Obaj nie potrafili zasnąć. W pokoju panowała ciemność. Nie było widać zielonego dywanu na podłodze, zielonej pościeli ani srebrnego żyrandola, zwisającego z sufitu. Obaj milczeli. Harry siedział na brzegu łóżka, z łokciami opartymi o kolana. Myślał. O wszystkim i o niczym. Czuł, że ten cały pomysł ze zbliżeniem się do profesora Slughorna to jeden wielki niepotrzebny nikomu wysiłek. No tak. Dumbledore tego potrzebował.
Dość już miał Zakonu Feniksa, ciągłego udawania jakim to grzecznym i prawym chłopcem był. W swoim mniemaniu, nie był złym człowiekiem. Dokonał wyboru, trudnego wyboru i obrał swoją drogę, tą właściwą, tą która nie została usłana kłamstwami. Przymknął na chwilę oczy.
Na lewym barku poczuł ciepły oddech i lekkie muśniecie warg. Mimowolnie się uśmiechnął w ogarniający ich mrok. Było mu tu dobrze. Z dala od wścibskich oczu, co rusz wpatrzonych w niego kiedy późną porą opuszczał wieże Gryffindoru, zero komentarzy kiedy Draco wpadał w odwiedziny. Tu mieli święty spokój. Własny pokój. Mogli być ze sobą wtedy kiedy mieli na to ochotę. Tu mogli wszystko.
– Czemu nie spisz? – Harry usłyszał cichy szept przy uchu.
– Zastanawiam się. Myślisz, że powinniśmy powiedzieć Voldemortowi, co knuje Dumbledore? – spytał w ciemność.
Poczuł jak blondyn opuszcza lóżko, usłyszał pstrykniecie palców i nagle całe pomieszczenie skąpało się w ciepłym świetle świec. Draco stał przy barku ubrany tylko w niebieskie, dresowe spodnie. Harry przyglądał się idealnej strukturze mięśni pleców chłopaka.
– Potter – powiedział Draco, wzdychając. Oparł się o mebel, dzierżąc w dłoni kryształową szklankę wypełnioną bursztynowym płynem. – Wiem, że musimy się skupić na razie nad jednym. Dopóki ty zajmujesz się Slughornem, nie powinniśmy się o to martwić. Załóżmy czysto hipotetycznie, że ten straty pierdziel da ci prawdziwe wspomnienie. I co wtedy? Jak grzeczny i posłuszny pies polecisz do Dropsa? – Harry, pokręcił przecząco głową. – No właśnie. – Draco upił łyk cierpkiego napoju. – Jak już będziesz mieć te cholerne wspomnienie, to wtedy będziemy się martwić, co dalej.
– Lub w ogóle nie będę się starał, by je zdobyć. Mogę powiedzieć, że Slughorn nie chciał się przede mną otworzyć. Kłamstwa mi nie udowodni, a Voldemortowi powinniśmy powiedzieć – mówił Harry, zastanawiając się dokładnie na całokształtem. – Skoro Drops poprosił mnie o pomoc, to znak, że ma jakiś plan.
– A co z naszym Puchonem? – spytał Draco, patrząc z ukosa na Pottera.
Zielonooki chłopak rozłożył się wygodnie na łóżku, splatając dłonie za głową. Wpatrzony w sufit nagle dostał olśnienia. Wpadł na genialny pomysł.
– Halloween – wyszeptał.
– Słucham? – zdziwił się blondyn, ciekawsko unosząc brew.
– Halloween. – Harry podparł się na łokciach, patrząc na roznegliżowanego arystokratę. – Wtedy go dorwiemy. – Uśmiechnął się.
– Mówił ci ktoś już, że jesteś geniuszem? – Śmierciożerca zaśmiał się dźwięcznie, odkładając szklaneczkę.
Spojrzał łapczywym wzrokiem na chłopaka leżącego w jego łóżku. Niby z ociąganiem zaczął się zbliżać, stawiając krok po kroku, uwodząc zielonookiego wzrokiem. Kiedy był już tuż tuż, a ich wargi dzieliły centymetry zapanowała ciemność.
