Rozdział XXI

Jedenasty grudnia, czyli dzień balu bożonarodzeniowego nadszedł znacznie szybciej niż się wszystkim wydawało, chociaż dla tych co oczekiwali na niego z ogromną niecierpliwością i bardzo się z jego powodu emocjonowali, odliczanie do niego mogło się dłużyć. Przez kilka poprzedzających go dni większość uczniów nie mówiła o niczym innym, co Allyson, która z niechęcią myślała o sobotnim wieczorze, doprowadzało do szału. Ona sama nie lubiła balów i gdyby nie to, że musiała na niego iść, bez wahania zostałaby w dormitorium. Nie miała jednak wyjścia i dlatego tuż po przyspieszonym obiedzie udała się tak jak reszta do sypialni, żeby się przygotować.

Była to jedna z nielicznych okazji do zobaczenia współpracy pomiędzy piątoklasistkami z Hufflepuffu. Już w pierwszej klasie podzieliły się one na dwie grupy, które zazwyczaj nawzajem się ignorowały, ale jak przystało na Puchonki, nie było pomiędzy nimi wrogości. Tym razem jednak zaczęły działać wspólnie i podzieliły się zadaniami, gdyż każda z nich była dobra w czymś innym. Tym oto sposobem Shyanne zajęła się układaniem włosów, podczas gdy Justine wyciągnęła z kufra swój ogromny zestaw kosmetyków różnego rodzaju i zajęła się makijażem. Caroline zajęła się poprawianiem sukienek, żeby każda z nich wyglądała w swojej najlepiej jak tylko mogła, a Martha dobierała do strojów akcesoria i biżuterię. Allyson natomiast zmieniała kolor wszystkiego, żeby każdy najmniejszy szczegół doskonale pasował do reszty. Dzięki tej współpracy gdy dzwon obwieścił, że za dziesięć minut wszyscy mają być zebrani w Sali Wejściowej, każda z nich wyglądała perfekcyjnie.

Andrew czekał na swoje dwie przyjaciółki w pokoju wspólnym i gdy te wreszcie się w nim pojawiły, otworzył usta ze zdumienia. Choć nigdy nie widział w żadnej z nich nic więcej, niż po prostu przyjaciółki, to nie był ślepy i dostrzegał ich urodę. U Allyson co prawda trudno było ją dostrzec, gdyż najpierw trzeba było nauczyć się ignorować jej bliznę i przyzwyczaić do tego, jak wygląda z nią jej twarz, ale gdyby jej nie miała, mogłaby konkurować z Alexandrą o tytuł najładniejszej spośród wszystkich córek Alastaira. Teraz wyglądała wspaniale – sukienka, którą miała na sobie doskonale jej pasowała, buty na niewielkim obcasie dodawały kilka centymetrów, a pojedyncze kosmyki starannie upiętych włosów otaczały jej twarz. Urodę Shyanne natomiast dostrzegał prawie każdy i była uznawana za jedną z najładniejszych dziewczyn w szkole, chociaż nie mogła powiedzieć, że co rusz zaczepia ją ktoś, kto chciałby z nią chodzić. Ze względu na to, że bardzo dobrze się uczyła i była prefektem wiele osób uważało, że będzie albo nudna, albo przemądrzała. Natomiast fakt, że zaprzyjaźniła się z Allyson i Andrew przekonywał ich, że była dziwna, ponieważ nie przeszkadzała jej ich reputacja wtedy, kiedy jeszcze nie była ona najlepsza. Teraz natomiast wyglądała naprawdę oszałamiająco; jaskrawe kolory sukienki doskonale pasowały do jej ciemnej karnacji, jej czarne, bardzo kręcone włosy upięte były z boku i puszczone na ramię, i dopiero teraz każdy mógł dostrzec, jak gęste one były, ponieważ zazwyczaj miała je ciasno spięte. Andrew natomiast, tak jak się spodziewały dziewczyny, miał na sobie garnitur, chociaż nie czarny, a granatowy.

