I oto jest! Rozdział z fika, który ostatnio aktualizowałam sama nie wiem ile temu! :D

Jestem z siebie taka dumna, zwłaszcza, że po drodze rozpraszało mnie tyle rzeczy, że w którymś momencie zaczęłam się zastanawiać czy cały Lipiec mi na to nie zejdzie. Na przykład event w czołgach sam się nie zrobi... kurs na prawo jazdy o dziwo też nie :v

No nic, czytajcie, a potem narzekajcie że mało.


W drogę powrotną do folwarku wyruszyli dopiero kiedy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, a każde z nich zdążyło porządnie zgłodnieć. Nie rozmawiali zbyt wiele, woląc cieszyć się ciszą, spokojem i chwilą odpoczynku przed ciężką pracą, która czekała ich w najbliższych dniach.
Przynajmniej przez większość czasu.

— No to ten… co mówiliśmy na temat wspinania się na drzewa? — zapytała Elizabeta, patrząc z politowaniem na Feliksa.

— To zależy – odparł Polska, przyciskając rękaw swojej koszuli do poharatanego policzka. — Toris mówił niewiele, a ty zastanawiałaś się na głos, kiedy spadnę. Na temat samej wspinaczki nie mówiliście nic.

— Hmm… masz rację – mruknęła Węgry z zamyśloną miną. To, że w którymś momencie Polak znudzi się bezczynnym siedzeniem, było dla niej oczywiste. To, że w ramach poszukiwania sobie zajęcia zwróci swoją uwagę na pobliskie drzewa jej nie dziwiło, bo Feliks korzystał chyba z każdej okazji, żeby oderwać się od ziemi. Brała też pod uwagę możliwość, że blondyn w którymś momencie wróci na ziemię w bardziej gwałtowny sposób niż planował. Za to wyraz twarzy Torisa, kiedy śledził wzrokiem wspinaczkę swojego małżonka, był dla niej czymś bezcennym. Faktycznie jedyne słowa, jakie padły z jego ust, to „bądź ostrożny", kiedy Feliks rozpoczął wspinaczkę na drzewo, pod którym siedzieli, i „nic ci nie jest?", kiedy już z niego zleciał. Niemal przez cały czas zagryzał nerwowo wargi, a z jego oczu wyzierało tak wielkie zaniepokojenie, że było to doprawdy rozczulające.

Sam upadek nie był niczym poważnym, właściwie Polska zsunął się po pniu, zdzierając sobie przy tym policzek i dłonie, ale nic poza tym mu się nie stało.

— Koniecznie musiałeś włazić na to drzewo? — zapytał Toris, dzielnie starając się ignorować domyślne spojrzenia posyłane mu przez Elizabetę. Wystarczyło mu, że się nasłuchał, że to takie słodkie jak się martwi, kiedy Feliks był zajęty sprawdzaniem w lustrze wody, czy tylko lekko poharatał sobie policzek, czy może raczej zdarł pół twarzy.

— Koniecznie chciałem sprawdzić, czy moje umiejętności nie ucierpiały przez brak regularnych treningów. Następną wspinaczkę planuję w sadzie – oświadczył Feliks, otrzepując koszulę z resztek kory i zakładając ręce za głowę. — Trzeba będzie się upewnić, że na drzewach nic nie zostanie.

— Oooo… to takie miłe z twojej strony, że troszczysz się o to, żeby zebrać każdy owoc – stwierdziła Elizabeta z udawanym zachwytem.

— To chyba oczywiste, nic się nie może zmarnować – powiedział Feliks, szczerząc zęby.

— Coś mi mówi, że w tym roku to gospodarstwo odnotuje najniższe od lat zbiory owoców – oznajmił Toris.

— Jak możesz mnie tak oskarżać?!

— Hej, to była tylko luźna sugestia – stwierdził Litwin, unosząc ręce w obronnym geście. — Ale gdybym miał dodać coś jeszcze, to prawdopodobnie coś w stylu: „mieszkam z tobą od kilku miesięcy, widziałem, ile potrafisz zjeść".

