Rozdział 21

To był frustrujący dzień dla Lokiego i bóg psot w pełni obwiniał o to lekarzy. Może jakąś godzinę po wyjściu Clinta Bartona medycy przyszli i zabrali agent Romanow. Wyglądało na to, że kobieta została wypuszczona do domu, gdzie miała popijać koktajle mleczne przez słomkę przez najbliższe parę tygodni.

To samo w sobie wystarczyło już, by Loki był w ponurym nastroju, rozrywając swoją paskudną szpitalną poduszkę na strzępy kawałek po kawałku. Zabiłby za koktajl mleczny. Dosłownie. Nawet parę osób. A do tego jeszcze powrót do domu? Tyle że musiałby najpierw posiadać dom, który nie został sprofanowany przez żadną abominację i w którym znajdował się działający blender oraz gofrownica. Bo miejsca, w którym brakowało gofrownicy, z pewnością nie można było nazwać domem.

Ale nie, agent Romanow została wypuszczona do domu i mogła cieszyć się wszystkimi jego wygodami, nie będąc przykutą do łóżka, podczas gdy on był pozbawiony swojego jedynego źródła rozrywki i wciąż miał na sobie koszulę odsłaniającą tyłek oraz kajdanki na kostkach. To wystarczyłoby, żeby istoty niższego rzędu niż on wrzeszczały z wściekłości. Loki natomiast po prostu skupił się na rozważaniu wszystkich straszliwych rzeczy, które zrobi temu miejscu, gdy już odbierze robotowi swoją magię. Na początek, zdecydował, pójdą karaluchy. Takie mięsożerne. Zacznie od tego, a potem zobaczy, co wyjdzie.

W końcu porzucił to zajęcie, bo jego plany stały się tak złożone, że sam Loki musiał przyznać, że zaczynały być nieco głupie. Mniej więcej wtedy sanitariusz w eskorcie dwóch strażników przyniósł mu tacę pełną nieapetycznie wyglądającego jedzenia. Tak czy inaczej, bóg psot zdołał uśmiechnąć się słodko i poprosić o długopis, ponieważ przecież i tak nie bardzo mógłby coś z nim zrobić.

Ku jego zaskoczeniu, dali mu ołówek. Był to wprawdzie ogryzek zbyt mały, by kogoś nim dźgnąć, no chyba że celowałby bardzo precyzyjnie — na co nie mógł liczyć w stanie obecnego osłabienia — i miałby tyle szczęścia, że trafiłby w tętnicę szyjną. No ale stanowił przynajmniej przyrząd do pisania, a to było najważniejsze. Wkrótce Loki zapełnił każdą powierzchnię, której mógł dosięgnąć, diagramami i równaniami, choć pilnował, żeby pisać szyfrem i dodać gdzieniegdzie jakiś przypadkowy bełkot. Musiał jednak zacząć wybiegać myślami w przyszłość i zastanawiać się, jak znaleźć tego przeklętego robota, mając do dyspozycji tylko midgardzką technologię, która stała na tak żałośnie niskim poziomie.

W pewnym momencie przypominał sobie o tacy z jedzeniem. Kanapka smakowała talerzem, sałatka ziemniaczana smakowała głównie majonezem. Był tam też kubeczek galaretki na deser… galaretki o smaku pomarańczy.

Loki cisnął nią o drzwi. Wydała niezwykle satysfakcjonujący plask.


Jakiś czas później drzwi do jego sali stanęły otworem. Loki spojrzał w górę, jedną ręką wciąż pracowicie pisząc. Spodziewał się kolejnego sanitariusza lub może że to Clint Barton wrócił, by zapewnić mu rozrywkę. Zamiast tego ujrzał innego z przyjaciół Thora, który, z tego, co wiedział, nazywał się Steve Rogers, znany również jako Kapitan Ameryka. Mężczyzna miał ponury wyraz twarzy oraz ciężki przypadek pod tytułem Kaptur Przyklepał Mi Włosy.

— Uwaga na…

Rozległ się pisk gumowych podeszew na kafelkach i jedynie złapanie za koniec łóżka Lokiego uchroniło Steve'a przed całkowicie pozbawionym dostojeństwa upadkiem.