W Hogwarcie święto Duchów, znane innym jako Halloween, było wielkim wydarzeniem. Cały zamek przystrojony był lewitującymi dyniami. Pod sufitem latały magiczne nietoperze, a ze ścian zwisały ogromne pajęczyny przybrane sztucznymi pająkami, co bardzo nie podobało się Ronowi Weasleyowi, który co rusz zahaczając o obleśne ośmionożne stworzenia, zrywał się z dziewiczym piskiem. Dla bliźniaków rudowłosego klanu, była to świetna okazja, by sprzedawać Magiczne Dowcipy Weasleyów. W szkole pomimo upiornych dekoracji panował wesoły nastrój. Większość lekcji została odwołana z racji urządzanego balu maskowego. Uczniowie z każdego domu biegali tam i z powrotem, starając się dopracować stroje. Wieczorem, zamek miał się zamienić w jeden wielki pochód strachów, upiorów i potworów. Ci, którzy nie mieli jeszcze pary, pospiesznie wypytywali przyjaciół, prosząc o asystę w trakcie balu.
Hermiona Granger nie podziela entuzjazmu innych. Kroczyła korytarzami szkoły snując się jak cień. Do piersi przyciskała ogromne tomiszcza książek. Jej bujne brązowe włosy falowały rytmicznie w takt jej kroków. Dzisiejszego dnia zrezygnowała z uniformu szkolnego, jedynie zarzuciła na siebie pelerynę ozdobioną odznaką prefekta. W jeansach i beżowym podkoszulku prezentowała się uroczo.
Drażniła ją ta cała radosna atmosfera spowodowana zbliżającym się przyjęciem. Owszem, chciała iść na bal, jednak do tej pory nikt jej nie zaprosił. Ron, po tym jak po raz kolejny na niego naskoczyła, gdy znów zaczął jej przedstawiać teorię spiskową Draco – Voldemort, przestał się do niej odzywać. Zachowywał się jak dziecko.
Granger miała cichą nadzieję, że zostanie zaproszona przez jednego z bliźniaków, a mianowicie Freda. Słyszała od Ginny, która akurat chwaliła się jej zaproszeniem od Zabiniego, że George szedł z Katie Bell, a Fred podobno nie miał pary. Widać nadzieją matką głupich, gdyby naprawdę mu zależało, już dawno zadałby sobie trud, by spytać Hermionę o bal… Naprawdę liczyła na jego towarzystwo. Biorąc pod uwagę ostatnie dni.
Kiedy parę dni temu wróciła do wieży, po rozmowie z Draco, cała się trzęsła. Była wściekła, zrozpaczona, zadowolona i smutna jednocześnie. Z jednej strony czuła ulgę, że w końcu wyznała to, co czuła do przystojnego Ślizgona, ogarnęła ją ulga kiedy ten jej powiedział o swoich uczuciach do Harry'ego. Naprawdę. Spadł jej kamień z serca. Wiedziała, że to zakończy w jakimś stopni jej udrękę, że nie będzie musiała się dłużej karmić złudną nadzieją. Była wściekła chyba tylko i wyłącznie sama na siebie, że dała się tak ponieść emocjom. To nie było przecież w jej stylu. Pamiętała jak stanęła w Pokoju Wspólnym, nie wiedząc czemu, czekał tam na nią Fred. Siedział samotnie przy kominku z posępną miną. Ona stała i patrzyła na niego. Zauważył wyraz jej oczu. Nic nie mówiąc, podszedł do niej i przygarnął do siebie, tuląc mocno. Poddała się temu. Potrzebowała tego.
Właśnie od tamtego wieczoru zbliżyli się do siebie jeszcze bardziej. Codziennie spędzali ze sobą wieczory, przesiadując w Pokoju Wspólnym. Wychodzili wspólnie do Hogsmeade na piwo kremowe. Fred towarzyszył jej nawet w bibliotece podczas odrabiania prac domowych, często też uczyli się wspólnie. Przy nim, pomimo \ złamanego serca, zaczęła się uśmiechać. Dziura jaka pozostawił po sobie Malfoy, zaczęła się wypełniać kimś innym. Hermiona zamyślona oparła się o kamienną ścianę, odchylając głowę w tył.
– Przepraszam – usłyszała miły, piskliwy głosik.
Spojrzała w dół. Stała przed nią śliczna dziewczynka z Ravenclawu. Na pewno była z pierwszego roku, pamiętała ją z Ceremonii Przydziału.
– Kazano mi to przekazać Hermionie Granger – powiedziała.
– Tak? – spytała przyjaźnie, uśmiechając się do młodej Krukonki, dziewczynka wyciągnęła ku niej drobną rączkę, w której trzymała ładną, fioletowa kopertę.
