Na całe szczęście pani dyrektor nie zdecydowała się mnie usunąć ze stanowiska, a wkrótce i pani Pomfrey zdecydowała, że jestem dość silna, by po świątecznej przerwie wrócić do pracy. Przez cały ten czas mieszkałam w pokoju Snape'a, jako że on nadal twierdził, iż nie jestem bezpieczna w zamku sama. Nie pozwolił mi również spać w fotelu ("to ty masz wyzdrowieć, nie ja"), wobec czego naprawdę pod koniec przerwy byłam w świetnej formie.

Nie zmieniało to jednak faktu, iż czułam się nadal co najmniej skrępowana, pomimo tego – a może właśnie przez to – co między nami zaszło. Wiedziałam, że prędzej czy później plotki rozejdą się po szkole, a to oznaczało, że dojdą one również do uszu Neville'a.

No właśnie, Neville. Nie widziałam się z nim od czasu pamiętnej świątecznej uczty. Nadal jednak nie wierzyłam, by to on próbował spoić mnie wywarem nasennym. Dlaczego niby miał to robić? Bardzo chciałam się z nim zobaczyć i dowiedzieć się czegoś na ten temat. Podejrzewałam jednak, że już pewne dochodzenie zostało przeprowadzone, jednak z jakiegoś powodu nie zagłębiano mnie w szczegóły.

Ostatniego wieczoru przed rozpoczęciem zajęć Snape wrócił do pokoju późno. Ja właśnie szykowałam się, by wyjść na kolację. Gdy to spostrzegł, spojrzał na mnie ze zdziwieniem, jakby zobaczył kogoś, kogo nie oczekiwał.

– Wychodzisz gdzieś, Shirley? – spytał, a ja, nie wiedzieć czemu, zarumieniłam się mocno. Odnosiłam wrażenie, że zaraz mnie zbeszta za mój pomysł.

– Pani Pomfrey powiedziała, że jestem już w pełni sił, więc uważam, że powinnam wrócić do normalnego życia – odparłam, robiąc, co mogłam, by brzmieć naturalnie. – Ja... bardzo dziękuję za pomoc... i... i za wszystko.

Dłonie zaczęły mi się trząść lekko i szybko odwróciłam wzrok, nie chcąc patrzeć mu w oczy. Znowu mógłby z nich wyczytać więcej, niźli chciałabym zdradzić, ale jednocześnie bałam się, że i tak zrozumie zbyt wiele, widząc, jak byłam zdenerwowana.

– Nie ma mowy – zaprotestował mężczyzna, marszcząc brwi. – Pomfrey może mówić, co chce, ale ja dostałem jasne polecenie, by cię tu trzymać aż do czasu, kiedy wrócisz do swoich obowiązków. W związku z tym nie wyjdziesz dzisiaj z tego pokoju i tej nocy będziesz tu spać. Dopiero jutro rano wolno ci iść na śniadanie razem z całą resztą szkoły.

Wiedziałam, że tak się to skończy. Zwłaszcza że zauważyłam już z samego rana, że Snape stał się dziwnie markotny. Nie, nie był surowym nauczycielem, którego znałam, lecz temu Snape'owi wcale nie chciałabym zajść za skórę. Prawdę mówiąc, temu nowemu Snape'owi bałam się zajść za skórę jeszcze bardziej, niźli profesorowi.

Pewnie miało to coś wspólnego z tym, że nasza relacja zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Poznaliśmy się o wiele lepiej od strony czysto prywatnej i był teraz kimś więcej niż tylko współpracownikiem. Kim dokładnie, tego jeszcze nie wiedziałam, ale byłam mu zbyt wdzięczna, by chcieć go krzywdzić.

– I tak spędziłam tu już zbyt wiele czasu, profesorze – odrzekłam, kręcąc głową. – Każdej nocy widzę, jak niewygodnie musi panu być na tym fotelu... zamiast wypocząć podczas przerwy zimowej, jest pan jeszcze bardziej zmęczony.

Snape uniósł lekko brew.

– Miałem ręce pełne roboty, Shirley, nie mógłbym wypocząć – powiedział wolno, a ja byłam przekonana, że uraza w tonie jego głosu jest udawana, bo brzmiała jakoś sztucznie. – Przez cały czas musiałem o ciebie dbać.

– Naprawdę mogłam się zająć sobą...

– I co, musiałbym cię potem zbierać z podłogi? Nic z tego – odrzekł, po czym skrzywił się lekko. – I mówiłem już, że masz mnie nazywać Severusem.