Razem, w tłumie Puchonów, udali się do Sali Wejściowej. W niej było obecnych już naprawdę dużo ludzi, a z każdą chwilą jeszcze ich przybywało. Opiekunowie domów natomiast stali przy drzwiach wejściowych, starając się opanować chaos i nawołując do tego, żeby się do nich zgłaszać, bo musieli odznaczyć wszystkich obecnych. Oni również ubrani byli odświętnie. Po tym, jak profesor Harding zanotowała, że przyszli już na miejsce zbiórki, rozejrzeli się za swoimi partnerami. Już po chwili, za niewielką grupą Ślizgonów przybył Nicholas, a wśród schodzących po schodach Krukonów udało im się dostrzec idących razem Charlotte i Davida. Dziewczyna opowiadała mu o czymś, jednak jego mina nie wskazywała na zainteresowanie, a na ogromne niezadowolenie z jej towarzystwa.

Po chwili zgromadzili się tam już wszyscy, choć nikogo nie zdziwiło, że część Gryfonów przyszło po umówionym czasie. W końcu jednak się pojawili i wszyscy udali się na dziedziniec, do czekających na nich powozów, obserwowani przez stojących na schodach pierwszo- i drugoklasistów, zostających w zamku. Cała szóstka weszła do jednego z powozów i nie uszło to uwadze Allyson, że Nicholas, tak samo jak David, nie był szczęśliwy z przebywania w jednym miejscu z Charlotte. Niedługo później powozy ruszyły, jednak największe zaskoczenie wywołało ich nagłe poderwanie się od ziemi.

Podróż nie była długa, choć im zdecydowanie się dłużyła, gdyż w powozie panowała niezręczna cisza, co rusz przerywana próbą nawiązania konwersacji, za każdym razem jednak spełzała ona na niczym. W końcu jednak powóz dotknął ziemi i się zatrzymał, a oni mogli go opuścić. Znajdowali się na ogromnym placu, tuż obok niepasującej do otoczenia kamiennej budki z drewnianymi drzwiami.

- Czytałam o tym, że do Ministerstwa można się dostać przez budki telefoniczne, ale przez coś takiego?- zdziwiła się Shyanne, spoglądając w to miejsce.

Nauczyciele jednak otworzyli drzwi i poinformowali uczniów, żeby wchodzili do środka. W momencie do wejścia ustawił się długi rząd, w którym stanęli również i oni. Kiedy udało im się zbliżyć zauważyli, że za drzwiami znajduje się tylko słabo oświetlony korytarz, prowadzący w głąb ziemi. Strome, spiralne schody nie były ułatwieniem dla dziewcząt, będących w większości w butach na obcasach i co rusz któraś potykała się i wpadała na osobę idącą przed nią. Nie inaczej było z Allyson, która kilkakrotnie łapała się idącego przed nią Gryfona, za każdym razem przybierając szkarłatnej barwy, zanim znaleźli się w głównym holu.

Shyanne rozglądała się z zainteresowaniem i już po chwili z ciekawością podeszła do stojącej tam Fontanny Magicznego Braterstwa. Wiele osób czyniło tak samo jak ona, gdyż dla większości z nich była to pierwsza wizyta w Ministerstwie Magii, jednakże Allyson stanęła z boku, gdyż jako dziecko przychodziła tam z ojcem wielokrotnie. W końcu zgromadzili się tam już wszyscy i profesor Smith zwróciła na siebie ich uwagę.

- Wszyscy teraz udadzą się za profesor Harding i profesorem Hollandsem do Sali, którą przygotowano specjalnie na potrzeby dzisiejszego wieczora. Członkowie drużyny razem z partnerami zostaną ze mną tutaj razem ze mną, by wejść na samym końcu, gdy wszyscy już będą zgromadzeni i zatańczyć taniec otwarcia. Jeżeli nie ma żadnych pytań, to proszę podążać za nauczycielami.

Hol opustoszał bardzo wszystko, gdyż większość grupy udała się do korytarza po lewej stronie. Allyson przyjrzała się, z kim przyszła reszta drużyny – Samantha przyszła z Charlesem, Jessica z Marcellem, Cassandra i Ruby ze Ślizgonami z siódmej klasy, Anthony z Puchonką z trzeciego roku, Matt z Krukonką z trzeciej klasy, a Arthur ze Ślizgonką z piątego roku. Co ją jednak najbardziej zaskoczyło, to że towarzyszką Jamesa Pottera okazała się Caroline i choć przez całe popołudnie w sypialni dziewcząt nie rozmawiało się o niczym innym, tylko o balu, dziewczyna nie wspomniała nawet słowa o tym, że ma iść z Potterem. Puchonka uniosła brew na ich widok, lekko zdziwiona; choć jej opinia o Jamesie nadal nie była najwyższa, mimo że poprawiła się po ich wspólnym szlabanie, to nigdy nie uważała go za osobę, która znalazłaby coś interesującego w towarzystwie ogromnej plotkary.

