ROZDZIAŁ 20

Napięcie wisiało w powietrzu. W pomieszczeniu panowała bardzo nerwowa atmosfera i choć każdy z nich zarabiał w ten sam sposób na życie, narażając je w służbie prawa. Nie była to ich pierwsza akcja, lecz kolejna i powinni się przyzwyczaić się do całej otoczki związanej z swoja pracą. Nic jednak się nie zmieniło jeśli chodziło nerwy, denerwowali się jakby to była ich pierwsza wspólna akcja, a przecież tak nie było.

Sprawdzali dokładnie broń. Każdy wiedział gdzie miał być i nie trzeba było przypominać im. Na bieżąco byli informowani o poczynaniach dwójki podejrzanych. Śledzeni przez Franklina nie mogli wykonać żadnego ruchu, o którym od razu nie dowiedział się Trinity. Obecnie byli u brata Mikea i nic nie wróżyło, aby w przeciągu kilku nadchodzących minut cokolwiek się zmieniło. Za nim opuszczą obserwowane mieszkanie, oni mieli już dawno zająć pozycje. Według planu miało wszystko się odbyć szybko i bez ofiar po obu stronach. Ale to był tylko plan, a te miały zwyczaj rządzić się własnymi prawami i zmieniać się w najmniej oczekiwanych chwilach.

Policjanci nie wiedzieli do ostatniej chwili po co zostali zebrani i kto był kolejnym celem, mogli tylko zgadywać, stawiali na kolejnego dzieciaka, który zaszedł ku swojej zgubie wysoko w hierarchii gangu brudząc sobie przy tym ręce. I w pewnym sensie się nie pomylili.

Silver i Drako jako nowi członkowie rady dostali obstawę, która zawsze była tuż obok nich i rzucała się niemiłosiernie w oczy. Byli uzbrojeni i wiedzieli jak się strzela, aby przy tym nie zrobić sobie przy tym krzywdy. Siedzieli zawsze w samochodzie i starali się nie rzucać w oczy, posunęli się do tego, że nie mieli na sobie barw gangu. Jeździli samochodami, które wyglądały na nowe, nie był kradzione i przestrzegali wszystkie przepisy drogowe jakie tylko znali, lub słyszeli o nich. Unikali kłopotów za wszelką cenę.

Frank Drako, starszy brat Mikea swego czasu należał sam do gangu i nadal nosił sygnet z trzygłowym psem, który był w czymś rodzaju herbu Psów. Obecnie pracował w pierwszej lidze, jak sam mówił. Skończył studia i zaciągnął się w szeregi mafii, ale nie zapomniał o swoich korzeniach. Nikt nigdy nie odchodził z gangu, chyba, że nogami do przodu.

Za parę lat wejdziecie to prawdziwego świata. powiedział spokojnie sącząc swoje drinka siedząc w salonie. Gang to przedsionek prawdziwego świata, poważnej kasy, pięknych kobiet i wielkich podróży. Jak będzie mieli więcej szczęścia od reszty, to może uda wam się szybciej od reszty.

Wprowadzisz nas? spytał John.

Nie był tak dobrze zbudowany jak John, ale dorównywał mu wzrostem. Dzięki codziennie wykonanym seriom ćwiczeń i karcie stałego klienta w jednym z klubów sportowych utrzymywał świetną kondycje fizyczną. Cenił sobie zdrowie, co nie znaczyło, że nie stronił od różnych używek i tłuszczu. Zawsze jednak po szaleństwie czekało go sporo wyrzeczenia i ciężkiej pracy.

Jasne, poznacie w tedy co to życie. Nie da się tego porównać z niczym innym. Kobiety, imprezy, podróże, kasa, która wam się nie śniła, podróże. Zupełnie inny świat. Spodoba się wam, nie spotkałam się z kimś, komu by się nie podobało.

Jasne. Życie przecież jest za krótkie, aby patrzeć jak przecieka przez palce. zgodził się z bratem i ironicznie się uśmiechnął. Mam tylko cichą, że nie bijesz po rogach Tiny, fajna z niej bratowa i za dwa miesięcy zostanę wujkiem. Naprawdę dobra dziewczyna, żal mi jest jej czasami, strasznie marnuje się przy takim człowieku jak ty, braciszku, zasługuje na kogoś zdecydowanie lepszego od ciebie, ale to wiesz doskonale.

Jasne, że wiem. To jest mój prawdziwy skarb. Hm… Mike, doskonale wiem. Jak się czuje ojciec? Mam nadzieje, że się pogodził z wieloma rzeczami.

Tak, jak się dowiedział, że urodzi się chłopak. Matka zagroziła mu, że wyrzuci go z domu, jeśli nie odezwie się do ciebie. Znasz ją, ma dar przekonywania.

Jak reaguje na tych trzech jeżdżących za tobą?

Jest wściekła jak sama cholera. Dziwię się, że jeszcze nie wysłała ich w cholerę, a mnie zaraz za nimi. odparł z uśmiechem. Mam nadzieje, że przywyknie do nich, bo będzie wielka draka z tego powodu. Cholerny Trinity, wpieprzył się w nasze sprawy i rozpieprzył wszystko.

Wielu dobrych chłopaków poszło siedzieć. Straciliśmy towar za sporą kasę. dodał John wściekły. Dobierzemy się jednak do niego.

Słyszałem, że zlikwidował 4 5 8 7, to prawda?

