Rozdział dwudziesty: Bardzo specjalny pomysł Lockharta

– Connor, posłuchaj mnie... – zaczął Harry kojącym głosem, mając nadzieję, że to powstrzyma wymykającą się spod kontroli manię, którą jego brat zdawał się w sobie rozwijać.

Nie! – wrzasnął Connor i wybiegł z gabinetu Syriusza. Żeby podkreślić swoją złość, trzasnął drzwiami za sobą tak mocno, że jeden z wiszących na ścianie sztandarów rozbujał się, po czym opadł na stojące pod nim krzesło.

Harry usiadł w wolnym fotelu i skupił się na swoim oddechu, żeby się uspokoić, podczas gdy Syriusz wstał, żeby poprawić sztandar. Żaden z nich się nie odezwał. Harry po prostu nie był w stanie, a Syriusz prawdopodobnie obwiniał siebie za to, że w ogóle zaproponował to spotkanie. Jego gabinet, z nim nadzorującym przebieg rozmowy, wydawał się dość bezpieczną opcją dla Harry'ego. Musiał bardzo stanowczo powiedzieć Draconowi i Puchonom, że sobie ich tam nie życzy. Byli przy trzech spotkaniach w styczniu i ich obecność zdawała się tylko pogarszać sprawę.

Tym razem sytuacja wyrwała się spod kontroli w chwili, w której Harry wspomniał o meczu quidditcha. Connor zaczął wrzeszczeć tak, że jego twarz przybrała barwę zepsutego mięsa. Po przemyśleniu sprawy, Harry pomyślał, że Connor pewnie się martwi nadchodzącym meczem Gryffindor–Hufflepuff, ale to i tak nie tłumaczyło aż tak wielkiego wybuchu.

Nie, właściwie to może tłumaczyć, jego umysł podrzucił szybką myśl. Ty się nigdy nie denerwowałeś przed meczem, ale z drugiej strony masz więcej talentu od niego.

Harry zatrzymał tor myśli. Wydawało mu się, że jego myśli były jak należy, we właściwym tonie, ale jakoś... coś było z nimi nie w porządku.

Od grudnia i opętania Riddle'a miał takich myśli coraz więcej. Mógł myśleć, wierzyć i zachowywać się normalnie, a potem nagle wślizgnęłaby się jakaś myśl, podejrzenie względem Connora, ironiczny komentarz kiedy powinien podziwiać swojego brata bezwarunkowo, gorycz kiedy nie powinno być żadnej. Harry był pewny, że te myśli znikną jak tylko zapełni dziury w swoim umyśle mgłą oklumencyjną, ale póki co zaczynały go naprawdę niepokoić.

A w międzyczasie, wina za to, że te spotkania nie idą jak należy, spada po równo na mnie jak i Connora.

Och, oczywiście. Bo powinienem przewidzieć każdy jego ruch i wiedzieć, że zaperzy się jak dziecko w chwili, w której wspomnę o quidditchu.

Harry wstał z irytacją i zaczął chodzić wokół pokoju. Syriusz zerknął na niego poważnie przez ramię. Harry miał wrażenie, że jego ojciec chrzestny wciąż jest zbyt zszokowany zachowaniem Connora, żeby jakoś go pocieszyć. Od świąt ich stosunki się polepszyły, nawet jeśli wciąż bez namysłu drwił ze Snape'a, Ślizgonów czy Malfoyów, to przynajmniej ostatnio momentalnie się orientował i przepraszał.

Ogólnie rzecz biorąc, życie Harry'ego prezentowało się w tej chwili naprawdę przyjemnie, gdyby nie liczyć Connora i jego nieustannego dąsania się.

Ktoś zapukał do gabinetu. Harry ruszył do drzwi, domyślając się, że to pewnie pani Hooch przyszła, porozmawiać na temat quidditcha, albo jeden z kapitanów drużyn przyszedł do Syriusza po wskazówki.

Za drzwiami stał Ron Weasley, jego twarz była równie czerwona co jego uszy. Minął Harry'ego jakby go nawet nie zauważył, podszedł do Syriusza i stał przed nim, po prostu się gapiąc.

– Co się stało, Ron? – zapytał Syriusz, usiłując się nie uśmiechnąć.

– Dzięki tobie mój tata odzyskał pracę – powiedział Ron głosem płytkim od szoku. – Dzięki tobie mój tata odzyskał pracę! – Wyciągnął nagle ręce i przytulił mocno Syriusza, chowając twarz w jego szatach. Syriusz zaśmiał się i pogłaskał go po głowie. Harry uśmiechnął się w środku, patrząc jak szczęście sprawia, że oczy jego ojca chrzestnego zaczynają błyszczeć. Syriusz znowu się nie wysypiał, chociaż nie chciał się do tego przyznać i upierał się, że to po prostu kilka koszmarów o Daphne Marchbanks. Harry, odnosząc wrażenie, że to nie jego miejsce by się wtrącać, po prostu go obserwował i słał go do łóżka kiedy tylko mógł.

