Betowała wspaniała Himitsu, której bardzo za to dziękuję! :)
neko246, ogólnie plany Harry'ego zazwyczaj (chociaż nie zawsze) wychodzą na marne - o wiele lepiej idzie mu improwizowanie :). MadWoman98, och, wybacz, że tak późno zawsze wstawiam rozdziały, postaram się, aby następny był w godzinach porannych, specjalnie dla ciebie ;). Ale cieszę się, że rozdział ci się podobał. Hakkarii, cóż, cieszmy się, że nie jest to kryminał ;). Myślę, że taka jest już przypadłość prequelów, tak naprawdę nie może stać się w nich nic zaskakującego... dobra, może stać się coś zaskakującego, ale zawsze wiadomo, do czego to w końcu wszystkiego zmierzy :). Evolution, szalenie. I, właściwie, DoT jest dłuższy niż UL - biorąc pod uwagę oczywiście ilość słów, nie rozdziałów. Zwłaszcza, że w UL nie było zbyt wiele opisów... Nieważne. Odbiegam od tematu :). Ale tak, z pewnością jest to wyzwanie, któremu dzielnie stawię czoła (odzywa się we mnie chyba jakaś Gryfońska część osobowości, o której do tej pory nie miałam pojęcia ;)). Co do siostry - przynajmniej nie dała ci zapomnieć o UL ;). Co do mylącego się Toma - jak tak sobie czytałam twój komentarz, to pomyślałam, że Tom właściwie dużo teraz na swoich punktach widzenia zyska. Bo uważa się go za nieomylnego, geniusza, a tutaj okazuje się, że wraz z biegiem czasu można zauważyć, że wiele jego genialnych teorii ma w sobie dużo błędów... Seshi, niestety nie jestem w stanie odpowiedzieć na twoje pytanie odnośnie pierścienia - jak na razie nic na ten temat nigdzie nie było wspomniane. Zapraszam więc do snucia teorii. Ariano, wyjazd minął mi bardzo miło, udało mi się odpocząć od wszystkiego i wszystkich. Nawet ostatnio okazało się, że pod koniec miesiąca szykuje mi się jeszcze jeden wyjazd, z czego muszę powiedzieć, że niezmiernie się cieszę. Mam nadzieję, że twój wyjazd mimo wszystko był równie udany :). Czytadlo, ten plan mógłby się powieść, ale, no szczerze, jak wiele planów Harry'ego się powiodło? Potterowi beznadziejnie idzie planowanie czegokolwiek :). Co do zadziorności Harry'ego - no cóż, chłopak coraz bardziej wyrabia się przez Toma. Cieszę się, że podobało ci się tłumaczenie i bardzo dziękuję za komentarz :).
Dziękuję wszystkim, którzy znaleźli chwilę - mniejszą bądź większą - na napisanie komentarza. Bardzo przyjemnie czyta mi się to, co sądzicie o rozdziałach, teorie, które wysnuwacie. Wszystko :).
Miłego czytania!
Ostrzeżenia: trochę więcej przekleństw niż zazwyczaj
Słowniczek: wężomowa
Gracz Przeszłości
Rozdział dwudziesty
Harry znów znajdował się na cmentarzu, przywiązany do nagrobka starszego Toma Riddle'a, gorąca i lepka krew ciekła mu po ramieniu, a ból ogarniał całe jego ciało, podczas gdy Voldemort z ciemną, wężową chwałą krążył między swoimi Śmierciożercami. Jego szkarłatne oczy paliły mu skórę, pełne nienawiści i rażącego lodu.
Pamiętał te słowa, jakby zostały wypowiedziane wczoraj… trzynaście lat rozczarowania… ale wtedy jeden ze Śmierciożerców zrobił krok do przodu, padając na kolana przed Czarnym Panem. Harry nie mógł zobaczyć jego twarzy.