Tak.

Zaklął pod nosem. Kiedy sam jeszcze był w gangu, 4 5 8 7, było małą grupką, która zaczęła wybijać się i tworzyć swoją złą legendę. Byli nietykalni, nikt nie odważył się ich ruszyć, nawet policjanci, którzy się ich bali. Byli najgorsi z najgorszych, najsilniejsi ze wszystkich, a jednak znalazł się silniejszy od nich i zlikwidował ich. To nie mieściło się mu w głowie.

Macie kogoś na oku?

Nie, nikt nie spróbuje zaatakować go, nie po tym co tu zrobił. Każdy się go boi.

A ty się im nie dziwisz? Facet uderza i likwiduje każdego kto wejdzie mu w drogę. Nie jest klasycznym gliną, który gra według znanej nam muzyce, on jest inny.

Mamy zamiar go przeczekać, nie może siedzieć w jednym miejscu zbyt długo. My w tym czasie przygotujemy się do drugiej rundy, jeśli nawet spróbuje powstrzymać nas kolejnym razem to mu się nie uda. Tym razem lepiej się zabezpieczymy. Zemścimy się na nim.

Oby. A co do zemsty, powiedz mi braciszku, jak stoi sprawa z tym chłopakiem, co ciebie upokorzył? Mam nadzieje, że był w gorszym stanie od ciebie.

Mike spuścił wzrok, w duchu liczy, że nie poruszy tego tematu, przeliczył się.

Wynikły pewne komplikacje…

Jakie?

Okazało się, że jest Pierwszym Mieczem, czy kimś takim.

Frank zagwizdał pełen uznania dla możliwości brata. Nie spodziewał się po nim, aż tak wiele. Wejście w drogę komuś takiemu jak Pierwszy Miecz jest wielką sztuką, która udał się tylko garstce ludzi, którzy nie uważali się z tego powodu za szczęśliwców. Sam znał jednego z nich przez jakiś czas. Nie była to osoba, którą chciałby przedstawić mamie jako kolegę z pracy.

Pokręcił głową i powiedział z trudem powstrzymując śmiech.

Czy ty wiesz z kim zadarłeś? Oni byli szkoleni do zabijania przez byłych komandosów. Oni to pieprzone maszynki do zabijania ludzi, nie spotkałem się z nikim bardziej skutecznym od nich. O mój Borze, jak go rozwścieczysz to twoja ochrona zginie kilka sekund przed tobą.

Myślisz, że nie wiem czym on jest?! Nie jestem takim ignorantem za jakiego mnie bierzesz. Ale pamiętaj, że jest tylko człowiekiem, a oni mają taki brzydki zwyczaj, a mianowicie umierać.

Ameryki tym stwierdzeniem nie odkryłeś.

Wiem co mi grozi jak tylko z nim zadrę! Ale on jest sam, a ja nie.

Nie zapominaj, że on jest Pierwszym Mieczem i robi za całą pieprzoną armie.

Niech sobie robi za kogo chce. To jest tylko jeden człowiek, który nie może liczyć na pomoc, tak jak my i nie ma środków.

Mylisz się braciszku. powiedział łagodnym głosem typowym dla nauczyciela, który właśnie wskazał błąd w logice swojego najlepszego ucznia. Tacy jak on mają takie koneksje, że głowa boli. Nie musza mieć kumpli do wsparcia jeśli tylko ma odpowiednie środki, a wtedy nikt do końca nie może czuć się bezpiecznie. Przez jakiś czas pracowałem jednym z nich, gościu był Drugi, ale to nie ważne. Raz się wściekł na pewnego faceta, nie ważne kim jest, a raczej był. Jego obstawa składała się z dziecięciu Rosjan, każdy był w SPECNAZ-ie, ruscy komandosi. Poszło o drobnostkę, wziął tylko nóż i nie było go kwadrans. Następnego dnia znaleziono całą dziesiątkę zabitych przez niego.

Zdajemy sobie sprawę, że jest niebezpieczny, ale jest na niego jakiś sposób. powiedział spokojnie John próbując załagodzić napięcie między braćmi. Jest sam i nie może liczyć na pomoc kogokolwiek i jak znam życie znajdzie się na niego jakiś sposób. Jest na zawiasach, wystarczy, że w jakiś sposób złamie jakąś z zasad i jest nasz.

Takie myślenie mi się podoba. pochwalił go. Zawsze istniej jakiś sposób na załatwienie spraw i nie musi to być koniecznie zabicie, czy inny atak. Masz jakiś pomysł?

Jeszcze nie, ale coś wymyśle w przeciągu kilku dni. Chciałbym się dowiedzieć za co dokładnie siedział i jakie są warunki zawiasów. Dasz radę to załatwić?

Jasne, nie ma sprawy. Zajmie mi to jakieś dwa, góra trzy dnia, nie więcej. Masz zamiar coś go wrobić, aby poszedł na siedzenie, a gdy się klawisze dowiedzą kim jest, to będzie miał ciężkie życie. Dobrze kombinujesz, marnujesz się w gangu.

Jeszcze się uczę, jak stwierdzę, że czas na mały awans, to się zgłoszę do ciebie.

Jak chcesz, znasz moje zdanie, ale rób co chcesz. Braian niedługo wychodzi.