Loki odchrząknął, uderzając o usta ogryzkiem ołówka, który był obecnie zredukowany do zaledwie gumki z wystającym kawałkiem grafitu.

— Powinieneś chyba porozmawiać z tym, kto zajmuje się zaopatrzeniem tej bazy. Ich skaczący deser usiłował uciec.

Steve nawet się nie uśmiechnął, ale Loki zawsze miał go za ten nadmiernie szczery typ człowieka, który uwierzy w każde bezczelne kłamstwo, pod warunkiem że wypowie się je z odpowiednio poważną miną.

— Właśnie wróciliśmy z Arecibo.

— Pamiętam, że to całkiem urocza okolica. Jak było?

Zamiast odpowiedzieć mu wprost Steve wydobył klucz i zaczął otwierać kajdanki Lokiego.

— Mogło być lepiej.

— Myślę, że agent Romanow powiedziałaby to samo o muzeum. — Gdy tylko jego kostki były wolne, Loki podciągnął kolana do klatki piersiowej, niespecjalnie przejmując się tym, że pokazuje Steve'owi co nieprzyzwoitsze fragmenty swego ciała. Kapitan mógł to uznać za specjalne podziękowanie. Doprawdy, jak cudownie było móc nareszcie się rozprostować.

— Więc jestem wolny?

— Chodź ze mną — odparł Steve. — Ale nie próbuj uciekać, okej?

— Bez pary porządnych spodni nie zamierzam. — Loki ostrożnie zsunął się z łóżka.

Na ustach Steve'a pojawił się bardzo nieznaczny uśmiech.

— Nie zamierzasz czego? Iść ze mną czy uciekać?

— Jednego i drugiego. Wciąż mam jeszcze jakieś strzępy godności.

— Pewnie mają tu gdzieś to, co pozostało z twoich ubrań. Zaczekam. — I Steve zrobił, jak powiedział, podczas gdy Loki przejrzał szafki i znalazł w końcu spodnie, które wcześniej uczciwie ukradł.

Zastanawiał się, czy może nie powinien zwinąć też jakiegoś skalpela czy dwóch, by się uzbroić, ale w tym momencie wydało mu się to małostkowe i żałosne. Naciągnął spodnie, starając się pokazać towarzyszowi dokładnie tyle nogi i pośladka, by wywołać w nim jakąś reakcję. Reakcja była jednak całkowicie niezadowalająca, zupełnie jak wszystko w obecnym życiu Lokiego.

— Teraz, kiedy już jestem nieco lepiej ubrany, możesz skończyć z tym przyprawiającym o ból zębów suspensem.

Steve poprowadził go na korytarz i do kolejnej nudnej szpitalnej sali dwa pomieszczenia dalej. Bez komentarza otworzył drzwi i odsunął się, by Loki mógł dobrze przyjrzeć się zajmującemu ją pacjentowi.

Przetworzenie tego, co zobaczył, zajęło mózgowi Lokiego znacznie dłużej, niż powinno, przede wszystkim dlatego, że to, co przekazały mu oczy, było tak bardzo pozbawione sensu.

Postać leżąca na szpitalnym łóżku miała blond włosy rozsypane w nieładzie na cienkiej poduszce — zupełnie jak Thor. Miała także brodę jak Thor. I taki sam nos, taką samą niewielką bliznę ledwie widoczną przy uchu, gdzie drasnęła go strzała, kiedy razem z Lokim uciekali przed pewnymi bardzo zirytowanymi elfami. Doprawdy, osoba na łóżku wyglądała zupełnie jak jego brat, tylko że to było całkowicie niemożliwe, ponieważ Thor nie leżałby tak po prostu na łóżku z kawałkiem plastiku w nosie i paroma rurkami wystającymi mu z ramion, nie mówiąc już o przewodach wyłaniających się spod jego ozdobionej niewinnym deseniem niebiesko-białej szpitalnej koszuli. Thor, Loki był tego pewien, nie był fizycznie zdolny do pozostania w bezruchu, no chyba że bezczelnie się wylegiwał, oczy miewał zaś zamknięte jedynie, kiedy spał lub się upił.