– Tak sobie pomyślałem, że jak w ministerstwie usłyszą, że Arthur Weasley jest przyjacielem Syriusza Blacka, to kilka leniwych zadków w ministerstwie nabierze wiatru w żagle – powiedział, uśmiechając się wesoło, odstępując od Rona i klepiąc go po plecach.

– Ale jak ci się to udało? – zapytał Ron, a na jego twarzy pojawił się wyraźny podziw, jakby Syriusz był jego bohaterem.

Harry kiwnął głową. Dobrze. Syriusz tego potrzebuje, zwłaszcza teraz, kiedy razem z Connorem zachowujemy się jak para kretynów.

Nie, powiedziała Sylarana w jego głowie, brzmiąc jakby się dopiero co obudziła. Tylko on.

Harry uciszył ją i patrzył jak Syriusz uśmiecha się tajemniczo, jak to robił tylko wtedy, kiedy miał w zanadrzu naprawdę dobry wybryk, którego ofiara nawet nie podejrzewa.

– Jak dobrze wiesz, byłem swego czasu aurorem, zanim w ministerstwie zaszło pewne nieporozumienie i musiałem odejść – powiedział Ronowi spokojnie. – Ale wielu ludzi mnie nie doceniało, bo wydawało im się, że ja stale piję. I mogła zaistnieć pewna drobna, niewielka szansa, że pewien pijany auror mógł usłyszeć pewne tajemnice, kiedy wszyscy inni leżeli pokotem po imprezie pracowniczej w ministerstwie. I była też pewna niewielka szansa, że niektórzy ludzie na wysokich stanowiskach w ministerstwie woleliby, żeby to, co ich kumpel od kieliszka usłyszał, się raczej nie rozniosło. Dlatego byli bardzo chętni do podarowania mu tego, czego chciał.

Harry zamrugał. To brzmiało bardziej jak ślizgońska przebiegłość niż gryfońska odwaga. Ale Ronowi i tak zaświeciły się oczy.

– Czy ci pracownicy ministerstwa to byli Ślizgoni? – zapytał.

– Prawie co do jednego – powiedział Syriusz, mrugając do niego, po czym zerknął na Harry'ego i uśmiechnął się przepraszająco. Harry tylko się żachnął. Faktem jest, że ze Slytherinu wychodzi więcej obślizgłych pracowników ministerstwa niż ze wszystkich innych domów razem wziętych, tak samo jak wychowywało się tam więcej mrocznych czarodziejów.

– To nie do końca prawda – powiedział mu kiedyś Draco, zadzierając nosa z wyższością. – Tylko głupi Ślizgoni dają się przyłapać. Reszta z nas jest naprawdę nadzwyczajnymi pracownikami ministerstwa. Nikt nie może nam udowodnić, że zrobiliśmy cokolwiek złego.

Harry zauważył, że to wcale nie znaczy, że nic złego nie zostało popełnione i Draco dąsał się na niego przez resztę wieczoru.

Genialne – powiedział Ron z błogim uśmiechem na ustach. – Czekaj, muszę powiedzieć Connorowi!

Wybiegł, ponownie mijając Harry'ego jakby go nie zauważył. Harry wzruszył ramionami. Ron miał do tego pełne prawo. W tej chwili był on jedynym przyjacielem Connora, więc Harry wolał, żeby chłopak był wpatrzony w jego brata.

Odkąd Justin zwrócił mu na to uwagę, Harry zaczął zauważać jak wielu ludzi w szkole nie znosi Connora. Nie znał konkretnego powodu – czy to przez historię Justina, czy może Connor po prostu zachowywał się jak palant również w ich obecności – ale tak po prostu było. Większość Ślizgonów go prześladowała, większość Puchonów niemal wychodziła z siebie, żeby tylko nie przebywać w jego otoczeniu, nawet Krukoni się wycofali i tylko rzucali czasem Harry'emu podejrzliwe spojrzenia. Gryfoni w dalszym ciągu reagowali na wyzwiska przeciw ich domowi, ale odwracali z zakłopotaniem wzrok, kiedy Zachariasz Smith albo Draco zrobili komentarz wyłącznie o Connorze.

Frustrowało to Harry'ego bez końca, takie obserwowanie szkód, jakie jego brat wyrządzał swojemu przyszłemu przywództwu wśród innych domów, a nawet we własnym, ale nie był w stanie czegokolwiek na to poradzić. Każda próba rozmowy z Connorem kończyła się jakimiś drobnymi oskarżeniami, jak wygraną Harry'ego w quidditcha. Harry nie miał czasu wyjaśnić mu ważnych spraw.