John lekko kiwnął głową. Jego starszy brat był przyczyną zmartwień rodziców, którzy obawiali się, że jak tylko wyjdzie na wolność, to zbyt długo nie posiedzi na niej. Za raz jakieś kłopoty go dopadną i będzie zmuszony do szybkiego zmiany miejsca pobytu i ciągłego obracania się za siebie uważając na pościg.

Ojciec chodzi co raz bardziej nerwowy, niedługo to będzie chodził po ścinanie. Jak mi się wydaje, chcesz wziąć go do siebie.

Chłopak o takich zdolnościach przyda mi się, nie przeczę. Może uda mi się utrzymać go przed jakimiś kłopotami, jeśli jest to tylko możliwe, rzecz jasna.

Tak, kłopoty bardzo go kochają. Jest to jedna z nielicznych cech jakie mamy wspólne.

Frank nic nie powiedział rozważając jego słowa. Nikt nie kocha kłopotów, chyba, że jest się psychicznie chorym, a za takich ich nie uważał. Choć chęć ataku na kogoś, kogo powinno się omijać szerokim łukiem dla ogólnego zdrowia. Z drugiej strony byli młodzi, żyli złudzeniami, że są nie do pokonania, każdy ich plan jest genialny, istny majstersztyk, który nie ma prawa zawieść. Widział już nie jednego takiego jak oni i zawsze było mu ich żal. Ginęli z powodu czegoś co zrodziło się w ich umysłach i nie miało żadnych szans na realizację w normalnym świecie.

Spojrzał na nich z jakimś dziwnym niepokojem, nie pojmował tego uczucia. Przypomniały mu się słowa Johna o kłopotach, które ponoć i jego jak Braiana bardzo lubiły. W tych słowach było coś co nie dawało mu spokoju. Były jak zła wróżba.

Zaklął w duchu spoglądając przez okno jak obaj młodzi, niezniszczalni i równi bogom kierowali się do zaparkowanego przed jego domem samochodem Johna. Coś było tu nie tak.

Mają obstawę. zameldował Franklin obserwując co chwile inny samochód. Czy sami są uzbrojeni trudno powiedzieć, ale zakładać, że są. Zachować najdalej idące środki ostrożności.

Chyba nie przesadzasz? odezwał się agent, którego przydzielił mu Trinity tylko sobie wiedzących powodów. Wątpię, aby i obstawa była uzbrojona, uważam, że jest tylko dla picu.

Uważaj sobie co tylko chcesz, tylko nie bądź zaskoczony jak gówniarze wyczarują z powietrza Kałacha i zaczną do ciebie srać z niego. Siedzę w tym mieście wystarczająco długo, aby wiedzieć swoje. Ale jeśli ty jesteś taki mądry, to sobie bądź. Ja mam ochotę jeszcze trochę pożyć i robić będę, aby zobaczyć kolejny mecz chłopaków z L.A.

Ja w tym roku stawiam na Orlando.

Widzę, że na sporcie znasz się tak samo dobrze jak na tej robocie. Jakim cudem przetrwałeś w oddziale specjalnym, chłopie??

Nie skomentował, tylko zacisnął zęby i nic więcej nie powiedział, nie było sensu denerwować go, nie po to został wysłany do tego cholernego miasta, aby wysłuchiwał docinki z ust jakiegoś czarnucha i to jeszcze z nędznego biura FBI.

Nie był to czas na pogaduszki o play – offach, drzwi otworzyły się i zobaczył w celowniku głowę Johna. Zaczynało się. Przygryzł dolną wargę i wciągnął powoli powietrze.

Do wszystkich jednostek wychodzą. usłyszał głos Trinityego. Zaczynamy na trzy.

Odliczanie było jak na jego gust zbyt długie. Kiedy usłyszał już nagle wszędzie się zrobiło naprawdę gorąco i nie miło. Nie widział wszystkiego, jego zakres ograniczał się tylko i wyłącznie do celownika optycznego karabinu. Otrzymali zgodę do użycia broni, jak tylko dzieciaki zaczęły wyciągać swoje zabawki. Tak jak przewidywał byli uzbrojeni i to zdecydowanie za mocno. Tych kilka minut wydawało mu się cholerną wiecznością w zamęcie ognia zawszę się traciło poczucie czasu. Nie wiedział jak długo trwała strzelanina, wiedział tylko jedno, oddał łącznie dwanaście strzałów, tylko to się dal niego liczyło, liczba oddanych strzałów, którą będzie musiał później podać w raporcie. Jego wersja zostanie porównana z innymi, aby uzyskać klarowny obraz wydarzeń. Czuł, że będzie dochodzenie, ktoś i coś spieprzył.

Efekt końcowy nie był taki jaki sobie zakładali na odprawie, zdecydowanie nie.

Cała ochrona nie żyje. Dwójka podejrzanych nie żyje, a mieli być wzięci żywcem. Mieli stanąć przed sądem i odpowiedzieć za swoje makabryczne dzieło. To wszystko miało się skończyć zupełnie inaczej, nie tak to planował. Zaklął przechodząc po pobojowisku przyglądając się zabitym dzieciakom, nikt nie przeżył po ich stronie. Chwycili za broń, za coś co nie było ich zabawką z dziecięcych lat, za coś co jak miecz obosieczny zabija i to nie tylko wrogów, ale również swoich właścicieli. Kolejna nie potrzebna ofiara. Mogli nie porywać się na coś co ich zdecydowanie przewyższało, co mogło przyczynić się i przyczyniło do zguby. Mogli żyć i cieszyć się nim, gdyby zrobili tak jak chciał. Oni zdecydowali inaczej, wybrali swój los. Wybrali śmierć.

