Episode 21 - "Dean" - "Dean"
Dean Winchester mial zamiar nacisnac spust, jego palec przesunal sie juz o te kilka milimetrow, ale w jednej sekundzie, w zasadzie w ulamku, zawahal sie przez mgnienie oka. Przeciez skrzywdzi niewinnych ludzi, ich jedyna zbrodnia bylo sluzenie niewlasciwemu Deanowi...Czy mial do tego prawo?
- Nie - szepnal tak, by tylko Sam i kobieta go uslyszeli. - Mowy nie ma. Poddamy sie im.
- Ze co? - na jej twarzy odbilo sie niemale zaskoczenie. - Myslalam, ze chcesz zapobiec nieszczesciu.
- Chce, ale nie w ten sposob. Wyjdzcie z rekami do gory, rzuccie bron pod nogi i czekajcie na moj znak.
Jego brat zrozumial i kiwnal glowa. Winchester odetchnal gleboko, szczesliwy, ze chociaz w Samie ma wsparcie i krzyknal w strone bramy:
- Nie strzelajcie, poddajemy sie!
Okrzyk wywolal niemale poruszenie, wszystkie lufy skierowaly sie w ich strone, kiedy wychodzili z ukrycia. Powoli, spokojnie, jakby nie stali przed czyms na ksztalt plutonu, ktory w kazdej chwili moze ich rozstrzelac.
Dean usmiechnal sie swoim usmiechem, jak tylko on potrafil i zblizyl sie do ludzi oczekujacych przy wejsciu do obozu, jednoczesnie odrzucajac bron na ziemie.
- Widzicie? Nie zamierzamy walczyc.
- Zawolaj Deana - rzucil ktos ze zgromadzonych do stojacego obok kolegi i tamten popedzil, jakby sie palilo. W miedzyczasie zarowno Sam jak i kobieta odlozyli swoje uzbrojenie na podloze, ale dosyc blisko siebie.
Czekajac na przybycie szefa obozu jedyne, co mogli zrobic, bylo mierzenie sie wzrokiem.
- Hej, brzydalu, dlaczego tak sie na mnie gapisz? - rzucil nagle Dean z przeszlosci w strone jednego z wyraznie obserwujacych go facetow.
- Bo cie nie lubie! - odparowal tamten. Dean wybral o tyle dobrze, ze rozmowca nie byl w najlepszym humorze i ciagle sie krzywil - wczorajsze mleko stanowczo mu nie sluzylo.
- To ciekawe, bo ja ciebie tez nie lubie, grubasie! - Winchester nie stracil rezonu.
- Sluchaj, gnojku, zanim przybedzie szef, moge ci troche porachowac kosci! - wkurzyl sie ten nazwany grubasem i ruszyl do przodu w strone Deana.
Na jego znak jego kumple zrobili to samo i juz za moment cztery osoby otaczaly trojke sprzymierzencow.
- Za moment nasz szef nie bedzie mial po co przychodzic - zasmial sie inny, dla odmiany bardzo chudy.
- Alez nie, tak przeciez nam nie wolno, ale mozemy ich w koncu czegos nauczyc - sprostowal Gruby i z calej sily walnal Winchestera prosto w zoladek.
W tej samej chwili Sam i kobieta, ktora zrozumiala, o co chodzi, jednoczesnie chwycili z podloza bronie i uzywali ich do walki wrecz - na strzelanie bylo zdecydowanie zbyt blisko. Dzialali na tyle szybko i skutecznie, ze udalo im sie zaskoczyc wrogow i wyeliminowac ich na krotka chwile. Tamci jednak podniesli sie na tyle szybko, ze znow staneli na drodze do wolnosci.
- Jasna cholera - wrzasnal Dean, po raz kolejny uderzony w zoladek. - W jaja rozumiem, ale tam?
W pewnym momencie Sam uzyskal przewage na kilka sekund i mial przed soba tylko brame - wystarczylo ja przekroczyc i pobiec tak szybko, jak to tylko mozliwe. Obejrzal sie na brata - przeciez nie moze go tak zostawic!
