LONDYN, WIELKA BRYTANIA
- Ciebie też?
Kiwam głową. Na razie nie mogę wykrztusić ani słowa. Ściska mnie w gardle. Boję się, że głos mnie zawiedzie, jeśli się odezwę.
- Zasrani popaprańcy!
Greg z pasją kopie w ścianę. Nigdy nie słyszałem od niego takich wyrażeń. Ale po tym, co się stało… W zasadzie to całkiem zrozumiała reakcja. W pełni się z nim zgadzam.
- John. Przykro mi.
Tak, mnie też. Ponownie kiwam głową.
- Co masz zamiar robić?
Wzruszam ramionami. Powinienem iść. Nie ma o czym gadać. Chcę tylko jednego: dotrzeć do domu, zanim nie minęło działanie środków uspokajających.
… Co to? Jakieś brzęczenie.
Żżżżż…
Żżżżżnnn…
Żżżnnnuuusssonnuuć…
John Watson, obudź się!
Co jest…?
Jak się pan czuje? Wie pan, kim jest?
Głos jak z rury… Molly? Molly Hooper? Skąd…
Świecą mi w oczy, coś wstrzykują, wyjmują kateter z tętnicy szyjnej… Czy ja umieram?
Szlag! Raptem wymiotuję prosto na kołdrę. I znowu. I jeszcze raz. Dopóki nie zaczynam się dusić.
- Wszystko w porządku, doktorze Watson. Wszystko w porządku.
Zabierają kołdrę. Dają mi pic. Doktor Hooper patrzy na mnie badawczo i z jakiegoś powodu z przestrachem.
- Czy pan wie, kim jest?
Co to za gierki? Czego ona chce? Co tu się dzieje?
- John Watson. Lekarz wojskowy, chirurg. Kapitan Piątego Pułku Strzelców Northumberlandzkich armii jego królewskiej mości. Emerytowany. Pracownik MI5. Ochroniarz głównego analityka MI5, Sher…
Sherlock!
- Gdzie jest Sherlock?! W porządku z nim? Gdzie on jest?
Molly odwraca oczy.
- Doktor Hooper, proszę odpowiedzieć! Gdzie jest Sherlock Holmes? W jakim jest stanie?
Teraz nie jest ważne, jak się tu znalazłem. Może ludzie Mycrofta w Pakistanie nas wyciągnęli. Nieważne. Gdzie jest Sherlock? Miał wielokrotne złamania i rany. Muszę go zobaczyć. Natychmiast.
- John… Niech mi pan po prostu pozwoli wykonywać moją pracę. Dowie się pan wszystkiego w swoim czasie.
Wygląda, jakby czuła się winna. Co z Sherlockiem? Boże!
- Molly… Proszę… On żyje? Wszystko z nim w porządku? Gdzie jest? Mogę go zobaczyć?
- Proszę, niech pan zachowa spokój, panie Watson. Jak się pan czuje?
- Doskonale! Głowa mi pęka. Gdzie jest Sherlock? Albo ja sam…
- To niebawem przejdzie. Zakłócenia widzenia?
- Nie.
- Proszę spróbować usiąść.
Próbuję. Kręci mi się w głowie. Do diabła z nią.
- John, może pan powiedzieć, gdzie się znajduje?
Oglądam pokój. Majak…
- Barts. To sala, w której zakwaterowano nas z Gregorym Lestrade'em na czas badań dwa miesiące temu.
Dziwne, że Barts jeszcze istnieje. I Barts, i Londyn, i wszystko to…
- Dobrze, John.
Molly daje komuś znak. Ktoś wychodzi, zostajemy sami.
- Sherlock jest w Barts. To wszystko, co mogę teraz powiedzieć. Resztę powie panu doktor Stamford.
Mike? Co to za farsa? Co z Sherlockiem? Do diabła ze wszystkim! Jeśli został kaleką, jeśli oszalał, nawet jeżeli nigdy mnie nie rozpozna, zostanę z nim. Na zawsze.
- John, nadal pana boli głowa?
- Nie.
Dziwne, ale ból odszedł. I mdłości, i duszność. Czuję nieznaczne drżenie rąk i nóg. To pewnie też przejdzie.
- John, proszę spróbować wstać.
Wstaję.
- Dobrze. Zaraz pójdziemy do doktora Stamforda. Ale przedtem proszę wziąć prysznic i przebrać się.
- A Sherlock? Czy mogę…?
- Po rozmowie z doktorem Stamfordem. To… formalność.
Dlaczego ona unika patrzenia mi w oczy?