Ściągnięto kilka karetek, paru lego ludzi było rannych, ale żywi, co uważał za najważniejsze w tej sytuacji.

Sprawa była zamknięta, dopiął swego, choć pragnął, aby koniec był zdecydowanie zupełnie inny. Mówiło się trudno, nie zawszę ma się to co chce. Zamknął właśnie ostatnie swoje śledztwo i był prawie gotowy do wielkiego dnia, nadeszła pora radykalnych zmian w życiu i nie miał zamiaru się pytać nikogo o zgodę, chciał zrobić coś wyłącznie dla siebie. Miał już dość takiego życia, bez jakiegokolwiek celu, od jednego wiatraku do drugiego. Wtaczanie tego wielkiego głazu na cholerną górę nie miało żadnego sensu, jeśli ktoś chciał się bawić w Syzyfa to jego spraw, jemu się znudziła ta rola. Chciał zająć się czymś co ma jakikolwiek sens i ni okaże się, że i tak za jakiś czas trzeba będzie poprawiać. Nie tego miał jak najbardziej dość.

Spojrzał na jedną z karetek, która przyjechała po jednego z rannych. Nie był to nikt z jego grupy. Widział tylko przez ułamek sekund twarz wykrzywioną w bólu małej dziewczynki. Nie pamiętał, aby były jakieś dzieciaki. Jego ludzie nie meldowali, aby nagle się pojawiło jakieś dziecko, co zagroziłoby akcje. Przed akcją upominał ich, aby zwracali na dzieciaki wielką uwagę, w każdej chwili jakieś mogło się pojawić i znaleźć w krzyżowym ogniu. Cholera skąd się wzięła w takim przypadku, nie miał pojęcia.

Poczuł jak świat zaczął wokół niego nagle wirować i to co raz szybciej i szybciej. W głowie pojawił się mu dobrze znane obrazy, ranne dzieciaki, które przez swoją nieostrożność znalazł się tam gdzie nie powinno. Jak rozrywają ich delikatne ciała kule z karabinów, jak granaty dzielą ich małe ciałka na jeszcze drobniejsze kawałeczki.

Obiecał sobie, że nigdy więcej nie powtórzy się podobna sytuacja, a jednak nie dotrzyma danego słowa, właśnie odjeżdżała kolejna ofiara jego krucjaty.

Boże!!!!

Czemu ze mną tak się bawisz???

Co ja ci takiego zrobiłem???

Czemu mnie tak bardzo nienawidzisz???

Skurwiel!!!!

Pretorian nie zdołała nic powiedzieć, gdy dostrzegła jak jej partner zaczął się osuwać na ziemie, jakby nagle został trafiony jakąś niewidzialną kulą. Nie słyszała, aby padł jakiś strzał, a on sam nie padł jakby został trafiony, a raczej jakby stracił przytomność. Jej okrzyk nie zwrócił na nią jego uwagi. Dzikim pędem ruszyła w jego kierunku próbując pojąć co się z nim się stało.

Cholera, czy ktoś słyszał jakiś strzał?! spytał Franklin który był szybciej przy nim od niej.

Wydaje mi się, że stracił przytomność.

SANITARIUSZ!!!

Szybko zaczęła odpinać jego ekwipunek szukając jakieś rany postrzałowej, ale żadnej nie znalazła. Odetchnęła z ulgą, z drugiej strony jeśli nie była to kula, to co? Nie miała bladego pojęcia co się stało, aby nagle padł na ziemie.

Co się stało? Widziałeś?

Nie wiem, spojrzał na odjeżdżającą karetkę. odparł próbując sobie przypomnieć przebieg wydarzeń. W środku była dziewczynka, postrzelona w trakcie akcji.

Wiedziała już z czym miała do czynienia. Miała nadzieje, że to się nigdy więcej nie powtórzy, że będzie to tylko jeden przypadek, pomyliła się. Kolejny cios mógł się okazać ostatecznym, po pierwszym ledwie co go postawili na nogi, ostrzegała, że kolejny taki cios może okazać się zabójczy. Wątpiła, aby udało się dokonać tego co wtedy. Bała się cały czas możliwości utraty go, bo wiązało się to ze śmiercią dla agencji, przestanie być dla nich pożyteczny. A oni byli okrutni wobec takich, którzy nie mogli pracować, a wiedzieli bardzo dużo, wręcz za dużo.

Sanitariusz podbiegł do nich i zaczął sprawdzać jego parametry życiowe, nie widział żadnych ran zewnętrznych zaczął podejrzewać, że mogły istnieć jakieś wewnętrzne, które przyczyniły się do utraty przytomności. Już chciał zdjąć mu z głowy kominiarkę, aby sprawdzić czy nie ma jakiś obrażeń na niej, gdy jego ręka została zatrzymana. Spojrzał na klęczącego obok niego czarnoskórego policjanta.

Jeśli zobaczysz jego twarz, to wiedz, że będzie to ostatnia rzecz jaką będzie tobie dane zobaczyć w życiu. powiedział jak dla niego zbyt poważnym tonem, a dłoń położona na broni tylko jeszcze głośniej do niego przemawiała. Ma zostać cały czas na nim.

