Tekst podkreślony jest cytatem z książki „Harry Potter i insygnia śmierci".

Jak zawsze przepraszam za ewentualne błędy : )

Następna część pojawi się za jakieś 2-3 tygodnie w zależności od tego jak mi się będzie tłumaczyć, jak już skończę sesję.

Rozdział 21

Snape szedł wąską, oświetloną blaskiem księżyca drogą. Rzadko trafiał do dworu Malfoyów z ulicy; najczęściej teleportował się prosto do środka. Teraz jednak Śmierciożercy stali się bardziej paranoiczni niż kiedykolwiek, teraz, tuż przed niewątpliwym dojściem do pełnej mocy. Voldemort nalegał, aby już nie ryzykowano; Snape nie kłócił się, ale jednak zaryzykował spacer opustoszałą ulicą.

Jakaś postać, również zakapturzona, pojawiła się na końcu alejki. Ścisnął mocniej różdżkę w dłoni, zanim rozpoznał Yaxleya. Absurdalny idiota. Jednak kiwnął głową, witając go.

Yaxley wciąż paplał, kiedy dotarli do dworu i wyciągnęli lewe ramiona, żeby przejść przez ochronną warstwę bramy. Snape zatrzymał się z zaskoczeniem, kiedy weszli- zdawało mu się, że wychwycił ruch kącikiem oka. Yaxley uniósł różdżkę, potwierdzając, że są jakieś zakłócenia. Snape odwrócił się powoli, czując mrowienie na karku, gdy włoski zaczęły się podnosić. Uniósł różdżkę...

I zauważył, że prawie przeklął pawia. Bladego, białego pawia. Kilka myśli przemknęło mu przez umysł, a pierwszą z nich pochował tak szybko, jakby nigdy jej nie było. Chciał, żeby Hermiona tam była; prawie słyszał jak śmieje się z napuszonego ptaka. Tego typu uczucia były niebezpieczne, przerażające, a jednak pojawiało się ich coraz więcej od kiedy widział ją w domu jej rodziców.

Po drugie, uświadomił sobie, że ptak był znakiem. Lucjusz wrócił z Azkabanu. Paw z pewnością oznaczał Lucjusza. To było dokładnie tak rażące, ostentacyjne, mało subtelne jak lubił. Trzecia była fala czystej nienawiści do Lucjusza Malfoya; do całej rodziny Malfoyów. Niczego nie popierali. Szanował ich bardziej, kiedy sądził, że naprawdę wierzą w Czarnego Pana i jego plany. Chciałby, żeby to nie musiało dziać się w ich domu.

Wciąż w towarzystwie Yaxleya wszedł do salonu Malfoyów, zajmując wskazane miejsce obok Lorda Voldemorta. Nad nimi obracało się nieruchome ciało jego dawnej koleżanki Charity Burbage. Wyglądała jak martwa. Severus nie patrzył w górę gdy usiadł. Z pewnością obraz miał żenować ich wszystkich, a on nie zamierzał tego okazać.

-Nowe wiadomości, Severusie?

-Mój Panie, Zakon Feniksa zamierza przenieść Harry'ego Pottera z miejsca w którym obecnie się znajduję w następną sobotę o zmierzchu.

-Dobrze. Doskonale. A ta informacja pochodzi...

-Ze źródła, które omawialiśmy- powiedział Snape.

Yaxley poruszył się, chcąc przerwać, ale Czarny Pan zmiażdżył jego protest spojrzeniem.

-A co z twoim... zadaniem?

Snape wyciągnął z peleryny mugolską gazetę, otwartą na drugiej stronie i przesunął po stole do Czarnego Pana. Artykuł opisywał szczegóły makabrycznego rozboju zakończonego śmiercią dwojga, spokojnych mugolskich dentystów i spaleniem ich domu. Władze mugoli nie potrafiły wskazać motywu zbrodni, a morderca, lub mordercy, nie pozostawili odcisków palców, ani wskazówki co do sposobu w jaki weszli do środka. Nie określono nawet w jaki sposób ofiary zmarły- czy zostały zamordowane, czy po prostu spłonęły, bo ich ciała były tak zniszczone, że ciężko było to rozpoznać.

