Rozdział 21: Racjonalizacje

Hermiona Granger obawiała się, że schodzi na drogę Zła.

Zwykle łatwo było odróżnić Zło od Dobra; nigdy nie rozumiała, dlaczego ludzie mieli z tym tyle problemów. W Hogwarcie do Dobrych należeli profesorowie Flitwick, McGonagall oraz Sprout, a do Złych profesorowie Snape, Quirrell oraz Draco Malfoy. Harry Potter… to był jeden z tych rzadkich, nieoczywistych przypadków. Wciąż nie była pewna, po której stronie stał.

Z kolei jeśli chodziło o nią samą…

Dobijanie Harry'ego Pottera sprawiało jej za dużo frajdy.

Szło jej lepiej w każdej dziedzinie (może oprócz latania na miotle, ale to jak w-f, więc się nie liczy). Niemalże codziennie dostawała prawdziwe punkty domu, nie za jakieś dziwaczne heroiczne wyczyny, ale za mądre rzeczy, takie jak szybka nauka zaklęć i pomaganie innym uczniom. Wiedziała, że to są lepsze punkty, a w dodatku Harry Potter również o tym wiedział. Widziała to w jego oczach za każdym razem, kiedy dostawała prawdziwy punkt.

Dobrzy ludzie nie powinni czuć tyle radości z wygranej.

Zaczęło się już w pociągu, chociaż w zamieszaniu trochę to trwało zanim ich stosunek wobec siebie się ustalił. Dopiero później, wieczorem, Hermiona zaczęła rozumieć, jak dokładnie ten chłopak ją sobie owinął wokół palca.

Zanim spotkała Harry'ego Pottera nie znała nikogo, kogo chciałaby zmiażdżyć. Jeśli komuś szło gorzej niż jej, należało mu pomóc, a nie się puszyć. Na tym polegało bycie Dobrą.

A teraz…

…teraz wygrywała, Harry Potter wzdrygał się za każdym razem, kiedy dostała punkt i sprawiało jej to tyle frajdy, że jak pomyślała o tym, jak rodzice ostrzegali ją przed narkotykami, to teraz było więcej frajdy.

Zawsze lubiła, jak nauczyciele się uśmiechali po jej dobrej odpowiedzi. Zawsze lubiła widzieć długi rządek plusów przy doskonałych odpowiedziach na teście. Ale teraz, jak tylko szło jej dobrze na lekcji, mimochodem oglądała się na Harry'ego Pottera, który zgrzytał zębami i miała ochotę tańczyć i śpiewać niczym w filmie Disneya.

To było Złe, prawda?

Hermiona obawiała się, że schodzi na drogę Zła.

A potem zaświtała jej myśl, która przegoniła wszelkie troski.

Pomiędzy nią i Harrym zakwitało Uczucie! Oczywiście! Wszyscy wiedzieli, że kto się czubi. Zalecali się do siebie! I nie było w tym nic Złego.

Nie mogła po prostu cieszyć się, że rozkładała na łopatki najpopularniejszego ucznia w szkole, kogoś, kto był w książkach i mówił jak książki, chłopca, który jakimś cudem pokonał Czarnego Pana i w dodatku rozgniótł profesora Snape'a na miazgę, chłopaka, który, jakby to powiedział profesor Quirrell, dominował nad wszystkimi pierwszorocznymi Krukonami oprócz Hermiony Granger, która dokumentnie druzgotała Chłopca-Który-Przeżył we wszystkich przedmiotach oprócz latania na miotle.

Bo to by było Złe.

Nie. Chodziło o Uczucie. Oto chodziło. To dlatego się kłócili.

Hermiona była zadowolona, że zdążyła to odkryć przed sobotą, kiedy to Harry miał przegrać ich konkurs czytelniczy, o którym wiedziała cała szkoła i w związku z tym chciała tańczyć z czystej i niepowstrzymanej radości.

Była już 14:45 w sobotę, a Harry Potter był w połowie „Historii Magii" Bathildy Bagshot. Wpatrywała się w swój zegarek, który niemiłosiernie powoli przesuwał się w stronę 14:47.

Cały pokój wspólny Krukonów mu się przyglądał.

Byli tu nie tylko uczniowie pierwszych klas. Plotka rozeszła się jak zaraza, więc połowa wszystkich Krukonów oblegała wszystkie sofy i opierała się o półki z książkami albo siedziała na oparciach krzeseł. Cała szóstka prefektów, łącznie z naczelną. Ktoś musiał rzucić zaklęcie Odświeżające Powietrze, bo by zabrakło im wszystkim tlenu. Pomruk rozmów przycichł do szeptu a następnie do kompletnej ciszy.

14:46.

Napięcie było już nieznośne. Gdyby chodziło o kogoś innego, o kogokolwiek, przegrana byłaby już pewna.

Ale to był Harry Potter, nie można było wykluczyć, że w ciągu najbliższych kilku sekund uniesie rękę i pstryknie palcami.

Ze zgrozą zrozumiała, że Harry Potter naprawdę mógłby to zrobić. Byłoby to w jego stylu. Skończył czytać drugą połowę książki wcześniej…

Poczuła zawroty głowy. Spróbowała zmusić się do oddychania, ale po prostu nie mogła.