W ten sposób nie dowiem się, czy nie ma jakiś obrażeń. próbował mu wyjaśnić.

Zrób to w inny sposób. polecił mu. Nikt nie ma prawa zobaczyć jego twarzy.

Cholera, człowieku, nie ułatwiasz mi pracy. W szpitalu i tak mu ją zdejmą.

A ja ci mówię, że nie.

Młody, jedź z nim i dopilnuj wszystkiego, ja posprzątam tu za niego i zadzwonię do Who, aby ściągnął naszych lekarzy, a najlepiej, aby go zabrał do szpitala wojskowego.

Jasne i tak nie ma dla mnie tu jakiejkolwiek roboty. Dobra załadować go na nosze i dawaj tą taksówką do szpitala.

Sanitariusz, który przyniósł noszę, tylko spojrzał na leżącego na ziemi, aby wiedzieć z kim miał do czynienia. Zaklął pod nosem wystarczająco głośno i siarczyście, aby usłyszał to jego kolega z zespołu.

To Trinity. Co z nim?

Nie ma żadnych widocznych obrażeń. Wygląda na to, że stracił przytomność. Nie mogę zdjąć mu maski, aby sprawdzić głowy.

Chciałbym wiedzieć jak on wygląda.

I byś został zastrzelony, dzięki za taką wiedze. Dawaj, zabieramy go z stąd.

Who wpadł jak burza do środka, a za nim dwóch agentów, którzy na co dzień nie wychodzili z cienia zapewniając mu należytą ochronę. Za drzwiami stało już dwóch kolejnych, nie pozwolą nikomu wejść do środka, choćby był samym Panem Bogiem, czy ich ukochanym prezydentem.

Franklin podniósł się z krzesła. Od momentu zapakowania nieprzytomnego kolegi do karetki nie odstępował go nawet na krok, co było jak najbardziej nie na rękę kilku lekarzom. Nie pozwolił im zdjąć mu maski, czy nawet odsłonić jej kawałek. Nie obchodziło go co mówili i cała sprawa, ta maska miała zostać na swoim miejscu, czyli na jego twarzy. Nikt nie odważył się na jakiekolwiek próby, gdy tylko zobaczyli broń w jego ręce, wiedzieli, że nie był to jakiś pokaz.

Co z nim? spytał zatrzymując się przy łóżku.

Śpi, dali mu coś na sen, cholera sam nie wiem. Nie wykryli żadnych obrażeń, co z jednej strony można potraktować jako dobry znak, z drugiej zaś martwi mnie. Może to być kolejny uraz, szok psychiczny. A w tedy sam pan dobrze sam rozumie.

Franklin był na akcji z nim i Pretorianem, gdy miał miejsce pierwszy z nich. Zapominał czasami, że Trinity tylko jemu znanych powodów wybrał sobie go na osobę do osłony. Zawsze jeśli trzeba było zapewnić sobie jakieś wsparcie ogniowe, czy dodatkową parę oczu dzwonił właśnie po niego. Po jednego z nielicznych agentów, którzy pracowali dla nich, choć nie należeli do departamentu. Miał do dyspozycji sporą grupę ludzi, ale on wybrał właśnie jego.

Nie wiesz jak długo będzie tak leżał? Chciałbym jak najszybciej zabrać go z stąd.

Lekarze sami nie wiedzą co mu jest dokładnie. Nic nie mówiłem o tamtym zdarzeniu, im mniej wiedzą tym lepiej dla nas.

Jak najbardziej. Nie myślisz może nad przejściem do nas na stałe? Marnujesz się w FBI i cholernie sporo wiesz, można powiedzieć, że za dużo jak na zwykłego federalnego. No i nie można zapomnieć, że kosztowałobyś nas zdecydowanie mniej.

Dziękuję, pomyślę.

Dobra, idź coś zjeść i odpocząć, należy ci się. Zamknęliście sprawę tego morderstwa i znowu uszczupliliście kadry gangów. Dobra robota Młody.

Dzięki, szefie. Lubię, kiedy przełożeni są zadowoleni z mojej pracy.

Kiwnął głową i zajął po nim miejsce. Siedział kilka minut wpatrując się w śpiącego agenta. Jego kariera właśnie dobiegła do końca, wątpił, aby po kolejnym załamaniu lekarzom udałoby się postawić Trinityego na nogi. Jeśli nawet to będzie to długa i męcząca droga, a jego zwierzchnicy mogą dojść do zdania, że łatwiejsze i szybsze będzie wysłanie go na zieloną trawkę, co nie mogło zbyt dobrze mu wróżyć. Pamiętaj jak kończył się takie przyśpieszone emerytury dla jego poprzedników, żaden jej nie pobiera w obecnej sytuacji z prostego powodu, nie żyją.

Nie chciał, aby taki dobry agent tak marnie skończył, widział może i złudną nadzieje dla niego po dość długiej rehabilitacji na zupełnie innym stanowisku, ale do niego ostateczne zdanie nie należało, tylko do orłów strategii z Waszyngtonu. Jaka tam zapadnie decyzja, będzie wiążąca i ostateczna, nie będzie od niej prawa odwołanie się.

Na korytarzu zobaczył jego partnerkę rozmawiającą z policjantem. Skończyła i podeszła do niego. Przez chwile milczała, nie wiedziała co ma powiedzieć. Oboje wiedzieli co się stało i jakie przyniesie skutki dla niego i Dla nich. Ograniczyła się tylko do oczywistego stwierdzenia.

