Przez kolejne dni bił się z myślami i przekartkował wszystkie dostępne w bibliotece pozycje, które wydawały się być źródłem jakiejkolwiek wiedzy o lykantropii i Wywarze Tojadowym. Naprawdę nie wiedział, co powinien zrobić. Bał się reakcji Lunatyka na informację o tym, czym Syriusz się zajmował ponadprogramowo przez ostatnie pół roku. Brakowało mu pomysłów na to, jak w miarę neutralnie przedstawić pomysł Snape'a.
Najzabawniejsze w tym wszystkim, że najmniejszy niepokój wywoływała w Blacku strona techniczna. Z jakiegoś powodu wiedział, że Ślizgon potrafił uwarzyć ten eliksir. W końcu, zawsze skrupulatny i ostrożny, nie lubił podejmować niepotrzebnego ryzyka i nienawidził działać w ciemno. Musiał od tygodni o tym myśleć, bo wydawał się naprawdę przygotowany od strony teoretycznej. Jak by na to nie patrzeć, Snape – według definicji Slughorna – był mistrzem eliksirów.
Syriusz wyczekiwał od rana okazji, by zostać z Remusem w cztery oczy i ta nadarzyła się po obiedzie. Siedzieli na błoniach obok Wieży Astronomicznej. Petera gdzieś wcięło, a James miał trening quidditcha. Nie bardzo wiedząc, jak zacząć, po prostu przeszedł do rzeczy.
– Lunatyku, chciałbym pogadać – zaczął, zdecydowanie zbyt niepewnie.
– O tym? – bez wstępów zapytał Lupin, sięgając do kieszeni i wyjmując fiolkę z przejrzystą cieczą, a następnie kładąc ją na dłoni przyjaciela.
Syriusz wstrzymał oddech. Dwie noce wcześniej trzymał tę samą fiolkę w dłoniach i przekazał ją anonimowemu nabywcy. Wszystkie eliksiry były magicznie oznaczane i nie miał wątpliwości, że to Veritaserum sprzedał dwie noce temu.
– Remus…
– Mówiłem, że się dowiem. A teraz mnie popraw, jeśli się mylę – bezbarwnym głosem powiedział wilkołak. – Szmuglujesz eliksiry dla Purus Venenatis. Nie mam tylko pojęcia, po co.
– Nie szmugluję eliksirów, Lunatyku. Ja… – przyciszonym głosem ciągnął Black – jestem Purus Venenatis. A właściwie trzydziestoma procentami Purus Venenatis.
Lupin aż wciągnął powietrze.
– Do reszty ci odbiło? Nie powiesz mi, że rozprowadzasz po szkole mikstury, które sam warzysz w jakiejś kanciapie – wyrzucił z siebie, mocno wytrącony z równowagi. – Straciłeś rozum?!
– Nie warzę eliksirów. Zajmuję się public relations – niezgrabnie objaśnił Syriusz. Ta rozmowa szła źle. Bardzo źle. – Nie jestem idiotą, nie wprowadzamy nic niesprawdzonego. Wiem, że to nie jest zabawa.
– A żebyś wiedział, że nie jest – prawie krzyknął Remus, angażując uwagę siedzących w pobliżu uczniów. Ponownie zniżył głos. – Jacy my?
– Ja i… Snape – odpowiedział możliwie najspokojniej, chociaż w środku szalała w nim panika.
Na twarzy Lupina odbiło się zdumienie, ale tylko na chwilę.
– Oczywiście – stwierdził do siebie, jakby składał wszystkie strzępki informacji w całość. – Wywar Żywej Śmierci u Slughorna, ostatni mecz… Nie patrz tak, twoje częstowanie Snape'a popcornem nawet w tamtych warunkach było mocno zastanawiające. I te zamieszki w styczniu… Czy Ślizgoni też w tym siedzą? – zapytał znów ostrzej.