Napisał do ich matki, sugerując, żeby zaczęła wysyłać Connorowi książki o tematyce politycznej – zwłaszcza takie, które prawiły o czasach, kiedy Gryfoni byli u władzy – ale nigdy mu nie odpowiedziała. Harry myślał ponuro, że jeśli wysłała jakieś książki, to pewnie Connor po prostu rzucił je w kąt.

– Harry.

Harry zamrugał i spojrzał w górę. Syriusz uklęknął przed nim z poważną miną. Wyciągnął ręce. Harry pochylił się w jego kierunku i pozwolił się przytulić, zauważając przy okazji, że dłonie Syriusza już tylko niezauważalnie zatrzymywały się na wybrzuszeniu, jakie Sylarana powodowała pod jego swetrem.

– Wiem, że jest ci ciężko – szepnął Syriusz. – Ale nie mam wątpliwości, że w końcu go do siebie przekonasz. W tobie jest tyle lojalności, Harry. Nie zdawałem sobie z tego sprawy, póki Lily mi nie wyjaśniła wszystkiego w czasie świąt. Dopiero wtedy w pełni dotarł do mnie rozmiar twojego poświęcenia. I chcę ci powiedzieć, że jestem ci wdzięczny i zapewnić cię, że twój brat w końcu do ciebie wróci, prędzej czy później. Musi. Jest Gryfonem. Trzymanie się z dala od naszych przyjaciół po prostu nie leży w naszej naturze.

Harry zamknął oczy, pozwolił sobie chłonąć ciepło jego ojca chrzestnego i z całej siły starał się uwierzyć w jego słowa.

– Dziękuję, Syriuszu – wymamrotał.

Gdyby tylko teraz Connor był tak łaskaw i przestał być takim palantem, mruknęła Sylarana niezawistnie, to może wreszcie zacząłbyś myśleć o czymś innym.

Harry nie odpowiedział jej. Mówiła prawdę, ale tak oczywistą, że nie uważał tego za interesujące.


– Przepraszam bardzo! Chciałbym coś ogłosić!

Harry zamrugał i odwrócił się w stronę stołu prezydialnego, przy którym profesor Lockhart przed chwilą wstał i uśmiechał się teraz do wszystkich. Ku zawodzie Harry'ego, jego skóra nie była już tak pomarańczowa jak dawniej; najwyraźniej przestał używać pasty, którą Harry zaczarował, by lśniła podczas zajęć z Obrony przed Mroczną Magią. Przynajmniej jego zęby i włosy wciąż cierpiały od zaklęcia Obscurus. Lockhart próbował je rozjaśnić, ale ponieważ nie był tak potężnym czarodziejem jak Harry, jedyne co mu się udało, to sprawić, by jego włosy i zęby migotały niczym świąteczne dekoracje. Był wniebowzięty całą uwagą jaka teraz się na nim skupiała. Harry uśmiechnął się z przekąsem, mając wrażenie, że Lockhart pewnie nie zrozumiałby, czemu wszyscy się na niego gapią nawet, gdyby ktoś mu to wyjaśnił.

– Dzisiaj – powiedział Lockhart, wskazując gestem na czerwone i różowe serduszka, wiszące na ścianach Wielkiej Sali i na małe serduszka unoszące się pod sufitem – mamy Walentynki.

Draco wywrócił oczami.

– No bez jaj, serio? – zapytał niemal bezgłośnie z odpowiednią dozą sarkazmu. Harry musiał ugryźć kiełbaskę, żeby powstrzymać się od śmiechu.

– A ponieważ byłem już pięciokrotnym laureatem nagrody Najbardziej Czarującego Uśmiechu tygodnika "Czarownica" – powiedział Lockhart, szczerząc się do nich, podczas gdy jego zęby zaświeciły i zgasły. – Postanowiłem, że podaruję dzisiaj Hogwartowi coś, co sprawi, że wszyscy się uśmiechną! – Zwrócił się ku drzwiom do Sali i klasnął w dłonie.

Drzwi się otworzyły i do środka wleciała chmara wróżek, wszystkie trzepotały delikatnymi skrzydełkami, do których ktoś przywiązał wstążki. Harry patrzył się na to z niedowierzaniem. Wiedział, jak wróżki wyglądały w naturalnym stanie i jego zdaniem były dość śliczne i dziewczęce. Nie mieściło mu się w głowie, czemu Lockhart tracił czas na ten bezsensowny dodatek.

– Przez resztę dnia wróżki będą spełniać życzenia! – oznajmił Lockhart z tryumfem. – Tak długo, jak twoje życzenie dotyczy twojej prawdziwej miłości, naturalnie. Zaczynajmy więc i uśmiechajmy się!