To cholernie dobry agent, najlepszy jakiegokolwiek miała firma. Utrata go będzie dla niej wielkim ciosem, bo straci nie tylko jego, ale i kilku innych. On nie podda się łatwo, tak po prostu bez walki, będzie walczył do samego końca. Swego, lub naszego. Jak znam go dobrze, to nim nadejdzie tego koniec, wielu z naszych odnajdzie gwałtownie swój koniec i nic nie możemy z tym tak naprawdę. To chyba najbardziej mnie denerwuje.

Wiem o tym doskonale i tego się teraz najbardziej obawiam.

Obudził się z wielkim bólem głowy. Wiedział gdzie był i co z nim się stało. Tego zapachu i od głosu nie dało się pomylić z inny miejscem. Był w cholernym szpitalu, a po tym jak się czuł, wiedział, że dali mu coś na sen. Przespał parę godzin, ale czuł się jakby nie spał od dobrych dwóch dni. Nienawidził się budzić w nim. Dotknął twarzy i stwierdził, że nadal miał na twarzy kominiarkę. Musiał znajdować się w szpitalu miejskim w mieście, gdyby jej nie miał oznaczałoby to, że już przewieźli go do szpitala wojskowego i znajdował się na liście jako młody żołnierz, głównie wcielał się w podporucznika, rzadko kiedy porucznika.

Kolejna osoba została skrzywdzona z powodu jego działań. Kiedy zaczynali akcję, nikt nie meldował o jakimś dzieciaku w strefie operacyjnej. Nikt nie dostrzegł kiedy i jak znalazła się, w trakcie tej cholernej wymiany ognia wiele rzeczy mogło zostać nie zauważony, co jakoś nie budziło jego zbyt dobrych przeczuć. Miał nadzieje, że to była największa wpadka w trakcie całej akcji, jakoś nie przejmował się faktem, że dwójka młodocianych morderców zginęli, a nie staną przed sądem i nie odpowiedzą za swoją zbrodnie. Teraz bardziej go interesował los małego dziecka, które leżało gdzieś w tym szpitalu i mogło walczyć o zdrowie i życie. Była to na pewno ostatnia osoba, która z powodu jego niedopatrzeń znalazła się w szpitalu z ciężkimi obrażeniami ciała. Nigdy więcej nie miał zamiaru wiedzieć, że krzywdzi niewinna osobę wykonując pracę.

W szafie znalazł swoje rzeczy, cały ekwipunek, broń, ale również cywile rzeczy i swoje tabletki przeciwbólowe. Przebrał się w cywilne ubranie, miał dość szpitalnego stylu, który był do niczego. Wychodząc łyknął dwie tabletki, miał nadzieje, że mu pomogą, bo miał zdecydowanie dość tego dzwonienia w uszach. Nie mógł zebrać nawet myśli, a miał nad czym myśleć.

Stojący przed drzwiami do jego pokoju agent był bardzo zdziwiony, kiedy drzwi otworzyły się, a ranny agent wyszedł na korytarz. Szok nie trwał zbyt długo, ale jemu wystarczyło, aby wmieszać się ruch panujący na nim i polowi zacząć znikać jemu z oczu.

Agent Trinity opuścił swój pokój! rzucił rozpaczliwie do radia.

Sam nie wiedział co miał zrobić, czy stać nadal przed drzwiami do pustego pokoju, czy ruszyć dzikim pędem za. Stwierdził ostateczności, że poczeka na jakieś rozkazy od szefa, nie chciał bardziej nawalić. A wejście mu w drogę może przyczynić się do tego, że sam będzie potrzebował tego cholernego pokoju i łóżka.

Who nie miał pojęcia co zrobi w tym stanie, nie miał zamiaru pozwolić mu opuścić szpitala bez konsultacji tego z nim i lekarzem. Banda białych zabójców wciąż debatowało nad wynikami badań agenta. Poszukiwali czegoś, czego nie było, lub było, tylko oni nie wiedzieli gdzie to było.

Czy jest uzbrojony?

Nie, nie widziałem, sir.

Więc sprawdź jego rzeczy!

Agent nie miał zamiaru bardziej się narażać i szybko wykonał polecenie.

Całe jego uzbrojenie zostało na miejscu.

Z jednej strony był to dobry znak, ale nie oznaczało, że można było go tak lekceważyć i bez tych swoich zabawek był bardzo niebezpieczny i mógł dopaść każdego, gdyby tylko miał ku temu ochotę.

Spojrzał na leżącą w łóżku dziewczynkę. Kiedy sama spała lekarze walczyli o jej zdrowie, bo jak się dowiedział od samego początku życiu małej nic nie zagrażało. Postrzał był jednak paskudny i uszkodził mięśnie, co mogło spowodować, że nie odzyska sprawności w kończynie i będzie miała problemy z poruszaniem się o własnych siłach.

Lekarz jak tylko zobaczył jego legitymacje służbową nie miał żadnych wielkich tajemnic na temat stanu zdrowia dziewczynki. Jego słowa, widział w oczach agenta, że sprawiają mu ból, ale jakoś nie miał odwagi spytać czy z nim wszystko w porządku. Od momentu pojawienia się agentów federalnych szpitalu cały personel zaczął uważać co mówią i przy kim nie mogli sobie pozwolić na jakiekolwiek problemy z nimi. Nie zadawał zbyt wielu mu pytań, raczej powściągliwe na temat stanu zdrowia pacjentki i możliwej jej rehabilitacji. Nie drgnęła mu nawet powieka, gdy powiedział jakie to będą koszty i jak długo trzeba będzie je ponosić, aby mała odzyskała pełną sprawność w postrzelonej kończynie.