— Wybacz, Feliks, ale tym razem punkt dla Torisa – powiedziała ze śmiechem Elizabeta. — Idź dać znać gospodarzowi, że jesteśmy z powrotem, żeby biedaczyna mógł spać spokojnie. W tym czasie ja i Toris przygotujemy nam kolację i jakieś miejsce do spania.

— Coś podejrzanie dużo czasu spędzacie razem – stwierdził Feliks, patrząc na nich z ukosa, szczególną uwagę zwracając na Litwę. Z tej dwójki po nim najlepiej było widać, że ma coś na sumieniu. Musiał tylko znaleźć sposób, żeby dowiedzieć się, co dokładnie kombinują.

— Wydaje ci się – stwierdziła Węgry, machając dłonią od niechcenia. — A co? Zazdrosny?

— Chciałabyś – mruknął Polska, kierując swoje kroki w kierunku folwarku.

— No chciałabym. Miałabym wtedy mocny dowód na poparcie swojej teorii!

— Czy irytowanie go na każdym kroku to część twojego genialnego planu? — zapytał z powątpiewaniem Toris, kiedy ich uszu dobiegło poirytowane warknięcie blondyna.

— Nie, ale lubię to robić. To taka forma odpłaty za wszystkie sytuacje, kiedy to on irytował mnie – odparła dziewczyna, dziarsko maszerując w stronę stodoły, gdzie mieli się urządzić. Od wejścia przywitał ich zapach i parskanie koni, odpoczywających w najlepsze w wydzielonych dla nich zagrodach.

— Hmm… jak na moje, to najlepiej będzie się ulokować na górze – stwierdziła Elizabeta, wskazując na piętro stodoły, zajmowane głównie przez zapas siana i słomy. Było tam dość miejsca, żeby mogli się spokojnie wyspać, a drabina którą mogli się tam dostać wydawała się być w dobrym stanie.

— Mnie ten pomysł odpowiada – przyznał Toris, kiwnąwszy głową. — Może zapach będzie przyjemniejszy… Nie mam nic przeciwko koniom, ale wolę zapach siana.

Na przybycie Feliksa nie musieli długo czekać. Ledwie zdążyli się ulokować, jak wszedł do wnętrza stodoły z ciężkim westchnieniem.

— Co tak wzdychasz? Stało się coś? — zapytała Węgry, grzebiąc w sakwach za jedzeniem.

— Nie, tylko ten nasz gospodarz to strasznie znerwicowany człowiek jest – odparł Polska. — Niby na początku mu ulżyło jak mnie zobaczył, ale jak zauważył, że się lekko pokiereszowałem, to zbladł jakby ducha zobaczył.

— Biedak – skwitowała krótko Węgierka.

— Wychodzi na to, że my będziemy się relaksować, a facet osiwieje ze stresu – stwierdził Litwa, wykładając się wygodnie na kupce siana. — Zwłaszcza że mam takie dziwne przeczucie, że Feliks jeszcze zdąży się nieco pokiereszować.

— Jest na to spora szansa – przyznał Polak, wspinając się po drabinie i dołączając do swoich towarzyszy. — Co mamy dobrego do jedzenia?

— Chleb, trochę mięsa i sera, no i woda do popicia – zaanonsowała Elizabeta, prezentując ich posiłek uroczystym gestem. — Niby mam ze sobą trochę wina, ale myślę, że skorzystamy z niego raczej pod koniec naszego pobytu. Zwłaszcza, że jutro już wypadałoby trochę pomóc.

— Fajnie, a ja dostałem odrobinę miodu, pewnie za moją poharataną gębę… — Feliks usiadł obok pledu, na którym Węgierka rozłożyła ich zapasy, i wyciągnął przed siebie małe gliniane naczynie, żeby zademonstrować swoją zdobycz. Przyjrzał się glinianemu słoiczkowi z zamyśloną miną, a po chwili pstryknął palcami, wpadłszy na pewien pomysł. — Może codziennie będę sobie robił krzywdę w zamian za dobre rzeczy?

— A może lepiej nie? — zasugerował ostrożnie Toris. — Jadwidze oszczędzisz zmartwień, sobie cierpienia, a właścicielowi tego gospodarstwa ataku serca.

