Blizny
XI. Rytuał przeprosin
Część B
— Mów w końcu — ponaglił go Harry, gdy Draco milczał już kilka minut.
— Ataki ucichły jakieś cztery dni temu. Severus twierdzi, że przeszedł do kolejnej fazy warzenia.
— Co dzieje się w szkole? — wypytywał dalej, bo ten umilkł po przekazaniu tych skromnych wiadomości.
— Ron z bliźniakami oraz z siostrą byli rano. Hermiona po obiedzie. Inni też chcieli przyjść, ale Pomfrey zabroniła.
— Co Tom tu robi? — Przewrócił oczami, bo i tym razem nie było to, czego oczekiwał.
— Pielęgniarka przy nim pomaga. Ma lepiej opanowane zaklęcia podtrzymujące.
— Domyślam się, że przysięga zmusiła Severusa do poproszenia o pomoc.
— Delikatnie to ujmując. Nadal uważam, że robisz duży błąd utrzymując go przy życiu. To nic nie zmieni.
— Mam odmienne zdanie. A dlaczego ja się tutaj znalazłem? — zmienił temat.
— Miałeś wizję. Nic groźnego, ale Pomfrey wspomniała, że tutaj jest bariera mentalna, więc Severus cię przeniósł. Możliwe, że chciał też odzyskać łóżko — rzucił wesoło.
— Całkiem wygodne, więc to zrozumiałe. — Uśmiechnął się łagodnie, dotykając dłoni Draco. — Masz coś przeciwko? — spytał, gdy ten drgnął, choć nie cofnął ręki.
Ślizgon zaprzeczył, zaplatając palce z jego.
— Cieszę się — szepnął zadowolony.
— Czego dotyczy rytuał feniksa? — Tym razem to Malfoy pytał.
— Przeprosin w dawnym stylu.
— Nie mów mi, że to ten ze wstęgami?
— Dokładnie ten.
— To poniżające! — krzyknął i zaraz się zreflektował. — Wybacz.
— Każde przeprosiny są w pewien sposób poniżające, bo musisz przyznać się do błędu. Rozumiem swój błąd i nie przeszkadza mi w żaden sposób ten rytuał.
— Nie zrobiłeś tego. To ten drugi…
— To nadal byłem ja, Draco. Tylko spuszczony ze smyczy blokad moralnych.
Potter przeczesał nadal lekko wilgotne włosy dłonią i westchnął. Brakowało mu i odczuwał brak tych dni, które był uwięziony oraz te przespane. Hermiona zapewne wszystko mu streści, ale wpierw musiał zająć się Ślizgonami. Ich zaufanie kiedyś może być mu potrzebne. Może nawet zbyt szybko.
W tym momencie jednak niesamowicie fascynował go dotyk Draco. Kciuk muskał cały czas wierzchnią część dłoni, za każdym razem wywołując elektryzujące ciarki.
Chłopak w ten samej chwili dostrzegł, co robi i chciał uwolnić dłoń, ale Harry przytrzymał go, przyciągając bliżej. Wciągnął zapach Draco, opierając czoło na jego barku.
— Nie podoba mi się ten pomysł — powiedział niezwykle spokojnie Malfoy, obejmując go ramieniem.
Harry obrócił lekko głowę i z zawadiackim uśmiechem polizał szyję Draco tuż pod uchem. Odczuł, jak ten zadrżał i przyciągnął go mocniej.
— Nie drażnij mnie — ostrzegł, odsuwając go od siebie tylko po to, by pocałować zachłannie.
Wypuścił Harry'ego wtedy, gdy obaj musieli nabrać powietrza.
— Ciekawi mnie, kto się tu, do kogo zaleca? — wtrącił Severus, stający nad nimi z jedną brwią uniesioną do góry.
Odskoczyli od siebie niczym oparzeni.
— Piękna czerwień — zawyrokował na widok ich zażenowania. — Draco — zmienił ton na poważniejszy — nie możesz nic powiedzieć Ślizgonom, więc najlepiej do posiłku zostań tutaj. Żeby czasem nic ci się nie wymsknęło. Harry, musisz ubrać białą koszulę. To obowiązkowe. T-shirt nie pasuje w żadnym wypadku. Pójdę wszystko przygotować i po was wrócę. Do tego czasu możecie przyjąć gości, ale ani słowa o rytuale.