- Panie, błagamy o wybaczenie. – Mężczyzna. To był męski głos, dziwnie znajomy. – Proszę, wybacz nam. Coś takiego już nigdy więcej się nie zdarzy… zdajemy się na twoją łaskę… prosimy…
Voldemort wyciąga rękę, ostro chwytając szczękę Śmierciożercy, podnosząc jego głowę, odzywając się, kiedy pod jego wpływem maska rozpłynęła się…
Zielone oczy… uległa postawa, doskonale widoczny na skórze Mroczny Znak… błaganie…
- Błagasz, Harry? Jaki dobry z ciebie zwierzaczek.
I czerwone oczy skierowały się na niego, przywiązanego do nagrobka. Następnie ręce zbliżyły się również do niego i…
Harry obudził się, szarpiąc z przerażenia, mając na ustach okrzyk zaprzeczenia, szeroko otwierając oczy ze strachu, z trudem łapiąc powietrze, walcząc z trzymającym go uściskiem.
- Zostaw mnie! – warknął na wpół przytomnie, robiąc wszystko, co w jego mocy, aby rzucić się na przytrzymującą go osobę, zachowując się bardziej zwierzęco niż ludzko. Uścisk jedynie wzmocnił się i przeniósł tak, by nie mógł się wyrywać, powstrzymując jego nogi od kopania, ręce unosząc nad głowę i przyciskając je do poduszki.
- Uspokój się – nakazał chłodny, mocny i autorytatywny głos. – Harry… uspokój się w tej chwili…
Ale nie uspokoił się, ten głos sprawił tylko, że zaczął walczyć jeszcze zacieklej, przez co w następnej sekundzie jego napastnik mocno uderzył go w policzek. Przez sekundę ogarnęło go zdziwienie, a świat wokół niego zaczął robić się coraz wyraźniejszy i… cholera jasna.
Dormitorium Ślizgonów. No tak. Miał zły sen, to był tylko zły sen.
Tom Riddle wpatrywał się w niego, a wyraz jego twarzy był nieugięty, chociaż zabarwiony nutką ciekawości. Harry przełknął ślinę, koncentrując się na oddychaniu, jego ramiona wciąż napięte były ponad wszelką miarę, chociaż przestał nimi wymachiwać.
- Możesz już mnie puścić – powiedział stanowczo, ale jego głos był nieco zachrypnięty. Uścisk wzmocnił się na sekundę, boleśnie, po czym całkowicie zniknął, kiedy Riddle odsunął od niego swoje ciało… tylko po to, by po chwili również jego wyszarpnąć ostro z łóżka. Zamrugał, zmęczony, całkowicie wyczerpany.
Odkąd się tutaj pojawił, ani razu nie udało mu się spokojnie zasnąć! Nie licząc tego czasu, kiedy był w śpiączce.
- Możesz również przestać mną poniewierać – kontynuował, próbując wyszarpać się z uścisku, który przeniósł się teraz na jego ramiona, mrużąc oczy i spoglądając na niego niebezpiecznie.
Minął tydzień od czasu, kiedy zaczął starać się przedostać do kręgu Riddle'a i zachowywać się jak część jego grupy. Każda sekunda takiego zachowania wywoływała u niego odruch wymiotny. Udawanie tak uległego i przywiązanego, udawanie bycia jednym ze Śmierciożerców doprowadzało go do szału. Sama myśl o tym brzydziła go i przerażała.
Oczywiście jedną z najgorszych rzeczy w tym wszystkim było to, iż to całe nieznośne zmuszanie się… nie działało tak bardzo, Riddle nie nabrał się na to tak łatwo… a wszystko to poszło teraz na marne, biorąc pod uwagę, jak się zachował. Widział, że Lestrange spogląda na niego wymownie, ale nie był w stanie się na tym teraz skupić.
Chociaż koszmar natychmiast zniknął i ledwo mógł sobie przypomnieć, czego dotyczył, pozostały przewlekłe mdłości i strach, do tego w towarzystwie powracającego buntu i gniewu.
Winił za to brak snu.