Po skończonej rozmowie przyglądał się przez dobry kwadrans rannej i zapłakanym rodzicom, lekarz stał i obserwował agenta. Żal mu było jego, był młody, a w jego oczach widział ciężar życia jaki spotykał u ludzi po sześćdziesiątce. Musiał brać udział w akcji i w jakiś nie wyjaśniony do końca powodzie poczuwał się do odpowiedzialności z powodu rannej. Nie miał ochoty się pytać, bał się uzyskanej odpowiedzi.

Pieniądze się nie liczyły, miał ich tyle, że nawet nie odczuje braku podanej sumy przez lekarza, przez cały okres rehabilitacji. Wiedział, że dobrze robi, choć czuł się źle, że mógł zrobić tak mało. Nie mógł cofnąć czasu i nie dopuścić, do tego, że została ranna. Mógł zrobić za to coś innego, a mianowicie nie dopuścić, aby taka sytuacja się kiedykolwiek powtórzyła. To był drugi przypadek, kiedy została ranna osoba, dziecko, w trakcie wykonywania przez niego obowiązków służbowych. Trzeci przypadek mógł się okazać śmiertelny. A z tym ciężarem nie wyobrażał sobie życia. Tak to była ostatnia jego ofiara.

Wsiadł do windy i zjechał na parter, kiedy tylko drzwi się otworzyły nie rozglądając się ruszył do wyjścia, nie spodziewał się zbyt wielkich trudności ze strony kolegów po fachu. Wyjścia jak zapewne zdawał sobie sprawę zostały obstawione w kilka sekund po podniesieniu alarmu. Spodziewali się, że będzie chciał się za wszelką cenę wyrwać się ze szpitala, jeśli nawet miał się przebijać prze ich kordon.

Upływał cenne minuty, a po nim, ani śladu. Zaczęli się obawiać, że spóźnili się i on był już daleko z stąd śmiejąc się z nich i powolnego działania. Żaden agent nie alarmował o pojawieniu się nie frasobliwego kolegi, który zamiast leżeć w szpitalnym łóżku wybrał się na spacer.

Dostrzegł go zanim on zobaczył jego. Stał tuż przy drzwiach i dokładnie się przyglądał się każdemu kto wychodził, brano pod uwagę, że przebrał się w celu zmylenia agentów. Miał sporo czasu, zakładając, że jeszcze gdzieś był na terenie szpitala na zmianę swojego ubioru, a nawet wyglądu. Nie bawił się w żadne podchody. Szedł twardo przed siebie nie obawiając się zupełnie niczego i nikogo, co miało zostać postawione, już dawno postanowił. Musiał tylko to zrealizować.

Stojący przy drzwiach agent zobaczył, gdy do wyjścia miał może jakieś pięć metrów. Od razu zameldował, że go widzi i ruszył, aby zatrzymać tak długo jak się da.

To był pierwszy i jedyny błąd jaki zrobił. Nic nie mógł zrobić, aby go powstrzymać. Na pewno nie leżąc rozciągnięty na podłodze bezbronny i próbując zaczerpnąć trochę powietrza. Mógł tylko obserwować jak odchodzi i wzywać resztę, aby oni jakimś cudem go zatrzymali.

Młody stanął przed nim. Spojrzał na niego, widać nie był w najlepszej formie w swoim życiu, ale i tak gdyby tylko chciał to by go położył na ziemi, a on nie miałby w tej sprawie nic do powiedzenia. Chciał tylko kupić czas, aby reszta zdążyła się zjawić, tylko wspólnymi siłami mogli go zatrzymać modląc się, aby nikomu nie stał się jakaś krzywda.

Kiepsko wyglądasz, powinieneś zostać w łóżku. stwierdził zgodnie z prawdą.

Dzięki za dobrą radę, ale jest ze mną wszystko jak należy. odparł spokojnie.

Kiedy zbierałem cię z ziemi przed paroma godzinami na takiego nie wyglądałeś, zupełnie tak samo jak teraz. Martwimy się o ciebie, mówię poważnie.

Jestem dużym chłopcem i potrafię o siebie zadbać jak należy, bez obaw.

Ty tak twierdzisz. Gdzie masz zamiar się udać?

Napić się i załatwić sobie bilet do ciepłych i spokojnych krajów. Jestem trochę zmęczony, muszę zrobić sobie małe wakacje, tak na pięć lat.

Uśmiechnął się. Widział za nim idącą Pretorian z Who i kilkoma ludźmi, którzy szykowali się na najgorsze. Swoje zrobił. Siadł na masce samochodu.

Zabierz mnie ze sobą, te które planowałem jakoś nie wypaliły, a miałem świetny plan.

Odwrócił się i zobaczył to czego się spodziewał. Frankiln był porządnym kumplem i cholernie dobrym agentem i tylko dlatego nie próbował przejść obok niego, gdy zagadywał jego. Wiedział od samego początku co się dzieje, nie urodził się wczoraj, tylko jakiś czas temu i znał najlepiej z nich zasady gry, w której brali udział i nie miał zamiaru ich jak na razie zmieniać.