– Dziękuję – powiedziała grzecznie, po czym odebrała list.
Z zaciekawieniem i uśmiechem na twarzy zajarzała do środka.
Droga Hermiono Granger.
Jest mi niezmiernie miło, że ostatni czas spędziliśmy razem.
Moje serce raduje się za każdym razem, gdy widzę jak na twojej twarzy gości uśmiech. Wtedy Twoje oczy choć na chwilę trącą ten cień, który nie przerwanie w nich gości. Mam cichą nadzieję, że masz w zanadrzu jakąś kreację na dzisiejszy bal, bo bardzo bym chciał, byś mi towarzyszyła na nim jako moja partnerka. Liczę, że wieczorem ujrzę Twoje cudowne oblicze przed Wielką Salą.
Na zawsze twój uniżony i oddany,
Fred Weasley.
Hermiona śmiała się pod nosem, kręcąc głową. Uradowana włożyła liścik z powrotem do koperty.
– Niech cię szlag, Fredzie Weasley – wyszeptała pod nosem, i w podskokach udała się do dormitorium, by wyszykować się na wieczór.
W tym samym czasie w zimnym i wilgotnych lochach, dwójka czarodziejów skrupulatnie planowała dzisiejszy wieczór. Musieli zdobyć krew dziedzica Hufflepuffu. Wiedzieli, że może się to okazać trudniejsze niż by się wydawało, ale nie mieli wyboru. Do balu zostało tylko parę godzin. Draco Malfoy stał przed wysokim, stojącym, drewnianym lustrem, przeglądając się w jego przejrzystej tafli. Właśnie zapinał ostatni guzik szarej koszuli, kiedy z łazienki wyłonił się Harry z wilgotnymi włosami.
– Ty jeszcze przed tym lustrem? – spytał, nie kryjąc rozbawienia.
Czasem perfekcjonizm Ślizgona wprawiał go w rozbawianie, tak jak w tej chwili.
– W kocu to bal, prawda? Muszę wyglądać zjawiskowo. W końcu nazywam się Malfoy – odpowiedział ironizując.
– Tak, ale nie zapominaj, że trochę sobie ubrudzimy dzisiaj ręce… no, przynajmniej ja. – Bliznowaty pokręcił głową, udając się do szafy.
Niedbale odrzucił mokry ręcznik, który miał przepasany na biodrach, ukazując się tym samym tak jak go bóg stworzył. Malfoy nie umiał się powstrzymać, by nie zerknąć na ciało ukochanego. Uśmiechnął się łobuzersko, zakładając czarny krawat.
–Wiesz, gdyby nie ty pewnie dalej tkwilibyśmy w martwym punkcie, zastanawiając się jak zdobyć krew tego całego Smith'a. Ale ty, mój drogi, jesteś bardzo sprytnym czarodziejem. W Halloween zamek pełen jest sztucznej krwi, sztucznych zwłok i najważniejsze odbywa się bal, na którym maski są obowiązkowe. Bułka z masłem, bym rzekł – powiedział blondyn, obracając się przodem do ubranego już Pottera. – Wyglądasz olśniewająco – zacmokał z aprobata, przyglądając się garderobie kochanka.
Idealnie dopasowany stalowoszary garnitur podkreślał kolor włosów chłopaka. Zielone oczy błyszczały za maski, zakrywającej pół twarzy.
– A ty za kogo się przebrałeś? – zaśmiał się Harry.
– Sadząc po twoim stroju, to jesteś grubą rybą show-biznesu, więc pozwól, że ja będę twoim największym adoratorem. – Draco uśmiechnął się nonszalancko. – Mam tylko nadzieję, że uda nam się wypatrzeć Zachariasza w tłumie przebierańców – dodał, zmieniając tym samym temat.
– Bez obaw, widziałem sukienkę tej dziewczyny, co idzie z nim na bal. Uwierz mi, Draco, nie da się tego przegapić. Wielkie różowe coś pokryte tonom niebieskiego brokatu.
– To dobrze – westchnął Śmierciożerca, spoglądając na zegarek, który ładnie się prezentował na jego bladej skórze. – Mamy jeszcze dwie godziny.
– Wiem. Chodźmy do reszty – po tych słowach wspólnie udali się do Pokoju Wspólnego Slytherinu, który był wypełniony po brzegi Ślizgonami w najróżniejszych kostiumach.