Albo też kiedy został ogłuszony przez Lokiego w tych rzadkich przypadkach, gdy sprawy poszły odrobinę za bardzo zgodnie z planem. Ale wtedy to było w porządku, bo bóg psot miał w tym swój udział, a więc mógł wszystko naprawić jednym ruchem dłoni tak, by nikt o niczym nie wiedział. I życie mogło toczyć się dalej swoim normalnym trybem, w którym inni myśleli, że Loki to zły drań, któremu tym razem się nie udało, a Loki myślał, że inni są cholernie zabawni.

TRZASK

Loki spojrzał z zaskoczeniem na drzwi. Okazało się, że ułamał fragment metalowej futryny — najwyraźniej nie był aż tak osłabiony, jak mu się wydawało — a przy tym złamał sobie trzy paznokcie. Na czubkach jego palców pojawiły się czerwone bąbelki krwi. Upuścił kawałek metalu na podłogę i bezmyślnie wytarł rękę o szpitalną koszulę, którą wciąż miał na sobie, a następnie spojrzał ponownie na Steve'a.

— Mam jak najgorsze zdanie o tandetnej konstrukcji tej placówki — powiedział głosem całkowicie spokojnym i pozbawionym emocji.

Steve wpatrywał się w niego szeroko otwartymi oczami w sposób, który w innym momencie i w innych okolicznościach Loki uznałby za niesamowicie zabawny i który być może też usiłowałby wykorzystać dla swoich celów.

— Nie omieszkam wspomnieć o tym, komu trzeba.

Loki postąpił krok naprzód, potem następny, w stronę szpitalnego łóżka. Nakłonienie stóp do ruchu i płuc do oddychania wymagało znacznie więcej wysiłku niż zazwyczaj, a jego zwykłe metody polegające na słodkich słówkach lub pogróżkach nie były raczej w stanie zadziałać na jego własne ciało. Zmusił się do dotknięcia ręki, a następnie twarzy Thora. Nawet dla zwykle chłodnej skóry Lokiego bóg piorunów wydawał się zdecydowanie zbyt zimny, pozbawiony tego czegoś, co czyniło go zazwyczaj tak nieskończenie irytującym, a zarazem tak pocieszająco niezawodnym. Loki delikatnie trącił podbródek brata, odwracając jego głowę tak, by mógł przyjrzeć się lepiej jego oświetlonemu profilowi, po czym pochylił się i pociągnął nosem.

Pomarańcze.

Przełknął konwulsyjnie ślinę, nagle bliski utraty kontroli. A potem zrobił to, co robił zwykle w podobnych sytuacjach, to, czego nauczył się boleśnie podczas swego długiego, niekończącego się upadku z Bifrostu, który wydawał się mieć miejsce całe wieki temu. Stłumił wszystkie niewygodne emocje, poskromił wrące szaleństwo i kazał lodowatemu jądru wściekłości, które czyniło go Lokim, zaczekać. Bo teraz był czas, by słuchać, absorbować i myśleć.

Uwalnianie piekielnego szału było marnotrawstwem, kiedy nie wiedziało się, gdzie go skierować.

Loki wyprostował się i z przyzwyczajenia na jego twarzy pojawił się uśmiech — coś z drewna i metalu, całkowicie nierealnego, lecz w każdej chwili gotowego do ataku.

— Myślę, że najlepiej będzie, jak powiesz mi, co się stało — powiedział bóg psot uprzejmie.

Steve skrzyżował ręce na piersi. Prawdę mówiąc, wyglądał, jakby obejmował się dla pocieszenia.

— Właściwie to nie byłem tam, kiedy to się stało. Clint był. Może już się obudził.

— Więc chodźmy złożyć mu wizytę.

Opuścili salę Thora. Loki się nie obejrzał. Clint znajdował się po drugiej stronie korytarza w pomieszczeniu, które zostało najwyraźniej opróżnione w pośpiechu. Barton stanowił masę złożoną z szyn, rurek i monitorów oraz białych bandaży z przenikającymi przez nie plamami czerwieni.

— Clint… Śpisz, stary? — spytał Steve.

Hawkeye uniósł jedną powiekę.

— Siema — wychrypiał.

Loki oparł się o poręcz łóżka, by Barton mógł go zobaczyć.

— Opowiedz mi o wszystkim, co się stało.