Dobrze. Wiem, że Sherlock żyje. To najważniejsze. Co by mnie nie czekało, czego bym nie uważał za najgorszy wariant – on żyje. Mój najdroższy…
Idę pod prysznic. To dobry pomysł. Jakieś wariactwo, ale moje spodnie od piżamy są całkowicie przemoczone. Co to… sperma? Nie. Mocz. Dlaczego nie założyli mi cewnika? O Boże! Co się ze mną działo? Biorę prysznic. Myślę o tym, co się wydarzyło w Pakistanie. I jak na to zareaguje Sherlock. A jeśli nie będzie chciał mnie więcej widzieć? Boże, proszę, tylko nie to!
Wracam do sali. Łóżko już jest zasłane, a na nim leży moje ubranie. Dziwne, że wybrali ten sam sweter, w którym byłem poprzednim razem w Barts. Niezły żart. Gdzie chusteczka? Chusteczka Sherlocka. Zawsze noszę ją ze sobą. Niech ich wszyscy diabli! Może pomyśleli, że to jakaś brudna szmata! Idioci!
Spokojnie. Spokojnie. Najważniejsze, że Sherlock żyje. Chustka może być gdziekolwiek. Na przykład w naszym mieszkaniu.
Ubieram się, wychodzę z sali. Idziemy z Molly do drugiego skrzydła, gdzie jest cholerna masa systemów ochrony. Całkiem inaczej, niż w tej części budynku, gdzie byłem przedtem. Jakbym nagle znalazł się w bazie wojskowej. Molly cały czas milczy. Wszystko, co mogę z niej wydobyć to: „Sherlock nie umarł. Pan przecież to wie". Osądza mnie? Do diabła z nią. Mam ochotę kogoś walnąć.
Przychodzimy do gabinetu Mike'a. Molly mnie zostawia. Oglądam umeblowanie. W ciągu dwóch miesięcy życia z Sherlockiem przyzwyczaiłem się zwracać uwagę na wszystko. Jednak tutaj nie trzeba mieć szczególnego talentu, żeby wywnioskować, że staruszek Mike to szycha. Albo uważa się za diabli wiedzą kogo. No-no… ogromne dębowe biurko, karafka z whisky (jakoś jestem pewien, że whisky jest prawdziwa), kupa technicznych ustrojstw… Podczas naszych rzadkich spotkań Mike nigdy nie opowiadał, czym się zajmuje. Nigdy nie wyróżniał się szczególnymi zdolnościami. Jednak widać znalazł swoje miejsce. Nie tak, jak ja. Ja zawsze rwałem się do przodu. Ale teraz jestem zadowolony ze swojego życia. Wszystko zrobiłem jak trzeba. Będę żyć z Sherlockiem do końca świata. Wiem, że mi wybaczy Pakistan. Ostatecznie wszyscy pozostali przy życiu. Pewnie ludzie Mycrofta wytłukli wszystkich, zanim… A ja po prostu zemdlałem.
Cholera, gdzie on się podziewa? Chcę załatwić to, co chce mi powiedzieć Stamford, cokolwiek by to nie było, i być razem z Sherlockiem. O Boże. Przeszliśmy przez piekło. Chcę go objąć. Na pewno nie wypuszczę go bardzo długo. Co z jego rękami? Mój biedny chłopiec… Jak ja się za tobą stęskniłem…
Drzwi się otwierają. Na progu gabinetu staje promienny, rumiany Mike, we własnej osobie.
- O, John! No jak tam, odpocząłeś?
- Odpocząłem…?
- Nie bierz do głowy. To taki żart. Do użytku wewnętrznego.
Stamford podchodzi do okna, rozsuwa zasłony. Pokój zalewa światło słoneczne. Chyba jest rano.
Mike zaciera dłonie, odkasłuje. Usmiecham się. Zawsze przypominał mi sytą, ruchliwą świnkę morską. A w ostatnich latach jeszcze bardziej pookrąglał i wyłysiał. Ja się czuję młody obok Sherlocka. Gdzie on jest?
- Mike, chciałbym…
- Nie, nie, nie, John! Mój drogi! Jak się czujesz?
- Świetnie. Wspaniale. Mike, ja…
- Tak, John. – Stamford obrzuca mnie oceniającym spojrzeniem, waha się chwilę, a potem wyjmuje z szuflady teczkę z dokumentacją. Moje dossier. Z wierzchu na teczce zwykłym spinaczem przyczepiona jest moja fotografia. – Biurokracja, rozumiesz. Potrzebuje, żebyś złożył podpisy na dwóch dokumentach. O zachowaniu tajemnicy państwowej i o tym, że nie żywisz pretensji do pracowników Barts.
