Rozdział 21
Wczesnym rankiem dźwięk budzika wyrywa Sherlocka ze snu tak głębokiego, że nieprzyjemnie przypominającego śmierć. Z całą pewnością nie był to stan podobny do jego zwykłej, postnarkotycznej drzemki, po której następowała jeszcze bardziej niespokojna pobudka. Zazwyczaj jego rwącą podświadomość wypełnia nieokreślona groza i Sherlock wtedy żałuje, że poprzedniej nocy nie zażył chociaż-odrobinę-mniej albo raczej chociaż-odrobinę-więcej narkotyku. Nie zna sytości. Nie zna wypoczynku. Rankami zawsze czuje się naprężony jak drut wysokiego napięcia. Ale tym razem...
Co interesujące, jego rzęsy się skleiły, a w ustach ma sucho, jakby nie oddychał przez nos i nadwyrężył miękką tkankę. Oblizuje wargi. Wyciąga rękę, wyłącza alarm w komórce i sprawdza, czy nie dostał nowych wiadomości, gdyż pierwszy raz w swoim burzliwym życiu był wystarczająco wyczerpany, by móc je przespać. I to bez narkotyków.
Nic. Nic od brata, nic od Jima Moriarty'ego, żadnych wiadomości głosowych z Yardu i żadnego SMS-a od Bradstreet. Jest tylko lśniący ekranik ze smugą po palcu. Tapeta do połowy rozładowanego telefonu i nic więcej.
Przedziwne.
Dźwięk budzika został zdławiony i w pokoju jest bardzo cicho.
Wzdłuż pleców Sherlocka leży lekarz wojskowy. Jest przyciśnięty najbliżej jak to możliwe, z klatką piersiową tuż przy jego kręgosłupie, i oddycha idealnym drobnym kruchym nosem w przyklepane włosy detektywa. Obejmuje ramieniem pierś Sherlocka i gładzi dłonią rzadkie włoski, drapiąc zwinnymi palcami jego mleczną skórę.
- Co się dzieje? - Głos Johna jest stłumiony, chrapliwy od snu i niższy niż zazwyczaj. Sherlock zastanawia się, czy głos przyjaciela zawsze zmienia się rano; zastanawia się, ile poranków będzie mu dane, by mógł przeprowadzić testy. Zmienił się rano po „Friesland". Zmienił się następnego dnia, po chloroformie. Zmienił się...
- Co jest? - nalega John, w dalszym ciągu ochrypłym głosem.
- Nic – odpowiada z niedowierzaniem Sherlock.
Coś musi być nie w porządku.
Z całą pewnością nie udzielono mu zgody, by tak po prostu leżał z Johnem Watsonem, podczas gdy komórki ich ciał się rozpuszczają, John rozpala zmęczone końcówki nerwów, a potem ponownie je uspokaja posuwistymi, delikatnymi ruchami. Tak jak teraz, gdy doktor rozciera... nie, głaszcze, to o to słowo chodzi... jego bok i plecy. Z logicznego punktu widzenia to niemożliwe, by coś takiego trwało, Sherlockowi podobne rzeczy nigdy się nie przydarzają; taka chwila nie powinna była zaistnieć, więc z całą pewnością coś właśnie idzie bardzo źle. Sherlock czuje się wybrany, chociaż John nie powiedział ani słowa. Zdezorientowany detektyw podejrzewa, że to zupełnie nie do przyjęcia.
„Nie wymieniłbym ciebie, ze mną, w tym łóżku" - przypomina sobie. - „Nie wymieniłbym na nic".
W świecie zabrakło równowagi. Szczęście niemal oślepia swoim blaskiem, więc gdzieś właśnie musi mieć miejsce katastrofa.
W ramach eksperymentu Sherlock wystukuje SMS do Bradstreet.
Rozumiem, że znaleźliście broń? SH
Kobieta odpowiada w ciągu sześćdziesięciu sekund. A więc najwyraźniej jego telefon się nie zepsuł.
Tak, przed chwilą. Mam go ze sobą. Co za połów. Świeżutki i pachnący.
Dziwaczne.
I niepokojące.
Coś jest nie tak. John przyciska palce u stóp do nagiej łydki Sherlocka. Byłoby to absolutnie cudowne, gdyby istniał chociaż cień szansy, że będzie trwać dłużej. Może Bradstreet to wcale nie Bradstreet? Niezbędny będzie test.
Nie mogę uwierzyć, że byłaś na tyle głupia, by we mnie wątpić. Nawet jeśli tylko przez 1,3 sekundy. Ostatecznie z autopsji wiem, czym jest zespół sawanta. SH
Jego komórka piszczy po jakiejś minucie.
Wiesz też z autopsji, czym jest buceria. Ale za chuja pana nie wiedziałabym co dalej, gdyby nie ty, więc dzięki.
Tak, to zdecydowanie, absolutnie Bradstreet. Nikt inny. Sherlock gapi się na komórkę, przygryza wargi i próbuje wymyślić, co odpisać na jej komplement, by nie brzmieć na zbyt wdzięcznego ani na zbyt złośliwego. Od rozmyślań odwodzi go kolejny SMS.