W drzwiach minął Weasleyów i Granger. Przez krótki moment przemknęło mu zapytanie, skąd mogli wiedzieć, że Harry się obudził, ale w końcu codziennie przychodzili o tych samym porach.
— Harry! — jednogłośnie oznajmili swoją radość.
— Nie krzyczeć. Dziesięć punktów od głowy od Gryffindoru — dodał zamykając drzwi.
— Merlinie, on nigdy nie odpuści — burknął Ron, a Harry uśmiechnął się i wzruszył ramionami w stronę Draco.
— Jak się czujesz, Harry? — spytała Hermiona. — Ginny wpadnie później. Hooch ją zatrzymała po treningu. Zastępuje cię chwilowo — dodała szybko.
— W porządku. Świetnie, że Ginny gra. Mówiłem, że nie będę miał czasu i nie myliłem się.
— Och, przestań, stary — prychnął Ron.
— Raz dwa się wykurujesz i znów zagrasz — wtrącił Fred.
— Nie. Nie zagram — rzekł poważnie Potter. — To już postanowione. Dałem słowo.
Fawkes przysiadł mu na ramieniu, ocierając się o policzek, a tiro pogłaskał go po niej.
— Fawkes, popuściłbyś trochę — poprosił George. — Nic by się nie stał gdyby Harry pograł.
Ptak spojrzał w oczy tiro.
— Obiecałem — odparł Harry.
— Już przestańcie — przerwał im Draco. — Harry zawsze dotrzymuje słowa. Jeżeli aż tak wam brakuje graczy i czujecie się słabi, to także zrezygnuję z gry. Bez Pottera to i tak nie ma sensu.
— Draco! — krzyknął zaskoczony Harry. — Nie musisz.
— Oczywiście, że nie muszę, ale chcę. I tak jak ty, także nie mam czasu na treningi.
Gryfon wyraźnie posmutniał.
— To przez to, że jesteś moim protektorem?
Malfoy syknął wkurzony, ale powstrzymał się od krzyku. Złapał dłonie Pottera w swoje i rzekł:
— Nawet nie waż mi się tak myśleć. Robię to, co chcę i nikt mnie nie zmusił, abym porzucił grę. Sam zdecydowałem. Prawdę mówiąc grałem, bo ty grałeś. Dla frajdy rywalizacji. Mam gdzieś Puchar. Mam ich całe mnóstwo w domu. Jak się nudziłem, rzucałem w nie orzechami, ku irytacji skrzatów.
— Jak mogłeś? — oburzyła się Granger.
— Bo mogłem — prychnął w jej stronę. — Nie przerywaj.
Fred i George chichotali za plecami Rona, który tylko wywracał oczami.
— Jesteście niemożliwi — westchnął Harry. — Chciałbym porozmawiać przez chwilę z Hermioną i Ronem. — Uwolnił dłonie i wstał. — Spotkamy się za chwilę w Wielkiej Sali — rzucił do bliźniaków i Draco, wypraszając ich delikatnie.
Widział, że nie podoba się to Malfoyowi po jego zmarszczonym czole.
Gdy nareszcie został z przyjaciółmi sam, przeprosił Hermionę za swoje wcześniejsze zachowanie.
— Och, Harry — przytuliła go. — Rozumiem. Nie musisz przepraszać. Czasami nawet przyjaciele nas wkurzają i milczymy. Następnym razem, gdy będę zbyt irytująca, to po prostu powiedz. Może nawet cię nie przeklnę — uśmiechnęła się.
— Teraz muszę wam coś pokazać. — Skierował się w stronę końca sali.
— Cały czas się zastanawiam, co tam Pomfrey ukrywa. — rzucił Ron. — Choć dziwne, że nic mnie nie pokusiło sprawdzić.
Harry zatrzymał się przed parawanami.
— Nie spodoba się to wam, ale chcę byście o tym wiedzieli i w razie problemów pomagali Severusowi.
