Witam wszystkich i zapraszam do lektury kolejnego rozdziału. Muszę przyznać, że ten jest troszkę przejściowy, ale mam nadzieję, że nie znudzi was zbytnio.
Serdeczne podziękowania za wszystkie komentarze i dla błotniaka stawowego za betę.
Ostrzeżenie: w tym rozdziale jedna scena jest dość obrazowa i może być nieprzyjemna do bardziej wrażliwych osób.
XXI
Lily zasnęła około czwartej nad ranem. Drugi w kolejności odpadł Zack, a potem Albus. Ostatecznie o świcie na placu boju pozostał tylko Scorpius, rodzeństwo Graf i James. Stolik w salonie, okoliczne krzesła i większość podłogi zasłana była kartkami, na których zaczarowane pióra robiły notatki i wykresy, podczas gdy czarodzieje dyktowali im ważniejsze fragmenty.
Scorpio rozmasował obolały kark, gdy skończył przeglądać ostatnią przyniesioną teczkę. Materiałów na temat Rogogonów było mnóstwo, przez te wszystkie lata zdążyli wystarczająco narozrabiać, by ministerstwo oddelegowało grupę aurorów, którzy na stałe zajmowali się ich działalnością. W ostatnich latach udało im się nawet pojmać kilku członków grupy, ale nawet pod działaniem Veritaserum nie przekazali oni zbyt wielu cennych informacji. Niestety byli tylko płotkami, których wiedza pozostawała ograniczona do ich najbliższych zwierzchników. Nie wiedzieli nic na temat tych zasiadających za sterami całej organizacji.
Jednak jedno było pewne, grupa ta musiał powstać w parę lat po wojnie, a ich główny cel stanowiło zdyskredytowanie Ministerstwa Magii i odsunięcie od władzy zasiadających tam obecnie czarodziejów. Cztery lata temu odważyli się nawet dokonać dwóch zamachów w Londynie, które wymierzone były w wysoko postawionych członków rządu. Jeden z zaatakowanych, przewodniczący Międzynarodowego Urzędu Praw Czarodziejów, zginął na skutek odniesionych ran.
Wszystko to jednak w niewielkim stopniu przybliżyło ich do odnalezienia mordercy McGonagall i Scorpius zaczął odczuwać narastającą frustrację. Po prawdzie wertowanie zapisków czy notatek prasowych nigdy nie było jego domeną, zawsze brakowało mu do tego cierpliwości. Takie rzeczy wolał zostawiać Joshowi, który miał do tego wybitne zacięcie. Teraz również alchemik przeglądał wszystkie dokumenty w pełnym skupieniu, analizując każdy z wielką dokładnością.
Chcąc nie chcąc, Scorpio zaczął się zastanawiać, czy w Hogwarcie ktokolwiek potrafiłby pomóc jego towarzyszowi w zapanowaniu nad rozszalałą magią. Przy inteligencji Josha jego brak władzy nad własną magią był ogromnym marnotrawstwem.
– Idę o zakład, że ta cała banda ma związki ze śmierciożercami – skwitował Joshua, kiedy wszystkie teczki były już złożone i czekały na zabranie do Biura Aurorów.
– Skąd taki pomysł? – zapytał James, który starał się postawić na nogi kubkiem mocnej, czarnej kawy. – Śmierciożercy nie wykazywali aktywności od wielu lat.
– Właśnie dlatego. Jakoś trudno mi uwierzyć, że przy skuteczności waszego Ministerstwa wszyscy oni zostali wyłapani. Słuszniej byłoby założyć, że część gdzieś się zaszyła, może nawet zmieniła tożsamość i teraz nie pała sympatią do obecnych władz. Można pójść dalej i poszukać wśród dawnych pracowników Ministerstwa. Zapewne są dokumenty, które wskazują, kto nigdy nie odnalazł się po wojnie i kto najwięcej stracił na zmianie władzy.
– Ja się tym zajmę – odezwał się Zachary z miejsca na sofie. Blondyn przebudził się parę minut wcześniej, ale jeszcze nie zdobył się na zmianę pozycji na siedzącą. – Mam dostęp do archiwum, mogę pod pretekstem porządkowania dokumentacji poszukać takich informacji.