A ty nie powinieneś być w łóżku? spytał Who.

Zbyt mi śmierdzi szpitalem.

Przecież to szpital, nie spodziewałeś się chyba jakiś super zapachów. Co ty robisz Trinity?

Wzruszył obojętnie ramionami. To co miał zamiar zrobić nie powinno zwłaszcza Who obchodzić, nie maił zamiaru pozwolić, aby ktokolwiek mu stanął na drodze do realizacji, tego co sobie założył. Jeśli będą chcieli go powstrzymać to nie skończy się to zbyt przyjemnie dla nich, ani dla niego. Nie chciał, aby ktokolwiek jeszcze cierpiał.

Idę się przewietrzyć. Jutro, jak tylko otworzą banki, mają przelać sto tysięcy na specjalne konto, z którego pokryje się wszystkie koszty leczenia dziewczynki. Cholera, nawet nie wiem jaki się nazywa. Mniejsza o to teraz. To ostateczna decyzja, której nie zmienię. Mam ochotę się napić i przemyśleć kilka spraw.

Powinieneś leżeć w szpitalu, lekarze muszą ciebie zbadać!

I tak nic nie znajdą, bo mi nic nie jest.

Pieprzenie! ryknął na niego co zdarzyło mu się po raz pierwszy, tak bynajmniej mu się wydawało. Obaj wiemy, że to jedne wielkie pieprzenie o tym, że tobie nic nie jest.

Wzruszył po raz kolejny ramionami nie przejmując się tym co powiedział, a zwłaszcza w jaki sposób. Doskonale wiedział, że Who słynął z tego, że jest opanowany i nie ma zwyczaju się wściekać, a jeśli mu się to zdarzało, to był nieziemsko wściekły.

Pan to wie, ja to wiem, szefostwo nic nie widzi. Niech będą dalej ślepi i głusi, jeśli tylko mają na to ochotę. Ja jestem cholernie zmęczony i nie mam już sił na nic. Pan jest spoko, oni jak zwykle muszą coś spieprzyć, ale spoko. Jadę się napić i przemyśleć co mam ze sobą zrobić. Niech nikt nie jedzie za mną, tak będzie lepiej dla jego dobra. Proszę pamiętać o tym koncie dla niej. Sprawdzę. A teraz przepraszam najmocniej.

Minął Franklina, który nawet nie próbował go zatrzymywać. Nie było sensu walczyć z nim. Jedyne co mogli zrobić, zrobili, pozwolili mu odjechać, choć nie tak sobie wyobrażali całą sytuacje. Nie dało się go nakłonić, aby wrócił do łóżka. Użycie siły, nie było rozwiązaniem, tylko popsułoby jeszcze bardziej i tak słabą pozycje ich.

Zaklął siarczyście po japońsku, co zdarzało mu się nieczęsto i głównie, gdy był sam, a nie przy sporej grupie agentów. Wiązanka była na tyle głośna, aby usłyszał ją każdy agentów, ale żaden nie miał pojęcia co mówił, tylko mogli się domyślać o co mu chodziło i jak bardzo były to nie miłe słowa.

Co on może teraz zrobić? spytał Pretorian.

Napić się. odparła szybko i jednoznacznie, ale nie takiej odpowiedzi się spodziewał po niej. Może się udać wszędzie i zrobić co tylko będzie chciał, nie ma obecnie mocnych na niego. Każdy jego profil psychologiczny nadaje się tylko do śmieci. On sam do końca nie wie, co zrobić z sobą. Obserwacja jego będzie jak najbardziej rozważnym posunięciem jakie możemy teraz zrobić, ale jak najbardziej niebezpiecznym i odradzam je. Nie rozpłynie się we mgle. Za jakieś dwadzieścia cztery godziny wypłynie gdzieś na powierzchnie. Teraz możemy zrobić jedną rzecz, przygotować się na to co będzie dalej. Może być tak, że…

Rozumiem doskonale o co ci chodzi. Jeszcze dziś pogadam z każdym, kto będzie tylko chciał mnie wysłuchać. Trzeba przygotować się na najgorszy wariant.

Tak.

Młody, zostajesz tu do odwołania.

Tak jest, choć nie wiem po co mogę się tu przydać.

Może i wiedział po co, ale nie chciał o tym powiedzieć głośno, gdyż obawiał się takiej sytuacji jak niczego i nikogo innego. Oznaczać mogła jego sromotny koniec, a życie tak bardzo mu się podobało i nie chciał się przed wcześnie się z nim żegnać. Był jedynym agentem, który brał udział wraz z Trinity polowaniach na zdrajców. Poznał sposób jego działania i ta wiedza mogła się przydać w polowaniu na niego. A taką opcje, ale trzeba było założyć.

Cholera, wiesz co to oznacza?

Pretorian kiwnęła głową, zdawała sobie sprawę jak nikt inny, nie licząc Who i właśnie jego. Jeśli każą zlikwidować Trinity oznaczać będzie to długą listę strat. Zdecydowanie dłuższą od tej, która wyszłaby po sumowaniu wszystkich zabójstw jakie do tej pory miały miejsca po tym jak któryś z agentów zdradził. Nawet nie chciała sobie wyobrażać tej liczby.

Będzie nie dobrze. Módl się, aby wszystko poszło jak najlepiej.

Jestem niewierzącym.

To może najwyższa pora, abyś się nawrócił?