Ten twój arcywróg to popieprzony szczeniak – samobójstwo, by wrobić kogoś w morderstwo? Stary, zgotuj mu piekło.
To już prostsze.
Szczeniaki nie mordują ludzi. Myślałem, że akurat w Yardzie zdajecie sobie z tego sprawę. Ale zapamiętam. Jakieś dalsze działania? SH
Robimy co w naszej mocy, by wypuścić Grace Dunbar za kaucją. Poza tym czekamy na twój ruch.
- A teraz co się dzieje? - dopytuje się John.
- Nic – przyznaje Sherlock, z cichym westchnięciem odkładając telefon na szafkę nocną.
John porusza się tuż przy bladej skórze sherlockowych pleców. Detektyw nagle zdaje sobie sprawę, że chociaż John właśnie się obudził, nie jest zupełnie rozluźniony – jego ręce nie przestają się poruszać, a penis jest naprężony. Jego oddech delikatnie i niespiesznie owiewa skroń Sherlocka, który z zadowoleniem odchyla głowę w tył.
Klub jest bardzo cichy w sposób właściwy tylko Diogenesowi. To cisza nawarstwiona przez wieki, niemalże historyczna; cisza, która otula wszystko puchatą pierzyną, przywodzącą na myśl najmiększe zaspy śniegu w zimie. Nie ma w niej nic chwilowego czy tymczasowego. Za to właśnie Sherlock kocha Diogenesa, chociaż Mycroft ma do klubu większe prawa, co nie jest szczególnie przyjemne. Mycroft, ze swoim obłudnym zapachem wyszukanych ciastek, bezcześci wszystkie ulubione zakamarki Sherlocka. Ale niechęć do brata nie zmienia jednego – Sherlock uwielbia Diogenesa. W tym miejscu cisza jest nieprzebrana niczym Ocean Atlantycki; jedyne dźwięki pochodzą z najbliższego otoczenia Sherlocka. Wdechy i wydechy Johna. Szelest pościeli. Prawie-tarcie ciała o ciało. Uderzenia serca przywodzące na myśl krótkie piosenki.
„Muzyka kameralna" - myśli Sherlock. Do tego w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Nie ma niczego przypadkowego, głupiego, powszedniego.
- To super – mamrocze John. - Bardzo mi wygodnie.
Sherlock zgadza się pomrukiem. Chowa z powrotem ramię pod kołdrę. Ma w głowie dziwną mgłę. W normalnych okolicznościach napełniłoby go to obrzydzeniem – czuje kwaskowate ukłucie tęsknoty za kokainą, która odegnałaby pajęczynę. Nie musiałby jej zażyć wiele, by odzyskać zwykłą bystrość i niezłomność. Ale jest z nim John, John jest dobry, a poza tym Sherlock nie może. Nie teraz, kiedy gra ciągle się toczy, a w głowę bardzo starej, najpewniej owiniętej w materiały wybuchowe kobiety wycelowana jest śmiercionośna broń.
Po chwili Sherlock zdaje sobie sprawę, że nawet gdyby miał przy sobie kokainy, nie chciałby, żeby rozproszyła mgłę. To tak zaskakujące odstępstwo od jego własnej normy, że detektyw rozbudza się odrobinę bardziej.
„Zadowolenie" - brzmi jego wniosek po krótkim przeskanowaniu zasobów języka angielskiego.
Słowo to przywodzi mu na myśl małego, nielotnego, zupełnie białego wróbla trzymanego w dłoni, pozbawionego głowy czy nóg – jedynie gładki, przypominający ptaka kształt z drżącymi, puchatymi skrzydełkami. Sherlock stawia bosymi stopami ciche kroki na korytarzach swego pałacu umysłu i kieruje się do sypialni, nie przestając tulić tej rzeczy. Stwarza gniazdko w kącie przy oknie i kładzie tam zadowolenie z czcią wynikłą z zupełnego szoku.
- Poruszyliśmy się w ogóle? - pyta ze zdziwieniem.
- Nie. Musiałeś być wykończony, skoro aż tak odleciałeś.
- Byłem – zdaje sobie sprawę Sherlock. - Myślę, że... byłem. Po prostu... rozkojarzyłem się wcześniej.
Potem znowu milczą. Palce Johna wyrysowują małe, czułe szlaczki na mostku Sherlocka. Mężczyzna przesuwa się odrobinę w dół łóżka i erekcja, która przyciskała się do lędźwi detektywa, teraz wpasowuje się między jego pośladki. To ewidentnie przypadek, bo John zamiera, jakby zastanawiał się, czy mu wolno. Sherlock nie sztywnieje, a jedynie ziewa z zadowoleniem, więc John również się rozluźnia.
Sherlock nieuważnie zastanawia się, co jego przyjaciel robi, bo to całkiem miłe – nie niesie za sobą zagrożenia i jest intymne; pasują do siebie jak zamek i klucz, jak dwa przedmioty, które zostały stworzone, by się w siebie wpasować. Kiedy John zaczyna skubać jego kark, detektyw pojmuje, że ruch w dół wynikał z chęci posmakowania kremowej, porannej skóry i rozjaśnia się. A więc to wcale nie było dla Johna, tylko dla Sherlocka.