James skinął głową.
– Ja odniosę te teczki, a potem postaram się jeszcze popytać.
– Tylko uważaj – wtrącił Scorpio. – Nie grzeszysz subtelnością, a skoro nawet Zack cię przejrzał, to kłamca też z ciebie marny.
Potter najwyraźniej był zbyt zmęczony, żeby wchodzić w dyskusję na ten temat. Skrzywił się tylko nieznacznie, po czym odstawił pusty kubek i zaczął zbierać dokumenty ze stolika.
– My rozejrzymy się na mieście – rzuciła Heidi. – Scorpio lepiej, żeby się nie wychylał, ale my jesteśmy tu obcy, więc nie powinniśmy wzbudzić niczyich podejrzeń.
– W porządku – zgodził się młody auror. – Nie nadużywajcie tylko magii, bo jak Ministerstwo dostanie jakieś sygnały, to może się wami zainteresować, a tego zakładam wolelibyście uniknąć.
Heidi uśmiechnęła się w nader niepokojący sposób.
– Będziemy bardziej mugolscy niż mugole.
Chwilę później Zack i James zniknęli w kominku, a rodzeństwo Graf poszło na górę, żeby się trochę przespać. Scorpius został sam w ciemnym salonie, gdzie na kanapie w kącie spała Lily, a na dużym fotelu pod oknem zasnął Albus. Ślizgon przez moment przyglądał się śpiącym Gryfonom, a potem wstał i przeciągnął się tak mocno, że aż strzeliło mu w kręgosłupie. Czuł się fizycznie zmęczony, a z drugiej strony wiedział, że natłok myśli nie pozwoli mu zasnąć.
Wiedziony dziwną myślą podszedł do gobelinu na ścianie i przez dłuższą chwilę przyglądał się wizerunkowi swoich rodziców. Wcześniej nie miał odwagi o nich myśleć, ale to, co usłyszał od Albusa, stopiło nieco wątpliwości. Czy to możliwe, żeby jego rodzina również się zmieniła przez te lata? Czy Draco był w stanie się zmienić? Scorpius był przekonany, że ojciec żywi zbyt wiele niechęci, nienawiści wręcz, do tych którzy byli po drugiej stronie w czasie wojny, by mógł nawiązać z nimi jakiekolwiek pozytywne relacje. Wydawał się na to zbyt zatwardziały, zbyt dumny. Czy możliwe, by zniknięcie Scorpiusa odcisnęło aż takie piętno? Trudno było w to uwierzyć.
Nagle Scorpio usłyszał za sobą jakiś ruch i spojrzawszy przez ramię, dostrzegł, jak Albus podnosi się z fotela. Gryfon nieco nieprzytomnym wzrokiem obrzucił pokój, a potem zatrzymał spojrzenie na Ślizgonie.
– Gdzie wszyscy?
– James i Zack wrócili do Ministerstwa, a Josh i Heidi poszli spać.
– A ty czemu tu stoisz?
Scorpio wzruszył ramionami.
– I tak nie mógłbym zasnąć.
Albus również spojrzał na gobelin i zrozumienie odmalowało się na jego twarzy.
– Tęsknisz za nimi, prawda?
Ślizgon powtórnie wzruszył ramionami.
– Zazwyczaj wolę o tym nie myśleć, tak jest łatwiej. Nic mi nie przyjdzie z tej tęsknoty.
Potter westchnął nieznacznie, jakby tłumiąc narastającą irytację. Upór Scorpiusa ewidentnie jemu również działał na nerwy.
– Lily mówiła mi, o czym wczoraj z tobą rozmawiała. I wbrew temu, co twierdzisz, ja uważam, że powrót byłby możliwy. Przede wszystkim jednak ty musiałbyś tego rzeczywiście chcieć.
Scorpius uśmiechnął się cierpko.
– A to jest pytanie za milion galeonów.
Albus spojrzał na niego przelotnie, a potem ponownie utkwił wzrok w gobelinie.