Harry zamknął oczy i zakrył twarz dłońmi. Poczuł jak Draco kładzie mu rękę na ramieniu.

– Bez przesady, Harry – szepnął. – Może nie będzie aż tak źl–auć!

Maleńka wróżka podleciała do niego i dmuchnęła w niego chmurę brokatu, po czym odleciała, chichocząc. Draco dotknął swojej twarzy, po czym ze zgrozą spojrzał na swoje dłonie, orientując się, że nie jest w stanie tego zdrapać. Spojrzał na Harry'ego, który zaczął się krztusić. Jego oczy wyglądały jak para szarych kropek na tle srebrnego brokatu, który szczelnie pokrył mu twarz.

– Harry! – krzyknął. – Życzyłeś sobie tego dla mnie? – Usiłował się spojrzeć na niego tak groźnie jak mógł, ale bez powodzenia, głównie przez wróżkowy pył.

– Nie jestem twoją prawdziwą miłością – powiedział Harry, po czym oparł czoło o stół i zaczął się śmiać.

Udało mu się opanować na tyle, żeby tylko zipieć, kiedy ktoś stanął za nim.

– Ja sobie tego dla ciebie życzyłam, Draco – powiedział ktoś cichym, potulnym głosem. – Po prostu pomyślałam... pomyślałam, że będziesz ślicznie wyglądał, z twoimi złotymi włosami i srebrnymi oczami...

– Moje oczy nie są srebrne – powiedział Draco, jakby był przerażony samym pomysłem. Harry spojrzał w górę i zobaczył, że Draco patrzy ze złością na zaskoczoną Pansy Parkinson. – A ty nie jesteś moją prawdziwą miłością. Spadaj.

Pansy stała przez chwilę z drżącą dolną wargą, po czym uciekła z Sali, szlochając. Milicenta wstała, żeby pójść za nią, rzucając Draconowi zirytowane spojrzenie.

– To było niegrzeczne z twojej strony, Draco – powiedział Harry łagodnie, bardziej zainteresowany obserwowaniem wychodzącej Milicenty, niż przyglądaniu się twarzy Dracona. Ostatnio znowu zaczęła rzucać drobne uwagi, tu i tam, że wie, czemu on i Connor nie mogą się dogadać. Harry był niemal pewien, że po prostu go podpuszcza. Gdyby cokolwiek wiedziała na pewno, to już dawno by to wszystkim powiedziała.

– Jak się ściąga to cholerstwo? – jęknął Draco.

Harry spojrzał na niego i zobaczył jak Draco z rozpaczą trze się dwoma palcami po twarzy. Srebrny pył pozostawał niewzruszony. Harry miał wręcz wrażenie, że warstwa robi się coraz grubsza.

Harry spróbował zaklęcia likwidującego – bezróżdżkowo, ot, żeby się popisać. Zaraz potem pożałował tego impulsu, bo od kiedy niby chciał się popisywać? Ale skrzek Dracona oderwał go od tych myśli i nie miał czasu się zbyt długo martwić.

Harry obserwował z fascynacją jak srebrny pył zmienia położenie, zbierając się gęsto nad brwiami Dracona i wokół jego ust. Kiedy wszystko się skończyło, wyglądał jak klaun.

Naprawdę starając się nie roześmiać, Harry pokręcił głową.

– Wybacz, Draco. To znowu ta dziwna magia Lockharta. Nie wiem, co jeszcze mogę z nią zrobić, ale wolę nie kombinować. Boję się, że następnym razem zerwę ci skórę z twarzy.

– Harry, jak wyglądam? – zapytał Draco, mrużąc niebezpiecznie oczy kiedy Harry przygryzł wargę i parsknął.

– Śmiesznie – przyznał Harry, po czym znowu położył głowę na blacie i zawył.

Draco walnął go kilka razy w głowę, ale potem Blaise zapytał Dracona, czy ten ma może jakieś zabawkowe różdżki dla pierwszorocznych. Kiedy Draco próbował przywalić chichoczącemu Blaise'owi, Harry wymknął się z Wielkiej Sali, kręcąc głową.

Nawet nie wiedziałem, że Pansy podkochiwała się w Draco, pomyślał, rozglądając się za Connorem w nadziei, że uda mu się z nim porozmawiać na spokojnie kiedy wszyscy uciekają w panice przed wróżkami. Chyba muszę poświęcić więcej uwagi innym Ślizgonom. Tego rodzaju szczegóły mogą pewnego dnia być sprawą życia lub śmierci dla Connora.

Jego uwagę odwróciła wróżka, która podleciała do niego i unosiła się przed nim, przyglądając się mu uważnie. Harry założył ręce na piersi i spojrzał na nią beznamiętnie. Odrobina magii szybko by przepłoszyła wróżkę, ale wolał ją zmusić do myślenia. Przez ostatnich parę tygodni pracował nad sobą, żeby nie sięgać do swojej magii przy każdej możliwej okazji.