- Mogę, ty mógłbyś za to przestać jęczeć i się wyrywać – odparł rzeczowo Tom, jego oczy zabłysły okrucieństwem i rządzą wiedzy oraz władzy. Harry prawie zadrżał. – Dobry chłopiec…
Harry warknął, pękł jego napięty przez cały tydzień, z powodu udawania stosunkowo miłego, temperament i odepchnął od siebie Riddle'a. Ku jego mściwej satysfakcji, chłopiec prawie stracił równowagę z powodu jego wściekłej zaciekłości i siły odepchnięcia, zanim niefortunnie ją odzyskał, a nie jak idiota uderzył w jedną z kolumn łóżek.
W następnej sekundzie uśmieszek wykrzywił wargi chłopca, sprawiając, że Harry miał ochotę jęknąć, chociaż czuł również, że rozkwita na to niewypowiedziane wyzwanie.
- No, no, no – wymruczał Riddle. – To nie było zbyt miłe. A radziłeś sobie tak dobrze, mój drogi. Lepiej uważaj…
Harry zacisnął ze wściekłością szczękę i zaciekle odwzajemnił spojrzenie.
Wszyscy inni Ślizgoni w pokoju wyglądali już teraz na bardzo rozbudzonych, wszelkie ślady snu uciekły z kącików ich oczu i twarzy, kiedy nagle zaczęli podążać za opinią tłumu i obronnie kulili się pod swoimi kołdrami – jak dzieci bojące się potwora po łóżkiem, nie wystawiające nic prócz głowy i kawałka dłoni.
Lestrange mruknął mu bezgłośnie „przepraszam", ale w zamgleniu spowodowanym niedoborem snu i w strachu Harry ledwie to zauważył.
- Jesteś aroganckim dupkiem – warknął. – Cholernie trudno jest być względem ciebie przyjaznym, kiedy jesteś tak piekielnie nieznośny!
- Och, to znaczy, że tak naprawdę nie uwielbiasz przebywać w moim towarzystwie? – zripostował Tom, ale w jego głosie słychać było jeszcze więcej złośliwości, ostrej jak krawędź brzytwy. – Czuję się dotknięty, naprawdę… chociaż to tylko dowodzi, że do czegoś zmierzasz. – Harry niemal był w stanie usłyszeć niedopowiedziane „jak wszyscy inni".
Potter zesztywniał, a Tom podszedł do niego po raz kolejny i wykorzystał to, że zmęczenie Harry'ego wywoływało u niego pewne zdezorientowanie, szybko wypychając go z dormitorium w ten sam sposób, w jaki Harry popchnął go wcześniej.
Dopiero co udało mu się nie spaść po schodach na złamanie karku, a już okazało się, że Riddle stoi koło niego, w szyderczo przyjacielski sposób przewieszając rękę przez jego ramiona – chociaż robił to odrobinę zbyt mocno, by naprawdę mogło być to przyjacielskie – i ciągnąc za sobą.
- Co robisz, do cholery? – niemal syknął Harry, strącając jego rękę, co spowodowało, że po chwili różdżka przyciśnięta została do tylnej części jego szyi.
- Biorę cię ze sobą, by zdobyć jakiś eliksir bezsennego snu.
Chociaż Harry spodziewał się wielu rzeczy… żadna nie była choć trochę podobna do tego. Oczekiwał przesłuchania, szydzenia, tortur. Jego oczy zwęziły się.
- I mam ci w to uwierzyć? – Był bardzo sceptyczny. – Dlaczego miałbyś to zrobić?
- Bo jestem prefektem – odpowiedział bez wahania Tom. – To dlatego to robię, dbam o uczniów, którzy są pod moją opieką.
- Ach, no tak, i niby przypadkiem zaczynasz robić to tak niespodziewanie po dwóch miesiącach? – zripostował sarkastycznie Harry. – Być może powinieneś trochę więcej wysiłku wkładać w udawanie altruistycznej miłości do swoich obowiązków.
Tom wysłał mu beznamiętne spojrzenie.