Tak, podczas tych paru dni powtarzał to przynajmniej kilkanaście razy. Ja jednak nazbyt byłam przyzwyczajona do tego, by nazywać go panem profesorem, by tak nagle porzucić ten zwyczaj i zacząć nazywać go po imieniu. Poza tym była to jedna z oznak spoufalenia, których nadal się obawiałam.

– Pozwól, że przyniosę ci coś do jedzenia – bąknął po chwili i wyjąwszy różdżkę, machnął nią krótko. Na biurku pojawił się talerz z kanapkami i butelka dyniowego soku.

– Pan już... znaczy... jadłeś już? – spytałam, decydując, że nie jest to dobry moment, by wdawać się w kłótnie, chociażby te najbardziej bezsensowne.

– Nie jestem głodny – odparł jedynie, po czym założył ręce na piersi i odszedł ku jednej z półek, obserwując książki. Chociaż nie widziałam jego twarzy, mogłabym przysiąc, że wcale nie szuka niczego konkretnego; po prostu stara się unikać kontaktu wzrokowego.

Zupełnie jak ja, pomyślałam, po czym westchnęłam cicho. Chyba już nazbyt przyzwyczaiłam się do tego nowego Snape'a. Tego, z którym mogłam porozmawiać o wszystkim. Który, chociaż pełen sarkazmu, okazał się dobry i zaskakująco opiekuńczy. Z którym niekiedy nawet czułam się szczęśliwa.

Wiedziałam, że teraz się to skończy. Był to jedynie krótki sen, na który nie powinniśmy sobie byli pozwolić. Po nim nastąpi powrót do rzeczywistości – i będziemy musieli udawać, że nigdy nic się nie wydarzyło.

A jednak wbrew rozsądkowi zauważyłam, że zamiast zostawić Snape'a samemu sobie, powoli do niego podchodzę. Nie byłam zupełnie pewna, co robię. I czy to, co robię, jest właściwe... Ale mimo to nie potrafiłam się powstrzymać.

Stanęłam obok Snape'a i delikatnie położyłam mu dłoń na ramieniu, w geście, który tak często on powtarzał. On drgnął lekko i spojrzał na mnie ze zdumieniem. Przez chwilkę się opierałam, lecz w końcu i ja popatrzałam w jego kierunku, uśmiechając się niepewnie. Jednocześnie miałam wrażenie, że zaraz zemdleję.

– Powinnaś coś zjeść, skoro jesteś głodna – rzekł dość twardym głosem, lecz po chwili położył swoją dłoń na mojej, delikatnie gładząc jej wierzch swoim kciukiem. Wreszcie zdjął ją i ujął w obie swoje dłonie. – Masz zimne ręce. Jesteś pewna, że wszystko w porządku? Naprawdę nie musisz wracać do pracy, jeżeli...

– Dam sobie radę – odparłam szybko, nie chcąc, by myślał, że jestem słaba. Poza tym naprawdę zależało mi na tej pracy.

Przede wszystkim nie chciałam być od nikogo zależna; przez całe swoje życie musiałam na kimś polegać. Teraz wreszcie mogłam być wolna. Samodzielna. Ceniłam sobie pomoc Snape'a, ale to nie znaczyło, że chciałam oddawać swoją wolność za jego czułość i opiekuńczość. Nawet za poczucie bezpieczeństwa.

Snape ściągnął usta, a jego mina była nieodgadniona. Nie miałam pojęcia, o czym mógł myśleć – jednak odnosiłam wrażenie, że o niczym miłym. Odetchnęłam głęboko, odwracając wzrok. Pewnie podchodzenie do niego było złym pomysłem; w ten sposób dawałam mu złudne sygnały.

Już miałam odejść, kiedy poczułam, jak mężczyzna zaciska dłonie na moich palcach, bylebym nie oddaliła się za bardzo.

– Nie odchodź... jeszcze przez chwilę... – wyszeptał.

Po raz kolejny zobaczyłam w nim osobę tak różną od surowego, niesprawiedliwego nauczyciela, którego znałam przez całe życie. Był po prostu nieszczęśliwym, samotnym mężczyzną, który potrzebował ciepła.

Ciepła, które mogłabym mu dać, gdybym tylko zechciała...

Z drugiej jednak strony, jak wysoka była cena, którą miałabym za to zapłacić? Nie byłam nigdy tak dobrą osobą, by poświęcić własną wolność dla szczęścia drugiej osoby, zwłaszcza że nie mogłam być pewna, czy to poświęcenie nie sprawi, iż poczuję się jak w klatce. Gdybym tylko miała gwarancję, że i ja doświadczę wówczas szczęścia...