– Nie zamierzam cię więcej przekonywać. Zrobisz jak zechcesz. – W głosie Gryfona dało się wyczuć wyraźną gorycz, kiedy wypowiadał te słowa. – Chcę tylko, byś wiedział, że jeśli podejmiesz rękawicę, to możesz liczyć na moją pomoc.
Jedno z pewnością się nie zmieniło. Albus nadal potrafił go zaskoczyć. Spodziewał się, że znów usłyszy, ile to osób przejmowało się jego zniknięciem, ile wycierpiała jego rodzina, tymczasem Potter swoim zwyczajem zrobił coś zgoła innego. Zaproponował mu pomoc. Naraz Scorpio poczuł się, jakby znowu był w Hogwarcie. Wtedy też Albus wielokrotnie wyciągał w jego stronę pomocną dłoń i nigdy się od niego nie odwrócił, nawet kiedy Ślizgon jasno dawał do zrozumienia, że gardzi jego osobą.
W tej samej chwili po raz pierwszy wyraźnie poczuł, że rzeczywiście chciałby wrócić. Nawet mimo wszystkich trudności, jakie z pewnością piętrzyłyby się na jego drodze. Ale była jedna kwestia, najbardziej kluczowa, której mimo szczerych chęci nie potrafił przezwyciężyć.
Czując, jak nogi odmawiają mu posłuszeństwa, usiadł na pobliskim fotelu, opierając przedramiona na kolanach.
– Nawet gdybym postanowił wrócić, to wątpię, by to było możliwe.
Albus spojrzał na niego pytająco, ale nic nie powiedział, zamiast tego sam również usiadł na sofie po przeciwnej stronie stolika.
Scorpius przełknął ciężko, jakby wypowiedzenie tych słów sprawiło, że staną się one jeszcze bardziej prawdziwe.
– Nie jestem w stanie spojrzeć w twarz ojcu – wyrzucił niczym największą klątwę. – Mam pełną świadomość, jak bardzo zawiodłem wszystkie jego oczekiwania. Liczył, że będę postępował słusznie, że nie popełnię jego błędów, tymczasem myślę, że odwaliłem jeszcze gorsze.
– Więc obawiasz się powrotu w strachu przed ojcem? – zapytał Albus dziwnym, niemal rozbawionym tonem.
– Gdybyś go lepiej znał, też byś się tego obawiał – mruknął Scorpius. – On jest bardzo zatwardziały, wątpię, by znalazł w sobie dość wybaczenia dla mnie. Nie jestem przekonany, czy mam wystarczająco chęci by to sprawdzać.
Nie podobało mu się spojrzenie Albusa. Gryfon wyglądał, jakby ten argument zupełnie do niego nie docierał. Tak jakby spośród wszystkich innych wcale nie był najważniejszy.
– Tak się składa, że miałem okazję rozmawiać z twoim tatą i jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że zatrzaśnie ci drzwi przed nosem.
Scorpius w pierwszej chwili nie potrafił zgadnąć, w jakich okolicznościach Albus mógł rozmawiać z jego ojcem, a potem przypomniał sobie, że Potter napomknął o jakieś świątecznej wizycie. Nie wspominając już, jak dziwnie w ustach Gryfona brzmiało słowo „tata" w odniesieniu do Draco.
– Ja jakoś nie ma z tym trudności. Za dużo mniejszy numer groził kiedyś, że wyrzuci mnie z domu.
– Kiedyś to sam bym to chętnie zrobił, zwłaszcza jak przez ciebie wyleciałem w powietrze.
Scorpio parsknął śmiechem, kiedy przypomniał sobie tamto nieszczęsne wydarzenie. Wydarzenie, od którego praktycznie wszystko się zaczęło. Nigdy nie przypuszczał, że jego życie potoczy się w tak absurdalny sposób. Pomyśleć, że dawnej jego największym problemem byli irytujący Krukoni wyżywający się na słabszych, a teraz zastanawiał się, czy możliwe, by w ogóle mógł zostać na Wyspach. Kiedy myślał o przeszłości, z każdą chwilą bardziej pragnął wrócić do tamtego beztroskiego życia, nawet jeśli zdrowy rozsądek podpowiadał, że już nigdy nie będzie tak jak wtedy, już nigdy nie będzie dobrze.