Dziesięć sekund i jeszcze nie uniósł ręki.

Pięć sekund.

14:47.

Harry Potter uważnie wsunął zakładkę do książki, którą następnie zamknął i odłożył na bok.

– Z myślą o przyszłych pokoleniach chciałbym zauważyć – powiedział jasnym głosem – że pozostała mi zaledwie połowa jednej książki, a spotkało mnie kilka nieprzewidzianych opóźnień…

– Przegrałeś! – krzyknęła Hermiona. – Przegrałeś! Przegrałeś nasz zakład!

Wszyscy obecni głośno wypuścili powietrze z płuc i zaczęli na nowo oddychać.

Harry Potter rzucił jej Piorunujące Spojrzenie, ale ona pływała na białej chmurce czystej radości i nie mógł jej sięgnąć.

– Czy ty w ogóle wiesz, jaki miałem tydzień? – Zapytał Harry. – Kto inny miałby problem przeczytać osiem bajek!

– Sam wyznaczyłeś termin.

– Nie miałem żadnych logicznych przesłanek – jego spojrzenie piorunowało jeszcze intensywniej – że będę musiał ratować całą szkołę przed profesorem Snape'm, ani że dostanę lanie na lekcji Obrony, a gdybym powiedział ci, na czym straciłem cały czas między siedemnastą, a kolacją w czwartek, powiedziałabyś, że oszalałem…

– Ojoj, wygląda na to, że ktoś tu padł ofiarą złudzenia planowania.

Harry'ego zamurowało.

– A to mi przypomina, że skończyłam czytać pierwszą porcję z twoich książek – powiedziała patrząc na niego niewinnie. Niektóre z nich były trudne. Zastanawiała się, ile on sam spędził nad nimi czasu.

– Któregoś dnia, kiedy odlegli potomkowie Homo sapiens spojrzą wstecz na historię galaktyki i będą się zastanawiać, co poszło nie tak, dojdą do wniosku, że pierwszym błędem było nauczenie Hermiony Granger jak się czyta.

– I tak przegrałeś – Hermiona w zamyśleniu uniosła dłoń do brody. – Teraz pomyślmy, co tak naprawdę przegrałeś.

– Co?

– Przegrałeś zakład – wyjaśniła. – Więc musisz dać fant.

– Nigdy się na to nie zgadzałem!

– Naprawdę? – Hermiona przybrała wyraz udanego namysłu, po czym, jakby właśnie wpadła na pomysł, zaproponowała. – To będziemy głosować. Wszyscy Krukoni, którzy uważają, że Harry Potter ma dać fant, ręka w górę!

– Co? – powtórzył się Harry.

Okręcił się na pięcie i zobaczył las rąk.

Gdyby przyjrzał się uważniej, zauważyłby, że większość z nich należała do dziewcząt i że prawie wszystkie dziewczyny podniosły ręce.

– Stać! – zawył. – Nie wiecie o co poprosi! Nie rozumiecie, w co ona chce nas wszystkich wpakować? Zmusza was, żebyście złożyli zobowiązanie teraz, a potem będzie naciskać, żebyście go dotrzymali, kiedy już powie, czego chce!

– Nie bój się – uspokoiła go prefekt Penelopa Clearwater. – Jeśli poprosi o coś głupiego, możemy po prostu zmienić zdanie. Prawda, ludzie?

I wszyscy, których Penelopa wtajemniczyła w plan Hermiony, pokiwali głowami.


Cicha postać prześlizgnęła się przez chłodne korytarze lochów Hogwartu. Miał się znaleźć w pewnym pokoju o osiemnastej, żeby spotkać pewną osobę, i jeśli tylko mógł, powinien okazać szacunek i pojawić się pierwszy.

Ale kiedy obrócił gałkę i otworzył drzwi do ciemnej, cichej, nieużywanej sali lekcyjnej, cień stał już pomiędzy rzędami zakurzonych ławek. Cień, który trzymał niewielki, świecący na zielono patyk, który dawał tak mało światła, że z ledwością oświetlał w ogóle tego, kto go trzymał, a co dopiero cały pokój.

Światło z korytarza znikło, kiedy zamknął za sobą drzwi i oczy Draco zaczęły się przyzwyczajać do słabego blasku.

Cień powoli obrócił się w jego stronę i ukazał twarz tylko częściowo oświetloną dziwnym zielonym światłem.

Już teraz to spotkanie podobało się Draco. Zostawmy chłodne, zielone światło, dajmy im obu trochę więcej wzrostu, kaptury i maski, przenieśmy ich z klasy na cmentarz i mielibyśmy wypisz-wymaluj początek połowy opowieści o Śmierciożercach, które opowiadali znajomi ojca.

– Chcę, żebyś wiedział, Draco Malfoy'u – zimnym i spokojnym tonem powiedział cień – że nie winię ciebie za moją niedawną porażkę.