Voldemort patrzył na gazetę, a jego usta zacisnęły się w przerażającym grymasie przyjemności. Włożył pismo do kieszeni szaty. Pozostali śmierciożercy wyglądali na zaciekawionych i rozczarowanych, bo stało się jasne, że nie podzieli się informacjami Snape'a ze wszystkimi.

Yaxley otrząsnął się pierwszy i zaczął protestować.

-Ale, mój panie, auror, Dawlish, wygadał się, że Pottera nie przeniosą aż do trzydziestego, nocy przed jego siedemnastymi urodzinami.

Snape wykrzywił usta w typowym dla siebie, złośliwym uśmiechu, pozwalając pozostałym na zauważenie jego pewności siebie.

-Mój informator twierdzi, że są plany podłożenia fałszywego tropu; to musi być to.

Był zadowolony, kiedy o wczesnych godzinach porannych otrzymał na pierścieniu wiadomość od Hermiony. Mówiła, że zmieniono datę wykonania planu. Wszystko wskazywało na to, że powiodło jej się przekonanie Zakonu do zaakceptowania pomysłu Mundungusa. Znalezienie Mundungusa, żeby przekazać mu ten pomysł było dużo trudniejsze. Spędził kilka dni podstępnie szpiegując, zanim w końcu odnalazł go w mugolskim barze, ze wszystkich miejsc. W mugolskim barze, gdzie zdawał się być popularny. Kiedy Snape go znalazł, siedział wciśnięty między dwie skąpo ubrane i hoże kobiety, w brudnym i obskurnym pubie, gdzie uśmiechnięty barman, mówiący do niego per Mundy, podawał mu jakieś dziwne napoje.

Widok twarzy złodziejaszka, kiedy rozpoznał Snape'a, był wart całego wysiłku. Ale Snape szybko pociągnął go w ustronne miejsce i potraktował Confundusem, a wyraz ten został zastąpiony pustym spojrzeniem. Z obrzydzeniem zasugerował cicho, że data przeniesienia zostanie zmieniona, użyje się eliksiru wielosokowego, ale nie do zmienienia Pottera, tylko do stworzenia jego kopii, tak wielu, jak tylko mogli. Następnie mówił, że Mundungus nie zapamięta jego obecności i przedstawi pomysł jako swój własny. Wiadomość Hermiony upewniła go, że wszystko toczyło się tak, jak zaplanował.

Reszta spotkania była zwyczajnie obrzydliwa. Czarny Pan zawsze miał skłonności do pretensjonalności, ale jego ostatnie wysiłki zdawały się być niemal wulgarnie sztuczne. Wąż, ślizgający się wokół jego szyi, zamordowanie przyjaciółki mugoli... Jedynym momentem na wysokim poziomie była chwila, gdy Czarny Pan zażądał różdżki i wybrał należącą do Lucjusza Malfoya, ku jego wyraźnej niechęci. Pozbawiony różdżki Lucjusz był niczym nadąsany nastolatek, któremu bogaci rodzice zabrali ostatnią miotłę, za złe zachowanie.

Kiedy Snape powrócił na Spinner's End, zawahał się przed otwarciem drzwi, jak robił za każdym razem od kiedy głupio dał Hermionie kawałek pergaminu. Wiedział, pisząc te słowa, że to prawdopodobnie była najbardziej ryzykowna rzecz, jaką kiedykolwiek powziął, włączając w to dołączenie do Śmierciożerców. Nie mogła zdradzić jego sekretu; nie, nie mogła go wypowiedzieć, ale nic nie stało na przeszkodzie, żeby zaniosła pergamin prosto do biura aurorów. Mogła pojawić się przed drzwiami jego domu razem z członkiem zakonu. Wiedział, że to niemądre, ale i tak to zrobił. Nawet, gdy podawał jej pergamin, wiedział, że powinien zmusić ją, aby natychmiast przeczytała i samodzielnie go spalić. Ale jej twarz, tam w domu jej rodziców, twarz pełna cierpienia, wciąż na niego otwarta... zraniłby ją, sugerując, że nie może jej wierzyć, kiedy ona tam stała ufając mu we wszystkim.