Subtelny ruch w jego rękawie powinien był go ostrzec, ale nie zareagował wystarczająco szybko. Sylarana skoczyła, złapała wróżkę w zęby i szybko zniknęła pod jego swetrem.

– Sylarano! – powiedział Harry z oburzeniem. Wokół nie było nikogo, kto mógłby go usłyszeć jak mówi wężomową. Harry byłby z tego bardziej rad, gdyby nie był obecnie wściekły na locustę. – Zostaw ją!

Mniam – odpowiedziała Sylarana.

– To jest wróżka! – spróbował Harry. – Inteligentne stworzenie!

Jest mniej więcej tak inteligentna jak te małe, grube psy, które mugole trzymają dla towarzystwa – nie zgodziła się z nim Sylarana, wślizgując się na jego ramię. – Te głupie umierają, te sprytne przeżywają. A ja jestem znacznie sprytniejsza od niej. Mniam.

Harry usłyszał serię cichych pęknięć. Miał wrażenie, że to dźwięki skrzydełek wróżki, którą Sylarana połknęła głową do przodu.

Syknął i próbował sięgnąć pod swój sweter, żeby wyciągnąć węża, ale ktoś podszedł do niego, uśmiechając się szeroko.

– Ach, tu pan jest, panie Potter! Właśnie z panem chciałem porozmawiać. Proszę ze mną!

Harry spojrzał w górę i zamarł. Lockhart stał nad nim i Harry był pewien, że Sylarana właśnie została przyłapana na gorącym uczynku pożarcia wróżki. Nie przychodziła mu do głowy żadna uprzejma odmowa, zwłaszcza, że Dracona z nim nie było, żeby go uratować. Westchnął i poszedł za wielkim durniem do jego gabinetu.

Gabinet Lockharta, co nie było zaskoczeniem, był wypełniony zdjęciami jego samego, mrugającym, machającym i przeczesującym włosy w różnych dzikich i samotnie położonych lokacjach – jaskiniach, lasach, klifach. Harry wiedział, że to miały być miejsca, w których Lockhart rzekomo spędził swoje przygody, ale ciężko mu było w to uwierzyć. Przede wszystkim wątpił, żeby Lockhart był w stanie przeżyć w miejscu, w którym nie miał stałego dostępu do ciepłej wody i kremu do rąk.

Lockhart zrobił nonszalancki gest w stronę jednego ze stojących przed jego biurkiem foteli, po czym usiadł po drugiej stronie, wydając cichy, zadowolony dźwięk przez swoje zęby.

– To jak – zagadał. – Dobrze się bawisz na zajęciach z Obrony przed Mroczną Magią?

Harry patrzył na niego przez dłuższą chwilę w milczeniu. Czy ten człowiek naprawdę przyciągnął go tu tylko po to, żeby zapytać o to, jak mu się powodzi na zajęciach?

– Oszołomiony, no tak, jesteś kompletnie oszołomiony – zachichotał Lockhart, pochylając się i szukając czegoś w szufladach swojego biurka. – Kto by nie był, rozmawiając prywatnie z taką gwiazdą jak ja!

Harry zacisnął zęby.

– Lekcje są w porządku, proszę pana.

Zastanowił się, czy może powiedzieć coś innego, coś, co będzie brzmiało jakby go podziwiał, bez właściwego podziwiania. Nic mu jednak nie przychodziło go głowy. Lockhart i tak był najgłośniejszy w swojej własnej głowie.

Lockhart wyprostował się i wycelował w Harry'ego różdżką. Harry momentalnie się skupił, jego frustracja i irytacja rozpłynęły się jak deszcz na oknie. Spojrzał Lockhartowi w oczy i doszedł do wniosku, że mężczyzna nie wiedział o jego bezróżdżkowej magii, mimo, że Harry zakładał do tej pory, że całe ciało pedagogiczne już o tym wie. Inaczej Harry byłby zakneblowany zanim jeszcze zobaczyłby różdżkę. Co oczywiście nie dałoby mu wiele, bo Harry umiał też rzucać zaklęcia niewerbalne, ale wskazałoby na więcej rozsądku ze strony Lockharta niż teraz.

Jakim trzeba być idiotą, żeby zostawić swoją różdżkę w biurku? zapytała Sylarana, sunąc w stronę brzegu jego rękawa. Zwłaszcza, kiedy właśnie wypuścił chmarę wróżek po całej szkole i dobrze wie, że większości czarodziejów się to nie spodoba. Nie, żebym wiedziała, czemu im się nie podobają wróżki, przecież są pyszne.

Nie chcę, żebyś go ukąsiła, powiedział beznamiętnie Harry. A przynajmniej jeszcze nie. Zobaczmy najpierw, czego chce.

