Z innej perspektywy
Na lotnisku w Pradze przebywało wielu ludzi, gdy pewien mężczyzna przeszedł ostatnią kontrolę po wylądowaniu i mógł w końcu odebrać swój bagaż. Nie wyróżniał się z tłumu niczym szczególnym, był średniego wzrostu, z przylizanymi, czarnymi włosami, idealnie ogoloną twarzą i zielonymi oczami. Ubrany był w tani i źle dopasowany garnitur z nie rzucającym się w oczy szarym krawatem. Wyglądał nieco jak początkujący biznesmen spieszący się na spotkanie, bo co chwilę spoglądał na zegarek podczas czekania na bagaż.
Jego niewielka walizka w końcu się pojawiła. Zabrał ją i powolnym krokiem opuścił lotnisko, by następnie dostać się do taksówki. Na szczęście ze znalezieniem tej nie było żadnego problemu, były wszędzie i wystarczyło tylko wejść do tej, która była pusta i stała na poboczu. Posługując się płynnie językiem czeskim, mężczyzna podał taksówkarzowi adres i rozsiadł się wygodnie z tyłu wozu, obserwując przez okno mijana budynki i ludzi. Był wczesny ranek, mieszkańcy miasta spieszyli się do pracy, zabawnie było obserwować ich pośpiech. Omal nie przejechali przez to jednego Czecha, który wszedł im pod koła już po zmianie światła na czerwone. Kierowca taksówki przez następnych kilka minut narzekał na wszystkich przechodniów, nieudolnie próbując wciągnąć swojego klienta w rozmowę. Gdy zdał sobie sprawę, że mu się to nie uda, zamilkł i podgłośnił radio, które jednak kilka sekund później przestało odbierać i emitowało wyłącznie trzaski. Mężczyzna na siedzeniu z tyłu odetchnął z ulgą.
Po dłuższej jeździe taksówka zatrzymała się przed niewysoką kamienicą, wcale jednak nie wyglądała ona na starą, wprost przeciwnie, pięknie ją odrestaurowano i sprawiała wrażenie miejsca dla bogaczy. Tak poniekąd było, gdyż w środku znajdowały się biura, a w nich ludzie różnych zawodów, wśród których prym wiedli prawnicy.
Mężczyzna zapłacił taksówkarzowi i wysiadł na zewnątrz, bez zwłoki kierując się do budynku. Krótka wycieczka po schodach zakończyła się na drugim piętrze. Wewnątrz budynek prezentował się bardziej nowocześnie, wyglądał jak przeniesiony z jakiegoś biurowca na Times Square.
Minąwszy po drodze kilku pracowników piętra, mężczyzna podszedł do biurka sekretarki, które stało zaraz przed szklanymi drzwiami, do których przymocowano tabliczkę z imieniem i nazwiskiem prezesa.
- Dzień dobry - przywitał się z kobietą. - Jestem umówiony na spotkanie z prezesem Matejem Bolfem.
- Nazwisko?
- Moor, Anthony.
Sekretarka sprawdziła szybko w kalendarzu i gdy wszystko wydawało się być w porządku, uśmiechnęła się uprzejmie do mężczyzny.
- Zaraz powiadomię pana Bolfa o pańskim przybyciu - powiedziała podnosząc słuchawkę telefonu. - Panie Bolf? Pan Moor do pana... W tej chwili, proszę pana.
Kobieta odłożyła słuchawkę i wstała od biurka, by podejść do drzwi gabinetu, które otworzyła przez Moorem.
- Pan prezes pana przyjmie - poinformowała i odsunęła się.
- Dziękuję.
Mężczyzna wszedł do środka, a sekretarka zamknęła za nim drzwi.
- Panie Moor, cieszę się, że w końcu mogę pana poznać osobiście - powiedział mężczyzna, który właśnie wstał od swojego biurka. Pan Bolf z szerokim uśmiechem podał swojemu gościowi rękę. Moor uścisnął ją i odwzajemnił uśmiech.