Draco otworzył buzię w odruchowym proteście, przecież nie było powodu, żeby winić akurat jego…

– Wydarzyło się to głównie przez moją własną głupotę – kontynuowała postać. – Mogłem postąpić inaczej, w każdej sprawie, które wynikła po drodze. Nie prosiłeś mnie o to, żebym zrobił dokładnie to, co zrobiłem. Jedynie prosiłeś o pomoc. To ja nierozsądnie wybrałem akurat taką metodę. Niemniej przegrałem konkurs o połowę książki. Postępek twojego kretyńskiego pupila, przysługa, o którą mnie poprosiłeś, oraz, oczywiście, moja własna głupota, sprawiły że straciłem czas. Więcej czasu, niż ci się wydaje. Czas, który, jak się okazało na końcu, był bardzo istotny. Zatem gdybyś mnie nie poprosił o przysługę, wygrałbym. A tak… przegrałem.

Draco słyszał już o przegranej Harry'ego i o fancie, którego zażądała Granger. Plotka niosła się szybciej niż sowy.

– Rozumiem. Przepraszam – nie mógł powiedzieć nic więcej jeśli chciał, aby Harry Potter pozostał jego przyjacielem.

– Nie proszę o zrozumienie ani o żal – cień nadal mówił z zimnym spokojem. – Jednak właśnie spędziłem pełne dwie godziny w towarzystwie Hermiony Granger, ubrany w to, co mi podano; odwiedzając tak ciekawe zakątki Hogwartu, jak malutki bulgoczący wodospad z czegoś, co wyglądało jak smarki; w dodatku w towarzystwie grupy dziewczyn, które uparły się pomagać poprzez ścielenie naszej drogi transmutowanymi płatkami róż. Byłem na randce, potomku Malfoy'ów. Mojej pierwszej randce. I kiedy zażądam spłaty tej przysługi, zapłacisz.

Draco poważnie pokiwał głową. Przezornie dowiedział się wszystkiego, co mógł, o randce Harry'ego zanim tutaj przyszedł, aby mógł wyrzucić z siebie cały histeryczny śmiech przed spotkaniem. Chichotanie do utraty przytomności byłoby nietaktowne.

– Czy sądzisz, że coś powinno się przytrafić Grangerównie…

– Daj znać Ślizgonom, że Grangerówna jest moja i każdy, kto wetknie nos w moje sprawy znajdzie swoje szczątki rozsiane na terenie obejmującym dwanaście różnych języków. A ponieważ nie jestem Gryfonem i wolę przebiegłość od ataków frontalnych, nie powinni panikować, jeśli zauważą, że się do niej uśmiecham.

– Albo gdyby doszło do drugiej randki? – Draco ukazał odrobinę sceptycyzmu w swoim głosie.

– Nie będzie drugiej randki – oznajmił cień tak groźnie, że brzmiał już nie jak Śmierciożerca, ale jak Amycus Carrow, zanim Ojciec kazał mu przestać, bo nie był Czarnym Panem.

Oczywiście był to wciąż wysoki chłopięcy głosik i gdy połączyło się go ze słowami, które mówił, cóż, po prostu nie robiło to wrażenia. Gdyby jednak Harry Potter został kiedyś Czarnym Panem, Draco schowałby kopię tego wspomnienia w myślodsiewni w jakimś bezpiecznym miejscu i Harry nigdy nie odważyłby się go zdradzić.

– Zajmijmy się teraz przyjemniejszymi sprawami. Mówmy o wiedzy i o władzy. Draco Malfoy'u, mówmy o Nauce.

– Tak, mówmy.

Draco zastanawiał się, na ile widać jego własną twarz w tym dziwnym zielonym świetle.

I chociaż twarz miał poważną, w jego sercu panowała radość.

Wreszcie brał udział w prawdziwej, dorosłej rozmowie.

– Proponuję ci władzę i opowiem ci o tej władzy i jej cenie. Władza bierze się z tego, że wiesz, jak wygląda rzeczywistość i w ten sposób przejmujesz nad nią władzę. Możesz rozkazywać temu, co rozumiesz, i to jest władza tak wielka, że pozwala chodzić po księżycu. Ceną za nią jest to, że musisz się nauczyć zadawać pytania Naturze — oraz, co znacznie trudniejsze — przyjmować odpowiedzi Natury. Będziesz przeprowadzać eksperymenty, badania i obserwować, co się stanie. I musisz przyjąć znaczenie wyników nawet wtedy, kiedy mówią, że się myliłeś. Będziesz musiał się nauczyć przegrywać nie ze mną, ale z Naturą. Kiedy zaczniesz sprzeczać się z rzeczywistością, musisz pozwolić rzeczywistości wygrać. Będzie to bolesne i nie wiem, czy podołasz. Skoro już poznałeś cenę, czy wciąż chcesz nauczyć się ludzkiej władzy?

Draco nabrał powietrza w płuca. Zastanawiał się nad tym. Trudno było znaleźć inną odpowiedź. Otrzymał polecenie, aby wykorzystać każdą sposobność do nawiązania przyjaźni z Harrym Potterem. A to była tylko nauka, nie obiecywał, że cokolwiek będzie robić. No i mógł w każdej chwili przerwać lekcje…

Cała sytuacja z daleka śmierdziała pułapką, ale szczerze mówiąc Draco nie mógł sobie wyobrazić, co złego by się mogło stać.

W dodatku Draco tak jakby chciał rządzić światem.

– Tak – odpowiedział.

– Wspaniale – odparł cień. – Miałem dosyć pracowity tydzień i zaprojektowanie twojego programu nauki zajmie mi trochę czasu…

– A ja mam wiele spraw do załatwienia w celu utrwalenia mojej władzy w Slytherinie. Nie wspominając już o pracach domowych. Może po prostu zaczniemy w październiku?