– Przez te kilka dni dałaś mi namiastkę tego, czego od ciebie pragnę, chociaż nie mam prawa – powiedział cicho, zakładając mi kosmyk włosów za ucho, a ja zadrżałam. Tak naprawdę miał prawo żądać ode mnie wszystkiego... po tym, co dla mnie zrobił... – I nawet zdołałem uwierzyć, że byłoby to możliwe, gdyby...

– Nie jest – odrzekłam, lecz głos mi się załamał. Wysunęłam dłoń z jego dłoni.

– Dlaczego? – zapytał, spoglądając na mnie niemalże z irytacją. – Co takiego sprawia, że nie jesteś w stanie...

– Nie wiem! – przerwałam mu, chociaż chyba nigdy się jeszcze na to nie odważyłam. – Ja... ja naprawdę nie wiem. Ale... ale boję się, że coś nie wyjdzie. Że... że będę czuła się nieszczęśliwa... albo że to nie da szczęścia tobie!

Snape ukrył twarz we dłoniach i wiedziałam, że próbuje się uspokoić. Od czasu naszej sprzeczki podczas świątecznej uczty nie pozwalał sobie na wybuch w mojej obecności. Nigdy nie podniósł nawet na mnie głosu. Nie byłam pewna, czy to dlatego, że martwił się, że może mi to zaszkodzić, czy też moje słowa w jakiś sposób na niego wpłynęły.

– Ale nigdy się nie dowiemy, jeżeli nie spróbujemy, Shirley! Swoim strachem możesz właśnie zamykać drogę do szczęścia dla nas obojga. Może i nie jestem bogaty, ale... ale to nie znaczy, że nie dałbym ci wszystkiego , czego byś sobie zapragnęła...

Niekiedy rysował mi obraz przed oczyma wyobraźni. Cudowny obraz, w którym rzeczywiście mogliśmy mieć to, o czym oboje marzyliśmy. Lecz przede wszystkim nie mogłam być pewna, czy moje marzenia i jego marzenia były tak zgodne.

– Daje pan sobie złudne nadzieje! – Pokręciłam głową, nie spostrzegając nawet, że znowu zapomniałam się i nazwałam go "panem". – Jedyne, czego pragnę, to wolność. Pan z kolei chciałby mnie trzymać jak ptaka w złotej klatce.

– Skąd wiesz, czego ja chcę, Shirley? – warknął, po czym odwrócił się i założywszy dłonie za plecami, odszedł parę kroków, wyraźnie wzburzony. – Nie czułabyś się nieszczęśliwa. Zrobiłbym wszystko, byleby tak było. Wszystko! Dałbym ci całą swobodę świata. Mogłabyś być, kim byś tylko zechciała...

– Ale to tylko złudzenia! Bajka! Takie rzeczy nie dzieją się naprawdę.

– W takim razie pozwól, że udowodnię ci, że tak nie jest – odparł tak groźnym tonem, że spojrzałam na niego ze strachem.

Tej nocy nie potrafiłam spać. Kręciłam się w łóżku, wciąż myśląc o słowach Snape'a. O jego obietnicach... A co jeżeli rzeczywiście mógł je spełnić? Co jeżeli rzeczywiście był moją jedyną drogą do szczęścia...?

Westchnęłam i obróciłam się, by spojrzeć na fotel, w którym spał, spodziewając się, że będzie pogrążony w drzemce. Tymczasem ze zdumieniem spostrzegłam, iż nie spał i siedząc prosto, wpatrywał się we mnie.

– Powinnaś spać – przypomniał mi cicho. – Jest późno, a jutro wracasz do pracy.

Nie odpowiedziałam, ale też nie próbowałam udawać, że śpię. Gdzieś w oddali tykał zegar, przypominając, że noc nie trwa wiecznie.

– Nie umiem zasnąć – wyznałam. – Ale ty śpij. Najlepiej połóż się w łóżku, ja wyjdę i poczytam trochę, może to coś pomoże.

Snape westchnął cicho i potarł oczy. Wiedziałam, że jest zmęczony, lecz rzadko kiedy to okazywał. Teraz był taki bezbronny i niekiedy zastanawiałam się, jak bardzo mi ufał, skoro pozwalał mi się zobaczyć w tym stanie.

– Sprawiasz tak wiele kłopotów, Shirley. Czasami zastanawia mnie, czy to twoje hobby, czy też jedynie przypadek.

Nie mogłam powstrzymać cichego śmiechu, a i w tej ciemności udało mi się dostrzec, że na twarzy mężczyzny pojawił się nieznaczny uśmiech.