- Ja również się cieszę.
Obaj mężczyźni usiedli i zabrali się do interesów.
- Mam nadzieję, że miał pan przyjemny lot - powiedział pan Bolf i położył na biurku teczkę z dokumentami, które wyjął z zamykanej na klucz szuflady.
- Byłem zmuszony do przesiadki w Barcelonie, ale nie było tak źle - wyznał. Moor był bardzo rozluźniony i swobodnie siedział na krześle, podczas gdy pan Bolf - pomimo profesjonalizmu - ledwo był w stanie wysiedzieć w miejscu. - Przez telefon wydawał się pan być bardzo... podekscytowany. Czy natrafiliśmy w końcu na odpowiedni trop?
- Wydaje mi się, że tak - odpowiedział z duma pan Bolf i podał drugiemu mężczyźnie dokumenty. - Trudno stwierdzić autentyczność, ale moi ludzie przesłali mi to ostatnio, a ekspert powiedział, że wyglądają na prawdziwe.
Moor otworzył teczkę, w której oprócz dokumentów znajdowały się także zdjęcia symboli wyrytych na starych kamiennych ścianach. Na pierwszy rzut oka wydawały się powstać w starożytnym Egipcie, ale znaczeniem nie pasowały do grobowca, w którym je zrobiono. Po bliższym przyjrzeniu się, czas również się nie zgadzał. Według eksperta symbole powstały około 30 roku naszej ery, podczas gdy grobowiec był dużo starszy, a spoczywający w nim faraon panował przed czasami Chrystusa. Grób wyglądał na nienaruszony, więc nie mogło być mowy o tym, że rysunki zostały zrobione dużo później przez jakiegoś rabusia, który opuszczając to miejsce postanowił się podpisać. Wszystko wskazywało więc na to, że znaleźli autentyk.
Na zdjęciach znajdywały się pojedyncze symbole, jak i całość wyryta na ścianie tuż przed wejściem do grobowca. Choć ekspert nie był w stanie stwierdzić, co oznaczają, co do jednego był pewny. To było ostrzeżenie. Stwierdził tak z powodu obecności dwóch węży, które rozpoczynały i kończyły cykl rysunków. Oprócz nich, na ścianie znajdywało się także pióro, sztylet, głowa kozła, grudka czegoś, co wyglądało jak piasek, oraz lew. Żadnych staroegipskich bóstwo, czy hieroglifów, tylko te niepowiązane ze sobą rysunki.
- Wygląda na prawdziwe - przyznał Moor i uśmiechnął się z zadowoleniem. - Gdzie teraz znajduje się ekipa archeologów?
- W Kairze. Już prawie dokopali się do grobowca, przynajmniej tak twierdzą.
- Doskonale. Musimy się tam udać jak najprędzej.
- Teraz? - zdziwił się pan Bolf.
- Oczywiście, nie ma co zwlekać. - Moor podniósł się ze swojego krzesła. - Skoro już niedługo zostanie otwarty grobowiec, chcę przy tym być.
- Może powinien pan najpierw odpocząć - zaproponował pan Bolf. - Dopiero co pan przyleciał.
- Nie mam na to czasu, mój pracodawca czeka na tę przesyłkę.
- Cały czas mnie zastanawia, kim jest ten pana pracodawca.
- Oh, to bardzo potężny człowiek. Ma bardzo poważne plany w Chicago, dlatego nie możemy zwlekać.
- No dobrze - zgodził się pan Bolf. - Powiadomię tylko sekretarkę, by odwołała wszystkie moje spotkania na dzisiaj.
Niedługo później obaj mężczyźni byli już w samolocie, który miał ich zawieźć prosto do Kairu.
- Co zamierza pan zrobić, gdy już znajdziemy zgubę? - zapytał pan Bolf. Razem z Moorem raczyli się drinkami podawanymi w pierwszej klasie.