– Brzmi rozsądnie, ale chciałem powiedzieć, że zanim zaplanuję twoje nauki, muszę wiedzieć, czego będę cię uczyć. Mam trzy propozycje. Po pierwsze, mogę cię uczyć o ludzkim umyśle i mózgu. Po drugie, mogę cię uczyć o wszechświecie, przekazać tę wiedzę, dzięki której można odwiedzić księżyc. Jest tam wiele liczb, ale dla pewnego rodzaju ludzi te liczby są piękniejsze od całej reszty Nauki. Lubisz liczby, Draco?

Draco pokręcił głową.

– To by było na tyle. Kiedyś nauczysz się matematyki, ale nie od razu. Trzecia ścieżka nauczy cię o genetyce, ewolucji i dziedziczeniu, o tym, co mógłbyś nazwać krwią…

– Ta ścieżka.

– Domyślałem się, że to wybierzesz. Jednak myślę, że będzie to dla ciebie ścieżka najtrudniejsza, Draco – cień pokiwał głową. – Co byś zrobił, gdyby okazało się, że twoja rodzina i przyjaciele, puryści krwi, mówią jedno, a eksperyment co innego?

– Znalazłbym sposób, żeby eksperyment podał właściwą odpowiedź!

Następną chwilę cień poświęcił na zbieranie szczęki z ziemi.

– Cóż – wreszcie powiedział. – To tak nie działa. Przed tym właśnie cię ostrzegałem, Draco. Nie możesz zmusić odpowiedzi, żeby wyszła taka, jak chcesz.

Zawsze można zmusić odpowiedź, żeby wyszła taka, jak chcę – odparł Draco. To była w zasadzie pierwsza lekcja jego pedagogów. – To kwestia znalezienia odpowiednich argumentów.

– Nie – głos cienia napełniał się frustracją. – Nie, nie, nie! Wtedy uzyskasz złą odpowiedź i nie dasz rady dolecieć na księżyc! Natura nie jest osobą. Nie możesz jej naciągnąć, żeby uwierzyła w coś innego. Jeśli spróbujesz mówić, że księżyc jest zrobiony z sera, możesz o tym dyskutować całymi dniami, ale nie zmieni to księżyca! Mówisz o racjonalizacji, to tak jakbyś wziął kartkę papieru i na samym dole napisał „a zatem księżyc jest zrobiony z sera", a potem na górze wypisał wszystkie mądre argumenty. Tymczasem księżyc albo jest zrobiony z sera albo nie jest. Już wtedy, kiedy zapisałeś tę ostatnią linijkę, była ona prawdziwa albo fałszywa. To, czy twoja rozprawka będzie miała wniosek dobry czy zły jest określone wtedy, kiedy go zapisujesz. Jeśli rozważasz kupno drogiego kufra i bardziej podoba ci się ten błyszczący, nie ma znaczenia, jak mądre argumenty pokazujące jego wyższość byś wymyślił, bo prawdziwą regułą było to, żeby wybrać ten błyszczący i nieważne, czy to dobra reguła do oceny kufrów, taki kufer dostaniesz. Racjonalności nie można użyć do poparcie wybranej strony, pozwala jedynie wybrać stronę, której należy bronić. Nauka nie służy do tego, żeby przekonać kogokolwiek, że puryści krwi mają rację, to jest polityka! Władza nauki bierze się z odkrywania tego, jak Natura naprawdę działa i tego nie da się zmienić za pomocą dyskusji! Nauka za to może nam powiedzieć jak naprawdę działa krew, jak naprawdę czarodzieje dziedziczą swoją moc po rodzicach i czy mugolacy są tak naprawdę słabsi czy silniejsi…

– Silniejsi! – krzyknął Draco. Próbował to wszystko zrozumieć, zmarszczył czoło z wysiłku; w pewnym sensie rozumiał jaki mogło to mieć sens, ale w życiu nie słyszał czegoś podobnego. A potem Harry Potter powiedział coś, czego po prostu nie mógł puścić płazem. – Myślisz, że mugolacy są silniejsi?

– Nic nie myślę. Nic nie wiem. W nic nie wierzę. Ostatnia linia na mojej kartce nie jest zapisana. Znajdę sposób, żeby sprawdzić magiczną moc mugolaków i czystokrwistych. Jeśli eksperyment powie mi, że mugolacy są słabsi, będę wierzyć, że są słabsi. Jeśli eksperyment powie mi, że są silniejsi, będę wierzyć, że są silniejsi. Kiedy poznam tę i inne prawdy, uzyskam pewną władzę…

– I chcesz, żebym wierzył we wszystko, co mi powiesz? – zaperzył się Draco.

– Chcę, żebyś sam, osobiście, przeprowadzał eksperymenty – cicho odpowiedział cień. – Czy obawiasz się tego, co ty możesz odkryć?

– Ładna zasadzka, Harry – Draco przez chwilę patrzył na cień przez zmrużone oczy. – Będę musiał ją zapamiętać, takiej nie znałem.