– Żadnych Ślizgonów, przysięgam. To znaczy – poza Snapem. To jest układ czysto biznesowy.
– Łapo, naprawdę nie ogarniam – zmęczonym głosem, trochę bezradnie powiedział po dłuższej chwili Remus.
Syriusz, analizując na gorąco sytuację na ile tylko mógł, doszedł do wniosku, że gorzej już nie będzie. Postanowił więc przejść do tematu, od którego zaczął.
– Lunatyku, jak dużo wiesz o Wywarze Tojadowym?
Severus, obserwując Blacka przez ostatnie dni, uzyskał pewność, że ten podjął już decyzję w sprawie Wywaru, ale nie mógł się zebrać, żeby pogadać o tym z Lupinem. Gryfon rzadko bywał wyraźnie podenerwowany, a to, jak go teraz nosiło świadczyło tylko, że naprawdę się bał. Jak by na to nie patrzeć, łgał Huncwotom przez ostatnie pół roku, więc obawy były uzasadnione. Z kolei Ślizgon też zaczynał nabierać wątpliwości. To było coś z zupełnie innej bajki i w tej konkretnej pierwsze skrzypce grały potwory.
– Nie ma tu schodów, którymi mógłbyś zwiać, więc nawet nie próbuj – usłyszał przed sobą i krew odpłynęła mu z twarzy. – A teraz powiesz mi, co się dzieje, Sev.
No to, kurwa, pięknie.
– Nic się nie dzieje, Lily.
Dziewczyna spojrzała na niego dokładnie tak, jak przez ostatnie tygodnie. Wzrokiem nieodgadnionym. Niepokojącym. Zielone tęczówki wchłonęły jego całą determinację, odzierając go z masek i bezpiecznego pancerza. Zerwała kontakt wzrokowy, zostawiając go nieposkładanym.
– Przepraszam – wyszeptał. Był prawdziwie zadziwiony, że znalazł w sobie dość siły, by poruszyć wargami.
Znów spod powiek błysnęła zieleń, ale tym razem otuliła go czymś ciepłym. Znajomym. Cholera, mógłby umrzeć dla tego błysku w zieleni jej tęczówek.
– Długo się zbierałeś – stwierdziła krytycznie, ale kąciki jej ust drgnęły, nieznacznie podnosząc się do góry. – A teraz poważnie, wszystko w porządku? Chodzi mi o Blacka i wasze… wspólne sprawy. Black plus nadprogramowe aktywności rzadko oznacza coś dobrego.
– Naprawdę wszystko jest dobrze. Jest… lepiej – ostatnie niemal wyszeptał, nie bardzo wiedząc, jak inaczej ubrać myśli w słowa.
– Widzę – stwierdziła po prostu, a jej spojrzenie prześliznęło się uważnie po twarzy Severusa. – Spróbuj nie dać się wywalić ze szkoły, bo reszta Slytherinu usilnie ku temu zmierza.
– Nie bawię się ich zabawkami – odpowiedział natychmiast, może zbyt ostro, ale nie okazała, żeby ją to dotknęło.
– Jakimi zabawkami bawisz się z Blackiem?
– Lily…
– Dobra, ale ostrzegałam – dała za wygraną. – To… na razie.
– Na razie – powtórzył za nią i odprowadził wzrokiem, kiedy ruszyła korytarzem w stronę Wielkiej Sali.
Chwilę stał jak skamieniały i dopiero po jakiejś minucie zorientował się, że drżą mu ręce. Był zdziwiony, że w ogóle stoi, bo czuł się fizycznie wycieńczony, w taki przyjemny sposób, jak po długim biegu. Może dobre pięć minut później ruszył z miejsca w kierunku Pokoju Życzeń.
No to przynajmniej ze sobą rozmawiali.
Co nie zmieniało faktu, że reakcja jego organizmu niezbicie udowadniała, iż był w niewyobrażalnym stopniu popaprany.