- Oddam mojemu pracodawcy. Będzie bardzo ucieszony.
- To musi być naprawdę ważne dla niego, skoro tak mu się spieszy. Niech pan mi opowie coś więcej o tym przedmiocie, którego szukamy.
Moor zamyślił się, wpatrzony w mapę podróży, którą wyświetlały ekrany rozmieszczone w całym samolocie. Dopiero co wystartowali.
- To bardzo cenny sztylet - odezwał się w końcu. - Na pewno pan zauważył, że znajduje się wśród rysunków.
- Oczywiście.
- Nie są one bez znaczenia, jak może się wydawać - wyjaśnił. - Przekazują bardzo prostą informację o tym, by nie wchodzić do środka i nie zabierać sztyletu, bo ten jest niezwykle niebezpieczny. Opowiadają też o jego poprzednim właścicielu, łowcy demonów. Stąd ta głowa kozła, lew zaś symbolizuje Boga. To, co wzięto za grudkę piachu, to w rzeczywistości sól, a pióro oznaczające anioły stanowi straszak. Do tego miejsca nie mogą zejść żadne plugawe istoty.
Pan Bolf zaśmiał się pod nosem.
- Myśli pan, że nas tam wpuszczą? - zapytał rozbawiony.
- Bez obaw, musielibyśmy być demonami, by bariera nas zatrzymała. Rozpoznaje ona święte istoty, ludzie się do nich zaliczają.
- Skąd pan to wszystko wie?
- Interesują się tym od dawna, ale tak naprawdę mój pracodawca wie o tym miejscu najwięcej.
- Proszę opowiedzieć coś więcej o tym łowcy demonów - poprosił zainteresowany pan Bolf. - To z pewnością ciekawa historyjka i może umilić nam podróż.
- Proszę bardzo.
Był środek nocy, dwóch mężczyzn wykorzystując wszechobecne cienie przemykało się kolejnymi ulicami miasta, by dotrzeć do domu stojącego na niewielkim wzgórzu. Wiedzieli, że jeśli zostaną zauważeni, to ich aresztują i stracą cenny pakunek, który ze sobą nieśli. Jeden z nich niósł go pod pachą, owinięty szczelnie w kilka tkanin. Ich przyjaciel liczył na nich, musieli się pospieszyć.
Zręcznie ominęli kolejny patrol i najciszej jak tylko się dało wspięli się na wzgórze, gdzie podeszli do domu od tyłu. Znajdowały się tam niewielkie drzwi, w które zastukali siedem razy. Po chwili otworzył im ich przyjaciel.
- Nareszcie jesteście - powiedział z ulgą i odebrał od nich pakunek. - Mieliście jakieś kłopoty?
- Na szczęście nie - wysapał jeden z mężczyzn. - Czy wszystko w porządku?
- Tak, ale z tym będzie jeszcze lepiej - odpowiedział i rozwinął pakunek. Był to w całości wykonany ze złota sztylet z niewielkim rubinem umieszczonym w rękojeści. Kamień wyglądał jak naładowany energią, świecił się i pulsował, roztaczając wokół siebie niewielki blask. Mężczyzna szybko go zakrył, by nie przyciągać uwagi. - Dziękuje wam za pomoc, Kefaszu, Didymosie. Ale lepiej już wracajcie, zanim was aresztują.
- Jesteś pewien? - zapytał Didymos. - Możemy się przydać.
- Nie chcę was narażać na niebezpieczeństwo. Wracajcie, przyjdę do was z samego rana.
Obaj mężczyźni przytaknęli i oddalili się szybko, a ich przyjaciel wrócił do domu, zamykając za sobą drzwi. Wewnątrz było ciemno, ale nieco światła dostawało się przez szparę w suficie. Na górę prowadziła drabina, a wejście zasłonięte było klapą. Mężczyzna wspiął się po szczeblach na górę i wszedł do drugiego pomieszczenia, które było już oświetlone przez palące się na około świece. Był to mały pokój, z niewielkim stołem ustawionym na środku, przy którym siedziała kobieta z kielichem trzymanym w dłoniach. Zapatrzona w jego zawartość uniosła głowę, gdy usłyszała otwieraną klapę.