– To nie zasadzka – cień pokręcił głową. – Draco, pamiętaj, że ja sam nie wiem, co odkryjemy. Ale nie można zrozumieć wszechświata kłócąc się z nim albo każąc mu przynieść inną odpowiedź następnym razem. Kiedy zakładasz szaty naukowca musisz zapomnieć o swojej polityce i argumentach i podziałach i stronach. Uciszyć gorączkowe pragnienia swojego umysłu i zapragnąć usłyszeć odpowiedź Natury – cień przerwał na chwilę. – Większość ludzi tego nie potrafi. Dlatego to jest trudne. Może jednak wolałbyś się uczyć o mózgu?

– Jeśli powiem, że wolałbym się uczyć o mózgu – twardo odparł Draco – to wszystkim rozpowiesz, że bałem się tego, co mógłbym odkryć.

– Nie. Nigdy tego nie zrobię.

– Ale mógłbyś sam przeprowadzić te eksperymenty i gdybyś uzyskał złą odpowiedź, nie byłoby mnie tam, żeby cię powstrzymać przed pokazaniem tego komu innemu.

– Najpierw bym zapytał ciebie – cień odpowiedział cicho.

– Naprawdę? – tego się nie spodziewał. Wydawało mu się, że widzi pułapkę, ale…

– Oczywiście. Skąd miałbym wiedzieć, kogo szantażować albo czego żądać? Draco, powtarzam, nie zastawiłem na ciebie pułapki. A przynajmniej nie specjalnie na ciebie. Gdyby atmosfera polityczna była inna, pytałbym „co by było gdyby okazało się że czystokrwiści są silniejsi?"

– Naprawdę.

Tak! Każdy musi zapłacić taką cenę żeby zostać naukowcem!

Draco uniósł dłoń. Musiał pomyśleć.

Oświetlony na zielono cień czekał.

Nie trzeba było się długo zastanawiać. Jeśli odrzucić te wszystkie trudne części… Harry Potter miał zamiar wtrącić się do spraw, które mogłyby spowodować gigantyczny polityczny wybuch i tylko szaleniec by odszedł i pozwolił mu robić to wszystko samemu.

– Będziemy się uczyć o krwi – oznajmił.

– Wspaniale – cień się uśmiechnął. – Gratuluję chęci zadania pytania.

– Dzięki – Draco nie całkiem powstrzymał ironię.

– Hej, a myślisz, że podróż na księżyc była łatwa? Ciesz się, że musisz tylko czasem zmienić zdanie a nie złożyć ofiarę całopalną!

– Ofiara całopalna byłaby dużo łatwiejsza!

Chwila ciszy, po czym cień skinął głową.

– Masz rację.

– Wiesz, Harry – powiedział Draco bez większej nadziei. – Myślałem, że chcemy wziąć wiedzę mugoli, połączyć ją z wiedzą czarodziejów i zostać panami obu światów. Nie byłoby łatwiej uczyć się tych rzeczy, które mugole już wiedzą, jak o tym księżycu i użyć tej władzy…

– Nie – cień gwałtownie pokręcił głową rozsiewając zielone błyski wokół nosa i oczu. Jego głos był ponury. – Jeśli nie możesz nauczyć się właściwej naukowcom sztuki akceptowania rzeczywistości, nie wolno mi cię uczyć tego, co zostało odkryte dzięki niej. To jakby potężny czarodziej mówił ci o wrotach, które nie mogą być otwarte zanim nie udowodnisz swojej inteligencji i siły woli w starciu z mniejszymi zagrożeniami.

Dreszcz przebiegł po plecach Draco. Wzdrygnął się i wiedział, że było to widać w półmroku.

– Dobrze. Rozumiem. – Ojciec opowiadał mu o tym wielokrotnie. Jeśli czarodziej potężniejszy od ciebie mówi, że nie jesteś gotów wiedzieć, nie należy zrzędzić, jeśli życie ci miłe.

– W rzeczy samej – cień pochylił głowę. – Musisz jeszcze coś zrozumieć. Pierwsi naukowcy mugoli nie znali twoich tradycji. Po prostu nie rozumieli pojęcia niebezpiecznej wiedzy i uważali, że o wszystkim należy mówić otwarcie. Kiedy ich odkrycia stały się niebezpieczne, opowiedzieli politykom o tym, co powinno pozostać ukryte… Nie patrz tak, Draco. To nie była po prostu głupota. Musieli byś wystarczająco mądrzy, aby to wszystko wymyślić. Byli jednak mugolami i po raz pierwszy odkryli coś naprawdę niebezpiecznego i nie znali wcześniej tradycji utrzymywania sekretów. Trwała wojna, naukowcy z jednej strony obawiali się, że jeśli nic nie powiedzą, to ci z drugiej strony powiedzą swoim politykom wcześniej… – głos urwał. – Nie zniszczyli świata, ale byli blisko. My nie powtórzymy tego błędu.

– Racja – stanowczo powiedział Draco. – Nie powtórzymy. Jesteśmy czarodziejami i studiowanie nauki nie robi z nas mugoli.

– Właśnie. Stworzymy własną Naukę, magiczną Naukę i będzie ona miała od samego początku mądre tradycje. – Głos dodał surowo. – Wiedza, którą się z tobą podzielę, będzie towarzyszyła rygorom akceptowania prawdy, poziom wiedzy będzie dopasowany do twojego postępu w dyscyplinie i nie podzielisz się nią z nikim, kto jeszcze się nie nauczył tej dyscypliny. Czy się na to zgadzasz?