— Hmm… to całkiem rozsądne argumenty – przyznał Polska takim tonem, że Litwin upewnił się, że poważnie rozważał taką możliwość. — Aczkolwiek mam zamiar skorzystać z okazji, jeśli przez przypadek się pokiereszuję.

— To dość bezwzględne i bezczelne z twojej strony. Tak wykorzystywać swoich ludzi… — mruknęła Węgry, częstując się miodem pomimo swoich słów.

— W miłości i na wojnie wszystko wolno – stwierdził Feliks, wzruszając ramionami z niewinną miną.

— To ty prowadzisz jakąś wojnę o której nie wiemy? — zapytał Toris unosząc brew ze zdziwieniem.

— Tym razem to z miłości – oświadczył blondyn. — Miłości do słodkości i wszelakiego rodzaju dobrego jedzenia – dodał szybko. Wolał postawić sprawę jasno, niż ryzykować, że Elizabeta znowu wyskoczy z jakimś tekstem dotyczącym jego domniemanej romantycznej relacji z Torisem.

— Rany, jestem wykończona – westchnęła Węgierka, tłumiąc głośne ziewnięcie. — Jednak ganianie za Torisem i wrzucenie waszej dwójki do stawu to dość męczące zajęcie. — Przeciągnęła się mocno, ignorując mordercze spojrzenia Polski i Litwy. — Chyba zasnę tuż po tym jak zjem…

— A ja się chyba popłaczę, ale to dopiero jutro, jak trzeba będzie wstać skoro świt – mruknął Feliks. — Bogu dzięki, że jest tu tyle miejsca, będę mógł się położyć w sporej odległości od was…

— Ej! To było chamskie, niby dlacz… — zaczęła z oburzeniem Elizabeta, zerkając kątem oka na Torisa, który skrzywił się nieznacznie.

— …może wtedy, jeśli do tego wsadzę głowę w górę siana, to da radę zagłuszyć chrapanie Torisa – stwierdził blondyn, nie dając sobie przerwać.

— A… o to chodzi…

— Nadal twierdzę, że przeginasz – powiedział z uporem Litwin. — Na pewno nie jest tak źle, założę się, że Elizabeta potwierdzi…

— Nie potwierdzi – westchnął Feliks z ubolewaniem. — Tę jedną cechę macie wspólną, może ona nie chrapie jak ty, ale oboje śpicie jak kamienie i posiadacie niezwykłą umiejętność wstawania rano bez narzekania.

— Jak już przy tym jesteśmy, to ciekawym wyzwaniem będzie obudzenie cię jutro – stwierdziła Węgry, drapiąc się po brodzie z zamyśloną miną.
Może dla niej brzmiało to jak „ciekawe wyzwanie", Toris był raczej zdania, że już wolałby wybrać się na samotną krucjatę przeciw jednej z krzyżackich twierdz. Wydawało mu się to mniej niebezpiecznym i łatwiejszym do realizacji zadaniem.


Coś obudziło Torisa w środku nocy. Z początku nie był pewny co, zazwyczaj, o ile tylko był pewny, że znajduje się w bezpiecznym miejscu, nie miał problemów ze snem. Może i nie znajdowali się w murach krakowskiego zamku, ale gospodarstwo, w którym przebywali, nie było bardzo oddalone od grodu. Wciąż znajdowali się w sercu terytorium Królestwa Polskiego, w bezpiecznym miejscu…

— Chociaż… ostatnio dość jasno się przekonaliśmy, że nawet bycie otoczonym przez ludzi z własnej armii niekoniecznie zapewnia bezpieczeństwo – mruknął do siebie, wpatrując się w ciemność ponad sobą. Czując, że tak łatwo nie uda mu się ponownie zapaść w sen, usiadł i rozejrzał się wokół. Nie mógł dostrzec zbyt wiele, pomimo tego, że była pełnia i noc była dość jasna, niewiele księżycowego światła wpadało do wnętrza stodoły przez uchylone drzwi i otwarte okiennice. W niewielkiej odległości od siebie dostrzegł sylwetkę Elizabety, która mamrotała coś radośnie przez sen. Całe szczęście po węgiersku, bo chyba wolał nie wiedzieć, o czym mówiła. Jeśli zaś chodziło o Feliksa…

Feliksa nigdzie nie było.