- Naprawdę cholernie ciężko mi uwierzyć, że tu jestem – wyznaje John głosem stłumionym przez jego kark.
Sherlock mógłby mu przytaknąć, ale sądzi, że ich powody się różnią.
- Dlaczego?
- Bo jesteśmy razem od czterech dni. Czy jakoś tak. Jeśli liczyć od nocy na „Friesland", a nie od następnego ranka.
Sherlock na wpół przytomnie zaczyna liczyć. Tyle się ostatnio wydarzyło, że ta informacja stanowi pewne zaskoczenie, ale owszem, John ma rację. Cztery dni. Trzy sprawy, trzech zakładników. Jedna okropna kanapka z żółtym serem i pomidorem. Jedna bezprecedensowa kąpiel. Więcej seksualnych zbliżeń niż Sherlock uważałby, że jest w stanie znieść. Nie wspominając już o uznaniu za cudowne. Nic dziwnego, że osunął się w pozbawioną snów otchłań.
- Nigdy nie byliśmy nawet na randce – mówi leniwie zamiast tego wszystkiego.
- Nie? - John chichocze, muskając ustami kręgosłup Sherlocka. - Hm. Bzdura. Zaprosiłeś mnie na randkę w dniu, w którym mnie poznałeś.
- Z technicznego punktu widzenia to był wyraz wdzięczności.
- Randka.
- Wcale nie.
- Nawet ten cały Angelo powiedział, że to randka.
- To nie była randka.
- Była, była.
- Nie zmienisz rzeczywistości, po prostu się ze mną nie zgadzając. To było podziękowanie. Ja nie chadzam na randki. Nienaturalnie pociągają cię niebezpieczni ludzie i sytuacje, więc po powaleniu Abernetty'ego wydawało ci się, że...
- Mnie nienaturalnie pociągają niebezpieczni ludzie i sytuacje? - Śmieje się John. - Dlaczego wszystko jest zawsze moją winą? Tak jakbyś ty nie pisał do mnie SMS-ów co trzydzieści sekund. Tak czy inaczej – od tego czasu byliśmy na całej masie randek. W tej etiopskiej knajpie? I na spacerze brzegiem Tamizy o północy w zeszłym tygodniu?
Sherlock porusza się z irytacją i czuje, jak ciepłe ciało Johna przesuwa się z łatwością wzdłuż jego pleców.
- Właściciela etiopskiej restauracji okradała jego własna żona, a spacer brzegiem Tamizy o północy w zeszłym tygodniu służył obserwacji i ujęciu seryjnego dusiciela. Co też się nam udało.
John jest niewzruszony.
- A ta noc, kiedy puściłem ci „Bez przebaczenia"? To była randka.
Sherlock zdusza parsknięcie.
- To był seans, podczas którego patrzyłeś, jak facet z zachodniej Ameryki mruży oczy w niemal całkowitych ciemnościach, bo najwyraźniej ktoś zapomniał, że w filmach przydaje się oświetlenie. Ja natomiast piłem herbatę i rozmyślałem o nowym artykule na temat popiołu papierosowego, który będzie wybitny i przyda się wszystkim.
- Jaja sobie robisz.
- Skąd. Znam się na popiele.
- Randki. To wszystko były randki. Przejrzałem cię, stary. Wiem, co cię jara, i wiem, kiedy jestem na randce.
Sherlock śmieje się i głaszcze rękę Johna, która kontynuuje podróż przez jego klatkę piersiową. Detektyw wsuwa palce między palce doktora, podczas gdy ten przesuwa dłoń w górę i delikatnie obejmuje nią jego gardło.
- Co robisz?
- Masz wspaniały śmiech. A śmiejesz się... dość rzadko. Chciałem to poczuć.
To ucisza Sherlocka, chociaż nie zamierza utrudniać Johnowi eksploracji. Wzdycha i w ramach przeprosin przełyka ślinę pod dłonią przyjaciela. Ucisk stopniowo się zwiększa. Ten gest jednak w ogóle nie przypomina zagrożenia – to bardziej tak, jakby Sherlock był przyciągany do ziemi, niczym cenny, dziecięcy balonik, który w każdej chwili może odfrunąć.
- Nigdy w życiu nie byłem na randce – nalega Sherlock. - Celem randek jest wejście w związek. Nigdy nie byłem w związku, co doskonale wiesz.
- Więc tylko seks?
- Owszem.
- Ale nie z tyloma partnerami, co ja.
- Nie z tyloma partnerami, co ty – zgadza się Sherlock i czuje drobne, palące ukłucie. - Dlaczego o tym rozmawiamy?
- Bo się w ogóle nie znamy i jesteśmy razem od czterech dni – stwierdza John spokojnie. - Jeśli mi na czyimś punkcie odpala, to lubię... no wiesz. Przynajmniej jako-tako znać jego biografię. A jeśli mamy razem sypiać, to wolałbym przestać cię traktować tak, jakbyś miał się rozpaść, jeśli zadam niewłaściwe pytanie.