- Masz to? - zapytała przejęta i szybko podeszła do mężczyzny, który właśnie wspiął się na górę.
- Tak - przytaknął i położył jej dłoń na ramieniu. - Nie martw się.
Oboje patrzyli sobie w oczy, ale po chwili spojrzeli w innym kierunku, gdy usłyszeli śmiech. Zaraz obok stołu, niedaleko miejsca, w którym siedziała przedtem kobieta, stał spętany mężczyzna. Znajdował się idealnie w środku rysunku pięcioramiennej gwiazdy i kilku symboli.
- Prorok znalazł nową zabawkę? - spytał i przyjrzał im się z uśmiechem. - Nie radzisz sobie samemu, człowieczku?
- Ten sztylet istnieje po to, by niszczyć takich jak wy - powiedział prorok i odszedł do kobiety, by stanąć bliżej spętanego, który nosił na sobie ślady tortur.
- Równie efektywnie niszczy też was, wy mięsne worki - wysyczał więzień.
- Nie mów tak o nas, ty potworze - powiedziała kobieta i bez zastanowienia wylała całą zawartość kielicha na mężczyznę, którego jedyna reakcją było potrząśnięcie głową, by pozbyć się z włosów kropelek wody.
- Naprawdę myśleliście, że to zadziała? - spytał śmiejąc się. - Woda święcona mnie nie rani, nie jestem pierwszym lepszym demonem.
- Ale to na ciebie zadziałał. - Prorok ponownie wyciągnął sztylet i rozciął nim swoją dłoń. Rubin na rękojeści zaświecił mocniej. - Przygotuj się, demonie.
Prorok złapał demona za brodę i przyłożył do jego ust krwawiącą dłoń, by mógł spić z niej krew. Przez cały czas szeptał słowa zaklęcia i z całej siły trzymał potwora, który mu się wyrywał.
- Zapłacisz za to - powiedział demon, a jego usta były całe czerwone.
Prorok nic mu nie odpowiedział tylko usiadł do stołu, odkładając sztylet na blat. Teraz musiał czekać, by ponownie nakarmić demona krwią. Robił to już setki razy i za każdym razem ratował duszę tych żałosnych stworzeń. Tym razem nie będzie inaczej.
- Co chcecie dzięki temu osiągnąć? - zapytał demon po jakimś czasie. - Co z tego, że uratujecie jedną duszę, skoro w tym samym czasie skorumpowane zostanie sto innych?
- Nie zrozumiesz tego - odpowiedziała kobieta. - Tacy jak ty rozumieją tylko śmierć i zniszczenie.
- My tylko robimy to, czego nauczyliśmy się jako ludzie. Uważacie się za lepszych od nas, ale prawda jest taka, że to nie my wyżynamy siebie nawzajem.
- Milcz, demonie! - uniosła się.
- Matko, proszę - odezwał się prorok. - On cię prowokuje, nie widzisz tego?
- Słuchaj syna, kobieta - zadrwił demon. - Tak ci nakazuje religia, nie bądź bezczelna wobec Boga.
Kobieta wyglądała, jakby znów chciała coś powiedzieć, ale powstrzymała się i tylko opuściła pokój, zostawiając syna z demonem, który roześmiał się głośno.
- No cóż, zostaliśmy sami.
- Tego właśnie chciałeś? - zapytał prorok wstając. - Moja matka i tak nie stanowiła dla ciebie żadnego zagrożenia. Po co chciałeś, żeby odeszła?
- Chciałem porozmawiać w cztery oczy - odparł demon i spojrzał na sztylet, który prorok trzymał. - Słyszałem o tym. Stworzony z gwiazd, pokryty złotem i pobłogosławiony przez samego Mika'ela.