Podpisuję papiery bez czytania.
- Dobrze, John. Dziękuję. – Mike składa dokumenty do teczki, wkłada ją z powrotem do szuflady i zamyka na klucz. Nagle staje się bardzo poważny. Chyba nigdy go takim nie widziałem. – Tak więc, zaczynamy. Opowiem ci o Sherlocku.
W mej piersi rodzi się nieprzyjemny chłód, ale przypominam sobie: Sherlock żyje i jest w Barts. Niebawem go zobaczę.
- John. Przede wszystkim – dostałeś zastrzyk ze środkiem uspokajającym. Twoje reakcje w tej chwili są trochę wyhamowane. To, czego zaraz się dowiesz, jest nadzwyczaj skomplikowane i trudne do przyjęcia. Poza tym, może wywołać stres. A także, w rezultacie – agresję. Odznaczasz się godnym pozazdroszczenia opanowaniem i odwagą. Dlatego jestem pewien, że nie użyjesz wobec mnie przemocy. Jednak jestem zmuszony cię uprzedzić: mam pod ręką guzik wezwania ochrony. Czekają teraz pod drzwiami. Niestety, w tym gabinecie już różne rzeczy się działy… Tak więc, proszę, John… Zachowaj spokój.
- Mike, co ty za bzdury gadasz?
Stamford przeobraża się. Wygląda na twardego i nieubłaganego.
- Kapitanie Watson! Oficjalnie powiadamiam pana, że przeszedł pan test lojalności wobec Wielkiej Brytanii i jego królewskiej mości. Wynik testu uznano za niezadowalający, co skutkuje odmową dalszego szkolenia w służbie MI5.
- Jaki test, Mike? Jakie szkolenie? Przecież ja już dawno…
- Panie Watson, proszę podejść do okna.
- Mike, co ty mówisz? Co tu się, u diabła, dzieje?
- John, proszę cię. Po prostu podejdź do tego cholernego okna.
Dobrze. Mam wrażenie, że uczestniczę w jakiejś pieprzonej sztuce teatralnej. Teatr absurdu.
Podchodzę do okna. Patrzę. Widok jak widok. Co dalej?
- John, nic cię tu nie dziwi?
Wszystko mnie dziwi. Przede wszystkim to, że Stamford chyba zbzikował.
- Proszę, spójrz jeszcze raz. Zwróć uwagę na drzewa.
Farsa. Patrzę. Zwykłe drzewa. Kołyszą się. Wiatr zrywa z nich żółte liście, które lecą… Stop.
- Tak, John… Pewnie już zrozumiałeś, że jest jesień.
Szlag. Ostatnie, co pamiętam to piekielna Gwiazdka w Pakistanie.
- Mike… Byłem w komie?
- Tak, byłeś. Dokładnie przez dwie godziny i jedenaście minut. W sztucznie indukowanej komie drugiego stopnia. Jak możesz zauważyć, nie rozwinęła się u ciebie atrofia mięśni. Teraz jest jesień. Jesień 2112 roku. Ty i Gregory Lestrade przyjechaliście do Londynu, żeby przejść badania medyczne w Barts. Tak wam powiedziano. Przyjechaliście wczoraj, John. Skierowano was tutaj po ogólnym testowaniu w Bletchley Park. Wasz profil psychologiczny, zestawiony przez… hm… Ellę, a także pewne osobliwości waszego zachowania zmusiły nas do sprawdzenia was w… mierniku lojalności, jak to nazywamy.
- Mike…
- Usiądź. Mogę ci zaproponować wodę lub whisky.
- Nie. To niemożliwe.
- To możliwe, John. Wszystko jest możliwe. W końcu zrozumiesz. Zacznijmy od tego, że… Jakie obrażenia otrzymałeś w Pakistanie?
- Oparzenia. Cięcia. Złamanie nogi. Wstrząśnienie mózgu. Wyrywano mi paznokcie.
Mike wymownie patrzy na moje ręce. Opuszczam wzrok – tak. Żadnych uszkodzeń. Obmacuję nogi. Ani śladu złamania. Kiedy szedłem tutaj, nie utykałem.
- Możesz iść do lustra i przekonać się, że nie masz na ciele blizn – poza tą, z którą do nas wczoraj przybyłeś.
Już zrozumiałem. To zbyteczne.
