Nareszcie! Nareszcie znalazłam tyle wolnego czasu, żeby móc pozwolić sobie przysiąść kilka godzin. Mam nadzieję, że jeszcze choć trochę chce Wam się czekać na losy Livii i Zev'a... Na pierwszym roku studiów podobno już tak jest, że czasu ma się niewiele. Z powodu piekielnie długiej przerwy, ale też po prostu dlatego, że tak mi podpasowało, zmieniam rating. Żarty się skończyły ;) Dajcie znać jakie są Wasze odczucia. Muszę przyznać, że sceny erotyczne to spore wyzwanie. Boję się wulgarności, ale nie chcę też żeby było mdło. Z chęcią przyjmę konstruktywną krytykę ;) Pozdrawiam i życzę miłej lektury! xx


Veinia kochała słońce. W słoneczne dni lubiła wybiegać do ogrodu i bawić się z dziećmi kucharki, Lilą i Olim, w ganianego. Ogród był ogromny, pachniał kwiatami i strzyżoną trawą, a na jego tyłach znajdował się wielki, zielony labirynt stworzony z równo przycinanego żywopłotu. Były takie dni, kiedy wkraczając do niego coraz głębiej, bała się, że już nigdy nie znajdzie drogi z powrotem. Błądziła nawet dwie, trzy godziny, z bijącym szaleńczo sercem zagryzając usta na widok kolejnego ślepego zaułka, ale zazwyczaj donośne nawoływania Oliego czy jego siostry pomagały jej się wyzwolić ze zdradzieckiej pułapki.

Teraz też czuła się jak w labiryncie, lecz oprócz tego skojarzenia, nie zgadzało się już zupełnie nic. Nie było początkowej ekscytacji, nie było zapachu roślin, brakowało także śmiechów jej przyjaciół, a słońce jedynie irytowało. Czy to w ogóle było słońce? To natrętne, blade światło, bijące zewsząd i znikąd, wychodzące niewiadomo skąd, otulające i oślepiające?

Nie do końca pamiętała jak znalazła się w tym dziwnym miejscu. Wyglądało jak… Cóż. Właściwie to nie miała pojęcia jak wyglądało, bo mgła gęsta jak wata więziła ją i przesłaniała wszystko. Wyciągnęła przed siebie dłoń i wstrzymała powietrze. Czubki palców były prawie niewidoczne.

Przeraziła się. Przeraziła się tak mocno, że obawiała się nawet wydać z siebie dźwięk.

Ciężko jej było oddychać. Miała wrażenie, że to mgła wdarła się do jej układu oddechowego, gnieżdżąc się w płucach i nie pozwalając powietrzu swobodnie przepływać.

Usiadła na jasnym pyle, który kojarzył jej się z piaskiem, ale przypuszczała, że nim nie był. Przyciągnęła kolana do piersi, starała się uspokoić rwący się ze strachu oddech. Nie wiedziała gdzie jest, czy powinna iść dalej, czy jest w niebezpieczeństwie. Może to tylko sen? A może…

W jednej chwili przypomniała sobie wodę, stworzoną instynktownie bańkę i dryfujące ciała swoich przyjaciół.

Uratowałam ich, prawda? Tak mi się wydaje… A czy ja…

- Nie umarłaś – miękki, melodyjny głos odpowiedział na jej nieme pytanie. – Jeszcze nie.

Gwałtownie zasysając powietrze zwróciła głowę w stronę, z której dobiegał głos. Podniosła się w jednej chwili, drżąc ze strachu, szykując się do ewentualnej obrony, a jednocześnie czując jak jej nogi wrastają w ziemię.

- Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy.

Starała się przedrzeć wzrokiem przez gęstą mgłę, desperacko wpatrując się w punkt, z którego wyraźnie zbliżał się szept. Nie słyszała kroków, nie słyszała nic. Była przynajmniej pewna, że rzeczywiście nie może być martwa. Serce starało się wyrwać jej z piersi, uderzając tak mocno, że aż krew dudniła jej w skroniach.

Najpierw zobaczyła rondo kapelusza. Ogromne, ciemne i już dość wysłużone. Bała się co może ujrzeć pod nim, ale jeszcze bardziej nie mogła powstrzymać narastającej ciekawości.

- Jestem Cole. – Głos był spokojny i łagodny, miękki jak wata cukrowa, ciepły jak mleko z miodem. – Chcę pomóc.