– Przysięgam, że nie robię tego specjalnie.

– Nawet gdybyś robiła, nie przeszkadzałoby mi to. Wtedy myślałbym, że umyślnie prowokujesz wszystkie te sytuacje, w których ja i ty spotykamy się tylko we dwoje. A to, uwierz mi, nie jest nieprzyjemna myśl.

Cieszyłam się, że było ciemno, bo dzięki temu Snape nie mógłby dostrzec mojego rumieńca. Zbyt często sprawiał, że się rumieniłam; jeszcze nikt przed nim tego nie dokonał – może to była jego specjalność.

– Mógłbym na ciebie tak patrzeć co noc – mruknął cicho. Rzadko kiedy bywał romantyczny, bo to nie leżało w jego naturze; a jednak bywały takie chwile, kiedy sprawiał, że serce biło mi szybciej. To była jedna z nich. – Siedzieć przy twoim łóżku i patrzeć, jak śpisz... albo jak nie śpisz, wówczas znajdowałbym sposoby, byś zasnęła...

– Na przykład eliksir usypiający?

Nie planowałam tego mówić; nie chciałam przecież niszczyć tej chwili, która zdarzała się tak rzadko. Moje słowa sprawiły, że Snape parsknął krótkim śmiechem.

– Są przyjemniejsze sposoby.

W tej chwili wiele bym dała, by móc się odwrócić. Już nie chodziło o sam rumieniec; nie byłam w stanie patrzeć mu w oczy.

– Zaśnij już i nie mów takich rzeczy – bąknęłam, podciągając koc pod samą brodę. Zamknęłam też oczy, udając, że próbuję zasnąć, lecz prawdą było, iż w tym stanie nie mogłabym tego zrobić. Moje myśli gnały, serce waliło mi w piersi jak szalone.

– Nie potrafię zasnąć – odparł, po czym wstał. Fakt, iż miał na sobie szlafrok, mógłby pozostać niezauważony; jego szlafrok był równie długi i czarny jak jego dzienne szaty.

Starałam się przestać myśleć. W tym momencie wyobrażałam sobie zbyt wiele rzeczy. Na przykład jak wyglądałoby życie ze Snape'em, gdybym rzeczywiście zgodziła się na to, czego tak bardzo pragnął. Gdybyśmy naprawdę zamieszkali razem w Cokesworth... co wówczas? Czy siedziałby tak przy mnie co noc? Czy może zasypialibyśmy obok siebie? Jak często byśmy się kłócili? Jak bardzo musielibyśmy nad sobą panować?

– Mam nadzieję, że myślisz o czymś przyjemnym – wyszeptał, delikatnie odgarniając włosy z mojej twarzy. Nie znosiłam, gdy zbliżał się do mnie tak cicho; nie byłam wówczas przygotowana na atak z jego strony. – Chociaż... sądząc po twojej minie... nie powinienem się martwić.

– O niczym nie myślę – skłamałam, a on wydał jakiś odgłos pomiędzy parsknięciem a westchnieniem, siadając na brzegu łóżka.

– Naprawdę? Wobec tego pozwól, że opowiem ci, o czym ja myślę.

Nie chciałam tego, bo wiedziałam, że wówczas będę stracona. Nie byłam w stanie jednak wymówić tych słów na głos.

– Myślę o każdym dniu i o każdej nocy, które moglibyśmy spędzać ze sobą. Czasami nawet wyobrażam sobie, jak by to było, gdybym mógł zabrać cię ze sobą do swojego domu... który mogłabyś nazywać swoim... a niekiedy nawet pozwalam sobie na myśli o tym, co by było, gdybym mógł nazywać cię Darcie Snape.

Zakręciło mi się w głowie, ale otwarłam oczy i spojrzałam na niego ze zdumieniem. Nie była to rzecz, którą spodziewałabym się od niego usłyszeć.

– Severusie, ja... – zaczęłam, lecz nie wiedziałam, co dodać.

– Nie myśl teraz o tym – odpowiedział, kręcąc głową, po czym wstał. Ku memu zdumieniu jednak nie odszedł, lecz okrążył łóżko i położył się tuż za mną, otaczając mnie ramieniem. Czułam ciepło jego ciała tuż za mną. – Teraz powinnaś spać.

Pochylił się lekko i ucałował mnie w głowę, a pocałunek ten przypomniał mi chwile, gdy byłam nieprzytomna. Tak, to musiał być on...

Ale nim pomyślałam o czymkolwiek innym, już spałam.