- Raz przesłuchiwałeś mnie przez pół godziny na temat mojego doświadczenia z narkotykami i zagroziłeś, że zadzwonisz do Metu, jeśli nie będę posłuszny – zauważa sucho Sherlock.
- No tak, ale to było wcześniej. - John wzrusza ramionami. - Wykurwiście mnie teraz przerażasz, co już odkryłeś – serdeczne gratulacje – i naprawdę nie jest mi z tym fajnie. Wolałbym się ogarnąć. Przeszkadza ci to?
- Nie – stwierdza Sherlock z zaskoczeniem. Powinno mu przeszkadzać, gdyż... no, powinno, prawda? Detektyw sięga ręką w tył i przesuwa dłonią po biodrze Johna.
- Pieprzyłeś już kiedyś kogoś w taki sposób? - mruczy John.
Nawiązuje do zeszłej nocy, do długich palców Sherlocka i do własnych cudownych dźwięków, kiedy Sherlock rozkładał go na części pierwsze. Sherlock drży i potrząsa leżącą na poduszce głową. To... to nie byłoby możliwe. Czuje, jak John robi się odrobinę twardszy; czuje, jak penis doktora drga przy jego dolnych kręgach.
- Nie – przyznaje chrapliwie i uznaje, że w jego głosie odbija się zbyt wiele uczuć.
- Nie?
- Oszczędzałem się – żartuje, przewracając oczami.
Lepiej.
John śmieje się usłużnie.
- Nikt tego nie chciał?
- Nie. Nawet jeśli, kazałbym im iść do diabła.
- Podobało ci się?
- Wiesz, że mi się podobało. Być może podobało mi się bardziej niż... czekaj. Czy tobie się podobało?
- Było bardzo przyjemnie – odpowiada John tak lubieżnym tonem, że Sherlock przytula się do niego bliżej. - Będziemy musieli to powtórzyć. No wiesz, któregoś dnia. W którąś z tych dziwnych śród. Kiedy będziesz... znudzony czy coś.
- Dobrze – zgadza się Sherlock. Uśmiecha się, gdy palec Johna obrysowuje jego jabłko Adama i zagłębienie gardła.
- Powiedz mi, co czułeś – prosi John, całując łopatkę Sherlocka.
- Co masz na myśli?
- Promieniałeś jak choinka w Boże Narodzenie, tak samo jak w wannie, tak samo, jak w łóżku, ale... Poświęcałem ci mało uwagi. Przepraszam, zabijałeś mnie po prostu. Ale naprawdę niewiele wtedy robiłem. Ledwo panowałem nad sobą, potem też nie byłem specjalnie użyteczny. Gdybym cię zapieszczał, to bym rozumiał, ale... zdecydowanie tego nie robiłem. A próbuję cię zrozumieć, więc... Wyjaśnij mi to. Proszę.
Do pocałunku dołączają zęby. Sherlock gwałtownie wciąga powietrze.
- Ja... ach! – Zacina się.
- Co?
- Przepraszam, to... przyjemne. Czułem... hm...
- Przemyśl to sobie, geniuszu, mam kupę czasu – mamrocze John, a Sherlock czuje, jak lekko drgają mu biodra. To nie do końca pchnięcie, ale takiego ruchu nie da się pomylić z niczym. Sherlockowi przypomina się ten ranek po zatruciu chloroformem, kiedy John był zażenowany i zmieszany, i sądził, że zaniepokoił Sherlocka. Stwierdziwszy, że naprawdę nikt go już nie traktuje, jakby był zrobiony ze szkła, detektyw uśmiecha się szeroko i zmusza swój mózg, by poszukał sposobu na wyjaśnienie tego, czego doświadczył podczas ich najintymniejszych chwil. Kiedy odtwarza plik i jeszcze raz przeżywa trzydzieści sześć sekund zwieńczających seks oraz odpoczynek po nim, stwierdza, że analiza tego doświadczenia nie będzie tak trudna, jak się obawiał.
- Byliśmy obwodem. - Odchrząkuje. - Byłem w tobie, całowałeś mnie i powstał obwód, obwód o wysokim napięciu. Sprawiłem, że jęczałeś, a twoje powietrze było w moich płucach. Gdybym miał to przeliczyć na sygnały elektryczne, szacowałbym napięcie na czterdzieści jeden, może czterdzieści dwa tysiące woltów, chociaż jestem doskonale świadom, że liczba jonów sodu i potasu w ludzkich ciele jest zbyt niska, by stworzyć taki ładunek. Ludzki organizm może wytworzyć zaledwie sto miliwoltów, ale im dłużej cię dotykałem, tym bardziej rósł twój ładunek, przekazałeś mi go do układu współczulnego, potem mój ładunek wniknął w twój układ współczulny i impulsy wpływające na skurcze mojego serca były coraz większe na układzie różniczkowym. Tak to odczuwałem.