Faktycznie, sytuacja Deana nie byla zbyt latwa - siedzial na nim okrakiem ten gruby i okladal go raz po raz po twarzy, majac na obliczu jakas dziwna satysfakcje. Ich sprzymierzeniec, tajemnicza kobieta z obozu, radzila sobie nieco lepiej, ale tez nie byla w idealnym stanie.
- Biegnij! - rozlegl sie nagle okrzyk starszego z Winchesterow, ktory nagle pojal, co zamierza drugi.
Kilka odczuc odbilo sie na twarzy Sama, ale kiedy ujrzal determinacje we wzroku brata, wiedzial, co ma robic. W tym samym ulamku sekundy kobieta kopnela w klejnoty swojego napastnika i znalazla sie obok syna Johna.
- Nie wahaj sie, tylko rob to, co mowi! - szepnela mu pospiesznie i juz znalazla sie za brama.
Oczywistym bylo, ze zaraz rozlegna sie strzaly, ale nieco sie spoznily za sprawa Sama, ktory na do widzenia walnal kilku stojacych w poblizu nieprzyjaciol i dal ogromnego susa poza wejscie.
Dyszeli ciezko, probujac uniknac pociskow, ale na prozno - jeden z nich rozoral kurtke Sama, a przy okazji jego ramie. Lowca syknal z bolu, ale sie nie zatrzymal.
- W porzadku? - uslyszal pytanie.
- Tak, jestem OK - odparl, wciaz majac w glowie obraz lezacego brata. Czy aby na pewno go nie zawiodl?
- Skoncz z mysleniem na ten temat! - krzyknela, skrecajac nagle w druga strone, choc i tak kula minela ja o milimetry.
Byli szybcy na tyle, ze niedlugo zgubili pogon i mogli opasc na ziemie pod jakims zapomnianym drzewem.
- Udalo sie - wydyszal Sam.
- Mam nadzieje - mruknela ona. - Dobra, teraz pokaz to ramie.
- Musimy isc...Znalezc Casa i pomoc Deanowi...
- Martwi niczego nie zrobimy. Dalej, pokaz.
Rana byla dosyc powazna, ale nie na tyle, by zagrazala zyciu, choc uplyw krwi byl spory. Sam zacisnal zeby i zostal opatrzony w miare skutecznie, tak, jak to bylo teraz mozliwe.
- Mozesz isc? - spytala go z jakas troske w glosie. Chyba nie lubila tylko Deana.
- Dam sobie rade - odparl, mile zaskoczony wydzwiekiem jej slow.
- Dobra, to ruszamy - stwierdzila, zapatrzona gdzies przed siebie.
Jak tylko skonczyla mowic, Sam wstal i spojrzal na nia.
- Dziekuje - powiedzial miekko.
- Nie ma za co - odrzekla twardziej, niz miala zamiar. - Jesli naprawde chcesz mi podziekowac, znajdz Castiela.
- Masz jakis pomysl, gdzie go szukac? - spytal, idac tuz obok niej i rozgladajac sie przez caly czas. Wiedzial juz, ze za kazdym rogiem moga kryc sie przeciwnicy.
- W tym rzecz, ze nie. Chuck nie zdazyl mi powiedziec, o ktore rozstaje mu chodzi. Musi byc gdzies blisko, to normalne, ale jak blisko?
- Znajdziemy go - powiedzial nagle Sam. - Jestem pewien, ze wszystko sie uda.
- Obys mial racje, panie Winchester. Obys mial racje.
Dean nie byl pewien, gdzie sie znajduje, wiedzial tylko, ze bylo ciemno i zimno. O ile zdazyl sie zorientowac, bylo to cos w rodzaju piwnicy, co bylo o tyle ciekawe, ze nie zauwazyl, by ktorys z budynkow cos takiego posiadal.
