A może mogłabym liczyć na jakiś komentarz? ;P
###
Rozdział 21
EDWARD
Taniec. Nie szło mi nawet tak źle. Kroki załapałem i nie potykałem się o własne nogi. Na szczęście. Nie szło mi zupełnie co innego. Bella okazała się świetną nauczycielką i cholernie wymagającą. Nie spodziewałem się tego po niej. Chciała wyzwolić we mnie emocje, znaleźć we mnie mężczyznę. Postawiła to sobie za cel i dążyła do tego. Można by rzec, że po trupach.
Gdy zaczęła na mnie krzyczeć i oskarżać o zdradę… Jej twarz wyrażała ból, cierpienie, nienawiść. Jej oczy się szkliły. Uwierzyłem w jej słowa i przestraszyłem się, że naprawdę coś jej zrobiłem. Sam siebie znienawidziłem, że… zadałem jej cierpienie, choć tak naprawdę nic nie zrobiłem, ale w tamtej chwili takie i podobne myśli plątały mi się po głowie.
A potem…. Chwilę po tym jej napadzie wściekłości, wpiła się w moje usta. Jej słowa: Edward! Tak bardzo cię pragnę. Od tak dawna. Proszę, zróbmy to wreszcie. Nie chcę dłużej czekać. Mam dość. Chcę, byś znalazł się we mnie. Chcę by nasze ciała połączyły się w jedno. Chcę cię wreszcie w sobie poczuć. Jej dłonie błądzące po moim ciele. Nie wiedziałem co robić. Nie miałem pojęcia co się dzieje. Oszalałem. Nie wiedziałem, czy to wytwór mojej chorej wyobraźni, czy coś podobnego. Wierzyłem w każde słowo, które padło z jej ust. A ona… była taka dobra, tak cholernie przekonywująca. Grała tylko po to, by pokazać to, co mam w sobie znaleźć.
Posadziła mnie na krześle, zawiązała oczy, usiadła okrakiem na moich kolanach i kazała siebie dotykać. W pierwszej chwili nie miałem zamiaru tego robić, bo przecież narusza to jej cielesność. Ale potem… Jej słowa skierowane do mnie. Spokojne, delikatne, ale jednak stanowcze. Skoro tego chciała. Choć wydaje mi się, że to nie ona miała wynieść z tego korzyści, tylko ja. Bym się otworzył, czy jak inaczej to nazwać.
Zacząłem ją dotykać i skłamałbym, gdybym powiedział, że się nie bałem. Po raz pierwszy w swoim ponad 100 – letnim życiu dotykałem kobiety. Poznawałem jej ciało. A z każdym kolejnym ruchem po jej jedwabnej skórze, nie miałem pojęcia co się ze mną dzieje. Wypełniało mnie pożądanie? Podniecenie? Można by rzec, że była to gra wstępna do miłosnego aktu. Poznawałem mojego Anioła od tej cielesnej strony i z każdą chwilą pragnąłem więcej i więcej.
A teraz? Leżę w jej łóżku w środku nocy. Ona wtulona we mnie z głową na mojej klatce piersiowej uśmiecha się błogo przez sen. Tak krucha, delikatna… Ale coraz częściej przekonuję się, że wcale taka nie jest. Nie boi się wyzwań, ani chociażby obcowania z moimi zębami podczas pocałunków. Lubi balansować na granicy. Twarda z niej kobieta, by przekopać się przez jej gruby mur i odkryć w niej małego Aniołka trzeba się wiele napracować. Trzeba zdobyć klucz do jej serca. Mnie się to chyba udało.
Jej długie nogi wystawały spod kołdry i nie byłem w stanie oderwać od nich oczu. Czy jej pragnąłem? Tak. I dopiero dzisiaj to sobie uświadomiłem tak naprawdę.
BELLA
Cudowny, słodki sen. Dawał odpoczynek, odprężenie. Nie miałam zamiaru go przerywać, kończyć, ani nic z tych rzeczy. Spałam sobie słodko wtulono w poduszkę i kołdrę przepełnioną zapachem mojego miedzianowłosego faceta i upajałam się nim. Był cudowny, słodki, po prostu nieziemski. Spałam tak sobie i spałam, gdy ktoś, coś lub nie wiadomo co, zaczęło ściągać ze mnie kołdrę.