Doktor wydaje z siebie cichy jęk, a jego dłoń przesuwa się w dół, by zacisnąć się na udzie Sherlocka. Ruchu jego ciała nie da się pomylić z niczym. Jego penis, leżący między pośladkami detektywa, jest gorętszy niż cała reszta ciała, co można łatwo wyjaśnić organiczną specyfiką krwi i miłości.
- Przepraszam – mówi John, opierając czoło o ramię Sherlocka i głęboko oddychając przez nos. - Przepraszam, to było... Przepraszam. Chyba właśnie opisałeś swoje uczucia przy pomocy oddziaływań elektromagnetycznych. Co w ogóle mnie nie dziwi, skoro... Skoro uważasz, że strach wynika z hormonalnej nierównowagi, a uczucia z chemicznych defektów. Miałem na ciebie taki wpływ, a ty się nawet nie podnieciłeś?
- Nigdy mnie nie podniecisz – wzdycha Sherlock, wyginając plecy w łuk i wciskając się mocniej w Johna. - A gdybyś mnie podniecił, nie cierpiałbym tego. I zawsze zmieniasz elektryczne impulsy wpływające na skurcze mojego serca.
- To chyba najromantyczniejsza rzecz, jaką ktokolwiek mi kiedykolwiek powiedział. A nawet jej nie rozumiem.
- Tak jak powiedziałeś wcześniej... cieszę się, kiedy tylko wchodzisz do pokoju – przyznaje Sherlock. - Myślę, że czynnik seksu sprawia, że to zjawisko... przybiera na sile.
Z nosa Johna wyrywa się dźwięk, który zdaje się mieć idealną częstotliwość, by posłać srebrną strzałę prosto w klatkę piersiową Sherlocka. Detektyw, otwierając szeroko oczy pod wpływem błysku wspomnianej strzały, sięga po w połowie opróżnioną i zapaćkaną torebkę lubrykantu, którą w nocy rzucił na szafkę nocną, nabiera odrobinę substancji na palec i sięga za siebie, by wziąć w dłoń johnowy penis. Doktor jęczy cicho i unosi się na łokciu, by spojrzeć na Sherlocka.
- Co ty niby robisz? - Włosy Johna są rozczochrane, a oczy nadal odrobinę zaspane. Wydaje się naprawdę zdziwiony, chociaż kąciki jego ust wykrzywia nieprzyzwoity uśmieszek.
- Pomagam – wyjaśnia Sherlock, mrugając niewinnie. Zaciska pięść i przesuwa nią kilkakrotnie po całej długości, w górę i w dół, aż po ciele jego przyjaciela przebiega dreszcz. Potem wyciera rękę o prześcieradło i unosi oczekująco brew.
- Sherlock, nie zamierzam...
- Nie zrobisz mi krzywdy, ty idioto, a ja nie mam nic przeciwko – nalega Sherlock, wreszcie czując przypływ irytacji. - Tylko nie chcę...
- Już ci mówiłem, zupełnie nie interesuje mnie seks analny z tobą. Twoje umiejętności słuchania ze zrozumieniem są równe zeru.
- To nie to samo. Nie o to mi chodzi, tamtego też nie chcę, ale nie mam nic przeciwko.
W tych kilku zdaniach Sherlock słyszy wszystkie swoje wątpliwości, swoją skwapliwość, swoje oddanie, swoje zdenerwowanie, swój dystans, swoją potrzebę i wyniosłość. Słyszy je w niemal drżących samogłoskach i w zbyt zduszonym głosie, a skoro to konfunduje jego samego jak jasna cholera, to te mieszane sygnały naprawdę nie mogą dobrze wpływać na libido Johna. Sherlock zamiera lekko i niemal wstrzymuje oddech, czekając na odmowę. Nawet jeśli tylko dlatego, że to bardzo głupi pomysł.
- Hm. Czekaj, niech się zastanowię. Czyli nie masz nic przeciwko, żebym ocierał ci się o tyłek jak zapryszczony smarkacz, który zapomniał kupić gumek – mówi z niedowierzaniem John, ale w jego głosie pobrzmiewa śmiech. To absolutnie niesamowite.
Sherlock szczerzy zęby.
- Jeśli będziesz mnie przy tym całował, to nie.
- Masz to, kurwa, jak w banku – szepcze John. Jego dłoń, ta, która nie przytrzymuje biodra Sherlocka, wsuwa mu się we włosy.
John pochyla się i przyciska usta do miejsca za uchem Sherlocka. W takiej pozycji trudno przejść do prawdziwego całowania. Żołnierz powoli ociera się o detektywa; jego penis jest teraz śliski i na najlepszej drodze do pełnej erekcji. Sherlock czuje zęby Johna podgryzające jego szyję, czuje paznokcie na skórze głowy, a dłoń na jego biodrze przesuwa się niżej, by przycisnąć się do jego podbrzusza, i o boże, co jeszcze, język delikatnie muska ucho Sherlocka, i detektyw nagle się krzywi, bo to wszystko jest bardzo cudowne, bardzo tymczasowe i dobrze jest tak leżeć w czyichś objęciach; tak bardzo, bardzo dobrze jest być przytulonym do kogoś, kto pragnie cię z innego powodu niż szybkie bzykanko.