Czekali długą chwilę, aż w końcu przybyła do nich niska, bardzo szczupła czarownica, która poinformowała, że wszyscy już są obecni. Profesor Smith kazała im ustawić się dwójkami i Allyson skrzywiła się, gdy kobieta stwierdziła, że Nicholas jako kapitan drużyny powinien iść w pierwszej parze. Stanęli jednak tak jak im kazała i już po chwili poprowadziła ich tym samym korytarzem, który wcześniej przemierzali ich przyjaciele.

Do Sali, którą przygotowano na bal prowadziły duże, zdobione drzwi. Było to ogromne, prostokątne pomieszczenie, w którym ustawiono setki trzy-, cztero-, pięcio- i sześcioosobowych stolików, w większości już zajętych przez wszystkich obecnych. Tych było bardzo wielu, gdyż przybył niemal każdy pracownik Ministerstwa, w większości z żonami w przypadku tych, którzy je mieli; oprócz nich można było dostrzec również osoby znane w świecie Quidditcha, takie jak menedżerowie, a czasem też pojedynczy zawodnicy zawodowych drużyn Quidditcha, dziennikarzy sportowych, ale również zwykłych, którzy mieli zrelacjonować przebieg imprezy; całość uzupełniali prawie wszyscy, którzy znajdowali się w Hogwarcie, poczynając od uczniów, przez nauczycieli i kończąc na dyrektorze.

Kiedy tylko przekroczyli próg, wszystkie oczy zwróciły się właśnie na nich. Twarz Allyson mimowolnie przybrała lekko czerwonej barwy, gdyż Puchonka nie była przyzwyczajona do uwagi tak dużej liczby osób skoncentrowanej na niej. A ponieważ szła w pierwszej parze, była jedną z pierwszych osób, na których zatrzymywał się wzrok wszystkich. To, że powtarzała sobie, że podczas meczu obserwuje ją również ogromna liczba osób nie pomagało jej się trochę uspokoić; podczas gry była w swoim żywiole, na miotle czuła się pewnie, natomiast fakt balu działał na nią paraliżująco.

Gdy tylko rozbrzmiały pierwsze nuty utworu, do którego mieli zatańczyć, westchnęła cicho. Podczas kilku lekcji, których udzielono im przez ostatnie kilka dni Nicholas wytłumaczył jej, co ma robić, żeby nie było widać, że nie lubi i nie potrafi tańczyć. Chłopak cały czas cicho mówił jej, jakie kroki ma robić, lecz mimo to kilkakrotnie się pomyliła i miała nadzieję, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Nie pragnęła niczego więcej, tylko znaleźć stolik i zająć miejsce, tymczasem kolejne sekundy zdawały się ciągnąć w nieskończoność.

Odetchnęła z ogromną ulgą, gdy w sali ponownie zapanowała cisza i po chwili rozbrzmiały oklaski wszystkich zgromadzonych. Puchonka rozejrzała się i dostrzegłszy swoich przyjaciół ruszyła w ich stronę, a Nicholas podążał za nią bez słowa.

- Całkiem nieźle, Ally.- uśmiechnęła się Shyanne, gdy tylko usiedli na zajętych dla nich krzesłach.