Pchnął drzwi i został powitany, jak zawsze, ciszą.

o-o-o

Tak naprawdę, Hermiona zabezpieczyła plan dopiero dzień wcześniej.

-Hermiono, mogę na słówko? -Artur Weasley odezwał się, gdy tylko wyszedł z płomieni do własnej kuchni. Jego twarz nic nie wyrażała, ale w ręce trzymał gazetę- mugolską gazetę. Jej serce zabiło mocniej. Podejrzewała, że to się może stać, ale miała nadzieję na bardziej odpowiednią chwilę. Ron jeszcze nie powiedział rodzicom, że nie zamierza wrócić do Hogwartu we wrześniu a ona nie chciała opowiadać Weasleyom o swoich rodzicach, dopóki Ron nie będzie gotowy na wyjawienie planu. Rzuciła mu znaczące spojrzenie, wstając od stołu, gdzie łuskała groszek na wieczorne zebranie Zakonu.

W milczeniu poszła z panem Weasleyem do ciasnego salonu, podczas gdy Ron deptał jej po piętach.

Pan Weasley rzucił na syna spojrzenie pełne dezaprobaty, ale najwyraźniej zrozumiał, że jest pokonany i podał Hermionie gazetę.

-Powiedziałaś, że twoi rodzice pojechali na wakacje- powiedział. Kiedy spojrzała w jego oczy, były pełne troski o nią.

-Bardzo pana przepraszam, że musiałam skłamać. Nie chciałam nadużyć pańskiego zaufania- powiedziała. Spojrzała na Rona. Powinien podejść, wyjaśnić.

-Hermiono, nie martwię się o moje zaufanie do ciebie. Chcę wiedzieć, o co chodzi. To prawda? A jeśli tak, dlaczego nam nie powiedziałaś? To za dużo do zniesienia w samotności. Na pewno wiesz, że byśmy cię nie odtrącili.

Czy o tym myślał? Że bała się im powiedzieć, bo obawiała się, że jej nie przyjmą, że zobaczą na jakie ryzyko narażała ich jej obecność? Poczuła się bardzo malutka. Nie tylko im skłamała; nawet nie zastanowiła się, że narażała ich na ryzyko. Ochraniali mugolaka.

-Ja... Ja wiem, proszę pana. I jestem bardzo wdzięczna. Zawsze traktowaliście mnie jak rodzinę. Nie powiedziałam panu, cóż... ponieważ...

Przez chwilę nie mogła kontynuować. Co mogłaby powiedzieć, żeby zrozumiał co zrobiła?

-Hermiono, spokojnie- powiedział delikatnie pan Weasley.- Rozumiem, jeśli nie chcesz o tym rozmawiać. Ten artykuł nie jest powszechny- nikt, po za ludźmi z ministerstwa- go nie widział. Nie będzie nagłaśniany, wiesz, że wszystkie wiadomości...

-Nie, nie o to chodzi- odkaszlnęła.- Nie powiedziałam panu, bo...

-Bo to nie prawda- przerwał Ron. Zajęło mu wystarczająco długo.

Pan Weasley osłupiał.

-Słucham? – wciąż wymachiwał gazetą.

-Z jej rodzicami wszystko w porządku. Hermiona obawiała się o ich bezpieczeństwo, więc przeniosła ich.

-Przeniosła? Ale...

-Zmodyfikowałam ich wspomnienia- powiedziała, kłamiąc cicho i z żalem.- I ukryłam ich daleko stąd. Nie pamiętają że mają córkę, nie pamiętają magii. Nawet jeśli Voldemort jakimś cudem ich znajdzie, nie będzie mógł z nich nic wyciągnąć.

Pan Weasley opadł na wytartą kanapę

-Nic o czym?- zapytał ostrożnie.

Hermiona i Ron wymienili spojrzenia.