Clint zmarszczył brwi.

— Steve?

— Wypuściłem go. Po prostu… po prostu mu powiedz, okej?

Loki złapał podbródek Bartona i odwrócił jego głowę tak, że niemalże stykali się nosami.

— I niczego nie opuszczaj. Zauważę.

Na moment oczy Clinta rozszerzyły się, a jego źrenice stały się tak wielkie, że niemalże pożarły jego tęczówki. Następnie z jego ust wydobył się suchy, ironiczny chichot.

— Wiesz, nie jesteś tak straszny, jak ci się wydaje.

Loki zmarszczył brwi.

— Słucham?

Ponowny chichot.

— Albo to może dlatego, że nie czuję własnych nóg. To przeraża mnie tak bardzo, że nie ma już miejsca na nic innego.

Z tyłu Steve wydał nieszczęśliwy dźwięk. Loki tylko potrząsnął głową.

— Skup się, Clincie Bartonie. Powiedz mi wszystko. Mam zemstę do dokonania.

— Pod warunkiem że dorzucisz też trochę ode mnie.

Loki poczuł, że się uśmiecha i że tym razem jest to uśmiech nieco mniej drewniany.

— Oczywiście.

Jak na człowieka pod działaniem morfiny Clint miał dobrą pamięć do szczegółów oraz rzeczowy i zwięzły sposób mówienia, nawet jeśli nieco niewyraźny. Loki słuchał i nie potrzebował nawet zadawać pytań, co było rzadkością.

Barton zasnął, gdy tylko skończył swoją opowieść. Loki gestem pokazał Steve'owi, że wychodzą, po czym zamknął za nimi drzwi. Przez dłuższą chwilę patrzyli się na siebie i prócz szmeru jarzeniówek nie towarzyszył temu żaden dźwięk.

Oczywiście już wcześniej zależało mu na pokonaniu robota, tylko w ten sposób mógł odzyskać swoją magię, był już tego pewien. Ale teraz stawka była wyższa, gra bardziej niebezpieczna. To jednocześnie doprowadzało go do wściekłości, sprawiało, że czuł radość, oraz przepełniało go strachem. Loki odezwał się, unosząc palec:

— Wiem, co należy zrobić.

— Więc zróbmy to.

Bóg psot prychnął.

— Nie mam najlepszych, jak to wy mówicie, osiągnięć, jeśli chodzi o pracę zespołową.

— Zawsze musi być ten pierwszy raz.

Loki spojrzał w oczy Steve'a, zauważając dziwne podobieństwo ich barwy do tęczówek Thora. Ale to nie tylko to sprawiło, że się zawahał. Spodziewał się zobaczyć w nich pewność siebie albo ten rodzaj samozadowolenia charakteryzujący samców alfa — to, co tak często widywał u ludzi, którzy byli zbyt głupi, by się go obawiać. Spodziewał się jakiegoś wyzwania czy groźby, jakiejś manifestacji macho. Zamiast tego ujrzał po prostu determinację i szczerość.

Nie miał pojęcia, co o tym myśleć.

— Możesz się przydać — przyznał.

Tym razem to Steve prychnął.

— Dzięki. Chyba.

— Będziesz robił to, co mówię. Mam plan. Jeśli wyskoczysz z czymś przed czasem jak mój… jak Thor, tylko pogorszysz moje… nasze szanse.

— W porządku. — Steve skinął głową. — Tylko powiedz mi, jaki to plan. Będę się go trzymał.

Loki uśmiechnął się.

— Tylko to, co najistotniejsze. Ale każdy dobry plan cały czas się zmienia, dostosowuje do okoliczności. Będziesz musiał być czujny.

— To też potrafię. — Steve wyciągnął rękę. Loki gapił się na nią, dopóki Rogers nie opuścił jej z pełnym rezygnacji wzruszeniem ramion. — Od czego zaczynamy?

— Od spodni — odparł Loki.

— Masz już spodnie.

— Lepsze spodnie to lepsze myślenie. Do tego koszula. I buty. — Loki uśmiechnął się. — A potem mamy publiczne oświadczenie do wydania.

Steve roześmiał się.

— Tylko obiecaj, że nie będę musiał znowu lać w mordę Hitlera.