- Sądziłem, że jakoś dasz sobie z tym radę, biorąc pod uwagę to, jak bardzo wydajesz się niezależny – tym razem w jego głosie pobrzmiewała nutka kpiny, ale także śmiertelnej powagi. Te intensywne oczy skierowały się na niego. – Najwyraźniej jednak nie masz szacunku do własnego zdrowia, a ja wolę nie budzić się każdej nocy przez twoje krzyki. Znacznie zabawniejsze jest, kiedy to ja je powoduję i w ogóle… chociaż, z drugiej strony, to i tak pewnie moja sprawka, biorąc pod uwagę zakładany charakter twoich złych snów… a może dobrych snów, w zależności od tego, jak na to spojrzysz. – Chłopiec wysłał mu uśmieszek i Harry robił wszystko, co w jego mocy, aby się na niego nie gapić, prychając na tę ostatnią insynuację.
- Pieprz się, nie potrzebuję twojej pomocy – warknął, wyrywając mu się. Riddle westchnął, brzmiąc na zdecydowanie bardziej cierpliwego, niż miał prawo, po czym wysłał Harry'emu absolutnie zbyt uprzejmy uśmiech.
- A owszem, potrzebujesz, a jeśli nie zaczniesz ze mną współpracować, upewnię się, że to panna Pierce będzie tą, która będzie potrzebowała mojej pomocy – słowa te wypowiedziane zostały bardzo rzeczowo i chłodno.
Wyraz twarzy Harry'ego był lodowaty, ostry. Nie sądził, by kiedykolwiek mógł bardziej pogardzać stojącym przed nim chłopcem… co już samo w sobie jest dość sugestywne.
- To nie twój pieprzony interes…
- …mój, z powodu twoich krzyków nie mogę spać – odrzucił Riddle i Harry próbował nie zwracać uwagi na to, że było to sprawiedliwe i uzasadnione.
- Cholera, będę spać na kanapie. To lepsze niż budzenie się każdej nocy trzymany przez ciebie – wypluł Harry.
- Możesz też rozwiązać problem koszmarów i nic z tego nie będzie konieczne. – Riddle uniósł brwi. Harry spojrzał na niego spode łba i dziedzic Slytherina znów chwycił go za ramię, popychając.
- Potrafię sam chodzić – mruknął groźnie. Cała tygodniowa praca zniszczona… z drugiej strony, Riddle podejrzewałby coś, gdyby tak nagle zaczął zachowywać się jak posłuszna, napalona fanka, prawda? Po prostu musiał znaleźć się wystarczająco blisko… i wtedy uderzyć. Już zaczął poszukiwać słabego punktu w sieci wpływów młodego Czarnego Pana.
- Chodzenie jest optymistycznym określeniem ruchów, jakie wykonujesz w nocy – odpowiedział Riddle. – Już odpowiedniejsze jest nazwanie tego powłóczeniem nogami. Lub niepewnym potykaniem się.
Harry zamrugał.
- Jesteś dupkiem.
- I to cię zaskakuje?
Harry prychnął, mimowolnie rozbawiony. Och nie, na pewno nie był rozbawiony, był wkurzony na Riddle'a, a nie śmiał się z jego żartów i zachowania. Jego szalonego, manipulacyjnego, kontrolującego zachowania – co niby miałoby mu się w tym podobać?
- Poza tym, zbyt mała ilość snu może człowieka zabić – kontynuował Riddle, jak gdyby w ogóle nie przerywał. – A z pewnością nie jestem kimś, kto marnowałby taką wspaniałą, drogocenną rozrywkę, jaką jesteś, skoro już tak wygodnie weszła mi w drogę. Nie mówiąc o tym, że kiedy jesteś zmęczony, to nie jesteś choć w połowie tak zabawny jak zazwyczaj, a to jedna z niewielu rzeczy, w których jesteś dobry.
Harry nie powinien w najmniejszym stopniu zawracać sobie głowy tym komentarzem, ale był obraźliwy i czuł się nim dotknięty, chociaż tylko troszeczkę. Ale obwiniał o to swoje wyczerpanie i w ogóle wszystko wydawało się teraz gówniane, nie tylko z powodu Riddle'a.