-Cokolwiek to jest, wyduście to z siebie- powiedział, wyraźnie tracąc cierpliwość. Dlaczego nie zauważyła wcześniej, jak okropnie wyglądał? Jego twarz była szara ze zmęczenia i szczuplejsza niż zwykle. Nawet oczy wydawały się być zamglone.

-Tato, ja i Hermiona nie wracamy do Hogwartu,

Pan Weasley milczał. Wpatrywał się w nich taksującym wzrokiem.

-Chodzi o Harry'ego- powiedziała Hermiona.- Dostał zadanie. Od Dumbledore'a. A my zamierzamy mu pomóc. Moi rodzice... nie wiedzieli o tym więcej niż pan. Ale wiedzieli dużo o historii Harry'ego i nie sądzę...

-Nie sądzisz-powtórzył cicho, ale w jego głosie nie było jadu. Westchnął.- To co zrobiłaś, Hermiono, było bardzo odważne. Nie mogę sobie wyobrazić, jak musiało to być ciężkie.- przez chwilę panowała cisza, a ciężar tego co powiedzieli wisiał w powietrzu jak chmura burzowa.- Matka cię zabije Ronaldzie.

-Wiem, ale tato...

-Nie mogę wiedzieć, prawda? Co robicie?

Ron spuścił wzrok, a Hermiona bardzo chciała go uspokoić. Prawie się trząsł. Ale była ogromnie wdzięczna panu Weasleyowi, który nie protestował, który, tak naprawdę, mówił o tym tak, jakby decyzja została podjęta.

-Nie.

-Zastanawiałeś się, co zamierzasz powiedzieć matce?

-Tylko przez każdą chwilę od tygodnia.

-Szkoda że nie przyszedłeś do mnie wcześniej.

-Nie chciałem... Nie chcę żebyś myślał, że mógłbym zostawić was narażonych. Bardziej niż jesteście. Zastanawialiśmy się z Hermioną, co możecie powiedzieć, kiedy nie pojawimy się w Hogwarcie. Nie chciałem mówić zanim będę pewien, że to zadziała, ale mieliśmy kłopoty i...

Pann Weasley wstał i szybko objął syna. Hermiona nigdy nie widziała płaczącego Rona, nawet gdy byli dziećmi, nawet podczas pogrzebu Dumbledore'a, ale ze sposobu w jaki jego ramiona się trzęsły, wywnioskowała, że płacze. Stała, czując się niezręcznie, aż pan Weasley objął ją jednym ramieniem.

-Powiedzcie co zamierzacie, a ja zrobię co będę mógł, żeby wam pomóc. Nie ważne, co powie twoja matka Ron, będzie z ciebie dumna. Jesteś dobrym człowiekiem.

Hermiona poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Tęskniła za własnym ojcem.

o-o-o

Członkowie Zakonu zaczęli pojawiać się tuż przed obiadem, aportując się na łące. Bliźniaki, Ron i Hermiona mieli eskortować ich przez osłony do domu. Remus i Tonks przybyli jako pierwsi; Tonks ze swoimi jaskrawo różowymi włosami, obejmująca ciasno rękę Remusa, tak jakby nie zamierzała go już nigdy wypuścić. Machnęła lewą ręką w kierunku Hermiony i zachichotała, zupełnie nie w stylu Tonks, kiedy ta wybałuszyła oczy widząc pierścionek zaręczynowy.

-Należał do mojej matki- powiedział z dumą Remus. Fred i George zajęli się nimi, prowadząc ich do domu.

Następny pojawił się Moody. Zanim Hermiona zdążyła odezwać się, żeby go powitać, zaoferował jej ramię.

-Panno Granger?

Nie było łatwo iść pod rękę z Moodym, gdyż on nie tyle chodził, co kuśtykał, jednak Hermiona była wdzięczna, że może porozmawiać z nim w cztery oczy.

-Widziałem gazetę- warknął swoim dziwnym, niskim głosem.- Rozumiem, że masz wiadomości od naszego przyjaciela.

Skinęła głową i zebrała się na odwagę.

-Wiedział pan?