– Tak – a co miał niby powiedzieć?

– Dobrze. To, co odkryjesz sam, zachowasz dla siebie, chyba że uznasz, że inni naukowcy już o tym wiedzą. Podzielimy się naszą wiedzą ze światem dopiero wtedy, kiedy uznamy, że świat może ją bezpiecznie poznać. I nieważne, jakie będziemy mieć poglądy polityczne, ukarzemy każdego z nas, kto ujawni niebezpieczną magię albo przekaże broń, niezależnie od tego, jaka by się nie miała toczyć wojna. Od dzisiaj taka będzie tradycja i prawo nauki pośród czarodziejów. Zgadzasz się?

– Tak – w sumie zaczynało to wyglądać ciekawie. Śmierciożercy próbowali przejąć władzę udając, że są straszniejsi od reszty, ale wciąż im się jeszcze nie udało. Może była pora zacząć rządzić za pomocą sekretów. – I nasza grupa musi pozostać ukryta tak długo, jak się tylko da i każdy jej członek musi się zgodzić na nasze reguły.

– Oczywiście. Bez wątpienia.

Chwila ciszy.

– Będziemy potrzebować lepszych szat – powiedział cień. – Z kapturami i innymi…

Właśnie o tym myślałem. Nie potrzebujemy całkiem nowych szat, wystarczyłyby peleryny z kapturami. Mam jedną znajomą wśród Ślizgonów, zmierzy cię…

– Ale nie mów jej, po co…

– Nie jestem głupi!

– I na razie, póki jesteśmy tylko we dwóch, żadnych masek.

– Dobra! Ale później powinniśmy mieć jakiś specjalny znak, taki, żeby wszyscy nasi podwładni go mieli, Znak Nauki, na przykład węża zjadającego księżyc na prawym ramieniu…

– To się nazywa doktorat i czy by nie było przez to zbyt łatwo rozpoznać naszych ludzi?

– Eee?

– Wyobraź sobie, że ktoś mówi „dobra, teraz wszyscy podciągają prawy rękaw" i nasz człowiek mówi „ups, sorry, chyba jestem szpiegiem"…

– Zapomnij, że cokolwiek mówiłem – Draco natychmiast się spocił. Potrzebował odwrócić uwagę, natychmiast. – A jak się będziemy nazywać? Naukożercami?

– Nie… – odparł cień. – To nie brzmi dobrze…

Draco starł rękawem krople z czoła. Co też sobie Czarny Pan myślał? Ojciec mówił, że Czarny Pan był mądry!

– Wiem! – cień nagle krzyknął. – Na razie nie zrozumiesz, ale uwierz mi, że to pasuje.

W tej chwili Draco by się zgodził na „Liżących Malfoy'ów", byle tylko zmienić temat.

– Powiedz.

Stojąc pośród zakurzonych ławek w nieużywanej sali lekcyjnej w podziemiach Hogwartu, oświetlony na zielono cień Harry'ego Pottera teatralnie rozłożył ręce i powiedział:

– Dzisiejszy dzień zostanie zapisany jako ten, w którym założono… Spisek Bayesowski.


Cicha postać szła noga za nogą przez korytarze Hogwartu w stronę wieży Krukonów.

Wprost ze spotkania z Draco Harry poszedł na kolację, gdzie połknął tylko kilka kęsów i udał się do łóżka.

Nie było jeszcze 19, ale dla Harry'ego był środek nocy. Poprzedniego wieczora zorientował się, że nie będzie mógł użyć zmieniacza czasu w sobotę przed końcem konkursu czytelniczego. Mógł za to użyć go w piątkowy wieczór i zyskać trochę czasu w ten sposób, więc zmusił się, żeby nie spać aż do 21, a kiedy osłonka się otworzyła, użył pozostałe cztery godziny, żeby cofnąć się do 17 i poszedł spać. Obudził się koło drugiej nad ranem w sobotę, tak jak planował i przez następne dwanaście godzin bez przerwy czytał… A i tak nie zdążył. Przez najbliższe kilka dni musiał chodzić spać cokolwiek wcześnie, zanim jego cykl dobowy dogoni lokalny.

Portret na drzwiach zadał mu jakąś głupią zagadkę przeznaczoną dla jedenastolatków, którą rozwiązał bez jednej świadomej myśli. Harry wtarabanił się do swojego pokoju, narzucił piżamę i padł na łóżko.

Zauważył, że jego poduszka jest dosyć gruzłowata.

Jęknął. Niechętnie się uniósł, obrócił na łóżku i podniósł poduszkę.

Była tam kartka papieru, dwa złote galeony i książka „Oklumencyja: Ukryta sztuka".

Harry wziął kartkę i przeczytał:

Jej, szybko się pakujesz w kłopoty. Twój ojciec ci nie dorównywał.

Zyskałeś potężnego wroga. Snape zarządza lojalnością, uwielbieniem i strachem całego Slytherinu. Nie możesz już ufać nikomu z tego domu, nieważne czy są przyjacielscy czy straszliwi.