To zdawało się zaspokoić locustę, która się uspokoiła. Harry spojrzał Lockhartowi w oczy.

– O co tu chodzi? – zapytał.

– Znalazłem twoją sygnaturę magiczną na zaklęciu Obscurus – powiedział Lockhart. Harry zorientował się, że jego głos brzmiał inaczej, brakowało mu przepełnionych pychą tonów, które nadawały jego głosowi melodramatyczny wydźwięk. To na swój sposób przypominało mu o Quirrellu i Harry musiał zwalczyć w sobie chęć zamknięcia oczu i jęknięcia. Czy Dumbledore mógłby przestać zatrudniać nauczycieli na to stanowisko z jakimiś mrocznymi sekretami? – Wiem, że to ty przyćmiewałeś moje piękno przez kilka ostatnich miesięcy. Prawdopodobnie po prostu zazdrościsz mi fenomenalnie dobrego wyglądu. Zdejmij zaklęcie.

Harry zamrugał na niego niewinnie.

– Ale profesorze, przecież pan jest wielkim czarodziejem, a ja jestem tylko uczniem. Jestem pewien, że jest pan w stanie zdjąć to zaklęcie, gdyby pan tego naprawdę chciał.

Różdżka Lockharta zadrżała przez moment, ale po chwili na jego twarz wrócił wyraz kompletnej arogancji.

– Oczywiście, że bym mógł. Ale nie chcę. Chcę, żebyś to ty zdjął to zaklęcie, skoro to ty je tam rzuciłeś.

Jego różdżka wciąż była wycelowana w Harry'ego.

Harry przez chwilę przyglądał się Lockhartowi. Chyba mógł zdjąć Obscurusa, w tej chwili i tak nie robiło mu to już większej różnicy. Ten facet przynajmniej nie robił niczego, co mogłoby uczynić życia Connora jakkolwiek trudniejszym. Sam świetnie sobie z tym radził, nawet gdyby Lockhart próbował, jego umysł mu przypomniał, wracając do jego rozmyślań na temat brata.

Wzruszył ramionami.

– W porządku. Finite Incantatem.

Oczy i zęby Lockharta znowu zaczęły błyszczeć, a efekt światełek świątecznych zniknął. Harry'emu żal go było utracić, ale po jakimś czasie i tak zrobiłby się nudny.

Wreszcie zaczynasz myśleć jak locusta, zauważyła Sylarana.

Harry pogłaskał ją po grzbiecie, patrząc jak Lockhart drżącą ręką sprawdził swoje włosy i zęby, po czym rzucił eksperymentalny uśmiech w stronę lustra, które zajmowało całą ścianę jego gabinetu. Wreszcie kiwnął głową.

– Ujdzie – powiedział. – Domyślam się też, że nie sądził pan, że to zaklęcie tak długo się utrzyma, panie Potter. Pańskim zamiarem pewnie było rzucenie go na pańskiego brata, Connora, bo według niego jest pan bardzo o niego zazdrosny.

Harry wzdrygnął się. Miał nadzieję, że usłyszał to przypadkiem, że potrzeba porozmawiania z kimś, kto go toleruje, nie sprowokowała Connora do zaprzyjaźnienia się z Lockhartem.

– Czy mogę już iść, profesorze? – zapytał, w myślach notując sobie, że musi wymyślić kolejną klątwę dla tego durnia – może taką, której działania tak szybko nie zauważy.

– Oczywiście – powiedział Lockhart. Harry zeskoczył z krzesła i ruszył w stronę drzwi. Odwrócił się, kiedy usłyszał głos Lockharta. – Jeszcze tylko jedna sprawa.

Zobaczył determinację na twarzy czarodzieja i podejrzewał coś zanim jeszcze różdżka została ponownie w niego wycelowana i zostało wymamrotane zaklęcie Obliviate.

Harry poczuł jak zaklęcie w niego uderza i zareagował instynktownie – nie walcząc z nim, a używając oklumencji. W chwili, w której zaklęcie spróbowało wślizgnąć się do jego umysłu i pożreć wspomnienia związane z rozmową z Lockhartem i jego prośbą o usunięcie Obscurusa przez Harry'ego, sieci Harry'ego zjeżyły się i odbiły zaklęcie solidnymi tarczami obronnymi, które wciąż były na swoich miejscach, bez względu na to, co Snape miał na ten temat do powiedzenia, po czym rozszarpały je na proch i ciszę. Harry potrząsnął głową i spojrzał znowu na Lockharta.

Blondwłosy czarodziej zdążył otworzyć usta, prawdopodobnie by wydać Harry'emu rozkaz, albo dać mu fałszywe wspomnienia, które zastąpiłyby prawdziwe, ale teraz je zamknął i gwałtownie cofnął w fotelu, zagłębiając się w nim za swoim biurkiem. Harry zrobił krok do przodu. Twarz Lockharta nabrała koloru starego sera.