Miejsce, w którym kładł się do spania, oddalone kilka metrów od nich, było puste, chociaż jego rzeczy były na swoim miejscu.

— Dobra, tylko bez paniki – szepnął, wstając po cichu. — Jesteśmy na bezpiecznym terytorium, pewnie poszedł się odlać albo coś w tym stylu – mruknął, biorąc się za przeszukiwanie otoczenia. — Z drugiej strony nie zaszkodzi się rozejrzeć…

Mimo tego, że starał się myśleć logicznie, nie potrafił do końca zapanować nad niespokojnymi myślami, których przybywało w miarę bezskutecznego przeszukiwania poddasza. Zaczął powoli rozważać opcję obudzenia Elizabety, kiedy nagle usłyszał kroki… kogoś, kto łaził po dachu. Zdenerwowany podszedł do swojego posłania i wziął sztylet, który ukrył w kocu podłożonym pod głowę. Wolał w razie konieczności mieć się czym bronić. Następnie skierował się w stronę jednej z klap przykrywających wyjście na dach. Niektóre z nich były uchylone, dla lepszej wentylacji budynku, nie przypatrywał im się zbytnio, wcześniej nie widział takiej potrzeby, ale powinno dać się przez nie wyjść na dach… Mając nadzieję, że nie potnie sobie języka, chwycił sztylet zębami i zaczął wspinać się po kostkach słomy.

— „O rany… jest wyżej niż myślałem" — pomyślał, wychylając głowę przez otwór i mimowolnie spoglądając w dół. Za możliwością do kontynuowania wspinaczki nie musiał się długo rozglądać, w dość bliskiej odległości od otworu, do dachu przymocowane były z grubsza ociosane kawałki drewna, tworzące coś na kształt drabiny prowadzącej na szczyt. Zaciskając zęby nieco mocniej na chłodnym metalu, zaczął włazić wyżej, całe szczęście nie musiał się bardzo wysilać, cały dach był dość płaski, na jego szczytowej części można było spokojnie usiąść… z czego ktoś już zdążył skorzystać.

— Problemy ze spaniem? — zapytał Feliks. Siedział zwrócony twarzą do niego, podpierając z tyłu rękoma i założywszy nogę na nogę. Nie wydawał się zaskoczony widokiem Litwina, musiał go dostrzec, tudzież usłyszeć już wcześniej.

— Mógłbym ciebie o to zapytać – odparł Toris, przekładając sztylet do wolnej ręki. Nieco utrudniło mu to resztę wspinaczki, ale wolał mieć możliwość odezwania się.

— Akurat dziś chodzi mi raczej o podziwianie pięknych widoków. Po co ci ten nóż? — zapytał Polska, unosząc delikatnie brew. — Chyba nie planujesz mnie zamordować?

— Nie, chociaż należałoby ci się za takie znikanie bez ostrzeżenia – stwierdził Litwa, wdrapując się na szczyt i siadając obok blondyna. — Po prostu wolałem w razie czego mieć się czym bronić, gdyby kręcił się tu ktoś niepowołany i… — urwał, zastanawiając się jakich słów użyć, żeby przypadkiem nie zirytować Polaka.

— Mhm, domyślam się o co ci chodzi – mruknął Feliks. — Gdyby nie to, że wcale nie tak dawno ktoś próbował nas zamordować w teoretycznie bezpiecznym miejscu, to stwierdziłbym, że jesteś przewrażliwiony. Chociaż… — zrobił zamyśloną minę, pocierając palcami brodę. — W sumie to jesteś przewrażliwiony, ale gdyby nie okoliczności, to byłby ten irytujący poziom przewrażliwienia.

— Nie jestem… a zresztą – westchnął Toris, machnąwszy ręką – to chyba jeden z tych tematów, w których cię nie przegadam.

— Prawdopodobnie próbowanie nie ma większego sensu – przyznał Polska. — Możesz za to wyjaśnić dlaczego postanowiłeś wyleźć na dach, zamiast grzecznie spać.