– Edward! Proszę cię, daj mi spać. – wyjęczałam w poduszkę i chwyciłam moją przyjaciółkę mocniej, by nikt mnie jej nie pozbawił.
– To nie Edward, tylko ja – Alice.
– Chochliku, daj mi spać.
– Bella, jest już 11:00.
– I nie poszłam do szkoły po to, by się wyspać.
– Właśnie, że nie. – powiedziała siadając obok mnie. – Nie poszłaś do szkoły, bo miałaś sprawdzian z fizyki.
– A to nie przeszkadza w tym, by się wyspać!
– Trzeba było spać w nocy.
– Pół nocy spędziłam na odnajdywaniu faceta w twoim bracie.
– Co?! O czym ty mówisz?
Uh, no to się wyspałam. A na dodatek będę jej musiała wszystko streścić.
– Oj no bo… – zaczęłam podnosząc się do pozycji siedzącej i starała się ogarnąć. – Nie powiem ci nic, dopóki nie zjem śniadania i nie przyswoję odpowiedniej dawki kofeiny.
– Niech ci będzie.
Wstałam z mojego wygodnego, ciepłego wyrka i jak zwykle opatulona kołdrą podreptałam do kuchni.
– Al, a co ty tu robisz tak w ogóle? – zapytałam nastawiając wodę i szukając czegoś zdatnego do spożycie.
– Postanowiłam do ciebie wpaść, pogadać i może wyciągnąć na zakupy?
– Nie Chochliku. Nie chcę mi się.
– Ale podobno wybieracie się na bal w sobotę. Tak mi przynajmniej powiedział Edward i musisz przecież jakoś wyglądać.
– Oj Alice… – zaczęłam, siadając na wprost niej przy stole z kubkiem parującej kawy i jogurtem (tylko to znalazłam w lodówce) – To, iż wybieram się na bal z twoim bratem, nie oznacza od razu, że muszę biec do sklepu po sukienkę. Zdaje mi się, że mam coś odpowiedniego w szafie – powiedziałam, a ona zwęziła na mnie swoje złote oczy. – Naprawdę. Pokaże ci, ale najpierw śniadanie.
– Okej. A pojesz sobie tym? – zapytała przyglądając się uważnie mojemu śniadaniu.
– Szczerze? Nie. Ale tylko to było w lodówce. Będę musiała jechać na zakupy. Jestem strasznym głodomorem, łasuchem i żeby zaspokoić mój apetyt…
– Wiesz, nie widać po tobie. Jesteś płaska jak deska.
– Dziękuję bardzo, wiesz Alice…
– Oj, Bella, nie o to mi chodziło przecież. – zaczęła się tłumaczyć
– Wiem Al, ale nie ukrywam, że tu i ówdzie przydałoby się trochę więcej ciała.
– Oj, już nie przesadzaj. Masz nieziemską figurę. A twoje nogi to już naprawdę są cholernie długie.
– Wiem. Każdy facet się ogląda. – powiedziałam, śmiejąc się pod nosem.
– Bells, a co miałaś na myśli mówiąc, że pół nocy spędziłaś na odnajdywaniu faceta w moim bracie.
– Oj no bo… Ale nie powiesz mu? – spytałam, a ona pokiwała głową. – No bo tak. Pani profesor od angielskiego poprosiła mnie, bym z Edwardem wyraziła tańcem emocje, uczucia. No i… wczoraj zaczęliśmy. Kroki opanował. Miał problemy z okazaniem uczuć, emocji i… z dotknięciem mnie. A choreografia jest przepełniona erotyzmem, pożądaniem, nienawiścią, więc musiałam to w nim znaleźć.
– Jak?
– Posadziłam go na krześle, zawiązałam oczy, usiadłam mu na kolanach i kazałam, by mnie dotykał.
– I? – zapytała, wpatrując się we mnie uważnie swoimi ślepiami.
– Chyba podziałało. Zobaczymy. Wiem, wymusiłam to na nim, ale Edward jest… nie wiem jak to nazwać. Nieśmiały w okazywaniu uczuć. Boi się. Wydaje się taki zagubiony w tym i … cholernie słodki, co mnie urzeka.