Dokładnie do tego nie chciał dopuścić. A to już się stało. Przegrał bitwę.
Ma nadzieję.
A co, gdyby to nieziemskie połączenie błogości i spokoju było normalne?
A co, gdyby mógł prowadzić takie życie? Gdyby tak wyglądały poranki? Wszystkie poranki? W każdym razie te bez spraw, te między nagłymi porwaniami, okrutnymi morderstwami i śmiałymi rabunkami, kiedy John zabierałby pistolet, jego oczy przybierałyby błękitny kolor kosztownej ceramiki w świetle słońca i śmiałby się z zamętu i niebezpieczeństwa?
A co, gdyby...
- W porządku? - pyta John z niepokojem. Jego ciało zamiera.
- Tak, ja... - Sherlock przełyka ślinę. A potem zaczyna gorączkowo mówić. Szczerze mówiąc, zbyt gorączkowo. - W tej pozycji możesz mnie dotknąć w wielu miejscach, masz dostęp do przeważającego procentu mojego naskórka i muszę zaznaczyć, że mi się to podoba, ale to... po prostu...
- Dużo? - proponuje John, kiedy jego przyjaciel milknie.
- Tak. Proszę, nie przestawaj – szepcze Sherlock.
John delikatnie porusza biodrami i zabiera dłoń z podbrzusza Sherlocka, by pogładzić jego żebra. John jest w jego włosach, John otula jego ciało, John delikatnie ociera się o jego skórę. To wszystko jest przecudowne. A potem doktor powraca ustami do gardła Sherlocka, szczypie zębami skórę i detektyw wydaje z siebie dźwięk, który – żenujące – można opisać tylko jako szloch.
Szlochanie najwyraźniej nie jest czymś, co powinno mieć miejsce w sypialni. A przecież czuł się, jakby ktoś rozsunął zasłony w wielokrotnie odwiedzanej bibliotece w jego pałacu umysłu i ciepłe światło nagle zalało zapleśniałe dywany. Ku jego rozczarowaniu, John znowu przestaje.
- Co? - wybucha Sherlock.
- Łoł, hej, spokojnie – mówi szybko John. Dłoń we włosach Sherlocka rozluźnia się lekko. - Za dużo?
- Nie – warczy zirytowany na siebie Sherlock. Zaciska pięść na kołdrze, usiłując znów poczuć przyciąganie ziemskie. - Kurwa. Przepra...
- Nie.
- Ale...
- Sherlock.
- Obecny. Cześć.
- Nie przepraszasz. Jebać przeprosiny. Po prostu ze mną porozmawiaj. - Głos Johna nie brzmi, jakby był zły, a Sherlock widzi twarz przyjaciela mimo tego, że ma zamknięte oczy; widzi zmarszczki zmartwienia, bólu, i wesołości okalające ciemne tęczówki doktora, widzi asymetryczny grymas, a Sherlock po prostu kocha tego człowieka, kocha go tak bardzo, że nie jest w stanie równo oddychać. A John myśli, że Sherlockowi nie podoba się doświadczenie tej duszącej czułości, że Sherlock nie chce zatonąć w uczuciach, że nie chce go kochać tak, jak John już niemal przyznał, że kocha Sherlocka; myśli, że Sherlock albo nie jest zakochany, albo nie chce być zakochany i tak zupełnie nie ma racji, i nagle ta świadomość boli Sherlocka bardziej niż w ogóle sądził, że to możliwe. - Nie przepraszaj. To za dużo? Czy ty...
- Nie wiem – syczy Sherlock. John po prostu musi zrozumieć, że nic się nie dzieje, albo detektyw umrze. Sherlock nie jest delikatny, nie jest cenny, jego pragnienia po prostu nie wpasowują się w ramy mowy. - To bez znaczenia.
- Skarbie, musisz mi, kurwa, powiedzieć, jeśli... no nie wiem, przeładowuję ci twardy dysk?
- Nie wiem, proszę, nie przestawaj.
- Przecież nie mogę po prostu...
- Uważasz, że fizyczność wszystko spieprzy, że coś zrobisz źle, ale tak nie będzie, nic mi nie jest, po prostu... wszystko czuję – wyznaje desperacko Sherlock.
John wzdycha, odgarnia loki z czoła Sherlocka i pochyla swoją ciemnoblond głowę. Przez moment leciutko muska ustami muszlę ucha Sherlocka, a potem skubie płatek. Drugą rękę przesuwa w dół, prześlizgując nią po brzuchu detektywa, po czym delikatnie przyciska ją do skóry. Sherlockowi jest odrobinę łatwiej oddychać.
- Mam cię – szepcze. To brzmi jak obietnica. - Co by się nie stało, mam cię.
I jest o wiele lepiej.
- To wiem – zapewnia Sherlock, przekręcając głowę, by spojrzeć Johnowi w oczy, bo mówi szczerze. Jeśli John mówi, że go ma, jeśli jest pewien swoich troskliwych objęć, to się nie myli. John go ma.