Usłyszeli chrząknięcie i gdy z powrotem spojrzeli w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowało się kilkanaście par, dostrzegli stojącego tam Ministra Magii. Jim Buttersworth był niskim, pulchnym mężczyzną o okrągłej twarzy i małych oczkach, wpatrujących się we wszystko ciekawskim wzrokiem zza okrągłych okularów. Znany był przede wszystkim ze swojej charakterystycznej fryzury – miał jedynie niewielkie koło odstających we wszystkie strony czarnych włosów na samym czubku głowy. Jego opinia w świecie czarodziejów pogarszała się z każdym rokiem i wielu nie mogło się już doczekać kolejnych wyborów, żeby zastąpił go ktoś inny. Wszyscy bardzo negatywnie odnosili się do niego przede wszystkim przez to, że wszystko wskazywało na to, że oszczędza na każdym kroku pieniądze Ministerstwa i zagarnia je na własne konto. Potwierdzał to przede wszystkim fakt, że wybudował sobie ogromną willę w luksusowej magicznej dzielnicy, wszyscy członkowie jego rodziny posiadali najnowsze, najszybsze miotły, a nawet to, że od kiedy został ministrem przytył około dwudziestu kilogramów. Nie robił tak naprawdę nic, tylko wysługiwał się pracownikami Ministerstwa, chociaż sukcesy przypisywał sobie. Najbardziej jednak irytował wszystkich jego sposób przemawiania, a nawet zwykłego mówienia, gdyż nigdy nie zdarzyło mu się wypowiedzieć ani jednego zdania, nie przerywając go chrząknięciem. Byłoby to zrozumiałe, gdyby były one potrzebne, on jednak miał donośny, czysty głos w którym nie było ani śladu najmniejszej chrypki.

- Bardzo się cieszę, że – ekhem – jesteśmy tutaj obecni w tak dużym gronie. Rozsyłając zaproszenia – ekhem – miałem nadzieję, że stawią się tutaj wszyscy zaproszeni i – ekhem – widzę, że się nie pomyliłem. Pomysł zorganizowania balu właśnie tutaj narodził się podczas – ekhem – niewinnej rozmowy, gdy stwierdziliśmy, że poznanie bliżej – ekhem – uczniów, którzy reprezentują Hogwart, ale również nasz kraj i samo Ministerstwo.

W pewnym momencie wszyscy przestali go słuchać i większość wcale się z tym nie kryła, rozmawiając między sobą. Buttersworth wcale się tym jednak nie przejmował, tylko ciągnął dalej swoje półgodzinne przemówienie, opowiadając właściwie o wszystkim z najmniejszymi szczegółami. Nawet na twarzy profesor Smith, która zawsze wyrażała absolutną obojętność w takich sytuacjach, pojawiło się ogromne znudzenie i kobieta zaczęła bawić się rogiem obrusa przy swoim stoliku.

Czego się jednak nikt nie spodziewał, to że nagle mężczyzna przykuje uwagę wszystkich i w pomieszczeniu zapanuje absolutna cisza. Stało się tak, gdy nagle wszystkie ubrania, jakie miał na sobie mężczyzna – obszerna, jasnobrązowa szata wyjściowa i zielone buty – skurczyły się o kilka rozmiarów, opinając się na jego ciele, wywołując u mężczyzny ogromne zdziwienie. Przestał mówić, bo nie mógł złapać tchu, nie trwało to jednak długo, gdyż ubrania po chwili rozerwały się na nim, a wszystkie guziki, jakie tylko miał, pofrunęły w każdym możliwym kierunku, wpadając nie tylko na ludzi, ale do szklanek, półmisków i innych miejsc.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a twarz Butterswortha przybrała szkarłatnej barwy i mężczyzna szybko opuścił salę. Jego miejsce tymczasem zajęła Przewodnicząca Departamentu Edukacji, która w przeciwieństwie do niego zmieściła wszystko, co chciała powiedzieć w kilku zdaniach. Przede wszystkim powitała wszystkich, podziękowała za przybycie i zaprosiła do wspólnej zabawy wyrażając nadzieję, że wieczór będzie udany.

Po tym przemówieniu rzeczywiście rozpoczęła się zabawa i wielu uczniów opuściło swoje stoliki, żeby potańczyć. Ale nie tylko oni byli na parkiecie – bardzo rzucali się w oczy profesor Harding i profesor Hollands, wirujący w zawrotnym tempie, profesor Flitwick, samotnie kołyszący się w rytm muzyki, profesor Longbottom z żoną, Harry i Ginny Potterowie, i wiele innych par, których każdy bez problemu rozpoznawał oraz takich, które były całkowicie anonimowe.

- Hej, Ally czy tam w rogu nie stoi przypadkiem twój ojciec?- zapytał w pewnym momencie Andrew, wskazując przyjaciółce najbliższy kąt sali.