- Tak więc, wczoraj w czasie snu obu wam wprowadzono preparat. Przeszliście test i zostaliście pomyślnie wyprowadzeni ze śpiączki.
Milczę. Stamford ciągnie dalej.
- Cel testowania przy pomocy aparatury REST to określenie stopnia lojalności obiektu i jego zdolności działania w określonych warunkach, związanych z zagrożeniem bezpieczeństwa narodowego. W czasie testu badany trafia do wymodelowanej przez nas rzeczywistości i nawiązuje silną więź emocjonalną z szablonem.
- Z czym…?
- Z szablonem. Dokładnie tak. Dalej badany przechodzi testy-matryce. Najczęściej jest ich trzy: test z zakładnikiem, test na wytrzymałość i na wybór priorytetu. Tu jest raport doktor Hooper, która zajmowała się tobą i Gregiem. Popatrzmy.
Mike ładuje plik, na przezroczystym monitorze pojawiają się dane.
- Test z zakładnikiem – A z minusem. Zastrzeliłeś terrorystę, a można go było pozostawić żywego. Wytrzymałość na ból – A z plusem. Test na wybór priorytetu – F. Mówiąc wprost, zawaliłeś go. Gdyby to było realne, dzięki twojemu wyborowi Anglia już by nie istniała. Oto dlaczego odsiewają was na REST.
Nie. To szaleństwo. Staram się nie myśleć o tym, co to wszystko znaczy.
- Możesz pytać.
- Mike… Gdzie jest Sherlock?
Ledwo słyszę swój głos.
- Nigdzie, John. Sherlock to szablon. Obraz, który wykorzystaliśmy do stworzenia silnej emocjonalnej więzi, opierając się na danych o tobie. Takich szablonów są dziesiątki. Dzieci, starcy, mężczyźni i kobiety… Nawet psy. Tak, John. Wyobraź sobie. Jeden z badanych skazał na śmierć miliony ludzi, dlatego, że ktoś chciał zabić jego szczenną sukę… I takim typom mamy powierzać tajemnice wagi państwowej?
Mike robi się purpurowy. W oczach ma nienawiść.
- Testujemy was na wasze słabości… Jestem bardzo rozczarowany, John.
- Rozumiem. To test na to, czy potrafimy zabić naszych ukochanych. Oto, czym się tutaj zajmujesz.
Mike macha niedbale ręką.
- Nazywaj to jak chcesz.
- To… okrutne.
- Zeitgeist. Duch czasów. Nie mamy czasu, żeby się cackać. Nasze szanse, żeby wygrać tę wojnę, są bliskie zeru. Wiedziałeś, na co się piszesz, John.
- To ty mnie wezwałeś.
Mój głos brzmi obco, głucho. Wciąż jeszcze nie chcę sobie uświadomić, co to wszystko znaczy. Nie. Nie chcę.
- Pasował nam twój profil: doświadczenie wojskowe, wysoki współczynnik intelektu, brak stałych więzi socjalnych. Myślisz, że ciągniemy wszystkich jak leci prosto z ulicy do Bletchley? Byłeś idealnym kandydatem. Brakuje nam sensownych ludzi. Ale niestety, John. Procedury ścierania wspomnień nie istnieją. Poza tym powinieneś pamiętać, że jesteś potencjalnym dezerterem i zdrajcą. Będziesz musiał z tym żyć. Przykro mi to mówić, a i ty sam tak nie uważasz, ale… Pewnych rzeczy lepiej nie pamiętać. Wróć do życia. Do tego, co umiesz najlepiej. Do tego, co nie jest związane z tajemnicami państwowymi. Wiem, że twój pułk znów zaczął się formować… A, i jeszcze coś. Mieliśmy kilka samobójstw osób, przechodzących testy na REST. Nie radzę. To nie jest tego warte. To wszystko nie wydarzyło się w rzeczywistości, John… A jeśli przyjdzie ci do głowy rozgadać o nas przez Intel – nie da rady. Kontrolujemy prasę. I możemy urządzić jakiś nieszczęśliwy wypadek… Masz jeszcze jakieś pytania?
- Mike… Przerzuć mnie tam. Wszystko naprawię.
- Oczywiście, że nie. Ty nie chcesz niczego naprawiać, John. Ty chcesz się zobaczyć ze swoim szablonem. Wykluczone.
- W takim razie… Opowiedz mi o nim. Opowiedz mi o Sherlocku.
- O szablonie, John. O szablonie.
Rest (ang.) — odpoczynek, spokój, sen.
CIĄG DALSZY NASTĄPI