– Bella… Edward to ponad 100 letni mężczyzna, który nie miał w swym życiu nigdy kobiety. Został wychowany na dżentelmena i stara się nim być w każdym calu. Nie skrzywdzi kobiety, a tym bardziej nie naruszy jej cielesności.
– Och Alice. Wiem, że nie miał nigdy dziewczyny, ale błagam cię. Mieszka z dwoma erotomanami pod jednym dachem. Otoczenie ma wpływ na naszą seksualność i cielesność. I nie mów, że nie. Ja jestem dziewicą, która nigdy nie miała chłopaka i jeszcze jakiś czas temu na samo słowo seks zawstydzała się jak cholera. A teraz przez mojego przyjaciela, który nie potrafi utrzymać swojego fiuta w gaciach dłużej niż 5 minut, rzucam ciętymi ripostami dotyczącymi miłości cielesnej. A po za tym, Edward zanim zaczęliśmy być razem nie wydawał się być taki nieśmiały i niepewny.
– A może teraz taki jest, bo jest z tobą – kruchym człowiekiem.
– Do cholery jasnej! Możecie przestać z tym delikatnym, kruchym człowiekiem, któremu w każdej chwili może się coś stać. Szlak mnie zaraz trafi. Zapomnijmy o tym kto kim jest. Tak będzie dużo prościej.
– Bella, tak się nie da. To nie jest takie proste.
– Uwierz mi, że jest. Mam tego już po prostu dość. – powiedziałam i zostawiłam ją samą w kuchni.
Nie chciałam się z nią kłócić, ale wnerwia mnie takie gadanie. Kruchy, mały, delikatny człowiek. Co mi jeszcze powiedzą? Że nie jestem zdolna do przetrwania na tym świecie? Zdziwiliby się.
Poszłam do swojego pokoju i zniknęłam w swojej wielkiej garderobie. Bella, trzymaj emocje na wodzy!
– O mój Boże! – usłyszałam po chwili Alice, która znalazła się obok mnie. – Trzeba było od razu mówić, że masz taką garderobę, to bym cię nie ciągnęła na zakupy.
– No to już wiesz. – powiedziałam i wyciągnęłam sukienkę, w której zamierzałam iść na bal, po czym pokazałam ją Chochlikowi. – Może być?
Małą czarna, na wąskich ramiączkach, cholernie obcisła, krótka i seksowna. Nie była za bardzo finezyjna, ani nic z tych rzeczy. Bardzie stawiałam na dodatki do niej. Al wydęła wargi i po chwili odpowiedziała.
– Może. A co do niej? – jej oczy świeciły się niebezpiecznie. Czyżby była w swoim świecie?
– Hmm… – zaczęłam się rozglądać. Szpilki. Tylko jakie. Mam ich całą kolekcję. – Które? – spytałam wskazując na buty. Zaczęła się rozglądać, aż w końcu spojrzała na mnie.
– Wiesz, za dużo masz butów. Ale jeśli miałabym coś wybrać to wybrałabym czarne lub czerwone szpilki.
– Uuu.. Ale mi pomogłaś, ale mniejsza z tym. Bal dopiero w sobotę. Słuchaj Al, bo widzisz przyszłość, co nie? – spytałam, a w mojej głowie pojawiła się pewna myśl.
– No tak, ale twojej niestety nie widzę. – odpowiedziała mi naburmuszona, co mnie doprowadziło do lekkiego chichotu.
– Ale nie o mnie chodzi.
ҖҖҖ
Równo o 16:30 razem z Alice stanęłyśmy przed drzwiami państwa Weber. Obie postanowiłyśmy pobawić się w swatki, jednakże znamy przyszłość, więc to już nie będzie taka frajda jak normalnie, ale jakaś tam będzie. Zapukałyśmy do drzwi i po chwili otworzyła nam prawdopodobnie mama Angeli.
– Dzień dobry pani. My jesteśmy koleżankami Angeli ze szkoły. Zastałyśmy ją może? – powiedziałam uprzejmie
– Tak. Chwileczkę, już ją wołam. – odpowiedziała lekko zaskoczona pani Weber. – Angela! Ktoś do Ciebie.
Po chwili dziewczyna pojawiła się w drzwiach i wyraz jej twarzy, gdy nas zobaczyła był po prostu bezcenny.
– Hej! – przywitałyśmy się razem z Alice.