Gdy tylko dziewczyna się odwróciła, bez problemu rozpoznała swojego ojca, przyglądającego się wszystkiemu z miną, która wyrażała połączenie znudzenia i pogardy. Na moment ich spojrzenia spotkały się i mężczyzna zmrużył oczy, gdy jego wzrok padł na siedzącego obok jego córki Andrew. Zdziwieniem dla Allyson okazało się to, że tuż obok Alastaira stała jego żona. Mało kto wiedział, że ta niewysoka, bardzo drobna brunetka o łagodnych rysach twarzy i smutnym spojrzeniu niebieskich oczu była panią Yaxley. Nawet przyjaciele jej córek nie mieli o tym pojęcia, gdyż widzieli ją po raz pierwszy w życiu, a żadna z dziewcząt nie była do niej podobna.

- Ach, tutaj jesteś Andusiu!- usłyszeli nagle i z ust Andrew natychmiast wyrwał się jęk.

Nie miał wątpliwości, że byli to jego rodzice, a dokładniej jego matka. Dotychczas wszyscy, nawet w domu, zwracali się do niego po prostu Andrew, jednakże od kiedy dostał w te wakacje list z Hogwartu z informacją, że został wybrany na prefekta, jego matka zaczęła co rusz wymyślać nowe zdrobnienia jego imienia. Nienawidził ich, ponieważ każde nowe jakie wymyśliła, było jeszcze bardziej obciachowe od poprzedniego. Nie spodziewał się jednak, że wykorzysta je właśnie w tym miejscu, w towarzystwie jego przyjaciół i twarz Puchona przybrała mocno czerwonej barwy. Brwi Nicholasa natomiast uniosły się w górę, a kącik jego ust uniósł się w lekkim, szyderczym uśmiechu. Państwo Hamilton natomiast usiedli na dwóch wolnych krzesełkach i chłopak natychmiast zaczął żałować, że Shyanne tak szybko wyciągnęła Davida na parkiet.

- Witaj Allyson, bardzo ładnie wyglądasz.- pani Hamilton uśmiechnęła się do przyjaciółki syna, a potem spojrzała na Nicholasa i Charlotte.- Andusiu, może przedstawiłbyś nam swoich pozostałych towarzyszy?

- To jest Nicholas Anderson, partner Allyson i obrońca w drużynie, a to Charlotte Wooldridge, która przyszła ze mną.- powiedział chłopak, zmuszając się do odezwania, chociaż jego mina zdradzała, że najchętniej zapadłby się pod ziemię.

- Bardzo miło cię poznać, Charlotte.- kobieta uśmiechnęła się szeroko do dziewczyny, całkowicie ignorując Nicholasa, któremu w żadnym wypadku to nie przeszkadzało.

Państwo Hamilton skupili się całkowicie na swoim synu i jego partnerce, a Allyson i Nicholas wstali od stolika i udali się do długiego stołu z przekąskami i napojami, stojącego pod ścianą. Stali przy nim, rozmawiając i obserwując stolik, chociaż Puchonka nie mogła oprzeć się wrażeniu, że Nicholasowi wcale nie spieszyło się do powrotu. Przez cały czas co prawda nie powiedział ani słowa na temat jej przyjaciół, ale nie miała wątpliwości, że nie był zadowolony z ich towarzystwa.

- Mogę ci zadać nurtujące mnie pytanie?- zapytała, a on tylko kiwnął głową- Dlaczego tak naprawdę mnie zaprosiłeś, co? Nie jesteśmy świetnymi przyjaciółmi ani nic z tych rzeczy, w dodatku jestem Puchonką… Nie widzę powodu, dla którego miałbyś przyjść właśnie ze mną.

- Jeśli sugerujesz, że zaprosiłem cię przez wzgląd na magiczną hierarchię i to, że twoja rodzina stoi w niej znacznie wyżej niż moja, to szczegół, że jesteś Puchonką… Jakie to ma znaczenie, jeśli nazywasz się Yaxley..? Żadne… Prawda jest jednak taka, że jest to ostatni powód, dla którego bym cię zaprosił, chociaż moi rodzice na pewno bardzo by go pochwalili…

- W takim razie dlaczego?- nalegała Ally, spoglądając na niego z ciekawością- Bo w to, że zaprosiłeś mnie dla mojego towarzystwa nie uwierzę… I nie zasłaniaj się tym, że nie wypada się przyznać, chcę wiedzieć prawdę…

- I niby mi uwierzysz, jeśli ci powiem, że zaprosiłem cię, żeby udowodnić coś twojej siostrze?- zapytał, a Allyson otwarła lekko usta ze zdziwienia.