— Bo usłyszałem kroki na dachu i chciałem sprawdzić kto to.

— Rany, chciałem tylko trochę rozprostować kości. Tupałem aż tak głośno, żeby dać radę wyrwać cię ze snu?

— Nie, nie ty mnie obudziłeś, tylko… właściwie sam nie wiem, co mnie obudziło. — Litwin wzruszył ramionami, próbując przypomnieć sobie, czy czuł coś szczególnego tuż po obudzeniu. — Po prostu się obudziłem… potem zobaczyłem, że gdzieś cię wcięło, usłyszałem kroki i… wlazłem na dach.

— Może miałeś jakiś koszmar?

— Może… nie jestem pewny, rzadko kiedy pamiętam co mi się śniło.

— Hmm… — mruknął Feliks, spoglądając w dal.

Przez kilka minut, które Torisowi wydawały się strasznie dłużyć, panowała cisza, przerywana tylko charakterystycznymi dla pory nocnej odgłosami. Ta cisza sprawiała, że Litwin czuł się trochę nieswojo… chociaż właściwie bardziej chodziło o fakt, że to Polak siedział cicho. Zdążył się przyzwyczaić raczej do tego, że blondyn nie potrafi usiedzieć w ciszy i spokoju choćby krótką chwilę. No i… zdecydowanie czuł się niezręcznie, siedząc jak kołek obok kogoś w kim się zadurzył, starając się przy tym nie gapić na niego jak sroka w gnat. Miał wrażenie, że powinien coś zrobić, powiedzieć, przerwać jakoś ciszę, „popchnąć jakoś ten związek naprzód" szepnął w jego głowie głosik, brzmiący niepokojąco podobnie do głosu Węgier.

— Więc… eee… mówisz, że wolisz podziwiać widoki zamiast spać? — zapytał, starając się brzmieć na wyluzowanego, co chyba nie do końca mu się udawało.

— Skoro i tak nie mogłem zasnąć, to czemu nie? — odparł Feliks. — Pogoda wciąż jeszcze jest dobra, chociaż zaczyna się robić coraz chłodniej. Jest pełnia i nie ma chmur, więc jest dość jasno żeby coś zobaczyć, a i gwiazdy można podziwiać bez problemu. No i prawie wszyscy śpią, więc nikt się nie czepia, ani tego, że siedzę na dachu, ani tego, że nie śpię, chociaż by się przydało.

— Dlaczego nie mogłeś zasnąć?

— Wiesz, to taka jakaś złośliwość losu jest – stwierdził Polska, zerkając na bruneta przelotnie. — Jak wiem, że muszę następnego dnia wstać wcześnie i powinienem wykorzystać każdą minutę na sen, co pewnie i tak nie sprawi, że będę z rana mniej zirytowany koniecznością wstania, to ni cholery nie mogę zasnąć. Tak więc zamiast walczyć z niemożliwym, korzystam z okazji, to o wiele lepsze niż oglądanie widoków z okna Wawelu. — Westchnął cicho, siadając prosto i wyciągając nogi przed siebie. — Cieszę się, że Węgry zorganizowała ten wypad, chociaż szkoda, że nie poszła jeszcze krok dalej i nie wynegocjowała jakiejś wycieczki w kompletną dzicz… no co? — zapytał, kiedy Litwin spojrzał na niego ze szczerym zdumieniem wypisanym na twarzy.

— Cóż… jakby to powiedzieć…

— Najlepiej jak najprościej.

— Po prostu twoja osoba i kompletna dzicz jakoś mi do siebie nie pasują – mruknął Toris, mentalnie szykując się na to, że Feliks znów poczuje się obrażony.

— Dlaczego? — zapytał Polak, wyjątkowo spokojnym tonem. Toris uszczypnął się dyskretnie w ramię żeby sprawdzić, czy aby na pewno nie śpi. Obecne zachowanie blondyna było dla niego tak odmienne od tego, co zwykle sobą prezentował… Wystarczyło wspomnieć ostatni raz, kiedy głośno stwierdził, że wygląd Feliksa nie odzwierciedla jego natury.