Stanął przed nagą ścianą, mając za plecami znajomy gobelin z trollami. Zapach kofeiny przyjemnie go otrzeźwiał. Starał się nie myśleć o tym, że wszystko może się skończyć katastrofą i wizualizował sobie dobrze znane wnętrze. Kiedy na ścianie pojawiły się drzwi, usłyszał za plecami westchnienie.
– O cholera, nie powiesz mi Łapo, że to jest…
– Witam w Pokoju Życzeń.
Wszedł do środka pierwszy, a za nim podążył Remus, z komicznie otwartymi ustami. Na dźwięk ich kroków Snape odwrócił się od kociołka.
– Zgaduję, że Black z grubsza przedstawił zarysy projektu? – zapytał Ślizgon bez wdawania się w grzecznościowe powitania.
– Z grubsza – powiedział trochę niepewnie Lupin. Syriusz wcale nie dziwił się jego zdezorientowaniu. Cała ta sytuacja była co najmniej niecodzienna.
– Najpierw przeczytaj wszystko, co leży na stole. Żeby mieć ogólne pojęcie – poinstruował Remusa Snape. – Kawa? – A to już było do Blacka.
Bez ciągania podał Ślizgonowi dymiący kubek i sam opadł na swoją kanapę. Dołączył do niego Lunatyk, zgarniając z blatu pierwszą z brzegu książkę.
– To będzie raczej skomplikowane i ryzykowne, więc nie ruszymy tego, jeśli będą jakieś wątpliwości – stwierdził profesjonalnie Snape.
– Dlaczego chcesz uwarzyć Wywar Tojadowy? – zapytał Remus, podnosząc wzrok znad lektury.
– Bo jest trudny i to będzie wyzwanie. Myślę, że potrafię go przygotować – odpowiedział Ślizgon, trochę zaskakując Syriusza bezpośredniością. Był zdecydowanie bardziej pewny siebie niż zazwyczaj i nie wynikało to z potrzeby uspokojenia Lupina. Snape nigdy nie mówił czegoś, jeśli nie był tego pewien.
– W porządku. Muszę się zastanowić, kiedy dowiem się więcej. Jak wiele czasu zajmie ci ten… projekt?
– Co najmniej dwa cykle księżycowe. Pomijając to, że poszczególne etapy warzenia wywaru wiążą się z fazami księżyca, nie mam zamiaru od razu testować normalnej dawki, więc nie spodziewaj się natychmiastowych efektów – wyjaśniał Ślizgon. – Mam też pomysł na dodatkowe środki bezpieczeństwa.
Syriusz spojrzał na niego pytająco. O tym wcześniej nie gadali.
– Pomyślałem, żeby przygotować antidotum, które można podać przed zaaplikowaniem wywaru. Sam Wywar Tojadowy zaczyna działać uaktywniony przez gen wilkołaczy, a więc w czasie pełni. Można by użyć opartego na bezoarze antidotum, które zneutralizuje skutki tylko w przypadku niewłaściwego działania bazowej mikstury.
– Bo… bezoar wchłania trucizny, ale nie działa, jeśli organizm nie rozpozna mikstury jako zabójczej – podjął Syriusz zaciekawiony. – Czyli jeśli z Wywarem Tojadowym będzie wszystko cacy, antidotum go nie zneutralizuje?
– Dziesięć punktów dla Gryffindoru – rzucił z wyczuwalnym sarkazmem Snape, ale przytaknął. – Slughorn chyba by zeszedł na zawał ze szczęścia, że jeden z jego Ślimaków wie w ogóle, co to do cholery jest bezoar.
– Nie odpuścisz mi tego Klubu Ślimaka? – zapytał Syriusz poirytowany. Ostatnio słyszał narzekania na ten temat trzy razy dziennie.
– Nadal mam ochotę spuścić ci za to wpierdol, więc zalecam stulić pysk – rzucił Ślizgon i upił kawy.