- Co niby miałbyś udowadniać Annabelle?- spytała, szukając wzrokiem swojej starszej siostry i w końcu udało jej się wypatrzeć Gryfonkę w towarzystwie swoich przyjaciół z klasy.

- Że nie jestem perfidnym, wyrachowanym dupkiem, którego nie interesuje nic poza ochranianiem własnego tyłka, czystością krwi, poniżaniem tych, których niby to uważam za gorszych i tak dalej…

- Co ty jej takiego zrobiłeś?

- Zaprosiłem ją na bal?- spytał Ślizgon, a Allyson zakrztusiła się łykiem soku dyniowego, który akurat piła- Wiem co zaraz powiesz, że musiałem powiedzieć coś, co ją wkurzyło… Prawda jest jednak taka, że nagle znikąd wyrósł obok niej Potter, który zaczął doszukiwać się w moim zaproszeniu Merlin wie jakich podtekstów. A prawda jest taka, że nie było w nim żadnych podtekstów, po prostu chciałem iść na bal z Annabelle! Oczywiście, udało mu się ją przekonać, że na pewno chcę ją ośmieszyć, wykorzystać lub nie wiadomo co jeszcze z nią zrobić i mnie zwyzywała!

- Tylko, że to nadal nie odpowiada na moje pytanie, ponieważ dalej nie wiem dlaczego mnie zaprosiłeś, skoro chciałeś iść z moją siostrą.

- Wiesz, chciałem udowodnić Annabelle, że się myli… Sądziłem, że skoro jesteś jej siostrą, to zaufa twojemu osądowi i przestanie widzieć we mnie zakochanego w czystości krwi arystokratę! Wygląda jednak na to, że nie zmieniło to absolutnie nic…

- Czyli miałam zmienić zdanie mojej siostry o tobie…- pokiwała głową Allyson. Nie mogła przestać myśleć o tym, że powinna czuć się oszukana, wykorzystana, ale nic takiego nie miało miejsca. Powodem musiało być to, że od początku wiedziała, że za zaproszeniem Nicholasa kryje się coś więcej i teraz przynajmniej była już świadoma co.- Dlaczego tak bardzo ci zależy na tym, żeby tak cię nie widziała?

- A jak myślisz?- zapytał chłopak, a w jego głosie słychać było lekkie zniecierpliwienie; zapewne oczekiwał, że się wszystkiego domyśli- Annabelle mi się podoba… Nie wiem jak długo już próbuję zwrócić jej uwagę… Bez skutku, bo tak się składa, że mój ulubiony kolega Potter zawsze wtrąca się tam, gdzie jest najmniej proszony… Swoją drogą, to też jest ułamek powodu, dla którego cię zaprosiłem… Założę się, że był przekonany, że nikt cię nie zaprosi i pójdzie z tobą, więc zrobiłem mu małego psikusa…

- Wiesz… W to, że zaprosiłeś mnie, żeby zrobić na złość Jamesowi jestem w stanie uwierzyć bez żadnych wątpliwości… Ale że podoba ci się Annabelle?!- zawołała, a chłopak natychmiast uciszył ją, rozglądając się i z ulgą stwierdzając, że nikt nie zwracał na nich uwagi- Chociaż, jakby się nad tym zastanowić… Jest ładna, inteligentna, w dodatku czystej krwi…

- Proszę cię Allyson! Jakbym słyszał własną matkę!

Gdy tylko to usłyszała, Puchonka wybuchnęła śmiechem. Nie pytała już o nic więcej, chociaż i tak nie była do końca przekonana czy Nicholas powiedział jej prawdę. Nie miała jednak czasu do zastanawiania się, bo już zaraz podszedł do nich nikt inny tylko James. Wystarczyło tylko na nich spojrzeć żeby dostrzec, że siódmoklasiści niezbyt za sobą przepadali, bo stojąc naprzeciwko siebie wymieniali niezadowolone spojrzenia, zdając się prowadzić nieprzyjemną konwersację samym wzrokiem.

- Już ci się znudziła twoja plotkareczka?- zapytał Nicholas z uniesioną brwią, a Gryfon wywrócił oczyma.