— Harry? W coś ty się znowu wpakował? — zaniepokoiła się dziewczyna, ale w tej chwili Potter wprowadził ich za parawan.
— O w mordę buchorożca… — wymsknęło się Weasleyowi. — Ale brzydal.
Harry parsknął śmiechem.
— Największy czarodziej, powodujący, że świat drży w posadach, a ty tylko tyle?
— Z taką mordą, to też bym musiał podbijać świat, inaczej nie miałbym wymówki, dlaczego wszyscy przede mną uciekają. No i jak leży, to nie wydaje się straszny. Raczej słaby i… — zamilkł, szukając słowa.
— Pokonany — dokończył Harry.
— Dlaczego on tu jest? — Hermiona odzyskała głos.
— Jest mi potrzebny.
— A gdy przestanie?
— Oddam go Lucjuszowi. Jeśli się nie obudzi, to Pocałunek Dementora uwolni wszystkich.
— Uwolni? — nie zrozumiała.
— Od złości, gniewu, a jego samego od tego ciała. Co dla jednych będzie karą, dla niego wolnością.
— A jak znów wróci?
— Oni zawsze znajdują sposób na powrót. Ciemność zawsze chce walczyć. Taka jej natura. — Spojrzał na Toma śpiącego bez ruchu poza unoszącą się piersią.
— Bardzo się zmieniłeś, Harry — powiedziała bardzo cicho.
— Nie miałem wyboru. Albo raczej nie dano mi go. Tamta wersja była niepewna. Teraz wiem, że i we mnie jest mnóstwo mroku i nie mogę o nim zapominać. Zamykanie tylko go wzmacnia.
Spojrzał przez okno.
Testrale pasły się na krawędzi Zakazanego Lasu, przypominając mu, ile śmierci już widział.
OOO
Severus wrócił kilka minut później. Widząc Harry'ego nadal w towarzystwie Gryfonów, wezwał skrzata i nakazał przyniesienie białej koszuli. Bez słowa wręczył ją Potterowi.
— A wy wynocha! — warknął na Weasleya i Granger.
— Nie trzeba, profesorze. Nie przeszkadza mi ich obecność.
Chłopak zdjął koszulkę i sięgnął po odłożoną na łóżko koszulę. Nie musiał patrzeć na przyjaciół, by znać ich reakcję, wiedział przecież jak wygląda.
— Wyglądasz, jakbyś był pokryty zaklęciem, Harry. — Hermiona jak zahipnotyzowana podeszła i dotknęła jego torsu.
— To tylko blizny. Nie bolą. — Złapał jej dłoń, wytrącając z tego dziwnego letargu. — Łaskoczesz.
— Wybacz. — Odskoczyła speszona, rumieniąc się.
Ron prychnął, starając się ukryć śmiech.
— Idźcie przodem. Muszę porozmawiać z profesorem — poprosił, zapinając guziki.
— A myślałem, że działasz tak tylko na Draco — rzekł ironicznie Severus, gdy zostali sami.
Harry przewrócił oczami.
Snape wyciągnął z kieszeni dwie szklane kulki, kładąc je na otwartej dłoni chłopaka.
— Potrzebuję czterech — zauważył Potter.
Mężczyzna nie pytał dla kogo. Po prostu wyczarował jeszcze dwie.
— Możemy iść?
— Tak.
Korytarze były opustoszałe, jak zwykle podczas posiłków. Snape ruszył do bocznego wejścia dla profesorów, a Harry przystanął na moment przed drzwiami. Feniks został w skrzydle szpitalnym przy Tomie. Odetchnął głęboko, trzymając kule w spoconej dłoni. Brakowało mu wsparcia tutora. Nie chciał jednak, by myślano, że to jego nakaz.
Pchnął drzwi i wkroczył do Wielkiej Sali.
Cisza zapadła momentalnie.
Harry nie skierował się w stronę stołu Gryfonów, ani tym bardziej Ślizgonów.
Podszedł do podium i skłonił się dyrektorce, która uśmiechnęła się do niego pocieszająco. Snape zdążył ją o rytuale powiadomić, ku uldze Harry'ego. Severus już wstawał i zbliżał się do Pottera. Nie zszedł jednak z podium. Stał te kilka stopni powyżej i uniósł jedynie dłoń, gdy szepty zaczęły narastać.