– Eee… Yyy… Cześć. A co wy tu robicie?
– Cóż… Ze względu na to, że wielkimi krokami zbliża się bal, postanowiłyśmy zabrać cię na zakupy – wyjaśniła Chochlica.
– Ale…
– Nie ma „ale" moja droga. Powiedz mamie, że odstawimy cię do domu do 21:30. – powiedziałam stanowczo. Angela już zamierzała coś powiedzieć, jednak wzrok Alice mówił wszystko.
– No dobrze.
Po pięciu minutach wsiadałyśmy do mojego Astona.
– Nigdy w życiu nie jechałam takim samochodem. – powiedziała Angela wsiadając.
– No to masz okazję. – odpowiedziałam jej i zajęłam miejsce kierowcy.
– Zapnij pasy, bo z nią jest większe szaleństwo niż z Edwardem. – usłyszałam Alice, której słowa były skierowane do dziewczyny.
– Ej, Alice. Edward dał mi poprowadzić, chociaż nie, inaczej, wybłagałam u niego, by dał mi poprowadzić. I gdy jechaliśmy w sobotę kazał mi zwolnić, bo bał się o swojego małego biednego Astonka. – powiedziałam, a dziewczyny zaczęły się śmiać. – Ja rozumiem, że w życiu mężczyzn samochód jest bardzo ważny. Ważniejszy od żon, matek, dziewczyn. Można by nawet zaryzykować i powiedzieć, że jest przedłużeniem ich męskości, ale bez przesady. Bać się, że coś się stanie czterem kółkom? Samochód jest po to, by nim jeździć i wyciągać z niego jak najwięcej, a nie po to by go oglądać.
– Czekaj no, bo czegoś tu nie rozumiem. Czy ty i Edward… coś ten tego? – zapytała z chytrym uśmieszkiem Ang.
– Owszem. Jesteśmy razem, ale na razie nikomu nic nie mów. Niech wszyscy trwają w słodkiej nieświadomości.
– Ja ci dam słodką nieświadomość. – zaczęła Alice. – Gdyby nie to, że Esme się wygadała i że Edwarda wcięło na całą noc, to w dalszym ciągu nic bym nie wiedziała.
– Oj, ile razy mam cię jeszcze za to przepraszać?
– Niech będzie, że ci wybaczyłam.
ҖҖҖ
Dojechałyśmy do niewielkiego centrum handlowego w Port Angeles. Za cel postanowiłyśmy znaleźć dla Angeli sukienkę, w której będzie wyglądać jak księżniczka z bajki. Przecież wygląd to połowa sukcesu, a że bal prawdopodobnie będzie przełomowym wydarzeniem w jej życiu uczuciowym, to razem z Chochlikiem postanowiłyśmy trochę pomóc przeznaczeniu. Znając jej przyszłość, cóż… było to bardzo proste. I choć obiektem westchnień dziewczyny jest jak dotąd Eric Yorkie, to w jej sercu zagości ktoś zupełnie inny. Tylko jak na razie trzeba znaleźć kieckę i dodatki. Buszowałyśmy we trójkę po sklepach, a ja z Alice co chwilę się sprzeczałyśmy. A nasza kłótnia przy kasie o to, kto zapłaci była na pół sklepu. Najważniejsze, że nalazłyśmy to czego szukałyśmy. Choć Angela sprzeciwiała się wszystkiemu nie dopuściłyśmy jej do głosu. Ostatecznie dziewczyna dziękowała nam przez dobre piętnaście minut, aż nie powiedziałyśmy jej grzecznie, by się wreszcie zamknęła. Ustaliłyśmy z Chochlikiem, że to nie koniec naszych starań, jednak na razie postanowiłyśmy siedzieć cicho. Podczas grzebania między wieszakami wyszło na jaw, że jak na dzień dzisiejszy dziewczyna idzie sama. I tak właściwie to dobrze, nie będzie musiała się przejmować, że zostawiła faceta z którym przyszła i poszła z innym. A jestem pewna, że ta szkolna hołota będzie za nią szaleć. I czy mi się zdaje, czy to kolejny gwóźdź do trumny panien Mallory i Stanley.