- Nie mylisz się. Powstał specjalnie dla mnie. Gdy umrę, przekażę go mojemu następcy.
- Potężna broń - przyznał demon, wciąż przyglądając się sztyletowi. - Na pewno ciężko ją dzierżyć zwykłemu człowiekowi, prawda?
- Jest bardzo lekka. I skuteczna.
- Jak na proroka jesteś wyjątkowo głupi. Naprawdę myślisz, że coś stworzonego przez anioły nadaje się dla ludzi?
- Oni przekazali mi tą broń. Dopóki nie każą mi jej złożyć, będę ją dzierżyć choćby ciążyła mi w dłoni niczym głaz.
- Godna pochwały postawa - zakpił demon. - Tak piękna broń... Chętnie sam bym ją posiadł.
- Nie możesz, dopóki ja ją mam. - Prorok ponownie rozciął sobie dłoń i powtórzył rytuał. Demon znów próbował się uwolnić, ale zarówno liny jak i rysunek na podłodze trzymały go w miejscu.
Dokładnie co godzinę prorok powtarzał każdy krok. Podczas wschodu słońca zrobił to po raz kolejny i z każdym kolejnym razem demon rzucał się coraz gwałtowniej i wrzeszczał z bólu. Matka mężczyzny wróciła na górę, zaniepokojona krzykami.
- Usłyszą go - powiedziała. - Czemu to jeszcze nie zadziałało?
- To potężny demon - wyjaśnił prorok. Był blady i zmęczony po całej nocy karmienia demona swoją krwią. Musiał jednak wytrzymać, musiał dokończyć rytuał. - Niedługo powinien nastąpić koniec.
- Jesteś głupcem, jeśli tak myślisz - odezwał się na powrót demon. Nie wyglądał lepiej od proroka, ale wciąż widać było jego potęgę, którą się szczycił. - Nie uda ci się twój mały rytuał, marnujesz tylko czas.
- Mam go mnóstwo. Choćbym miał tu spędzić wiele dni, zniszczę cię raz na zawsze.
Demon warknął i spróbował zaatakować, wciąż jednak nie był w stanie się ruszyć.
- Zabiję cię! - wykrzyczał. - Oboje! Wypruję wam wnętrzności i rozrzucę po całym mieście, a głowy zatknę na szczycie świątyni!
Nadeszła kolejna noc, a demon nadal nie był unicestwiony. Martwiło to proroka, który był coraz słabszy i praktycznie słaniał się na nogach. Nigdy wcześniej nie trwało to tak długo, czuł się jakby zanikało z niego życie. Jego matka pomagała mu jak mogła, karmiła go i poiła, ale to nic nie pomagało.
Prorok przystąpił do kolejnego karmienia, ale z chwilą gdy rozciął sobie dłoń, jego ciało przeniknęła niezwykle potężna siła, która zwaliła go z nóg. Zawył z bólu i czym prędzej odrzucił od siebie sztylet, padając na kolana tuż przed demonem.
- Co się stało?! - Matka szybko podbiegła do syna i przyklęknęła przy nim.
- Sztylet - wysapał prorok i spojrzał na broń. Leżała pod ścianą, a rubin świecił niczym słońce, jego blask nie palił ani nie oślepiał, było w nim jednak coś niepokojącego i złowrogiego. Nigdy wcześniej nie spotkał się z czymś podobnym, miał wrażenie jakby sam Szatan stał przed nim. - Coś jest nie tak, sztylet jest pełen przerażającej mocy.
Z trudem, ale o własnych siłach, prorok podniósł się i podszedł do sztyletu. Zabrał go szybko i zawinął w szmaty, w których go przeniesiono. Nie powstrzymało to blasku, ale musiało wystarczyć. Podał broń matce, która przytuliła go natychmiast do piersi.
- Co mam z nim zrobić? - spytała przerażona.
- Zanieś go do domu Kefasa - poprosił. - Niech go gdzieś ukryją, gdzieś daleko stąd. Stał się zbyt niebezpieczny.