— Uch… więc… wydajesz się być mocno przyzwyczajony do tych wszystkich udogodnień, obecnych na dworze królewskim – zaczął Litwa, uważnie kątem oka obserwując reakcje Polski, żeby w razie czego zamknąć się w porę. Jak na razie Feliks wciąż patrzył przed siebie z nieco roztargnionym wyrazem twarzy. — Po prostu…

— Nie wyglądam ci na typa, którego cieszyłaby konieczność szukania schronienia, zdobywania jedzenia i innych rzeczy koniecznych do przetrwania – podsumował za niego Feliks, wciąż tym samym spokojnym głosem. — A jednak, po raz kolejny się mylisz. Dlaczego tak myślisz?

— Nie jestem do końca pewny – przyznał Toris. — Ale, jak już wspominałem, twoje przyzwyczajenie do dworskich wygód na pewno odgrywa w tym rolę. Ponadto… możesz się śmiać, ale myślę, że religia też ma w tym swój udział, jak na moje chrześcijaństwo jest wygodne i niezbyt szanuje przyrodę… No dzięki – burknął, kiedy Polak zaczął chichotać.

— No co? Powiedziałeś, że mogę – wykrztusił Feliks, starając się nie śmiać zbyt głośno. Wolał nie obudzić przez przypadek Elizabety, bo inaczej nie dożyłby świtu i pewnie miałby jeszcze Torisa na sumieniu. — Dlaczego religia? — zapytał, ocierając łzy z kącików oczu. — Bo przeczytałeś gdzieś w Bilbii, o ile w ogóle to niej zajrzałeś, „Czyńcie sobie ziemię poddaną?". Czy dlatego, że w związku z wyplenianiem pogaństwa z twoich ziem, karczowane są święte gaje i zabijane są święte zwierzęta? Więęęęc – zaczął, nie czekając na odpowiedź bruneta — nawet pomimo tego, że Jagiełło przyjął chrzest i to nawet dwa razy, nawet jeśli z dużym zapałem twierdzisz, że twój kraj nie jest pogański, tutaj – wyciągnął rękę i palcem wskazującym stuknął Litwina w głowę oraz w pierś – wciąż siedzi poganin, hmm? Chociaż muszę przyznać, że jak na brak wiary, to wzywanie imienia pana Boga na daremno opanowałeś po mistrzowsku.

— Mógłbyś przestać się ze mnie nabijać? — zapytał Litwa z rozdrażnieniem, odtrącając dłoń Polski.

— Wiesz, wyjątkowo się z ciebie nie nabijam, po prostu stwierdzam fakty, które przy okazji są dość zabawne, przynajmniej w moim mniemaniu – stwierdził Polak. — Sam mi się przyznałeś, że ziemie rdzennej Litwy nie wyznają chrześcijaństwa, czyli de facto ty też nie. Przynajmniej na razie.

— Skąd ta pewność, że tylko „na razie"? — mruknął Toris, rozmasowując czoło.

— Po pierwsze, Jagiełło obiecał, że wypleni pogaństwo na Litwie w zamian za polski tron i wydawał się mówić całkiem poważne. Co jest zrozumiałe, gdyby nie dotrzymał słowa to mogłoby się zrobić jeszcze mniej ciekawie niż już jest. Po drugie, nie wiem czemu wielu o tym zapomina, ale ja też byłem poganinem, więc mówię z własnego doświadczenia. — Feliks znów zmienił pozycję, tym razem usiadł ze skrzyżowanymi nogami, po czym westchnął cicho i odchylił głowę żeby móc spojrzeć w niebo. — Wciąż pamiętam ich imiona… Perun, Weles, Chors, Swaróg i wielu innych… być może u ciebie nazywają się inaczej, ale to bez znaczenia, bo koniec końców chodziło o oddawanie czci siłom natury. Pamiętam rytuały i obrządki, a przede wszystkim pamiętam, że na początku też nie byłem zbytnio zadowolony z nowej religii. Jak tak sobie o tym myślę, to szczerzę współczuję mojemu świętej pamięci księciu Mieszkowi, tego że musiał się ze mną użerać – powiedział z cichym śmiechem.

— Znając ciebie, to jest czego współczuć – stwierdził Toris, uśmiechając się.