Nie wolno ci patrzeć Snape'owi w oczy. Umie czytać w myślach i będzie, jeśli mu to umożliwisz. Załączam ci książkę, która może ci pomóc nauczyć się przed tym bronić, ale nie oszukujmy się, bez nauczyciela nie posiądziesz tej sztuki. Może chociaż nauczysz się wykrywać włamania.

Żebyś miał trochę czasu na naukę Oklumencji dołączam też dwa galeony, bo tyle kosztują gotowce z Historii Magii dla pierwszej klasy (profesor Binns daje dokładnie te same zadania odkąd zmarł). Weasley'owie, twoi nowi przyjaciele, powinni być w stanie dostarczyć ci kopię. Oczywiście nie możesz dopuścić do tego, żeby ktoś cię na tym przyłapał.

Niewiele wiem o profesorze Quirrellu. Jest Ślizgonem i nauczycielem Obrony, to dwa punkty przeciw niemu. Zastanów się kilka razy nad każdą radą, której ci udzieli i nie mów mu niczego, co byś wolał zachować w tajemnicy.

Dumbledore tylko udaje szalonego. Jest nadzwyczaj inteligentny i jeśli podtrzymasz zwyczaj zamykania się w szafach i znikania, domyśli się, że posiadasz pelerynę niewidkę (zakładając, że jeszcze tego nie wymyślił). Unikaj go jak ognia, chowaj Pelerynę Niewidzialności w bezpiecznym miejscu (NIE w sakiewce) za każdym razem, kiedy musisz się z nim widzieć i w ogóle zachowaj w jego obecności daleko posuniętą ostrożność.

Bądź uważny na przyszłość, Harry Potterze.

Święty Mikołaj

Harry gapił się na list.

To wszystko wyglądało na dobre rady. Oczywiście Harry nie miał zamiaru oszukiwać na Historii, nawet gdyby miał zdechłą małpę zamiast nauczyciela. Ale legilimencja Severusa… Ktokolwiek wysłał ten list znał sporo ważnych tajemnic i chciał się nimi podzielić z Harry'm. Niby wciąż ostrzegał, że Dumbledore może chcieć zabrać mu Pelerynę, ale w tej chwili Harry nie miał pojęcia, czy to zły znak, czy po prostu usprawiedliwiona pomyłka.

Najwyraźniej w Hogwarcie toczyła się jakaś intryga. Może, gdyby Harry porównał wersje Dumbledore'a i tego, kto napisał list, mógłby opracować jednolitą, poprawną historię? Na przykład, jeśli obaj się w czymś zgadzali, wtedy

cokolwiek…

Harry wsadził wszystko do sakiewki, podkręcił wyciszacz, naciągnął kołdrę na głowę i padł bez ducha.


W niedzielny poranek Harry jadł naleśniki małymi, raptownymi kęsami i co chwilę spoglądał na zegarek.

Była 8:02, więc dokładnie za dwie godziny i jedną minutę minie tydzień od kiedy spotkał Weasley'ów i wszedł na Peron Dziewięć i Trzy Czwarte.

Przyszła mu do głowy myśl… Nie wiedział, czy była uzasadniona, już nie, ale wydawała się możliwa…

Że…

W tym tygodniu wydarzyło mu się zbyt mało ciekawych rzeczy.

Miał zamiar po śniadaniu pójść prosto do swojego pokoju i schować się w kufrze i z nikim nie rozmawiać aż do 10:03.

Właśnie wtedy zobaczył Bliźniaków. Szli w jego stronę i nieśli coś za plecami.

Powinien uciekać z krzykiem.

Powinien uciekać z krzykiem.

Cokolwiek to było… Mógł to być…

…punkt kulminacyjny…

Naprawdę powinien uciekać z krzykiem.

Harry jednak kontynuował krojenie naleśnika z fatalistycznym uczuciem, że wszechświat i tak się na nim odegra. Nie mógł zebrać sił. Taka była prawda. Wiedział teraz, jak się czuli ludzie zmęczeni bieganiem, zmęczeni próbowaniem ucieczki przed losem, kiedy po prostu padali na ziemię i pozwalali pełnym macek demonom z najciemniejszych czeluści z koszmarnymi pazurami holować się w stronę niewypowiedzianego przeznaczenia.

Weasley'owie podeszli bliżej.

Harry zjadł kolejny kęs.

Weasley'owie nadeszli, z promiennymi uśmiechami.

Cześć, Fred – powiedział Harry obojętnie. Jeden z bliźniaków skinął głową. Cześć, George – drugi bliźniak skinął.

Chyba jesteś zmęczony – powiedział George.

Musisz się rozweselić – powiedział Fred.

Zobacz, co dla ciebie mamy!

I George wyciągnął zza pleców Freda

Tort z dwunastoma świeczkami.

Cały stół Krukonów gapił się na nich przez chwilę w ciszy.

– To nie tak – ktoś wreszcie powiedział. – Harry Potter ma urodziny trzydziestego pierwszego li…

– NADCHODZI – donośny, głuchy głos przerwał wszystkie rozmowy niczym nóż z lodu. – TEN, KTÓRY ROZERWIE NA STRZĘPY NAWET…

Dumbledore zeskoczył ze swojego tronu, podbiegł do stołu nauczycielskiego, złapał kobietę, która mówiła te okropne słowa, wtedy pojawił się Fawkes i cała trójka zniknęła przy trzasku ognia.