Dwoje najbardziej błękitnych, ogromnych oczu, okolonych niemalże białymi rzęsami, wpatrywało się w nią z niewinnością dziecka. Chłopak mógł mieć nie więcej niż dwadzieścia lat, był niewysoki i blady. Prawie przezroczysty. Miał na sobie brudną, lnianą koszulę i skórzaną kurtkę, a na nogach śmieszne buty z lekko podwiniętymi noskami, ale to kapelusz, pod którym cały czas się chował, zwracał największą uwagę.

- Kim jesteś? – zapytała ostrożnie i choć czuła, że ze strony chłopaka nie czeka jej żadne niebezpieczeństwo, wolała od razu nie opuszczać gardy.

- Duchem, demonem, istnieją różne nazwy. Nie lubię tej drugiej. Jestem po prostu Cole i to powinno wystarczyć.

Skinęła niepewnie głową. Powinno, nie powinno, chyba i tak nie było szans wyciągnąć z niego więcej. Słowo demon nigdy nie wróżyło niczego dobrego, ale ta szczupła, blada twarz o oczach wielkich i niewinnych jak u szczeniaczka, nie była w stanie wywołać w niej lęku. Poza tym i tak była wdzięczna, że nie musiała już być w tej pułapce sama. Czy to człowiek, gadająca mysz, czy nawet demon, dobrze było mieć się do kogo odezwać. Paradoksalnie – to pozwalało nie zwariować.

- No dobrze, Cole. Ja jestem Veinia.

- Wiem – zakomunikował spokojnie, leniwie przeciągając samogłoskę. – Obserwowałem cię, widziałem jak uratowałaś Elfy i Piratkę. Jesteś odważna. I dobra. Dlatego chcę ci pomóc wrócić.

- Jak chcesz mi pomóc? – Uśmiechnęła się krótko, czując jak w jej serce wlewa się otucha, a wspomnienie przyjaciół odzywa się uciskiem w gardle. Proszę, miej jakiś plan. Livia zawsze miała jakiś plan. A jak ona nie miała, to miał go Zevran. Zawsze było jakieś wyjście…

- Wyprowadzę cię – odpowiedział tak, jakby to było oczywiste. – Znam to miejsce, wiem gdzie znajduje się wyjście.

- To takie proste? – bała się uwierzyć, bo choć była młoda, wiedziała co to znaczy dostać nadzieję, by w chwilę później ją stracić i patrzeć jak płonie. – Co to w ogóle za miejsce?

- To Pustka, oczywiście. Musiałaś tu już kiedyś być, każdy kto śni tutaj był, ale nie każdy to pamięta. Jednak ty masz magię. Myślałem, że powinnaś już znać to miejsce.

Dziewczynka potrząsnęła przecząco głową.

- To jest sam przedsionek. Chodź, zaprowadzę cię głębiej. – Mówiąc to wyciągnął do niej dłoń.

Nie była pewna. Obawiała się zrobić krok. Czuła się jakby miała na oczach niedbale zawiązaną opaskę, albo klapki jak u konia. Szłaby na oślep. Cole wydawał się nie dostrzegać mgły, mógłby ją poprowadzić…

Ale czy na pewno może mu zaufać?

- Chcę pomóc – powtórzył z naciskiem, głosem pełnym przekonania i zapału. – Oni też chcą żebyś wróciła. Słońce zachodzi nad wodą, ona cały czas leży nieprzytomna, sekundy mijają jak lata… Obudź się, błagam, otwórz oczy…

Veinia otworzyła w zdumieniu usta.

- Co to było? – Jej głos drżał z emocji. – Możesz… Czytać ich myśli?

- Twoje też – odpowiedział spokojnie, spoglądając spod białej grzywki. – Wiem, że się boisz, ale nie zrobię ci krzywdy. Pomogę.

Nie ma alternatywy. Albo to, albo siedzenie w tym miejscu bez końca. Wieczność.

Wieczność tutaj przeraziła ją bardziej niż potencjalne niebezpieczeństwo. Wyciągnęła rękę. Myślała, że ma zimne dłonie, ale wydawały się niemalże ciepłe kiedy dotknęła lodowatych palców. Przyzwyczaiła się po chwili.

- Gdzie idziemy? – zapytała, czując słabość w nogach.