- A co z...
- Idź, szybko - popędził ją zdesperowany.
Matka przytaknęła i wyszła, słyszał, jak zamyka za sobą drzwi na dole. Im dalej znajdowała się sztylet, tym lepiej się czuł. Nie rozumiał, co się stało, czemu nagle ostrze stało się takie potężne, ale wiedział, że nie może z niego dłużej korzystać. Demon miał rację.
Wciąż dysząc odwrócił się do niego, nie zdążył jednak nic zrobić ani powiedzieć, bo bestia chwyciła go za szyję i swoją nadludzka siłą uniosła nad ziemię.
- I co teraz, wybrańcze? - zapytał demon z podłym uśmiechem. - Byłeś nieuważny. Niepotrzebnie krwawiłeś na pułapkę.
Prorok spojrzał w dół i zauważył, że linia została przerwana przez jego własną krew. Bez pułapki nic już nie mogło powstrzymać demona.
- Jeszcze cię zniszczę, Azazelu - powiedział przez zaciśnięte zęby.
- Bez swojego sztyleciku? Wątpię. Jak myślisz, czy twoja matka zdąży go ukryć nim ją dopadnę?
- Tak - odpowiedział pewny siebie. - Exorcizamus te, omnis immundus spiritus, omnis satanica potestas, omnis incursio, infernalis adversarii, omnis legio, omnis congregatio et secta diabolica.
Nie ważne jak mocno Azazel zaciskał palce na szyi proroka, ten wciąż recytował egzorcyzm aż w końcu demon nie był w stanie dalej się przed nimi bronić. Osłabiony krwią uciekł z pod postacią dymu, zostawiając proroka samego.
Mężczyzna padł na podłogę i zakasłał, nie mogąc złapać powietrza. Udało mu się, dał swojej matce czas, dzięki temu sztylet będzie bezpieczny, Azazel nie będzie wiedział, gdzie zostanie schowany.
Niedługo po uciecze demona, w domu pojawił się kolejny przyjaciel proroka. Miał ze sobą sztylet, który owinął dodatkowymi szmatami, tak że teraz nie widać było żadnego emitowanego przez niego światła.
- Jeszua, nic ci nie jest? - zapytał podbiegając do przyjaciela.
- Azazel uciekł - powiedział prorok. Znów zaczął odczuwać obecność sztyletu, z trudem był przytomny. - Ukryj sztylet, wywieź go z Judei.
- Dokąd?
- Nie dbam o to. Dopilnuj jednak, by był bezpieczny, by nikt prócz aniołów nie mógł się do niego dostać.
Mężczyzna przytaknął i wybiegł z domu, w myślach obrawszy już kierunek. Egipt. Wśród piasków pustyni sztylet będzie bezpieczny.
Po wylądowaniu w Kairze Moor i pan Bolf niezwłocznie udali się na miejsce wykopalisk. Grobowiec znajdował się daleko na pustyni, ale dotarli tam szybko dzięki helikopterowi. Już na miejscu Moor w końcu zgodził się na odpoczynek, na który nalegał pan Bolf, sam jednak nie był zmęczony.
Prace wykopaliskowe trwały nieprzerwanie, wejście do grobowca było na wyciągnięcie ręki, więc Moor popędził pracowników i ze zniecierpliwieniem obserwował ich pracę. Pan Bolf dołączył do niego po południu.
- Gdy już dotrzemy do grobowca, będziemy musieli się rozstać - powiedział Czech. - To smutne, dawno nie miałem tak dobrego partnera biznesowego jak pan i pana pracodawca.
- Bardzo nam pan pomógł - wyznał Moor. - Nigdy panu tego nie zapomnimy.
- Nasza umowa wciąż jest aktualna, prawda?
- Oczywiście. Dwa miliony zostaną przelane na pana konto, gdy tylko potwierdzimy obecność sztyletu w grobowcu.