Na sali zapanowała cisza…

…A potem głowy obróciły się w stronę Harry'ego Pottera.

– Nic nie zrobiłem – zbył ich Harry.

– To była przepowiednia! – syknął ktoś przy stole. – I mogę się założyć, że była o tobie!

Harry westchnął.

Wstał z krzesła i powiedział na tyle głośno, żeby było go słychać pomimo pierwszych rozmów.

– To nie było o mnie! To oczywiste! Nie nadchodzę, ja tu już jestem!

Usiadł.

Ludzie, którzy na niego patrzyli odwrócili się do swoich spraw.

– Jak nie o tobie, to o kim to było? – zapytał ktoś przy stole.

A Harry poczuł kluchę w gardle, kiedy uświadomił sobie, kogo jeszcze nie było w Hogwarcie.

Harry mógł się założyć, że nieumarły Czarny Pan pojawi się na dniach.

Rozmowy wokół niego trwały.

– A w ogóle co miałby rozerwać na strzępy?

– Wydawało mi się, że Trelawney zaczęła mówić coś na „G" zanim dyrektor ją złapał.

– Jak… głowa? Góra?

– Jeśli ktoś ma rozerwać na strzępy góry, to mamy naprawdę kłopot!

Harry'emu nie wydawało się to prawdopodobne, chyba, że na tym świecie były przerażające rzeczy, które słyszały o pomysłach Davida Criswella na przesuwanie gwiazd.

– Więc – powiedział obojętnie – to się często przydarza przy niedzielnym śniadaniu, tak?

– Nie – odparł uczeń, który mógł być z ostatniej klasy i zmarszczył ponuro czoło. – Nie przydarza się.

– Mniejsza z tym. Ktoś chce tortu?

– Ale to nie są twoje urodziny! – oburzył się ten sam uczeń, który wcześniej zgłosił obiekcje.

Fred i George oczywiście potraktowali to jako pretekst do śmiechu.

Nawet Harry dał radę się uśmiechnąć.

– Miałem naprawdę długi tydzień – powiedział odbierając talerz z pierwszym kawałkiem ciasta.


Harry siedział więc w piwniczce kufra, zamknięty na cztery spusty, z kocem naciągniętym na głowę i czekał, aż się skończy tydzień.

10:01.

10:02.

10:03, ale tak na wszelki wypadek…

10:04 i tydzień się ostatecznie zakończył.

Westchnął z ulgą i żwawo ściągnął koc z głowy.

Chwilę później pojawił się w osłonecznionej sypialni.

Zaraz potem był w pokoju wspólnym Krukonów. Parę osób zerknęło na niego, ale nikt się nie odezwał.

Harry znalazł ładne, szerokie biurko, przyciągnął wygodne krzesło i usiadł. Z sakiewki wydłubał kartkę papieru i ołówek.

Mama i Tata powiedzieli mu stanowczo, że choć rozumieją jego zapał względem opuszczenia rodzinnego domu i wyrwania się spod ich pieczy, miał do nich pisać co tydzień bez wyjątków, choćby po to, żeby wiedzieli, że żyje, że nie dzieje mu się krzywda ani nie siedzi w więzieniu.

Harry patrzył na pustą kartkę. „Pomyślmy…"

Po tym, jak pożegnał rodziców na peronie…

…spotkał chłopca wychowanego przez Dartha Vadera, zaprzyjaźnił się z trzema notorycznymi łobuzami, poznał Hermionę, potem był Wypadek z Tiarą Przydziału… W poniedziałek dostał wehikuł czasu jako lek na sen, legendarną pelerynę niewidkę od nieznanego darczyńcy, za pomocą stroszenia uratował siedmiu Puchonów przed pięcioma starszymi i strasznymi chłopakami, z których jeden groził, że połamie mu palec, zorientował się, że ma tajemniczą, mroczną stronę, nauczył się rzucać Frigideiro na Zaklęciach i zaczął konkurs czytelniczy… We wtorek była Astronomia z miłą profesor Aurorą Sinistrą i Historia Magii, której uczył duch, którego by należało egzorcyzmować i zastąpić magnetofonem… W środę został nazwany Najgroźniejszym Uczniem na Sali… W czwartek, może lepiej nawet nie myślmy o czwartku… Piątek, Wypadek na Eliksirach, potem szantażowanie dyrektora, potem profesor Obrony kazał mu dać się pobić, potem profesor Obrony okazał się być najbardziej odlotowym człowiekiem na świecie… W sobotę przegrał zakład i odbył swoją pierwszą randkę, po czym zaczął nawracać Draco… A dzisiaj rano profesor Trelawney przepowiedziała coś, co być może wskazuje, że nieśmiertelny Czarny Pan wkrótce zaatakuje Hogwart.

Harry ułożył cały ten materiał po kolei w głowie i zaczął pisać.

Drodzy Mamo i Tato!

W Hogwarcie dzieje się dużo fajnych rzeczy. Na lekcji Zaklęć nauczyłem się łamać drugą zasadę termodynamiki i poznałem Hermionę, dziewczynę, która umie czytać szybciej ode mnie.

Na tym zakończę.

Wasz kochający syn,

Harry James Potter-Evans-Verres.