- Tam, gdzie łatwiej się oddycha – odpowiedział, nie wyjaśniając jej nic, a nic.

Pociągnął ją za sobą, nie szarpiąc i dostosowując krok do jej kroku. Idzie równym, spokojnym tempem.

Veinia widziała, że mgła się przerzedza, widziała jak białe, namacalne kłaczki rozwiewały się coraz bardziej. Chciała je sięgnąć, ale prześlizgiwały się przez palce jak woda. Powietrze rzeczywiście jakby nabrało przejrzystości. Nawet zmieniło smak, stało się bardziej słodkie, przynajmniej w odczuciu dziewczynki. Wdychała je zachłannie, wciągała nosem i wypuszczała ustami, delektując się słodkością, którą pozostawiało na języku.

- Chodź, nie możemy się zatrzymywać. – Cole przywołał ją do porządku, stanowczo ciągniąc za sobą.

Mgła zrzedła, ale też zrobiło się ciemniej. Cole nie zwalniał, cały czas prąc do przodu.

- Co się dzieje? – zapytała przestraszona, kiedy wokół niej zapadały coraz to głębsze ciemności.

Chłopiec nie odpowiedział, serce waliło jej jak szalone. Powietrze nie wydawało się już takie słodkie, zaczęło nabierać krwawego posmaku, jakby ugryzła się w język.

Dotarli do czarnej płachty, opuszczającej się z ciemności i układającej się w fałdy u ich stóp. Dotknęła jej palcami, była miękka jak jedwab i zimna jak dłonie jej przewodnika. Ten znalazł skraj materiału, odgarnął go na bok.

- Musimy tam wejść. Tylko tą drogą trafisz z powrotem.

Veinia stonęła u wejścia. Czuła lekki podmuch na twarzy, rześki i przyjemny, pachnący świeżością.

- Byłeś już tam, tak? – upewniała się, nerwowym ruchem poprawiając kosmyk za uchem.

- Tak.

- I nic mi tam nie grozi?

- W Pustce nigdy nie wiadomo na kogo trafisz, ale nie bój się. Pomogę ci.

Spojrzała sceptycznie na jego szczupłe ramiona, wąską talię i drobną posturę.

Równie dobrze ja mogę próbować pomóc tobie. W razie walki oboje zginiemy. Ciekawe jak działa tu moja magia… - Nie zadała pytania na głos, ani nie wyraziła swoich wątpliwości. Cole pociągnął ją za rękę, przekonując Veinię, by mu zaufała.

- Nie możemy się zatrzymywać – powiedział po raz kolejny.

Dlaczego? – od razu zrodziło się kolejne pytanie, ale i ono zostało stłumione przez nagle uderzający pęd wiatru.


Jej twarzyczka jest zimna, ale policzki zachowały dziewczęce rumieńce. Ma uchylone usta, jakby lada chwila miała wyrwać się z zamyślenia i coś powiedzieć, ale zamiast tego uparcie milczy. Zevran uciska jej drobniutką pierś, jego dłonie są zdecydowane, oczy błyszczą się od wstrzymywanych łez wściekłości i bezsilności, ale usta pozostają ściągnięte w wyrazie ślepej determinacji. To kruche ciałko zaraz pęknie pod naciskiem silnych ramion desperacko wyciągających ją z powrotem do życia.

- Wstawaj, Mała – szepcze drżącym głosem, tonem, jakim wymawia się gorące prośby, błagania i zaklęcia.

A ja trzymam na kolanach jej główkę, gładząc poplątane, ociekające włosy. Izabela grzebie w połamanych skrzyniach, które leżą porozrzucane na piasku. Tyle uratowało się ze statku. To i kilka szczęśliwych niedobitków, którzy dostali się na drugi brzeg. Nie wiem czego szuka, mam tylko nadzieję, że nie jest to akt budzącego się w niej szaleństwa. Odgarniam sklejone kosmyki z nieprzytomnej twarzy. Wygląda jakby marszczyła z niezadowoleniem brwi, jakby śniła sen, którego nie jest w stanie zrozumieć.