Pan Bolf uśmiechnął się z zadowoleniem, jednak jego radość nie trwała długo. Do obozu przybyli żołnierze i powiedzieli im obu, że o północy kończy im się pozwolenie na wykopaliska. Gdy tak się stanie, wszyscy będą musieli przerwać prace, a grobowiec zostanie zamknięty.
- Bez obaw, wykupimy kolejne pozwolenie - uspokajał go pan Bolf.
Moor jednak nie był spokojny, potrzebował tego sztyletu jak najszybciej.
- Nie mam tyle czasu. Mój pracodawca urwie mi łeb, jeśli się nie pospieszę, następny partner biznesowy już czeka.
- Nic na to nie poradzimy, jeśli zamkną wykopaliska. Z władzami Kairu nie ma co dyskutować.
- To sprawa życia lub śmierci, zdobędę ten sztylet choćby nie wiem co.
- Mam nadzieję, że nie sugeruje pan nic nielegalnego?
Moor nie odpowiedział. Z każdą godziną był coraz bardziej zdenerwowany, żołnierze niemalże dyszeli mu w kark, gotowi w każdej chwili pogrozić im wszystkim bronią i aresztem. Nawet pan Bolf zaczął się denerwować, gdy dalej nie otrzymywali informacji o dokopaniu się do grobowca.
W końcu na godzinę przed północą ludzie pracujący przy wykopaliskach wydali z siebie radosny okrzyk. Moor czym prędzej popędził do nich i przecisnął się do drzwi grobowca. Nie mógł uwierzyć własnym oczom, oto przed jego oczami znajdywało się zapieczętowane wejście. Wystarczyło je teraz tylko otworzyć.
Bez czekania na specjalistów, Moor oraz pan Bolf, który go dogonił, otworzyli wejście. Ze środka buchnęło gorące powietrze, Czech cofnął się się, ale drugi mężczyzna nie zwrócił na to uwagi tylko wszedł do środka.
- Niech pan zaczeka. - Pan Bolf zasłonił usta i nos chusteczką i również wkroczył do grobowca. Jak na miejsce spoczynku faraona nie wyglądał zbyt imponująco, nie było w nim żadnych skarbów, był też niezwykle mały, można się było doliczyć tylko trzech komór. W jednej z nich był Moor, stał przed niewielką wnęką w ścianie, gdzie leżał mały tobołek. W kącie komory leżały kości, które najpewniej nie były ruszane przez stulecia. Na pewno nie były to kości faraona.
Pan Bolf podszedł bliżej i przyjrzał się z błyskiem w oku zawiniątku.
- To on? - zapytał zdumiony. - Sztylet?
Moor ostrożnie rozwinął tobołek, szmaty rwały mu się w dłoniach, ale nie zawracał na to uwagi. Bardzo szybko przez tkaniny zaczęło przenikać jasne, czerwone światło. Pan Bolf westchnął zaskoczony.
- Myślałem, że to tylko część legendy - powiedział.
- To nie legenda - powiedział Moor i całkowicie odsłonił sztylet. Był piękny i ani trochę nie wyglądał, jakby przeleżał w tym grobowcu setki lat. Rubin lśnił pełnią mocy, a jego blask odbijał się od złotego ostrza.
- Musi być warty fortunę. - Pan Bolf miał ochotę dotknąć tego wspaniałego skarbu, ale Moor był szybszy i wziął go z delikatnością do ręki. - Skoro mowa o pieniądzach, czas na moją zapłatę.
- Ach tak. - Moor był całkowicie zapatrzony w sztylet i przez moment zapomniał, że nie jest w grobowcu sam. - Już płacę.
Moor sięgnął po komórkę, ale chwilę potem z nadludzką szybkością złapał pana Bolfa za głowę i skręcił mu kark, ani na chwilę nie wypuszczając sztyletu z ręki.
- Jesteśmy kwita - powiedział i zniknął trzepocząc skrzydłami.