- Wolę wysłuchiwać wszystkich plotek ze szkoły, niż nieustannego wymądrzania się mojej kuzyneczki.- odparł James, a Allyson westchnęła głośno, zwracając na siebie ich uwagę.- Pomyślałem, że może wybawię Allyson od twojego towarzystwa i zaproponuje jej choć jeden taniec, którego jak widać ty nie chcesz jej zapewnić, oczywiście nie licząc tego pierwszego…

- Gdybyś nie był tak zaślepiony przekonaniem o swojej nieomylności, Potter, to dostrzegłbyś, że Allyson wcale nie jest niezadowolona, że nie tańczymy. A gdybyś, tak jak inni, choć trochę się zainteresował, to jestem pewien, że niejedna osoba poinformowałaby cię, że Allyson nie lubi tańczyć.

Gryfon spojrzał zdziwiony na Puchonkę. Ta w odpowiedzi skinęła głową, potwierdzając słowa swojego towarzysza, wywołując zdziwienie u bruneta. Przez chwilę spoglądał na nią bez słowa, po chwili jednak wyciągnął w jej stronę dłoń.

- Mimo to będę nalegać.

Nicholas wzruszył ramionami, kręcąc głową w niedowierzaniu. Nie było wątpliwości, że był to wyraz pogardy wobec Jamesa, ale Gryfon zdawał się całkowicie go ignorować. Tymczasem Allyson westchnęła głośno, wyrażając swój brak zadowolenia z zaproszenia, ale podała dłoń Potterowi, który poprowadził ją na parkiet. Jedyne, co ją pocieszyło, to że nie wymagał od niej niczego skomplikowanego. Tak naprawdę bujali się tylko w rytm muzyki, kręcąc w kółko i rozmawiali.

- Anderson jeszcze nie zraził cię swoim towarzystwem?- spytał, ale gdy tylko obrzuciła go piorunującym spojrzeniem cofnął pytanie, choć nie powstrzymał się od skrzywienia- A więc mówisz, że nie lubisz tańczyć? Chyba właśnie znaleźliśmy jedną z tych bardzo nielicznych rzeczy, nie licząc wyglądu, którą Allyson Yaxley odziedziczyła po swoim ojcu! Facet przez cały wieczór przestał pod ścianą i zatańczył tylko JEDEN taniec, z jakąś dziwną, melancholijną kobietą, która przez cały wieczór nie odezwała się chyba nawet słowem, nie mówiąc o tym, że zdaje się nie być świadoma, że wokół niej są ludzie i coś się dzieje… Rozumiem wszystko, ale żeby stać cały wieczór i nie odezwać się ani słowem, nawet do człowieka, z którym się tańczyło? Powiedziałbym, że jest jakaś psychiczna…

- Mówisz o mojej matce, James…- powiedziała Allyson przez lekko zaciśnięte zęby, nie chcąc mu wcześniej przerywać, a chłopak wybałuszył oczy i otworzył usta.

- To jest twoja matka? Nigdy bym nie powiedział… Sądziłem, że będzie podobna do ciebie i Annabelle… A w niej nie ma ani odrobinę tych cech, które macie wy!

- Myślę, że to, co masz na myśli jest w niej, tylko po prostu nie daje tego po sobie poznać… Zresztą… Nie jesteś osobą, której mam ochotę zwierzać się z moich teorii na temat niedoskonałości moich rodziców…

- Cóż… Rodzice nigdy nie są doskonali… Jacy są twoi oboje wiemy… Moi są irytujący, w dodatku Neville Longbottom jest ich dobrym przyjacielem ze szkoły i nie jestem w stanie zrobić niczego, o czym potem by się od niego nie dowiedzieli! Pierwsze pytanie, jakie zadali mu dzisiaj w moim towarzystwie, to czy niczego nie nabroiłem! Na szczęście nie powiedział im o Smith i Filchu… Tata pewnie by się śmiał, ale mama wpadłaby w szał…

- A propos żartów… Ubranie Butterswortha to twoja robota?

- Oczywiście!- na twarzy Jamesa pojawił się szeroki uśmiech i chłopak z dumą pokiwał głową.- Myślę, że wie to każdy z Hogwartu i ci spoza niego, którzy mnie znają… Zdaje się jednak, że nikomu to nie przeszkadza…

Piosenka zaraz się skończyła i Allyson wróciła do miejsca, w którym stał Nicholas. Dostrzegła, że państwo Hamilton dalej siedzą przy ich stoliku, rozmawiając o czymś z Charlotte. Krukonka grzecznie odpowiadała na ich pytanie i z uwagą słuchała wszystkiego, co mówiła do niej pani Hamilton, co na pewno przyniosło jej bardzo dużą sympatię u rodziców Andrew. Chłopak natomiast nie odzywał się ani słowem, cały czerwony, z kompletnie załamaną miną.