Zevran nie przestaje ani na chwilę. I widać, że nie zamierza przestać. Mam wrażenie, że od wieków nie robi nic innego, tylko stara się przywrócić dziewczynce oddech. Jestem pewna, że patrząc w jej nieruchomą twarz ma tylko jedno życzenie. Identyczne jak moje. Aby otworzyły się powieki zwieńczone wachlarzem długich, podkręconych rzęs i ukazały wielkie, skrzące się nieustającą ciekawością, błękitne oczy. Modlę się o to do swoich bogów, choć równocześnie przyznaję przed sobą szczerze i nieśmiało, że przypomniałam sobie o nich pierwszy raz od dawna.

Błagam – Mocno zaciskam powieki. – Wiem, że się nie odzywałam, ale nie chciałam zawracać wam głowy. Z wieloma problemami starałam się radzić sobie na własną rękę, nie prosząc o waszą pomoc, ale teraz… Teraz nie pomoże ani spryt, ani odwaga, ani siła fizyczna… Potrzebuję waszego cudu. Wielka Mythal, potężny Elgar'nan… Proszę was, pomóżcie jej tak, jak ona pomogła mnie i moim bliskim…

Ciężka kropla spada dziewczynce na i tak już przemoczoną pierś. Izabela, spokojniejsza niż wcześniej, z butelką rumu w dłoni i postarzoną, smutną twarzą, kładzie drugą rękę na ramieniu płaczącego Elfa.

- Zrobiłeś co mogłeś, Zev – mówi cicho zaciskając palce na spiętych mięśniach.

Nie… - Chcę krzyczeć żeby nie przestawał. Widzę jak zaciska zęby, jak z czerwonych oczu spływają wielkie jak groch łzy. Spójrzcie tylko na nią, spójrzcie na jej różowe policzki. Wygląda jakby spała, ona tylko śpi!

Śpi tak głęboko, że zapomniała oddychać.

Ręce trzęsą mu się ze zmęczenia. Teraz płacze na głos. Krzyczy tak okropnie, że płynący z tego krzyku żal opada na mnie jak kwaśny deszcz i wyżera resztki nadziei. To tyle? Nic nie da się zrobić?

Zevran pada twarzą na brzuch nieprzytomnej Veinii, dziewczynki, która uratowała nasze życie oddając swoje własne. Przywiera do niej, ściska w pięści materiał mokrej koszuli. Własnoręcznie odebrał więcej istnień niż potrafiłby zliczyć, a nie jest w stanie przywrócić jednego, krótkiego życia małej, niewinnej dziewczynki…

Trudno pogodzić się z taką bezradnością.

Przylegam do jego drżących pleców. Nawet nie wiem kiedy mną również wstrząsa szloch. Pali moje gardło, rozpycha się w klatce piersiowej, ale i tak ten ból jest niczym wobec wpełzającej nagle świadomości, że ten jasny, wesoły promyczek, który pojawił się w moim życiu tak niespodziewanie, zgasł i już nigdy nie zabłyśnie na nowo.

Zevran odwraca się do mnie i zamyka mnie w uścisku. Czuję się mała i pusta. Jedyne co wypełnia teraz moje ciało to niewysłowiony żal i płacz, którego nie potrafię opanować.

Izabela opanowuje się najszybciej. Ociera czarne smugi z policzków i przykrywa ciałko materiałem, który jakimś cudem nie zamoknął doszczętnie, ukryty w drewnianej skrzyni. Staje nad dziewczynką z drżącą brodą i unosząc butelkę w geście hołdu, wypija porządny łyk trunku.

Co teraz? Cisza, przerywana jedynie pociąganiem nosem, jest nie do zniesienia, ale też nikt nie ma pomysłu co począć w zaistniałej sytuacji.

Nagle nieruchome usteczka poruszają się, wciągając ze świstem powietrze. Widząc to w jednej chwili dopadam do małej, zakopuję się w mokrym piasku.

- Veinia – dyszę przez zaciśnięte gardło, nie wierząc własnym oczom, przykładając ostrożnie rękę do jej czoła.

Zevran zasłania usta dłonią. Przygląda się jak pomiędzy ładnymi brwiami pojawia się zmarszczka. Izabela upuszcza butelkę w piasek, nie przejmując się, że drogocenna zawartość zatapia się między złote ziarenka.

Przesuwam drżącą dłonią po rumianym policzku. Jest miękki i ciepły. Żywy. Serce chce wyskoczyć z piersi i tańczyć taniec radości widząc, jak lśniące usta na przemian zamykają się i uchylają, na nowo smakując słone powietrze. Oddycha. Nie otwiera oczu, nadal jest nieprzytomna, ale oddycha, jest w niej życie.