-Czy wiedziałem, że go zabije? Nie przyszli mnie o tym poinformować, jeśli o to pytasz. Ale wydawało mi się całkiem jasne, co ma się stać. Zdziwiło mnie, że pani tego nie widziała, panno Granger. Może nie jesteś aż tak inteligentna jak wszyscy twierdzą. Sądziłem, że Dumbledore powiedział to całkiem wyraźnie, w noc pani urodzin. Sądziłem, że dlatego... podjęła pani tą decyzję.

Te słowa zabolały, ale Hermiona wiedziała, że jest w nich trochę prawdy. Dlaczego się nie domyśliła? Z perspektywy czasu było oczywiste co Dumbledore próbował jej powiedzieć.

-W każdym razie- powiedział- Tamtej nocy widziałem na pani twarzy, że miała pani w tym swój udział. Odważnie z pani strony. Ale powinnaś popracować nad zdolnościami aktorskimi, młoda damo. Sądziłem, że nasz przyjaciel panią tego nauczy.

-Tak, proszę pana- zdołała wydusić.

-Ministerstwo zbliża się do upadku- powiedział Moddy, kiedy dotarli do drzwi.- Śmierciożercy przejmą władzę szybciej niż się spodziewamy. Zachowała pani swoją okazję, panno Granger, to jest jasne. Jeśli pani chce, mogę zniszczyć dokumenty.

-Nie- rzuciła, zanim zdołała się powstrzymać, pomyśleć.

-Tak myślałem. W porządku. Ale pamiętaj... Gra aktorska.

-Tak, proszę pana.

-Świetnie- powiedział, uwolnił jej ramię i powoli wszedł do kuchni.- Co tak ładnie pachnie Molly? Umieram z głodu.

Odwróciła się i wróciła na łąkę, a jej głowa pękała od nadmiaru myśli. Powinna pozwolić mu na zniszczenie dokumentów potwierdzających ich ślub? Czy wiążące zaklęcie pomiędzy nimi wciąż działałoby, gdyby to zrobiła? Czy miałoby to jakieś znaczenie? To był tylko kawałek pergaminu i zaklęcie. To był tylko plan. To tylko... Ale z jakiegoś powodu, którego nie potrafiła nazwać, miało to dla niej duże znaczenie. Snape był teraz jedyną rodziną jaką miała, jedynym domem, jedyną osobą z którą dzieliła sekrety. Czy gdyby ich małżeństwo zostało unieważnione, czy odszedłby od niej tak szybko jak się pojawił?

A jednak, jeśli Śmierciożercy przejmą Ministerstwo, Moody nie będzie mógł dłużej ukrywać dokumentu. Nie mogła znieść myśli, że jej głupie pragnienie spowodowałoby zranienie Snape'a. Nie wspominając o tym co pomyśleliby chłopcy oraz Weasleyowie, którzy bez mrugnięcia okiem przyjęli ją z całą serdecznością, kiedy pojawiła się dwa tygodnie wcześniej... Postanowiła, że porozmawia z Moodym i zmieni decyzję kiedy tylko się jej uda.

Minęła Rona, który eskortował Hagrida do domu i obserwowała jak George wita Kingsleya Shacklebolta, który właśnie się pojawił. Hermiona podała rękę Dedalusowi Diggle, który zdjął z głowy purpurowy cylinder kiedy tylko ją zobaczył i poprowadziła go na spotkanie.

Fred powrócił do kuchni ostatni, razem z Mundungusem Fletcherem, na którego workowatej twarzy malowały się dziwne emocje; było jasne, że nie chciał tam być, ale coś go zmuszało.

Kiedy tylko zniknął ostatni kawałek tarty z melasą, wybuchnął, najwyraźniej nie mogąc dłużej się powstrzymywać.

Ponieważ dostał więcej wina, które, szczerze mówiąc płynęło tego wieczora raczej swobodnie, niż wynikało ze sprawiedliwego podziału, jego słowa były szybkie i niewyraźne.

-Więc myślałem o przeniesieniu Harry'ego...

Natychmiast przerwała mu Molly Weasley, która wygoniła Ginny do sypialni.

Ginny wyprostowała się wyzywająco.