– Oparłeś mu się – powiedział.

– Tak – powiedział Harry. – A ty wcale nie musiałeś rzucać na mnie Obliviate, a i tak spróbowałeś. – Słyszał rozzłoszczony syk Sylarany i jej prośby, by pozwolił jej zabić człowieka, który mu zagroził, ale jego własny umysł pracował na podwyższonych obrotach, próbując wymyślić jak obrócić tę sytuację na swoją korzyć. – Aż tak się martwiłeś, że powiem komuś o tym głupim zaklęciu?

Ale znał odpowiedź już w chwili, w której zadawał pytanie. Nie, Lockhart nie martwił się ośmieszenia, na pewno nie na tyle, żeby tak bez namysłu rzucić na niego to zaklęcie. To była od dawna wyćwiczona reakcja, pochodząca od kogoś, kto używał tego zaklęcia tak często, że stało się ono jego pierwszą linią obrony.

Harry zerknął na zdjęcia na ścianach i przypomniał sobie swoją wcześniejszą myśl, o tym jak nieprawdopodobnym wydawało się, że Lockhart odwiedził aż tyle miejsc, wziął udział w tak wielu walkach i mimo to zdołał w ten sposób pozować do zdjęć. Można by pomyśleć, rozległa się sarkastyczna myśl w umyśle Harry'ego, który powoli zaczął się przyzwyczajać do tego, że sarkazm staje się jego drugą naturą, że chociaż na jednym z tych zdjęć pozowałby cały we krwi, nad cielskiem pokonanego przeciwnika.

O ile, oczywiście, to nie on je wszystkie zabił.

Harry spojrzał na Lockharta podejrzliwie.

– Pozwoliłeś innym ludziom zabijać mroczne kreatury – powiedział. – A potem obliviatowałeś każdego, kto mógłby powiedzieć, że to nie ty to zrobiłeś, prawda? Całą brudną robotę zrobili inni czarodzieje, prawdziwi bohaterowie, o których nikt nigdy nie usłyszy. Ty się tylko pokazywałeś na miejscu i zbierałeś całą chwałę.

Lockhart pobladł jeszcze bardziej. Próbował coś powiedzieć, ale jedyne, co się wydobywało z jego gardła, to zduszony pisk.

Harry podszedł bliżej do biurka, czując się znacznie lepiej niż się czuł przez cały ubiegły miesiąc, odkąd ostatnim razem miał okazję, że rozmowa z Connorem pójdzie jak należy.

– Chyba wiesz, że gdyby ten sekret wyszedł na jaw, to wywaliliby cię z posady – powiedział. – Co więcej, nikt by ci więcej nie zaufał. Prorok by cię wyśmiał i pisałby o tobie szydercze felietony. Tygodnik "Czarownica" już nigdy więcej nie wybrałby cię na kandydata do swojej nagrody Najbardziej Czarującego Uśmiechu.

Lockhart wydał z siebie żałosny jęk i ukrył twarz w dłoniach. Cały się trząsł.

Harry przechylił głowę na bok. Wiedział, że zaraz zacznie szantażować Lockharta i zdawał sobie sprawę, że zrobi to wyłącznie dla własnych celów. To była ślizgońska taktyka i miał ślizgońskie powody. Nie mógł wmówić sobie, że robił to dla dobra Światła, poza tym, że wszystko, co robił w kierunku pogodzenia się z Connorem, było dla dobra Światła.

W ogóle go to nie obchodziło.

– Chyba wiem, co powinieneś zrobić – powiedział spokojnie.

– Co? – Lockhart opuścił ręce i patrzył na niego bez większej nadziei.

– Powinieneś przestać się martwić – powiedział cicho Harry, krzyżując ręce na piersi. Sylarana wyślizgnęła się mu z rękawa, mrucząc z niechęcią, że mógł jej użyć, skoro jej potrzebował. Harry znowu ją zignorował. – Nikomu nie powiem o twojej tajemnicy – chyba, że znowu spróbujesz rzucić na mnie zaklęcie pamięci, albo jeśli nie zrobisz tego, co ci powiem.

Słysząc to, Lockhart wyraźnie się rozluźnił. Harry zamrugał, ale ostatecznie uznał, że po prostu niektórzy czarodzieje czują się bardziej komfortowo, kiedy mają do czynienia z krętactwem niż z uczciwością. Przez chwilę zastanawiał się nawet, czy Lockhart nie był Ślizgonem, kiedy jeszcze był w szkole. Draco oczywiście powiedziałby, że był głupim Ślizgonem, skoro dał się złapać.