– Naprawdę myślisz, że to możliwe? – zapytał, trochę wbrew sobie.
Albus skinął głową pełen przekonania.
– Co prawda nie pomogę ci w przetrwaniu spotkania z ojcem, ale mogę z całą resztą. A jeśli moja pomoc nie wystarczy, zawsze możemy się zwrócić do mojego taty, jemu niewielu ludzi w Ministerstwie jest w stanie odmówić. Większość zawdzięcza mu przecież swoje stołki.
Scorpius nie wiedział, jak zareagować na to oświadczenie. Szczerze wątpił, by Harry'ego Pottera w ogóle obchodził jego los, ale już parę razy przekonał się ostatnio, że życie nadal potrafi go zaskoczyć.
– Dzięki. Zastanowię się nad tym.
Ostatecznie Scorpius zdołał zasnąć. Po niemal pięćdziesięciu godzinach na nogach, zmęczenie upomniało się o niego, dzięki czemu pogrążył się w kilkugodzinnym, choć dość niespokojnym śnie. Kiedy wreszcie się zbudził, zdał sobie sprawę, że to był pierwszy dłuższy odpoczynek od powrotu na Wyspy. Natłok myśli i wspomnień dotychczas skutecznie mu to uniemożliwiał.
Na tyle wypoczęty, na ile było to możliwe, wstał, umył się i szybkim zaklęciem odświeżył swoje ubranie. Kiedy zszedł na dół, w kuchni zastał James i Zacka, którzy wróciwszy z Ministerstwa, jedli obiad.
Ku niewysłowionej radości Stworka on również zgodził się do nich przyłączyć, zwłaszcza że smakowity zapach roznosił się po całej kuchni.
– Dowiedzieliście się jeszcze czegoś ciekawego? – zapytał, kiedy wypił kilka łyków podanej kawy.
– W twoich ustach brzmi to tak, jakby kluczowe informacje leżały na każdej półce w Ministerstwie – żachnął się blondyn.
– Może po prostu, swoim zwyczajem, nie dostrzegasz tego, co rzeczywiście istotne – zasugerował złośliwie Scorpio.
– Zabrzmiało to prawie jak coś mądrego – odgryzł się Zack. – Gdyby nie fakt, że wyrosłem już z tego typu roztrzepania.
– Jakoś na razie nie zauważyłem specjalnej różnicy – mruknął Scorpius, popijając kolejny łyk kawy.
– Ja również – odparł Zachary, a jego twarz ozdobił perfidny uśmiech. – Nadal jesteś złośliwą, przemądrzałą marudą.
James pokręcił jedynie głową, po czym wstał, dziękując za posiłek. Najwyraźniej nie miał najmniejszej ochoty dalej przysłuchiwać się tej specyficznej wymianie uprzejmości.
– Ciężko uwierzyć, że współpracujesz z Potterem – stwierdził Scorpius, kiedy auror zniknął na korytarzu. – A to mnie kiedyś zarzucałeś, że się z nimi zadaję.
– Trudne czasy wymagają trudnych decyzji.
– Ale Biuro Aurorów? Widziałbym cię wszędzie, ale nie tam. Nie żebym w przeszłości jakoś specjalnie zastanawiał się nad twoimi życiowymi aspiracjami.
Mimo że Scorpio wypowiadał to w formie żartu, to jednak Zachary dziwnie spoważniał.
– Naprawdę pytasz mnie, czemu zacząłem tam pracować?
Nagłe zrozumienie spłynęło na Scorpiusa niczym kubeł zimnej wody. W jednej chwili całkowicie odechciało mu się jeść. Przez dłuższą chwilę w milczeniu obserwował blondyna, zastanawiając się, czy rzeczywiście ma ochotę kontynuować tę rozmowę.
– Czy wy wszyscy trochę nie przesadzacie? Naprawdę, moje życie jest tylko moje i nikogo specjalnie nie powinno ono obchodzić.
Zack wywrócił oczami i westchnął nieco teatralnie.