Gryfon odwrócił się do uczniów.
Uniósł dłoń i ukazał trzymane w niej kule, które w tej samej chwili powiększyły się do wielkości sporego melona. Były przezroczyste, a w ich wnętrzu unosiły się wstęgi barwy nocnego nieba, usiane migotliwym pyłem.
Jedna zniknęła w znajomym pyknięciu. Trzy uniosły się nad głowami wszystkich i skierowały w sobie znanym celu.
Dwie zatrzymały się przed zszokowaną Pansy oraz wściekłym Zabinim. Trzecia unosiła się przed Ronem Weasleyem, który zmarszczył czoło i natychmiast złapał ją, wstając.
— Panie Weasley, czy wybierasz karę za popełniony czyn przez obecnego tu Pottera?
— Tak. Wybieram — rzucił donośnie, rozbijając kulę o stół.
Hermiona szarpała go za rękaw, próbując powstrzymać, choć nie wiedziała przed czym. Weasley zaczął podchodzić do przyjaciela.
Snape odwrócił się w stronę stołu Slytherinu.
— Panno Parkinson, czy wybierasz karę za popełniony czyn przez obecnego tu Pottera?
Ujęła kulę chwilę wcześniej i przyglądała jej się z zastanowieniem.
— Tak. Wybieram.
Ujęła wstążkę z rozbitej kuli i podeszła do Rona.
Wszyscy skupili się na Blaise'ie, który patrzył wrogo na kulę, rzucając co kilka sekund spojrzenie na Pottera. Odwrócił się też do Draco, ale ten ignorował go całkowicie, bawiąc się kielichem i nie patrząc na nikogo. Nagle twarz Zabiniego się zmieniła. Wściekłość gdzieś zniknęła, a jej miejsce zastąpiła pustka. Ujął spokojnie kulę i spojrzał na Snape'a.
— Panie Zabini, czy wybierasz karę za popełniony czyn przez obecnego tu Pottera?
— Tak. Wybieram.
Dołączył do dwójki. Tuż obok jego nogi pojawił się skrzat, trzymając kulę.
Mistrz eliksirów nie był tym zdziwiony.
— Skrzacie Zgredku, czy wybierasz karę za popełniony czyn przez obecnego tu Pottera?
— Tak. Wybieram.
Wstęga znalazła się w jego dłoniach, choć nie rozbił kuli, tylko gdzieś ją odesłał dotknięciem.
— Zdecydowano. Harry Potterze, mocą magii zostajesz ukarany przez tych, których zraniłeś czynem bądź słowem. Wraz z przyjęciem kary twe przewinienie zostanie przebaczone. Czy nadal chcesz przeprosić w ten sposób?
— Tak. Pragnę, by moje krzywdy zostały zapomniane przez pokrzywdzonych, gdyż nauczka wniknie głęboko i nigdy nie zostanie przeze mnie zapomniana — rzekł oficjalnie Harry, klękając wyprostowany przed czterema pokrzywdzonymi i zamykając oczy.
Wielka Sala nigdy nie była tak cicha. Wszyscy obserwowali, co się teraz stanie. Ci, którzy nie rozumieli, nawet nie starali się dowiedzieć od siedzących obok przyjaciół. Po prostu patrzyli jak zahipnotyzowani.
Pierwszy poruszył się Ron, rozwijając wstęgę i przyglądał się jej krótką chwilę. Potem ułożył ją przy kolanach przyjaciela.
— Przebaczam ci — powiedział tylko i wrócił do stołu.
Drugi poruszył się Zgredek, zawiązując wstęgę na nadgarstku Harry'ego.
— Wybieram przyjście do kuchni i wypicie ze Zgredkiem herbaty.
Kilka osób na sali zachichotało, ale natychmiast zostały uciszone.
Wstążka na nadgarstku zamigotała i wniknęła w skórę chłopaka. Reszta opadła na podłogę. Skrzat znikł z pyknięciem.
Pansy zerknęła na Blaise'a, a gdy ten ją ponaglił, rozwinęła swoją tasiemkę.