– Co tylko zechcesz – powiedział Lockhart, pochylając się do przodu. – Chcesz może fotografię z autografem? Zwykle można je sprzedać za kilkaset galeonów. Co powiesz o zaawansowanej kopii "Wędrowania z widłowężami"? Krem, który...

– Żadne z tych – powiedział Harry. – Chcę, żebyś mi przyznał szlaban z moim bratem, jakoś w następny weekend. – Uważał, że to będzie najlepsza pora. Connor będzie już po meczu z Hufflepuffem, który niewątpliwie wygra, i nie będzie miał wymówki, że zaraz zaczynają mu się zajęcia, albo że ma jakąś zaległą pracę domową do oddania następnego dnia rano. – I masz się upewnić, że absolutnie nikt nam nie będzie przeszkadzał, nawet Filch czy dowolny inny profesor.

Lockhart zamrugał powoli, jakby nie mógł pojąć, czemu Harry miałby poprosić o coś takiego, po czym kiwnął głową.

– Mogę to zrobić.

– Zrób to – powiedział Harry – a ja zapomnę o tym wszystkim. – Zamilkł na chwilę, zastanawiając się, czy nie przypomnieć mu znowu warunków, ale uznał, że to na pewno nie zaszkodzi, bo Lockhart znowu zerknął w stronę swojej różdżki. Naprawdę był strasznie uzależniony od zaklęcia pamięci. – Przynajmniej dopóki znowu nie spróbujesz rzucić Obliviate. Obawiam się, że wówczas będę musiał od razu udać się ze wszystkim do Dumbledore'a.

Lockhart kiwnął głową.

– Oczywiście. – Przyglądał się Harry'emu badawczo przez chwilę. – Dlaczego?

Harry podniósł brwi.

– Jesteś potężnym czarodziejem – powiedział Lockhart. – Wiedziałem o tym od chwili, w której nie dałem rady sam zdjąć Obscurusa. – Kiedy tak mówił, jego wyraz twarzy był niemal przyjemny. Harry zastanawiał się, czy persona durnia też jest tylko jego maską. – Czemu tak bardzo zależy ci na pogodzeniu się z bratem, którego mógłbyś bez większego wysiłku zmienić w obłok pyłu?

– Niczego nie rozumiesz – powiedział Harry, przypominając mu o tym, kto tu ma nad kim władzę i poczuł niespodziewaną satysfakcję, kiedy Lockhart pobladł i odwrócił od niego wzrok. – A twoja pozycja nie pozwala ci na zadawanie pytań.

Lockhart przytaknął, po czym wstał.

– W takim razie zobaczymy się na szlabanie w przyszłym tygodniu, panie Potter.

– Właściwie to się nie zobaczymy – powiedział Harry wyważonym tonem. – Jeśli przerwiesz mi, zanim skończę rozmawiać z moim bratem, to tak cię przeklnę, że ci jaja odpadną.

Lockhart przełknął ślinę, wyglądając jakby nie miał wątpliwości, że Harry naprawdę to zrobi i nie miał odwagi się poruszyć, kiedy Harry wychodził z jego gabinetu. Sylarana zasyczała na niego radośnie, kiedy szli w kierunku Wielkiej Sali. Wreszcie zachowujesz się jak wąż. Atakujesz to, co chcesz i przyjmujesz rzeczywistość taką, jaka jest.

Harry prawie nie poświęcał jej uwagi. Myślał o tym, że szansa na pogodzenie się z Connorem i pozbycie się niewygodnych myśli na jego temat, jest coraz bliższa.

Uważał, że to właśnie był problem ze wszystkimi innymi spotkaniami: Connor czuł się przymuszony, by grać przed widownią, nawet tak małą jak Syriusz, do tego mógł w każdej chwili opuścić pomieszczenie. Podczas szlabanu nie będzie mógł wyjść, a bez żadnej widowni, której musiałby zaimponować, będzie musiał zacząć słuchać Harry'ego.

Lepiej, żeby zaczął.

Harry zadrżał i pokręcił głową. Ta ostatnia myśl brzmiała jak zimny głos jego magii, jak Tom Riddle.

Ale on nie był jak Tom Riddle. Nie był. Nie miał zamiaru się odwrócić od swojego brata. Miał zamiar się z nim pogodzić.

Na siłę, jeśli będzie trzeba.

Ale to nie znaczyło, że jest zły. Po prostu... silny i stanowczy.

Wyglądało jednak na to, że nie był dość silny, by nie wybuchnąć śmiechem na widok Dracona. Najnowsza próba pozbycia się wróżkowego pyłu skończyła się na tym, że cały brokat zebrał się w jednym miejscu na jego policzku w plamie, która była zaskakująco podobna do gryfońskiego lwa.

Harry z radością go o tym poinformował i z jeszcze większą radością uciekał korytarzami lochów, podczas gdy Draco go ścigał, zajadle mu grożąc.