I naprawdę go ma. Ma go, kiedy się uśmiecha i całuje Sherlocka w usta, i Sherlock jęczy; i ma kilka minut później, kiedy ruch jego penisa robi się coraz bardziej gorączkowy; i ma, kiedy zaczyna mruczeć przywodzące na myśl modlitwy czułe nonsensy w katedralny bezruch klubu; i ma go, dając Sherlockowi spokój i bezpieczeństwo, kiedy jego ruchy tracą rytmikę i zaczynają zwalniać; i ma, kiedy Sherlock gorączkowo sięga w tył, by złapać jego nogę; i ma, kiedy gwałtownie wciąga powietrze i dochodzi, dysząc w szyję Sherlocka, a jego oddechu nie da się odróżnić od serii pocałunków, które składa na smukłych łopatkach Sherlocka.
John ma go przez cały ten czas. A więc wszystko jest w porządku.
Sherlock niejasno zdaje sobie sprawę, że John wstał z łóżka, więc wyciąga się na brzuchu chowając głowę w ramionach i aż buzuje od absurdalnie delikatnych dreszczy, zupełnie jakby w jego żyłach i arteriach płynął szampan. Doktor wraca z ciepłą szmatką, klęka na materacu i pewnymi ruchami obmywa dolną część pleców Sherlocka. Detektywowi bałagan akurat nie przeszkadza i ma tylko cichą nadzieję, że John będzie miał na tyle zdrowego rozsądku, by mieć swój udział w bezczeszczeniu pokoju. I faktycznie, jego przyjaciel rzuca ręczniczek przez pokój; szmatka ląduje na telewizorze i zwisa z płaskiego ekranu.
Idealnie.
- Nawiasem mówiąc, naprawdę jesteś zajebiście piękny – mówi John, zwijając się w kłębek po swojej stronie łóżka.
Sherlock wydaje z siebie pomruk, podciąga kolana i odwzorowuje postawę Johna. John przeciąga palcem po jego policzku. Przez chwilę po prostu na siebie patrzą. Wydaje się, że doktorowi nieco zabrakło słów.
W pewnych okolicznościach byłoby to idiotyczne, ale Sherlock doskonale wie, co czuje jego przyjaciel.
- No dobra, nie. Nie tak. Chodź no tu, widzę, że aż się wyrywasz – ogłasza John.
Sherlock posłusznie przysuwa się bliżej i ląduje z głową tuż przy klatce piersiowej Johna, z kolanem na jego nogach, z wymiętą, nierówno leżącą pościelą i z dreszczami, które nie przestają przebiegać mu po kręgosłupie. Leżą tak przez chwilę, dzieląc się ciszą. To równie przyjemne jak seks, tylko spokojniejsze. Jak rzeka i wodospad – żadne nie jest mniej lub bardziej potężne; to dwie identyczne rzeczy o różnej prędkości. Sherlock ze zdumieniem zdaje sobie sprawę, że byłby w stanie ponownie zasnąć. Czuje okazjonalne muśnięcia ust we włosach.
- Mam nadzieję, że ktoś ci kiedyś to powiedział – stwierdza John, zacieśniając uścisk. - Nawet jeśli był zupełnym palantem.
- Co mi powiedział?
- Że jesteś piękny.
Sherlock zastanawia się chwilę nad tym pytaniem i zdaje sobie sprawę, że owszem, ktoś mu powiedział. Sześć lat temu, w zupełnie innych okolicznościach.
Wyrosłeś na taką zajebistą piękność – napisał z perwersyjnym zachwytem Jim Moriarty. - Uwielbiam Twoją twarz – Twoją absolutnie niewiarygodną twarz – tak bardzo, że po prostu muszę ją pożyczyć. Ale nie martw się, jeśli uda mi się z niej zrobić piękną maskę, wynagrodzę Ci utratę skóry kawałkami plastiku. Nie mogę pozwolić, żebyś UMARŁ, prawda? Nawet gdybym już zawsze miał Twoją twarz, żeby Cię pamiętać. Mógłbym ją założyć, dotykać się i przez wiele godzin byłbym nami oboma jednocześnie.
- Tak – przyznaje niechętnie Sherlock.
Ktoś puka do drzwi.
John wysuwa się spod przyjaciela, wyskakuje z łóżka i wyjmuje z szafy szlafrok. Wydaje się wypoczęty. Czy może raczej – odrestaurowany. Sherlock, uważając na dłonie, siada i owija biodra kołdrą. Sięga po telefon, ale nic się nie zmieniło. Nie ma żadnych wiadomości, co znowu go niepokoi. Strach wspina się po jego plecach, podczas gdy John metodycznie podnosi pistolet i idzie otworzyć drzwi z miną kogoś, kto naprawdę nie potrzebuje wiele, by zastrzelić intruza.