Zevran spogląda na mnie ponad jej głową, jego oczy nadal lśnią łzami, ale tego uśmiechu nie da się pomylić z niczym innym jak z czystą euforią. Pewnie tak czułby się skazaniec, któremu w ostatniej chwili darowano życie. Wyciąga do mnie rękę, całuję wnętrze jego dłoni, by następnie położyć ją sobie na policzku. Żadne słowa nie są odpowiednie.

- Rozbiję obóz i przejrzę resztę skrzyń. Jutro może przeprawię się na drugi brzeg, bo widziałam, że część zaopatrzenia ze statku trafiła też i tam. Może znajdę jakieś pledy, coś z żywności…

Izabela mówiła spokojnym, rzeczowym głosem, ale jej oczy jarzyły się wesołym blaskiem. Pogłaskała małą po głowie i ucałowała ją w czoło. Kiedy ruszyła w głąb plaży, tam gdzie było więcej drzew i mniejsze prawdopodobieństwo narażenia na zalanie przez fale, zaczęła rozbijać obóz z tego, co akurat było na stanie. Improwizowała, w pełni skupiona na swojej pracy.

Wydawała się inna. Nie można się było dziwić. Nie była już tą samą kobietą, którą była jeszcze dobę temu. Nie posiadała już własnego statku, prawie zginęła i jeszcze chwila, a musiałaby pochować dziewczynkę, która wyjątkowo nie była dla niej taką zwyczajną, denerwującą smarkulką. Pewnie minie trochę czasu zanim na powrót stanie się wyluzowaną, przebojową sobą. Póki co, z zapałem i pieczołowitością zatroskanej matki, szykowała miejsce do spania dla śpiącej nieopodal przyjaciółki.


Najpierw nagły podmuch powietrza zatyka ją i dławi, ale nie trwa to długo. Kiedy przechodzą przez czarną kotarę okazuje się, że po drugiej stronie jest jaśniej. I cieplej. I rzeczywiście łatwiej się oddycha.

- Ciężkość opuszcza ciało. Ich wspólna radość napędza się nawzajem. Bogowie, dziękuję, że wysłuchaliście moich próśb! – Cole szepce przyspieszonym głosem, tak prędko, że ciężko go zrozumieć. Ale Veia rozumie. Powoli uczy się jego specyficznego sposobu mówienia.

Śmieje się głośno.

- To znaczy, że idziemy w dobrym kierunku? – Nie potrafi ukryć rozpierającej jej radości.

- Oczywiście, przecież mówiłem. – Wydaje się trochę urażony. – Musimy iść naprzód.

- Daleko jeszcze? – Najchętniej przefrunęłaby do celu na skrzydłach.

Rozgląda się dookoła. Krajobraz jest raczej jednolity i nijaki. Stąpają po krótkiej, soczyście zielonej trawie, która rozciąga się jak okiem sięgnąć. Co pewną odległość można natrafić na jakiś krzaczek czy kilka kwiatków, ale roślinność jest raczej uboga i jakby zrobiona ze sztucznego tworzywa.

- To zależy.

- Od czego? – pyta automatycznie i mruży niepewnie oczy.

- Od wielu czynników. Na przykład od tego, jak długie potrafisz stawiać kroki.

Dziewczynka patrzy na niego przekrzywiając głowę. To jakiś żart?

- I od tego czy krajobraz, który widzisz bardzo różni się od stanu faktycznego – dodaje ze wzruszeniem ramion.

- Czyli to co widzę nie jest prawdziwe?

- A co widzisz?

- Zieleń, trawę… i białe drzwi! O tam w oddali!

- To nie, nie jest prawdziwe.

Dziewczynka spuszcza ze smutkiem oczy, a zapał ucieka z niej jak powietrze z przebitej piłki.

Cole delikatnie chwyta jej dłoń.

- Ale musimy iść w stronę tych drzwi. W rzeczywistości to nie są drzwi, ale tak będzie dla ciebie łatwiej, więc to nieważne.

- Jak wyglądają w rzeczywistości?

- To nieważne – powtarza spokojnie, niezrażony kolejnymi pytaniami. – Chodźmy.

