiędzy jego nogami ze zmartwioną miną.
Potrząsnął głową.
- Nie podobam ci się? Też wolisz Serę?
Harry usiadł na środku łóżka i ujął jej drobne dłonie w swoje.
- Jesteś ładniejsza niż Sera – zapewnił.
Jej oczy wypełniła niemal dziecinna, nieskrępowana radość.
- Naprawdę –ścisnął jej palce – Ale… widzisz, Mandy… Ja…
Zaschło mu w gardle. Nie umiał kłamać. Nigdy nie wypadał przekonująco.
- Pamiętasz Erniego?
Dziewczyna pokiwała głową. Uśmiechnęła się delikatnie.
- Jesteś naprawdę dobrym kumplem – stwierdziła.
Z jej twarzy bardzo łatwo dało się odczytać emocje. Tkliwość i podziw ustąpiły miejsca koncentracji. Po chwili jej czoło wypogodziło się.
- Też masz kogoś – zrozumiała – Zostawiłeś ją w Niemczech i tęsknisz?
Harry tęsknił za wieloma osobami: Danielem, Lukasem, Philippem, Firenzem, Perem. Czasem nawet wspominał tego dupka podpierającego bramkę w Monachium, przekonanego, że gra w najlepszym klubie i najlepszej reprezentacji na świecie. Jedyną przedstawicielką płci przeciwnej, do której żywił cieplejsze uczucia, była Greta, a i to tylko wtedy, kiedy nie przyprowadzała do domu nowych chłopaków.
- Nie w Niemczech. Tutaj.
Nie spodziewał się pełnego ekscytacji pisku, rąk zarzuconych na szyję i namiętnego całusa.
- To dlaczego ją ukrywasz?
- Eee… Wiesz… - miał ochotę podrapać się po głowie, ale zakotwiczona na jego kolanach luksusowa prostytutka ograniczała mu swobodę ruchów – Nie chcę jej narażać. Dziennikarze są tutaj bardzo… wnikliwi.
Mandy wplotła palce w jego włosy i zajrzała mu w oczy.
- To nici z bunga bunga? – zapytała zasmucona.
Zapomniał na moment języka. Gdzie, u licha, Finnigan wytrzasnął taką panienkę?
- Raczej tak.
Powoli odsunęła się na skraj łóżka. Przygryzła dolną wargę i w zamyśleniu bawiła się kosmykiem jasnych włosów.
Harry odetchnął z ulgą. Udało mu się sprzedać bajeczkę o wielkiej miłości.
- Mogę ci zrobić loda, jak chcesz? – zaproponowała po dłuższej chwili.
- Dzięki, ale…
- Możesz udawać, że to ona. Mi to nie przeszkadza – wzruszyła ramionami.
- Mandy… nie musisz czuć się zobowiązana – poczerwieniał po czubki uszu – Poza tym nawet nie wiem, czy w ogóle mógłbym… czy… no…
Na pozornie niewinną twarz dziewczyny powoli wypełzł drapieżny uśmiech.
- To spróbujemy. Nawet nie wiesz, ilu futbolistów lubi się przechwalać, a tak naprawdę ciężko im stanąć na wysokości zadania – położyła dłoń na jego udzie.
Za ścianą Roger Davies wzywał Boga.
- Należy ci się nagroda za szczerość.
AN: Mandy to oczywiście Amanda Brocklehurst ;D