Anthea, paskudnie wyniosła i dość piękna sługuska Mycrofta, wchodzi do pokoju. Smsuje. Ma na sobie dopasowaną, czarną spódnicę i żakiet oraz luźną, satynową bluzkę z pomarszczonego materiału w kolorze kości słoniowej. Bez wysiłku niesie ciężką, wojskową torbę – Sherlock w ułamku sekundy rozpoznaje torbę Johna – i stawia ją na podłodze przy szafie. Najprawdopodobniej nakazano jej przynieść jakieś ich rzeczy, co potwierdza przekonanie Sherlocka, że kiedy tylko postawi stopę w klubie Diogenesa, Mycroft natychmiast jest o tym informowany.
Nieznośny dupek.
- No cześć – mówi John, zmuszając się do uśmiechu. Odkłada pistolet na blat stołu. - My... hm. Cześć. Miło cię widzieć.
Anthea wydaje się ponura. Jej ładna, okrągła twarz jest ściągnięta, pełne wargi wykrzywione, oczy ciemne, a między nimi widnieje zmarszczka. Sherlock nigdy nie widział, by Antheę coś wytrąciło z równowagi. Nigdy. Żadne wydarzenie nie jest w stanie zmazać z jej twarzy nieobecnego uśmieszku. To jeden z fundamentów sherlockowej egzystencji. Kiedyś Mycroft musiał poradzić sobie z poważnym zagrożeniem nuklearnym; północni Koreańczycy ledwie zdołali sprawić, że Anthea się skrzywiła. Przez moment. Jeśli Anthea jest z jakiegoś powodu przygnębiona, to jest to coś o rozmiarach, których Sherlock nawet nie chce szacować. Kobieta rzuca okiem na dwie szmatki i niekompletnie ubranych mężczyzn, lekko marszczy nos i powraca do smsowania.
- Tobie też dzień dobry – mówi John, bo najwyraźniej ma już dość. - Czy w mojej torbie są gacie na zmianę, czy też zapomniałem, że wracam na front?
Anthea naciska „Wyślij" i podnosi obojętny wzrok.
- Kawy? Mogę zadzwonić i poprosić o dzbanek. - John wykonuje gest, który jakimś cudem jest jednocześnie sarkastyczny i gościnny. Jest absolutnie cudowny.
- Ach – odpowiada ona.
- Bułeczkę? Jajko? Croissanta? - próbuje John, ledwo ukrywając niechęć.
- Mmmm... nie ma czasu – odpowiada Anthea.
- Wybieramy się dokądś?
- Tak – potwierdza natychmiast.
- Mam się skontaktować z Moriartym? Czy Mycroft go znalazł? Co się stało? - dopytuje się Sherlock.
- Odpowiedzi to kolejno – odpowiada Anthea wyraźnie, unosząc brwi – nie, tak i bum.
Sherlock i John potrzebują pół godziny, by ubrać się w czyste ubrania z wojskowej torby i dojechać na miejsce zbrodni jednym z czarnych, ekskluzywnych samochodów Mycrofta. Docierają do obskurnych przedmieść w pobliżu Havering i odkrywają, że w cichej okolicy aż się roi od radiowozów. Czując najprawdziwsze mdłości, Sherlock wysiada z pojazdu i stawia kołnierz płaszcza – tym razem jako tarczę, nie dla efektu. Zdaje sobie sprawę, że od wczoraj nic nie jadł; nieoczekiwany głód odczuwa bardziej jako zawroty głowy niż jako zwykłe skurcze żołądka. Gdyby tylko zażył odrobinę kokainy – albo, jeszcze lepiej, morfiny – jego apetyt nie stanowiłby problemu.
„Głód" - przekonuje się Sherlock, walcząc z atakiem strachu. - „Postseksualny sentyment. Hormonalne następstwa. To wszystko".
- No już – mówi Anthea, żwawo ruszając w stronę centrum zamieszania. - Jesteś potrzebny swojemu bratu.
- Gdybym wycisnął osobowość tej kobiety na gąbkę, mógłbym odkazić całą naszą lodówkę – mamrocze John, zapinając kurtkę i stawiając mocne kroki u boku Sherlocka.
Detektyw ledwie go słyszy. „Oto równowaga" - myśli - „Oto cena za małego, białego, bezgłowego ptaszka w gnieździe, za poranną ciszę, za »Mam cię«. Oto konsekwencje". Wszędzie plączą się policjanci w cywilu; robią notatki, rozmawiają zniżonymi głosami. Dopiero co wzeszło słońce, które teraz subtelną, niebieskawą poświatą oświetla małe domki, knajpkę z rybami i frytkami, sklep na rogu, wystawę kwieciarni i gruz, wszędzie gruz – jest go więcej niż na Baker Street, tam przecież jedynie wybuchły okna – i kawałki drewna, i betonu, i metalu, i plastiku, i pył, i jeszcze jakieś materiały, których nie da się zidentyfikować. Słabe światło pada na to wszystko; na tłum ludzi przyciskających dłonie do drżących warg, na antyterrorystów o kamiennych twarzach, na bladego Mycrofta, który z kwaśną miną i z parasolką opartą na ramieniu rozmawia przez komórkę.
I na wielką, ohydną, dymiącą dziurę w ziemi, która kiedyś była domem ślepej starej kobiety.