Więc idzie. Noga za nogą, szczęśliwa, że spotkała kogoś, kto chce i potrafi pokazać jej drogę. Sama czułaby się bezbronna i mała, a tak, choć jej przewodnik nie jest zapewne typem osiłka łamiącego kłody gołymi rękami, wygląda na takiego, co to wie co robić. Ufa mu, mimo tego, że ma świadomość, iż Zevran nie pochwaliłby jej łatwowierności. Inna jej część czuje bowiem, że chłopaki by się polubili.


- Idźcie się przejść, posiedzę przy niej – zaoferowała Izabela kładąc kawałek chłodnej szmatki na czole Veinii.

- Nie musisz – momentalnie wypala Zevran, poprawiając swoją pozycję na taką bardziej nie do ruszenia.

Izabela wzdycha ciężko, a ten podnosi na nią wzrok. Na widok takiego spojrzenia, aż drga niewzruszone serce pani Kapitan.

- Chcę być przy niej gdy się obudzi – wyjaśnia po chwili pełnym przejęcia głosem i opuszcza wzrok na swoje dłonie.

- Będziesz – zapewnia silnym tonem. – Jeśli tylko się obudzi od razu was zawołam. A teraz idźcie, siedzicie tak już kilka godzin. Prześpijcie się trochę, dobrze wam to zrobi.

Elf nie jest przekonany, ale przyjmuje wyciągniętą przez Livię dłoń. Uśmiecha się do niej niemalże nieśmiało, a ona idąc równym krokiem, kreśli kciukiem drobne kółeczka na jego kostkach.

Jest ciemno, a rozgwieżdżone niebo i jasno świecący nad nimi księżyc, odbijają się w szyderczo spokojnej tafli wody. To w jej odmętach niemalże stracili życie, a teraz nie mogą określić jej w żaden inny sposób jak tylko mówiąc, że jest piękna. Wiatr łagodnie rozwiewa im włosy.

Livia spogląda na Zevrana. Ma zaróżowioną od emocji twarz i potargane włosy. Zaczesuje mu kosmyk za ucho i całuje w tatuaż na policzku, nie mogąc się oprzeć. Elf uśmiecha się jednym kącikiem i obejmując ją mocno w tali, przyciąga do siebie.

- Tak bardzo się cieszę – mówi, a następnie całuje ją w czubek głowy.

- Ja też, już się bałam… - Głos jej się załamuje tak bardzo, że nie jest w stanie dokończyć zdania. Zevran zatrzymuje się i ciągnie ją w dół, aż siadają razem na piasku.

- Wszystko dobrze. Wszystko będzie dobrze… - powtarza kojącym głosem, niczym mantrę, sadzając ją sobie między nogami, obejmując najszczelniej jak się da. Kołysze się miarowo i szepcze do ucha. Działa. Spokój spływa na nią stopniowo, w końcu przeradza się w senność.

Do momentu, aż czuje jego chłodne palce na karku. Mężczyzna odgarnia jej włosy, a następnie składa ciepły i powolny pocałunek tuż za uchem. Słodki dreszcz przechodzi całe jej ciało i z powodzeniem odsuwa wszelkie myśli o spaniu. Zevran odsuwa materiał z jej ramienia i całuje w pokryte gęsią skórką ciało.

Livia Wzdycha.

Wolno odwraca głowę. Patrzy w jego skupione, błyszczące oczy. Jest wyjątkowo poważny, nie ma śladu po tradycyjnym, lubieżnym uśmieszku. Elfka obraca się w jego ramionach tak, aby móc objąć go za szyję. Przesuwa kciukiem po jego ustach, po brwi, po wypukłych kościach policzkowych…

Zevran nagle i namiętnie wpija się w jej usta, jedną dłonią przytrzymując ją za tył głowy, drugą wsuwając jej pod koszulkę, gładzi miękką skórę na jej biodrze.

Sama rozwiązuje sznurki w swojej bluzce. Z głośnym westchnieniem odchyla głowę do tyłu kiedy całuje ją po nagiej szyi.

Oboje desperacko potrzebują bliskości. Potrzebują poczucia, że ona jest tu tylko dla niego, a on tylko dla niej, w tej jednej, wyjątkowej, idealnej chwili. Pragną pomóc sobie nawzajem w rozładowaniu emocji, w radzeniu sobie z kumulującym się lękiem, stresem, niepewnością.

- Livia… - szepcze jej do ucha, dusznym, erotycznym tonem, w tej samej chwili rozwiązując rzemyki przy jej spodniach.