ҖҖҖ
Do domu dotarłam po dwudziestej drugiej, bo jeszcze musiałam zrobić zakupy spożywcze, bo moja lodówka świeciła pustkami. Zbierałam właśnie wszystkie niepotrzebne rzeczy w kuchni, gdy rozległo się ciche pukanie do drzwi. Zdziwiłam się odrobinę, bo nie spodziewałam się gości, no chyba, że jednego. Podreptałam i otworzyłam je. Po drugiej stronie stał, oparty o framugę, Edward z tym łobuzerskim uśmieszkiem na twarzy. Podparłam się o drzwi i wpatrywałam się w mojego miedzianowłosego chłopaka. Jego sylwetka oświetlona przez księżyc w pełni i te złote oczy z nieodgadnionymi iskierkami. Staliśmy chwilę w milczeniu, dopóki Edward nie wyciągnął zza pleców śnieżnobiałej róży. Trzymał ją przy sobie, upajając się jej zapachem i ukradkiem mi się przypatrując, by w następnej kolejności wyciągnąć ją w moim kierunku. Chwyciłam kwiat w swoje dłonie przytykając do nosa, by zaznajomić się z jego cudowną wonią. Nie spuściłam w tym czasie oczu z Edwarda i chciałam, by ta magiczna chwila trwała dłużej. W końcu otworzyłam szerzej drzwi i wpuściłam go do środka, by z cichym kliknięciem je zamknąć. Odwróciłam się i chcąc przejść dalej, ale wampir mi na to nie pozwolił. Przyparł mnie plecami do drzwi i uniemożliwił jakąkolwiek drogę ucieczki, opierając ręce po moich bokach. Zaczął zmniejszać odległość pomiędzy naszymi ciałami, aż wreszcie naparł na moje usta swoimi, by połączyć je w pocałunku. Moje dłonie automatycznie powędrowały w jego miedziane kosmyki, robiąc na jego głowie większy nieład niż zwykle. Całowaliśmy się chwilę, gdy chłopak oderwał się od moich ust i zaczął składać słodkie pocałunki na moim policzku. Jego dłonie spoczywały na mojej talii, by przyciągnąć mnie bardziej do siebie, a ustami wędrował do mojego ucha.
– Tęskniłem. – wyszeptał wprost do niego, skubiąc ustami płatek.
– Ja też tęskniłam.– powiedziałam szeptem, a nasze spojrzenia się spotkały. – Wiesz, tak się zastanawiam, gdzie podział się ten niewinny, niepewny i zagubiony Edward, który był tu jeszcze wczoraj? Taki słodki i uroczy, który tak bardzo mi się podobał? Gdzieś sobie poszedł i zastąpił go Edward, który jest pewny siebie, odważny, nie boi się…
– Czy to źle? Już ci się nie podobam? – zapytał z lekkim przejęciem.
– Wręcz przeciwnie. W dalszym ciągu mi się podobasz. Nawet bardziej. – odpowiedziałam i złożyłam na jego ustach, które rozciągały się w słodkim uśmiechu, czuły pocałunek. – Robię kolację. Pomożesz mi?
– Jeśli tylko potrafię. – odpowiedział, a ja chwyciłam go za rękę i pociągnęłam za sobą do kuchni.
Późno było już trochę na posiłek, jednak mój organizm domagał się pożywienia. A Edward… krzątał się razem ze mną po tym małym pomieszczeniu starając się pomóc, chociaż bardziej przeszkadzał.
– Co mam z tym zrobić? – spytał przypatrując się uważnie pomidorowi, który trzymał w ręce.
– To jest pomidor. – wyjaśniłam. – Należy go sparzyć, obrać ze skórki i wypadałoby pokroić.
– Wiem, że to jest pomidor. – odparł oburzony. – Wybacz, ale swoją ostatnią kolację jadłem prawie 100 lat temu.
– Wiem. Przepraszam. Może lepiej sobie usiądź, a ja już skończę sama.
– Jak chcesz. – odparł zrezygnowany i zajął miejsce przy stole. Dołączyłam do niego po niespełna pięciu minutach.
– Edward. Opowiedz mi swoją historię. – poprosiłam go – Część wyjawiłeś mi w weekend, ale chciałabym poznać ja całą.
– I najlepiej ze szczegółami, co? – powiedział uśmiechając się przy tym.
– No ze szczegółami, jeśli nie masz nic przeciwko.