-Dlaczego nie mogę zostać? Nie mam takiego samego prawa jak każdy, żeby wiedzieć co tu się dzieje?

-Ginevro, jesteś niepełnoletnia- powiedziała pani Weasley, patrząc ze złością na Rona i Hermionę, jakby sądziła, że zachowali się całkowicie bezczelnie, osiągając wymagany wiek.

-Molly...- zaczął pan Weasley.

-Nie. Dałam dostęp do tej sprawy wszystkim moim synom.- powiedziała, a w jej głosie można było wyczuć niebezpieczną bliskość łez. Wbiła wzrok w stół. Siedziało tam zbyt wielu rudzielców.- Nie pozwolę na to mojej córce. Przynajmniej nie do chwili, kiedy nie będę miała wyboru.

Zapadła niezręczna cisza, a Ginny wyszła z pomieszczenia, chociaż Hermiona podejrzewała, że użyje jednych Uszu Dalekiego Zasięgu należących do bliźniaków, zanim padnie kilka zdań.

-Więc jak mówiłem- powiedział Mundungus- Myślałem, że teraz, kiedy Snape odszedł, przenoszenie Harry'ego w jego urodziny nie jest najlepszym pomysłem.

-Tak, już się zgodziliśmy, że data...- Zaczął Kingsley, ale Mundungus nie zamierzał dać się odstraszyć.

-Nie, słuchaj, popatrz. Oni wiedzą... i stawiam całe moje złoto, że wiedzą, że my wiemy.- Pani Weasley prychnęła w raczej krępujący sposób, prawdopodobnie powątpiewając w to, że Mundungus ma jakiekolwiek złoto.- Będą otaczać dom w którym dzieciak jest, nie? Obserwować i czekać. Potrzebujemy lepszego planu.

-Tak, widzę o co ci chodzi- odparł krótko Kingsley.

-Więc, tak sobie myślałem. Co jeśli będzie więcej niż jeden Harry?

Remus przewrócił oczami i odwrócił się do Hestii Jones.

-Znalazłaś bezpieczne miejsce dla Dursleyów?

Ale Moody patrzył z namysłem na Mundungusa, co Hermiona zauważyła z przyjemnością.- Więcej niż jeden Harry- warknął, wyraźnie rozważając temat.

-Wiesz, Eliksir Wielosokowy i kilka osób będzie wyglądało jak on... Nie będą wiedzieli który jest prawdziwy!

To przyciągnęło uwagę wszystkich.

-Wiesz, to nie jest głupie...- powiedział powoli pan Weasley.

-Ale każdy, kto będzie wyglądał jak Harry...- mruknęła pani Weasley- Każdy, kto będzie wyglądał jak Harry, będzie w okropnym niebezpieczeństwie.- Hermiona wiedziała, że martwi się o swoich synów, którzy z pewnością będą ochotnikami.

-Bardziej niż teraz?- rzucił George, wskazując na zegar Weasleyów. Wszystkie wskazówki już od miesięcy wskazywały „śmiertelne niebezpieczeństwo".

-On ma racje mamo- dodał Fred.-Najważniejsze, żeby Harry znalazł się w bezpiecznym miejscu. Beż niego możemy równie dobrze się poddać, prawda?

-Będziemy potrzebować wolontariuszy- powiedział Moody. – Co najmniej sześciu, do wypicia eliksiru i siedmiu do eskorty. Mogę dostarczyć eliksir.

-Ja to zrobię- zgłosiła się Hermiona.

-I ja- dodał Ron.

-Nie! Jesteście za młodzi; nie wiecie co ryzykujecie!- wtrąciła pani Weasley.

-Ja wiem- powiedziała cicho Hermiona.- Jestem mugolakiem. Jeśli Voldemort przejmie Harry'ego... Będę martwa, albo będę się ukrywać do końca życia. Wolę umrzeć w walce. I to musimy być my, prawda? Nie jest was wystarczająco dużo do wypicia eliksiru i do eskorty. A jestem pewna, że będą oczekiwać najlepszych do ochrony Harry'ego. Nie uwierzyliby widząc mnie próbującą go chronić.