— Wtedy byłem młodszy, więc było jeszcze gorzej niż teraz – zaznaczył Feliks, szczerząc do bruneta zęby.

— Boże… biedny człowiek.

— Widzisz? Mówiłem, że wzywanie imienia Stwórcy na daremno świetnie ci idzie. W sumie jego następcy nie mieli wiele lepiej i ze mną i z ludnością, która też miała opory przed zmianą wiary. A teraz sam widzisz… — Polska rozłożył ręce, jakby chciał swojemu towarzyszowi coś zaprezentować. — Może ci się to nie podobać, możesz się opierać, ale w końcu to zaakceptujesz, podobnie jak twój lud. Nie mówię, że zrobisz się pobożny i zaczniesz wieść żywot świętego, radość z obcowania z naturą też ci nie minie i nie zaczniesz się zamykać w kamiennych murach, byle jak najbliżej cywilizacji, po prostu nowa wiara przestanie ci przeszkadzać. A jak już przy naturze jesteśmy, to mylisz się co do tego, że wiara chrześcijańska nie szanuje przyrody. Słyszałeś o świętym Franciszku z Asyżu? Uważał że każde żywe stworzenie, zwierzęta i rośliny, są jego braćmi i siostrami, że skoro też zostały stworzone przez Boga to są sobie równi i nie był w tym twierdzeniu odosobniony. To czy ktoś szanuje czy nie szanuje natury, lubi czy nie lubi z nią obcować, nie ma nic wspólnego z tym w co wierzy, ludzie znajdą wymówkę dla chciwości i okrucieństwa niezależnie od wyznania.

— Masz rację – westchnął Toris, zasłaniając sobie usta, żeby stłumić ziewnięcie. To o czym opowiadał mu Feliks bynajmniej go nudziło, po prostu jego ciało i umysł chyba zaczęły sobie przypominać, że teraz jest pora na sen. — Cholernie dziwnie to brzmi, jak zaczynasz prawić mądrości.

— Dlatego wolę to ograniczać do totalnego minimum – prychnął Polak, przewalając oczami. — Jeszcze ktoś pomyśli, że zostałem zastąpiony przez złego brata bliźniaka czy coś.

— Czyyyy ja wiem, czy takiego złego… – powiedział Litwa żartobliwie.

— Dobra, rozumiem, to już ta pora w której Litwini robią się złośliwi, idę spać – stwierdził Polska, zaczynając opuszczać się po dachu.

— Nie chci… — zaczął Toris.

— Poza tym chcę pospać chociaż odrobinę, wiedząc, że Elizabeta nie da mi się jutro wylegiwać – dodał Feliks, posyłając brunetowi rozbawione spojrzenie. Litwin tylko westchnął w duchu, poważnie wątpiąc, czy kiedykolwiek uda mu się załapać poczucie humoru swojego sojusznika. — Mam tylko nadzieję, że uda mi się zasnąć przed tobą…

Toris w myślach stwierdził, że tego Feliks mógł być raczej pewien. To nie był pierwszy raz, kiedy rozmowa z Polakiem przybrała zupełnie niespodziewany dla niego obrót, przy okazji pozostawiając w jego głowie masę różnych pytań i myśli, które pomimo zmęczenia nie pozwolą mu zbyt wcześnie zasnąć.


Coż... może ktoś się czepiać, że niektóre elementy tego fika są zbyt nowoczesne. Przykładowo wątpię, żeby wtedy ludzie wiedzieli co to atak serca i co może go powodować (w tamtych czasach chyba wszystko co złe zwalano na szatana i inne duchy złe którenazgubęduszludzkichkrążąpoświeciemocąBożąstrąćdopiekłaAmen... przepraszam chyba mnie trochę poniosło).

No ale... bez przesadyzmu z realizmem ¯\_(ツ)_/¯

Hmm... powróciło ciepełko co jest całkiem przyjemne, bo jest po prostu ciepło a nie smaży jak na pustyni za dnia. Chyba nawet pójdę sobie do ogrodu, pozbierać borówek.
I pozastanawiać się trochę nad tym co pisać następne... może How to be, bo mam ochotę :v