– Zawsze miałeś za nic wszystkich wokół siebie, co? Jestem wspaniały Scorpius Malfoy i niczego od was nie potrzebuję. Trzymajcie się na odległość pięciu kroków, żeby moje ego miało wystarczająco miejsca. Czasami wyłazi z ciebie straszny dupek.
Scorpio ostatecznie zdołał ponownie przełknąć nieco kawy.
– Skoro wiesz, że jestem takim paskudnym gadem, to co tutaj robisz? Nie ma w tym zbyt wiele logiki.
– Chyba zapomniałeś, że to całe zamieszanie z White zaczęło się od pomysłu, by ściągnąć ją z pomocą Katie do sowiarni. Naprawdę myślisz, że wpadł na to Karl?
Zachary wykonał gest dłońmi, wskazując na swoją osobę. Jednocześnie skrzywił się znacząco.
– Gdyby nie mój błyskotliwy pomysł, nie byłoby nas tu teraz. Nie wspomnę już tego drobnego faktu, że tamtego dnia uratowałeś mi życie.
Podziękowania nigdy nie były domeną Zacharego i dlatego wypowiadając ostatnie zdanie wyraźnie się zmieszał. Cisza trwała kilka sekund, a potem blondyn szybko zmienił temat.
– Zresztą od początku wątpiłem, by te gryfońskie tyłki zdołały cokolwiek wskórać.
Scorpius prychnął na to oświadczenie. Cóż, wśród Ślizgonów aurorzy nigdy nie cieszyli się zbyt wielkim szacunkiem.
– A skoro już wspomniałeś Karla, to co on robi? Nadal jest z tą Puchonką?
Zack ponownie się skrzywił, co nie mogło wróżyć niczego dobrego, a potem pokręcił głową.
– Rozstali się niedługo przed skończeniem Hogwartu. Karl postanowił wrócić do Stanów, twierdził, że zbrzydła mu już atmosfera panująca na Wyspach, a Katie nie była gotowa, żeby wyjechać tak daleko.
Zachary nie powiedział tego wprost, ale i tak Scorpio domyślał się, że na Karlu tamte wydarzenia również musiały odcisnąć ślad. On jednak postanowił uporać się z nimi na swój własny sposób. I nikt nie miał prawa go za to winić, ostatecznie zrobił to, co było najlepsze dla niego.
– Szkolne romanse nigdy nie trwają zbyt długo – skwitował, mając stanowczo dość ciężkich tematów.
– Powiedział ten, który miał największe doświadczenie z kobietami.
Po twarzy Scorpiusa przeszedł cień dwuznacznego uśmiechu.
– Zdziwiłbyś się, w jakich rzeczach zdobyłem doświadczenie.
– O nie, nie chcę słuchać o twoich podbojach. Właśnie skończyłem jeść – rzucił blondyn, a potem nachylił się do przodu i szepnął konspiracyjnie. – Czyżby ta cała Adelajda?
– Nie zamierzam ci się z niczego spowiadać – odparł wymijająco Scorpius. Stanowczo nie chciał zwierzać się ze swojej relacji z Heidi. Może nadal uważał Zacharego za swojego kumpla, ale dobrze pamiętał, jaka była z niego papla. Jakoś wątpił, by wiele się w tym względzie zmieniło.
Jednak blondynowi nawet te słowa wystarczyły, żeby wyciągnąć odpowiednie wnioski.
– Proszę, proszę, trzeba przyznać, że masz niezłe szczę… – Zack urwał gwałtownie, bo dokładnie w tej samej chwili do kuchni weszła obgadywana czarownica.
– Odebrałam sygnał – rzuciła w stronę Scorpiusa.
Ten natychmiast spoważniał i pośpiesznie dokończył obiad.
– Zaklęcie zlokalizowało silny impuls jakieś trzydzieści pięć mil stąd – tłumaczyła Heidi, pokazując ich cel na rozłożonej mapie. Wszyscy zebrali się w salonie, gdzie ustalali dalsze działanie. – Konkretnie w lasach na północ od Ewhurst. To nie będzie łatwy teren do poszukiwań, ale jeśli znajdę się na miejscu, myślę, że dam radę ustalić bardziej szczegółowe położenie.
– Możecie się tam teleportować? – zapytała Lily.