Syriusza nagle tknęło i spojrzał na milczącego od jakiegoś czasu Lunatyka. Spodziewał się, że przyjaciel odpłynął zaczytany, ale trafił na jego zaskoczone spojrzenie, przenoszone z jednego na drugiego.
– Wkręciłem Snape'a do bandy dupowłazów Slughorna z czystej przekory – doinformował, nie wiedząc jak odczytać reakcję Lunatyka.
– To było czyste skurwysyństwo, nie przekora – wycedził poszkodowany.
– Przyjąłem – uciął Syriusz. – A jak Eliksir Push-upowy? Znów są dwa zamówienia. Może zaczniemy to dawać na receptę, bo kobiety nie mają umiaru. Nie narzekam, tak tylko mówię.
– Tego nie da się przedawkować. Myślisz, że nie przewidziałem ubytków w mózgach klientek?
– To nie jest to, o czym myślę – padło z ust Remusa. Snape tylko przewrócił oczami, a Black uśmiechnął się szeroko. – Serio?
– Wiesz, Vitalia nie wyhodowała takiego dekoltu w szafie, a w zeszłym roku nosiła miseczkę B – wyjaśnił jak dziecku Syriusz głosem znawcy.
Severus mechanicznie dorzucał kolejne składniki do Eliksiru Push-upowego, jak go nazwał Black. Mógłby to robić z zamkniętymi oczami. Nie był rozkojarzony, bo na to nigdy by sobie nie pozwolił, stojąc nad kociołkiem. Jakaś część jego umysłu błądziła jednak wokół Wywaru Tojadowego.
To naprawdę może się udać.
Był podekscytowany i chociaż zawsze najlepiej czuł się pracując z eliksirami, teraz było to coś nowego. Bardziej pochłaniającego niż przygotowywanie antidotum, a tam dochodził element kreatywności. Wywar Tojadowy rzeczywiście był wyzwaniem, a on wiedział, jak to zrobić. Równocześnie z lekkim zaskoczeniem przyjął do wiadomości, że w trakcie wszystko może się zmienić i będzie się musiał zmierzyć z niewiadomymi. Zupełnie na poczekaniu wpadł na pomysł antidotum bezoarowego i zdał sobie sprawę, że takie rzeczy mogą się pojawić także później, w miarę zagłębiania się w recepturę i badania działania mikstury. Z natury nie lubił niewiadomych i zawsze był przygotowany, by zmierzyć się z konkretnymi, z góry ustalonymi konsekwencjami. W tym przypadku wszystkie nieznane ewentualności niosły ze sobą posmak wyzwania.
Będzie miał z tego całą masę przyjemności. W końcu był naprawdę dobry w te klocki.
– No powiedz coś – Syriusz nie wytrzymał. Przemierzyli większą cześć drogi do dormitorium Gryfonów, a Remus nie odezwał się słowem.
– Nadal jestem wkurzony, jeśli o to pytasz i w jedną noc mi nie przejdzie – odwarknął Lupin. Ale przynajmniej się odzywał, a na to w połowie rozmowy na błoniach Black nawet nie liczył.
– Lunatyku…
– Myślałem, że to jest zupełne szaleństwo i igracie z ogniem – zaczął Remus, już spokojniej – ale on wie, co robi. Snape wie, co robi.
– Jest genialny – stwierdził rzeczowo Syriusz, ale szybko dodał – jeśli chodzi o eliksiry. Poza tym jest wrednym, socjopatycznym padalcem.
Za wszelkie uwagi i komentarze dziękuję. Nadal są mile widziane.
I jeszcze słowo o coraz poważniejszym tonie historii - będzie robiło się poważniej, bo wojna jest coraz bardziej wyczuwalna w powietrzu, a wiadomo dobrze, że nikomu z bohaterów nie wyszła ona na zdrowie :)