— Wybieram: jeden wieczór w moim towarzystwie, w momencie, który wybiorę. Czas nieokreślony.
Tym razem cała szkoła zaczęła piszczeć, gwizdać i Snape musiał krzyknąć, by kontynuować.
Parkinson zawiązała kokardę na drugim nadgarstku i ta zrobiła to samo, co wcześniej.
Ślizgonka zmierzwiła włosy Potterowi, uśmiechając się szeroko i wróciła do stołu. Jej koleżanki już ją otoczyły, chichocząc.
Pozostał Zabini. Zachowanie trzech poprzedników rozładowało napięcie zabranych i nie czuli się już wystraszeni dziwnością zachowania Pottera.
Osobliwy grymas na twarzy Ślizgona zaniepokoi jednak Snape'a. Ten chłopak nosił w sobie urazę i zamierzał teraz wykorzystać sytuację. A Snape nie mógł mu przeszkodzić. Rytuał już trwał i z tak bliskiej odległości czuł, jak magia gromadzi się i czeka.
— Wybieram: … — Pochylił się i obwiązał twarz Pottera na wysokości ust, szepcząc mu do ucha swoją karę.
Przerażenie widoczne w nagle otwartych oczach Harry'ego uzmysłowiło Snape'owi, że to będzie coś strasznego.
— Wszyscy natychmiast wyjść! — wrzasnął, stawiając tarczę tuż przed Potterem, by nikt się nie zbliżył.
Zeskoczył z podium i złapał Zabiniego.
— Coś ty mu kazał?!
Pozostali nauczyciele już poganiali uczniów do opuszczenia Wielkiej Sali.
Wstęga Zabiniego powoli wchłaniała się w skórę. Leżące na ziemi rozwinęły się na niewidzialnym wietrze, okrążając nadal klęczącego chłopaka. W jego oczach odbijał się magiczny pył, gdy taśmy znikały.
— Co się dzieje? — dopytywała dyrektorka.
Pozostali nauczycie obserwowali Pottera. Draco dołączył do Severusa, który próbował wydusić z Blaise'a odpowiedź.
— Ma powiedzieć o wszystkich ofiarach, których śmierć z rąk Czarnego Pana podobno widział.
Snape z szoku upadł na kolana, nadal trzymając go za ręce.
— Coś ty zrobił, Blaise? To go zabije… — szepnął, puszczając go i zakrywając twarz dłońmi.
Draco był bardziej dosadny. Sierpowy złamał nos Zabiniego i odrzucił Ślizgona pod ścianę, a sam podbiegł do klęczącego.
— Harry, nie rób tego. Proszę. Złam to zaklęcie. Przełamże rytuał.
Do chłopaka nic nie docierało. Patrzył w sufit, gdzie zniknęła ostatnia wstęga. Zaczął mówić.
Po kwadransie wszyscy byli bladzi, słuchając coraz to nowych opisów tortur.
— Jak długo on będzie tak mówił? — Zabini z szeroko otwartymi oczami nie wierzył temu, co słyszał. — To nie tak miało być. On miał tylko się zdradzić, że nic nie widzi. Że to tylko dla sławy. Że to wymyślił.
— Ty skończony debilu! Mówiłem ci, że ma wizje! Nie wymyślił sobie tego! — wrzeszczał Draco, tarmosząc go za szatę. — Jeśli coś mu się przez to stanie, osobiście zamknę cię w Azkabanie i wyrzucę klucz!
Cichy głos Harry'ego nie milkł. W którymś momencie łzy spłynęły po jego policzkach, ale nie poruszył się. Rytuał zmuszał go do mówienia.
— Chcę stąd wyjść — mamrotał Blaise.
— Zostaniesz do samego końca. Będziesz tu siedział i słuchał! — zawyrokował Snape.
Opanował się w końcu i stanął obok Draco. McGonagall już po pierwszych opisach rzuciła zaklęcie poufności, by nikt niepożądany czegoś nie usłyszał.
Nagle Zabini drgnął.
— On opisuje rodziców Pansy — zaczął kiwać głową w zaprzeczeniu i odsuwać się od Pottera. — On tego nie widział. Zmyśla. To nie jest prawda.