Sprobowal przesunac sie delikatnie w prawo, bo chlod sciany powodowal u niego dreszcze, ale zaowocowalo to tylko kolejnym szarpnieciem zranionego ramienia. Gdyby tylko bolalo go to przy scianie, chlod mialby jakis sens, a tak musial podwojnie cierpiec. I na nieszczescie mial wrazenie, ze reka jest nie tylko obolala, ale i zlamana w kilku miejscach. Chlopcy bedacy na uslugach jego przyszlej wersji nie bawili sie w lagodnosc, a po prostu kopali i bili tak dlugo, az przyszedl ich szef. A ten wcale nie byl lepszy. Sprzedal mu kopniaka, a potem kazal wrzucic do tej nory i zamknac bez swiatla na nie wiadomo, jak dlugo.
Winchester uparcie wciaz probowal zmienic pozycje i w koncu mu sie udalo, ale nie w takim stopniu, jakby chcial. Byl zwiazany i przewrocil sie na zimna podloge raniac sie po raz kolejny. Zawyl z bolu do tego stopnia, ze uslyszeli go chyba w calym Campie.
Nie, mylil sie. Nie wywolal nikogo, nikt nie zjawil sie w drzwiach, by sprawdzic, co sie dzieje. Jedynie gdzies w kacie dalo sie slyszec jakis odglos, jakby jek, szloch i szuranie jednoczesnie.
- Kto tam jest? - szepnal Dean, nagle zdjety obawa, ze trzymaja tu jakies nadnaturalne stworzenie i zamkneli go wraz z nim, aby posluzyl jako pokarm.
Podczolgal sie blizej i wtedy ujrzal...I nawet uslyszal.
- Zyjesz? - zapytal z lekiem w glosie.
Nie uzyskal odpowiedzi, tylko kolejny okrzyk bolu, ale sciszony przez knebel na twarzy wspolwieznia.
-Moj Boze, Chuck, co oni ci zrobili...
John Winchester nie mial pojecia, co sie dzieje z jego dziecmi, ale wlasnie wkraczal do miasta, ktore jakims cudem ciagnelo go do siebie na tyle, ze dotarl tu na kleczkach, na obdartych kolanach i wstal dopiero przed pierwszym z domow. Nie mogl przeciez pojawic sie tutaj ot tak i zadac pomocy w odnalezieniu synow. Bo o ile mial pewne wskazowki, to na tym wszystko sie konczylo. Idz naprzod - dobrze, ale gdzie, czy tak po prostu przed siebie, czy zas skrecac w miejsce wygladajace na zamieszkale i tam dalej pytac o droge? Mial przeczucie, ze nie bedzie latwo i nie pomylil sie. Kiedy wszedl do srodka pewnego malutkiego sklepiku na samym poczatku miasta, czul sie nie tyle glupio, co zle, jak jakis rabus. I tak pewnie wygladal, bo wlasciciel juz mierzyl do niego ze strzelby. A on sam probujac cos wytlumaczyc, wydal z siebie jedynie cos w rodzaju zabiego skrzeku z zaschnietego od tak dawna gardla.
- Wynos sie, demonie! - nawrzeszczal ma na niego staruszek i pociagnal za spust.
Sam Winchester szedl za kobieta i zastanawial sie, jak zapytac o jej imie. W koncu nie moze przeciez wciaz wolac ja per "Ty", tym bardziej, ze w calej tej sytuacji nie darzyl jej zbytnio zaufaniem. Owszem, pomogla mu i wydawaloby sie, ze troszczy sie o Castiela z przyszlosci, ale kto wie, o co jej tak naprawde chodzilo.
W pewnej chwili przystanal na kilka sekund, probujac zlapac oddech - ramie dokuczalo coraz bardziej. Ona tez sie zatrzymala i obejrzala, widzac, ze stoi w miejscu.
- Wszystko w porzadku? - spytala?
- Tak, tak, chodzmy dalej - odparl, krzywiac sie z bolu. Wciaz mial wyrzuty sumienia i obraz Deana przed oczami. Czy nie zostawil go na pewna smierc? Czy czasem ta nieznajoma nie robi tego specjalnie, nie ma za zadanie odlaczyc go od Deana?
Spojrzal na jej plecy, przepelniony dziwnym uczuciem podejrzliwosci i czegos jeszcze. Jego teczowki zaplonely. Na zolto.