– No dobra. Ale ona nie jest zbyt ciekawa.
– To się okaże.
– Urodziłem się 20 czerwca 1901 roku w Chicago. Moimi rodzicami byli Elizabeth i Edward Masen. Ze swojego ludzkiego życia niewiele pamiętam. Właściwie nic. Carlisle natrafił na mnie w szpitalu w 1918r. Na świecie panowała wtedy pandemia hiszpanki. Najpierw zabrała mojego ojca, a w następnej kolejności matkę. Carlisle był w szpitalu lekarzem, opiekującym się moją rodziną. Podobno moja matka tuż przed śmiercią błagała go, by za wszelką cenę mnie ocalił i tak oto w wieku siedemnastu lat stałem się wampirem. I to jest tak właściwie pierwsze wspomnienie z mojego wampirzego życia, ale… – zawiesił głos na chwilę, a w jego oczach można było dostrzec cierpienie. – Tego nie da się zapomnieć. – cóż… coś o tym wiem. Jad wypełniający każdą komórkę ciała i niesamowity ból z tym związany. – Byłem pierwszym członkiem rodziny Carlisle. Kierowała nim głównie samotność. Nie znalazł nikogo, kto podzielałby jego poglądy, dlatego postanowił mnie stworzyć. Zostałem sam na tym świecie w dodatku umierający, więc to głównie zaważyło na decyzji. Potem dołączyła do nas Esme. Carlisle znalazł ją w kostnicy, ale jeszcze żyła. Skoczyła z klifu, bo… straciła dziecko. – dokończył po chwili zastanowienia, a ja… szok. Niesamowity ból owładnął moim ciałem. Cierpienie. Ta cudowna kochana Esme straciła dziecko. – To ona wniosła do naszej rodziny tyle ciepła, miłości i takiej matczynej troski. I choć nie jest naszą matką, to nasza piątka tak właśnie ją traktuje. W międzyczasie zbuntowałem się i odszedłem. Nie byłem wtedy zbytnio przekonany do ograniczania naszej natury. Przeciwstawiłem się Carlisle'owi. Ale też nie chciałem być takim strasznym potworem. Znając ludzkie myśli wiedziałem kogo wybierać na swoje ofiary. Ale czy to mnie usprawiedliwia, że zabijałem morderców, gwałcicieli… Pozbawiałem ich życia. Po pewnym czasie uświadomiłem sobie, że tak nie chce i postanowiłem wrócić, niczym syn marnotrawny, a oni mnie przyjęli z szeroko otwartymi ramionami, ciesząc się z mojego powrotu. A potem dołączyła do nas Rosalie. Carlisle znalazł ją w okropnym stanie, ale mniejsza z tym. Nie podzielałem jego zdania, by ja ratować, lecz to on decydował. Starannie ukrywał przede mną swoje myśli. Chciał, by Rosalie stała się dla mnie tym, kim Esme dla niego. Ale ja Rosalie traktowałem tylko i wyłącznie jak siostrę – powiedział i spojrzał na mnie.
– Miałeś być z Rosalie? – wykrztusiłam z siebie zaskoczona. On i Rose? Nie! Stanowczo nie!
– Tak, ale jak wiesz, do tej pory nie pałamy do siebie zbyt wielką miłością. – powiedział śmiejąc się przy tym delikatnie. – Dwa lata później – mieszkaliśmy wtedy w Appalachach Rosalie natknęła się na Emmeta. Został zaatakowany przez niedźwiedzia i właściwie ledwo już żył. Ale ona zobaczyła w nim coś takiego, co dało jej siłę i przebyła wiele kilometrów niosąc go do Carlisle, by ten go uratował. I tak nasza rodzina się znowu powiększyła. Powoli egzystowaliśmy. Aż pewnego dnia w naszych skromnych progach zawitali Alice i Jasper. Oboje, że się tak wyrażę, nawrócili się. Jazz był członkiem innej… rodziny jeśli można to tak nazwać, z kolei Alice… Ona nie pamięta nic ze swojego ludzkiego życia, ani tego kto ją stworzył. Gdy ocknęła się, była zupełnie sama i pewnie gdyby nie jej nadprzyrodzone zdolności, prawdopodobnie skończyłaby jako dzika bestia. I tak w siódemkę wędrujemy po świecie, czasem razem, czasem osobno, ale mimo wszystko jesteśmy rodziną. – zakończył swoją opowieść. Siedziałam cały czas wpatrzona w niego i obserwowałam jak wraca wspomnieniami do swojego długiego życia. Rodzina Cullenów jest niesamowita. Wprost niewiarygodna. Nigdy w życiu nie spotkałam się z taką familią.