Słowa Gryfona płynęły jednostajnie.
— Severusie, domyślasz się, ile Harry widział ofiar? — spytała zatrwożona tym wszystkim Minerva.
— Rodzice Parkinson zniknęli na początku lipca. Harry u Durleyów miał średnio od trzech do sześciu wizji na dobę. Błagam Merlina, by on nie pamiętał nic z tego rytuału. To gorsze niż Veritaserum i dementorzy razem wzięci.
— Nie możemy tego zatrzymać?
— Nie. Rytuał przebaczenia musi się dokonać. Nie przypuszczałem, że Zabini aż tak nienawidzi Pottera za to, co mu zrobił.
— Nie nienawidzę go — jęknął Blaise. — Nie wierzyłem w te wizje. Miał tylko przyznać się do kłamstwa.
Odepchnął się od ściany i podbiegł do Pottera.
— Już przestani, Harry. Już nie chcę tego słyszeć. Zamilcz. — Opadł na kolana, szlochając. — Już przestań. Przebaczam ci. Przebaczam, tylko przestań.
Harry umilkł i spojrzał na Blaise'a u swoich stóp.
— Dziękuję, Blaise — szepnął chrapliwym od ciągłego mówienia głosem.
Westchnął głeboko i przytulił Ślizgona.
— Ciii. Nie płacz.
— Ale ty naprawdę wszystko widziałeś? Zmusiłem cię byś sobie przypomniał. Każdą ofiarę.
— Nigdy ich nie zapomniałem, Blaise — rzekł niesamowicie spokojnie, podnosząc się na drżących nogach. — Nigdy żadnego z nich nie zapomnę. Chcę o nich pamiętać. Ponieśli największą cenę tej wojny i jeśli ktoś z rodziny zapyta, jak zginęli, opowiem o ich odwadze. — Pomógł wstać Zabiniemu i poklepał go współczująco po plecach. — Przepraszam, że cię zaatakowałem. Mrok jest w każdym z nas i czasem wymyka się spod kontroli.
Blaise odsunął się o kilka kroków i uniósł głowę, podejmując nagłą decyzję.
— Ja, Zabini Blaise, przyrzekam stanąć u twego boku, kiedy tylko powiesz. — Ciężkie zawirowanie magii otoczyło ich obu i Harry skinął głową.
— Przyjmuję.
Ślizgon odwrócił się do Snape'a.
— Przyjmę każdą karę, profesorze.
Severus spojrzał na Potter, ale ten pokiwał przecząco.
— Porozmawiamy o tym później. Idź do Pomfrey po eliksir uspokajający.
Gdy wyszedł, Snape stanął przed Potterem, mając innych nauczycieli za sobą.
— Wszystko w porządku?
— Tak — odparł spokojnie Harry. — Mogę wrócić do dormitorium?
Draco stał po jego lewej stronie i czynnie go obserwował.
— Na pewno nic ci nie jest? Takie wspomnienia…
— Severusie — szepnął konspiracyjnie. — Radzę sobie z koszmarami. Jakoś — dodał mniej pewnie.
— Chcesz eliksir?
— Nie. Przecież wiesz, że nie mogę się potem obudzić.
— Panie Potter — wtrąciła się dyrektorka. — Skoro pańskie wystąpienie dobiegło szczęśliwie końca, a pani Pomfrey pozwoliła na opuszczenie szpitalnego łóżka, mile widziany jest pański powrót do dormitorium.
— Minerwo! On właśnie przeżył szok! — oburzył się takim potraktowaniem Pottera Severus.
Mignęło mu niespodziewanie, że jeszcze nie tak dawno, nigdy w życiu czegoś takiego nie zrobiłby, nawet gdyby na szali było jego życie
— I całkiem dobrze go znosi — rzuciła chłodno i znów zwróciła się do Gryfona. — Bardzo dziękuję za odwagę ukazania nam tak starego rytuału, choć efekty odrobinę przerażały.
— Zostałem o tym uprzedzony przez tutora. — Harry uśmiechnął się szeroko. — Następnym razem jednak, gdyby zaistniały podobne okoliczności, pozostanę przy standardowych przeprosinach.