- Już nawet nie udajesz uprzejmego, co? – odpowiedział lekko. – Co za wstyd na karcie wzorowego ucznia.
- Jest środek nocy, poza tym mój urok wyraźnie się na tobie marnuje – oświadczył Riddle.
- To prawda – zgodził się Harry, uśmiechając. Przejrzał na wylot gierki Riddle'a.
- Chodzi mi o to… - Riddle roześmiał się cicho, a jego oczy błyszczały, kiedy odwrócił się ku niemu, sprawiając, że jego powiększający się uśmieszek zamarł. - …że wiesz, jaki jestem, a i tak do mnie lgniesz i próbujesz przyłączyć się do mojej grupy. To wprost cudowne. Zawsze mówiło się, że przyjaciele powinni akceptować w sobie to, co najgorsze – ton jego głosu był zbyt wesoły, szyderczy.
- Nie jesteśmy przyjaciółmi i nigdy nie będziemy – warknął Harry. – Jesteś nieznośnym draniem. Dlaczego, do cholery, ktoś miałby się z tobą przyjaźnić?
- Powinieneś rzadziej przeklinać, brzmisz śmiesznie.
- To ty jesteś śmieszny.
- I naprawdę musisz się wyspać – mruknął Riddle, brzmiąc na niemal… rozczarowanego. Rozczarowanego. Brak ripost i przekomarzań irytował chłopca, Harry podchwycił to i uznał za triumf. Szkoda, że rzeczą, którą Riddle najbardziej lubił w tej ich relacji – nie, relacja była złym określeniem, pomiędzy nimi nie było żadnej relacji, a… dynamika – była ich gra słów i… no cóż, pogrywanie. To było złe, bo było to dokładnie tym, co z takim trudem próbował powstrzymać.
Chodziło o to, że, no cóż, pogrywanie z Riddle'em, kiedy nie było zabawne, było ekscytujące. Nie, wcale nie zabawne lub ekscytujące. Miał na myśli straszne, okropne dla linii czasu, coś, czego powinien unikać za WSZELKĄ cenę.
Cholera. Naprawdę potrzebował snu.
Riddle nadal prowadził go przez korytarze, mocno ściskając jego ramię.
Nagle w Harry'ego uderzyła pewna myśl.
- Nie powinniśmy poczekać do rana? Pielęgniarka pewnie śpi…
Nie chciał zaprotestować przed samym udaniem się tam wyłącznie dla dobra Imogen – albo przynajmniej tym razem, bez względu na to, jak bardzo nienawidził Skrzydła Szpitalnego – ale to było absurdalne.
Riddle zamrugał, po czym spojrzał na niego.
- Nie idziemy do pielęgniarki, a do gabinetu Slughorna.
Horacy Slughorn, tak się nazywał, prawda? Harry tak naprawdę nie miał z nim zbyt wiele do czynienia i, biorąc pod uwagę pierwsze wrażenie, nie za bardzo chciał to zmieniać.
Po prostu w tym nauczycielu eliksirów było… coś… pompatycznego? W każdym razie coś, czego nie potrafił zdefiniować, co powodowało u niego niechęć. Mężczyzna był zdecydowanie lepszy niż Snape, ale… nie wiedział.
- To na pewno może poczekać do rana… mogę nie doceniać twojej maski wzorowego ucznia, ale on tak. Nie możemy tak po prostu bezceremonialnie mu przeszkadzać… Ja… na Merlina, jesteśmy w piżamach! On też będzie spał… Chwila. Slughorn będzie spał. Czy jego łóżko jest w gabinecie?
Lupina było połączone… och, nie chciał tego robić. W ogóle.
Riddle prychnął, uśmiechając się leciutko.
- Po prostu idź, skarbie. Patrz i ucz się od lepszych.
I to był moment, w którym Harry z niepokojem uświadomił sobie, iż Riddle przemówił do niego w wężomowie.