– Edward, podróżujecie tyle po świecie. Nie natrafiłeś nigdy w swoim życiu na kogoś, kto by ci się spodobał. W kim byś się zakochał? – spytała, bo najnormalniej w świecie byłam ciekawa tej kwestii.
– A czy to ma teraz znaczenie? – spytał. – Nie. Nie spotkałem nikogo takiego na swej drodze. Może dlatego, że nie szukałem. Nie wiem. Choć cała rodzina martwiła się o mnie, że jestem sam. Samotny wśród trzech kochających się par. Ale w końcu znalazłem Ciebie. I jak widać, miłość przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie. Kocham Cię. – powiedział szczerze, ujął mają dłoń w swoją, przycisnął do ust i złożył na niej pocałunek.
– A czy gdybyś mógł wybrać w 1918r. lub sam mógł zdecydować o swoim losie, czy coś w tym rodzaju. Wybrałbyś śmierć, czy egzystowanie wampira? – zapytałam i chyba zaskoczyłam go tym pytaniem. Zamyślił się na chwile, a między nami zapanowała cisza. Było widać, że jego szare komórki intensywnie pracują w zastanowieniu nad odpowiedzią.
– Wiesz, nikt nie zadał mi takiego pytania i nigdy też się nad tym nie zastanawiałem, ale… Na dzień dzisiejszy… to zależy. Gdybym miał wybrać między krwiożerczym wampirem, który będzie pozbawiał życia niewinnych ludzi, a śmiercią, wybrałbym śmierć. Lecz gdybym miał do wyboru 100 lat czekania na osobę, która zawładnie moim sercem, a śmiercią, wybrałbym czekanie na ciebie. Bello, jesteś dla mnie najważniejsza. I choć nie należę do twojego gatunku, postaram się zrobić wszystko, byś była szczęśliwa. Moje serce należy tylko i wyłącznie do ciebie. – wyznał i… to były chyba najcudowniejsze słowa, jakie usłyszałam. Łzy szczęścia i wzruszenia zaczęły zbierać się w moich oczach.
–Kocham Cię. – wyszeptałam i tym razem to ja ujęłam jego dłoń i złożyłam na niej pocałunek. Siedzieliśmy wpatrzeni w swoje oczy przepełnione miłością i zachwycając się tą chwilą. – Edward. – wydukałam po chwili. – A żałujesz tego kim jesteś?
– Nie, nie żałuję. Żałuję tylko niektórych decyzji, które podjąłem w swoim życiu. Zyskałem cudowną rodzinę, którą kocham. Zyskałem Esme – cudowną, kochającą i troskliwą kobietę, którą traktuję jak własną matkę. To ona mnie w gruncie rzeczy wychowała i nauczyła kochać. Zyskałem Carlisle – mądrą i wykształconą istotę, która mimo swojej natury, ratuje ludzkie życia. Mam do niego wielki szacunek. Jest dla mnie jak ojciec. Jest moim autorytetem. Zyskałem rodzeństwo. Siostry i braci, których nigdy nie miałem. I choć jestem w pewnym sensie najmłodszy z nich wszystkich, to mam w nich oparcie i zrozumienie. Nie żałuję, a gdybym żałował, byłbym głupcem.
W tej chwili łzy wzruszenia, radości i szczęścia spływały po moich policzkach. Nie wstydziłam się ich i mogłam sobie na nie pozwolić. I choć uważałam, że łzy to oznaka słabości i z reguły nigdy sobie na nie nie pozwalałam, w tej chwili nie uważałam je za słabość. To w jaki sposób Edward traktował i wypowiadał się o swojej rodzinie, było po prostu cudowne.
– Adoptujecie mnie? – wyszeptałam pół żartem pół serio, a Edward przytulił mnie.
– Bello, ty już należysz do mojej rodziny – wyznał i złożył na mojej głowie troskliwy pocałunek.