-Wchodzimy w to- powiedział głośno Fred.

Pani Weasley wyglądała, jakby planowała się zbuntować.

-Ja to zrobię- powiedziała nieoczekiwanie Fleur Delacour zanim Pani Weasley zdążyła się odezwać. Hermiona odwróciła się, żeby spojrzeć na piękną, srebrnowłosą czarownicę, która siedziała dumnie obok narzeczonego.- To ważne, prawda? Może najważniejsza rzecz do zrobienia. Pomogę.

Hermiona poczuła, że łzy napływają jej do oczu. Oczekiwała Rona i bliźniaków, ale czasami odwaga pojawia się z zupełnie niespodziewanego miejsca. Nie znała naprawdę Fleur, ale naglę poczuła, że mogłaby umrzeć chroniąc ją.

-Potrzebujemy jeszcze jednego- powiedział Moody.

Nikt się nie odezwał.

-Mundungus?- powiedział uszczypliwie.- To w końcu był twój pomysł.

-O nie, nie sądzę... to znaczy, raczej będę w eskorcie, jeśli o to chodzi.

-Nonsens- powiedział Moody spokojnie.- Jak zauważyła panna Granger, będą oczekiwać naszych najpotężniejszych członków zakonu. Więc Dung, panna Granger, panna Delacour, Ron, Fred i George Weasley wypiją eliksir.- pani Weasley wyglądała jakby miała zwymiotować.- Oczywiście ja będę w eskorcie. Potrzebujemy jeszcze sześciu.

Szybko zgłosili się Bill, Remus, Tonks, pan Weasley, Kingsley i Hagrid.

-Przeniesiemy go w przyszłym tygodniu. W sobotę. Każdy uda się do innego miejsca, a później świstoklikiem wróci tutaj. To będą musiały być nielegalne świstokliki. Pius Thicknesse zmienił strony, więc normalne sposoby transportu są po za naszym zasięgiem. Zajmę się tym.

Spotkanie toczyło się dalej; członkowie zakonu zgłaszali swoje rodziny do bezpiecznych domów. Ustalono, że będą spotykać się co wieczór do soboty. Było dużo do zrobienia- rzucenie zaklęć na wszystkie domy, zapewnienie eliksiru wielosokowego, sposoby transportu (pan Weasley obiecał dodać kilka zabezpieczeń do latającego motoru Syriusza, którym miał lecieć Hagrid); przygotowanie szat i okularów w rozmiarze Harry'ego, dla wszystkich ochotników; przygotować miejsce w którym można ukryć Dursleyów.

Hermiona prawie zasypiała na stojąco, kiedy zebranie nareszcie się skończyło. Weszła do pokoju, który dzieliła z Ginny. Jej przyjaciółka leżała w poprzek łóżka, zupełnie ubrana, pogrążona w głębokim śnie z końcówkami Uszu dalekiego zasięgu wciąż przysuniętymi do uszu. Hermiona zdjęła je delikatnie i zwinęła. Impulsywnie wrzuciła je do torebki spakowanej rzeczami jej i Rona. Pewnie powinna porozmawiać z Fredem i Georgem o pewnych rzeczach...Peruwiański proszek natychmiastowej ciemności... Może nawet kilka bombonierek lesera.

Usiadła na swoim łóżku i wyjęła notatki spod materaca. Rozwinęła listę, którą przygotowała na ten tydzień. Odznaczyła „powiedzieć rodzinie Rona", „przekonać do planu Mundunguda"i „upewnić się, że data przeniesienia jest zmieniona". Wciąż pozostawało „przetransmutować Ghula", „Spakować rzeczy Harry'ego" i „poinformować przyjaciela". Odznaczyła ostatni punkt i po upewnieniu się, że Ginny nadal śpi, dotknęła różdżką pierścionka.

Następna sobota. Wszystko poszło dobrze. wysłała. I żałowała, że nie może dodać Co u ciebie?

Na liście, którą miała w sercu „zabrać portret Phineasa Nigellusa Blacka" wciąż pozostawało nieodznaczone na pierwszym miejscu.