Całuje go w odpowiedzi, głęboko i z uczuciem, wkładając w ten pocałunek całą swoją miłość, całą swoją pewność. Wie, że Zevran się boi. Czuje to w drżeniu jego ramion, w powolnych, pytających ruchach jego palców.

Głupia sprawa. Livia jest zbyt skrępowana żeby mówić, ale ma wystarczająco dużo odwagi, by własnoręcznie zdjąć mu koszulę. Uśmiecha się widząc jak Zevran, który miał w swoim życiu już wiele kobiet, który szczyci się tym, że jest mistrzem w sztuce miłości, a nawet twierdzi arogancko, że ta sfera nie skrywa już przed nim większych tajemnic, klęczy przed nią z wystraszonym wzrokiem i delikatnie trzyma jej twarz w dłoniach.

- Nic nie mów – odzywa się Livia, widząc, że Zevran rozchyla usta, i kładzie palec wskazujący na jego dolnej wardze. – Nie musisz…

- Szaleje za tobą – mówi na bezdechu, puszczając jej słowa mimo uszu, rozpuszczając jej włosy i wplatając w nie palce. – Nawet nie masz pojęcia ile dla mnie znaczysz…

Całuje go mocno. Boi się jego słów, a jednocześnie czuje, jak przyjemne ciepło wypełnia całe jej ciało.

- Nigdy się tak nie czułem – szepcze, wyrzucając prędko słowa, jakby ciążyły mu już od dawna, a ona mu wierzy. Nie potrafi inaczej, kiedy patrzy w jego szeroko otwarte oczy, kiedy czuje jego delikatny, badający dotyk.

- Ja też – odpowiada szczerze i pomaga mu zdjąć swoją koszulę. Czuje chłód na rozgrzanej skórze, na gładkich plecach, szczupłych ramionach, pełnych piersiach. – Jestem twoja.

Uśmiecha się. Nie jest to ten dobrze jej znany uśmiech, który kocha, a który zawsze sprawia, że przewraca oczami w rozbawieniu. To jest jej ulubiony uśmiech. Uśmiech samozadowolenia i czystego, niczym niezmąconego szczęścia, niewinny i szczery, czysty, rozjaśniający całą jego twarz, czający się w oczach w formie płynnego bursztynu.

Po chwili obejmują się ciasno, nadzy i skupieni na powolnym poznawaniu siebie. Nawet jeśli Zevran był już z wieloma kobietami i mężczyznami, tym razem wszystko wydaje mu się nowe. Na początku musi przełamać lęk i tremę. Nowość polega na tym, że nigdy jeszcze nie był z kimś, dla kogo pragnął jedynie bezinteresownego szczęścia. Gładzi jej miękką skórę, zachwyca się jej ciepłem, słodkim zapachem i ekstatycznymi westchnieniami, które raz po raz opuszczają jej różowe i już nieco nabrzmiałe od pocałunków usta, a które brzmią jak najpiękniejsza muzyka.

Ona nie może się napatrzeć jak jego mięśnie tańczą w świetle księżyca. Jak ramiona napinają się gdy podpiera na nich swój ciężar, by nachylić się do jej twarzy i złożyć kolejny pocałunek, jak umięśnione plecy poruszają się pod jej palcami. Najbardziej jednak, hipnotyzują ją jego oczy, przenikliwe jak nigdy wcześniej i pełne czułości. Nie odwraca wzroku nawet kiedy przy głośnym westchnieniu stają się jednością, kiedy porusza się miarowo, sprawiając, że nie ma innego wyjścia jak tylko poddać się w pełni przyjemności i rozkoszować chwilą.

Trwają tak w zwarciu, aż do momentu gdy spełnieni padają bezwładnie, Livia wsparta o jego pierś, on z ramionami wokół jej ciała, składając małe, czułe pocałunki na jej ramionach.

- Kocham cię – szepcze cichutko, powtarzając to kilka razy, smakując te dwa małe – wielkie słowa.

- Też cię kocham, Zev – odpowiada czując, jak ciepła, pojedyncza łza spływa po jej policzku.

Uśmiecha się. Jak dobrze jest w końcu głośno powiedzieć to, co już od dawna wiedziało się na pewno. Jak dobrze jest nie mówiąc tego mieć pewność, że tak wielkie uczucie rzeczywiście jest odwzajemnione.