- O, tutaj jesteście.- dziewczyna usłyszała głos Shyanne, która stanęła obok nich- Szukałam was po całej sali!

- Gdzie masz Davida?- zapytała Allyson, a Shyanne wywróciła oczyma.

- Stoi na drugim końcu pomieszczenia dyskutując jakąś koleżanką na temat Owomancji… Tak pochłonęła go ta rozmowa, że pewnie zorientuje się, że mnie nie ma dopiero, gdy będziemy musieli wracać do zamku… Biedny Andrew…- Shyanne uśmiechnęła się lekko, gdy spojrzała w stronę stolika- Pewnie przez miesiąc będzie się wstydził pokazać Charlotte na oczy…

- Wcale mu się nie dziwię… Gdyby moi rodzice podeszli do mnie i nagle zaczęliby mówić o mnie jako o „Nikusiu" i w ogóle, to chyba przepisałbym się ze szkoły…- odezwał się Nicholas- Chłopak ma szczęście, że nikt nie zwrócił na to uwagi, bo mógłby przez miesiąc nie opuszczać dormitorium…

W pewnym momencie rozpoczęło się to, co Allyson nie podobało się równie bardzo jak taniec. Do wszystkich członków drużyny, ich rodziców i przyjaciół zaczęli podchodzić dziennikarze, wypytując o najrozmaitsze informacje. Nikt nie wiedział, dlaczego nie robili tego wcześniej, ale już do końca wieczoru trudno było pozbyć się ich towarzystwa, jeżeli nie szło się na parkiet potańczyć. Allyson rozmawiała z wieloma czarodziejami, a nazw gazet, dla których mieli pracować w większości nawet nie znała lub tylko kiedyś gdzieś słyszała. Puchonka poczuła ogromną radość, gdy w pewnym momencie profesor Smith zakomunikowała, że nadeszła pora, żeby uczniowie wracali do zamku i jako jedna z pierwszych opuściła Ministerstwo.

Gdy wreszcie znalazła się w Hogwarcie, przebrała się w piżamę i znalazła pod kołdrą nie potrafiła zasnąć. Choć czuła zmęczenie, to leżała w łóżku, spoglądając w sufit i rozmyślając, a także słuchając rytmicznych oddechów swoich współlokatorek, które bez wątpienia już spały. Myślała o balu, o tym, co czeka ją w nadchodzącym tygodniu i uświadomiła sobie, że zostało im już niewiele czasu do wyjazdu z Hogwartu na święta. Westchnęła, gdy pomyślała o tym, że większość się cieszy na tą myśl, ona jednak znowu należała do tej drugiej grupy, która nie odczuwała nawet odrobiny radości z powodu wyjazdu ze szkoły. Oczywiście, nie mogła doczekać się przerwy, żeby odpocząć od lekcji i od nieustannego myślenia o zbliżających się SUM-ach, o których żaden nauczyciel nie dawał im zapomnieć. Wolałaby jednak zostać w Hogwarcie, prawdopodobnie mieć całe dormitorium Puchonów do swojej dyspozycji, bo zazwyczaj z Hufflepuffu nie zostawał nikt poza nią i całymi dniami robić to, na co tylko miała ochotę. To jednak miało nie być jej dane w tym roku, a że kompletnie nie wiedziała, czego oczekiwać, to budziła się w niej zarówno ciekawość, jak i obawa. Pewna była tylko jednego – tego, że powody, dla których Alastair kazał jej i Annabelle wrócić do domu staną się jasne już niedługo.


A/N: Nareszcie udało mi się siąść i to napisać :D Za to oczywiście dziękuję Mahakao, bo wygląda na to, że moja wena jest od niej bardzo uzależniona... xD Rozdział mi się ani odrobinę nie podoba, a drogą przez mękę było napisanie go... Ale jest i teraz przynajmniej zacznie się coś dziać... I zbliżają się święta... I trochę więcej czasu, żeby wszystko ogarnąć i popisać!