– Podstawowa zasada teleportacji, można się przenieść tylko w miejsce, które już się kiedyś odwiedziło – rzucił Joshua.
– Pożyczę samochód od ojca, znajdę jakąś wymówkę – zaproponował James. – W godzinę powinniśmy być na miejscu. To bezpieczniejsze rozwiązanie niż używanie publicznej sieci Fiuu, zwłaszcza jeśli ten ślad zaprowadzi nas do Rogogonów. Mogą kontrolować okoliczne kominki.
Scorpius skinął głową na zgodę.
Przez dłuższą chwilę dyskutowali nad szczegółami, a potem jeszcze dłużej starali się przekonać Lily, że absolutnie nie powinna tam jechać. Gryfonka przez ładnych parę minut stawiała opór, nie chcąc zostać sama w Londynie, ale ostatecznie, nim James wrócił z samochodem, pogodziła się ze swoją porażką.
Las był wilgotny i duszny. Ostatniej nocy musiało dość obficie padać, a obecna letnia temperatura powodowała, że wszystko szybko parowało. W efekcie dłuższy marsz w tych warunkach stawał się coraz większym utrapieniem. Zostawili samochód niemal pół godziny temu na poboczu drogi i zagłębili się w las, idąc gęsiego za wyznaczającą drogę Adelajdą. Na jej dłoni wciąż siedział papierowy żuraw, który poruszając swoją małą główką, wskazywał im prawidłowy kierunek.
Nie rozmawiali wiele, świadomi, że nie tylko zwierzęta mogą ich teraz obserwować. Różdżki również trzymali w pogotowiu, choć przedzieranie się przez niekiedy gęste zarośla nie sprzyjało ostrożności.
– Powinni być gdzieś niedaleko – rzuciła Heidi, zatrzymując się w pół kroku. – Znacznik zaczyna nas prowadzać w kółko, więc nic dokładniejszego nie zdołam powiedzieć.
– Spróbujmy inaczej. Homenum Revelio – wypowiedział zaklęcie Scorpius, ale ku jego obawie i ono nie wskazało w okolicy żadnych ludzi.
– Nie wygląda to dobrze – mruknął Josh.
– To zaklęcie wskazuje ludzi w okolicy, czy możliwe, by wasze zaklęcie śledzące pokazało złą lokalizację? – zapytał Albus, ale jego mina sugerowała, że już domyśla się odpowiedzi.
– W pewnym zakresie może być błędne, ale raczej nie całkowicie. Właściciel zaklętych w papierze przedmiotów musi tu gdzieś być – wytłumaczyła Heidi, a potem dodała z pewnym niesmakiem – a przynajmniej jakaś jego cześć.
Zachary spojrzał na nią z wyraźnym przejęciem.
– Czyli sugerujesz, że on…
– Revelio nic nie wskazało – odparł za kobietę Albus. – Ale ono wskazuje jedynie żywych ludzi.
Nikt więcej nic nie dodał. Dla wszystkich stało się jasne, że ten las raczej nie jest kryjówką Rogogonów, a miejscem ostatniego spoczynku członków rodziny Grayword.
Rozdzielili się i parami zaczęli przeszukiwać najbliższą okolice. Albus wraz z James, Scorpius z Zackiem, a ostatni zespół utworzyło rodzeństwo Graf.
Przez ładnych parę minut jedynym towarzyszącym im dźwiękiem, był chrzęst deptanych liści i trzask łamanych gałązek. Aż w końcu Scorpio usłyszał, jak jego towarzysz gwałtownie nabiera powietrza. Nim jeszcze zdążył podejść bliżej, poczuł tę charakterystyczną, słodko–mdłą woń rozkładu i już wiedział, że to, co zobaczy, nie będzie przyjemnym widokiem.
W niewielkim parowie, przykryte grubą warstwą liści, leżały dwa ciała.
– Znaleźliśmy ich – zawołał Scorpius, a potem, nie czekając na pozostałych, minął blondyna i podszedł do zwłok.
Zack najwyraźniej nie był w stanie postąpić ani kroku dalej, a do tego robił się coraz bardziej zielony na twarzy.
– Jak masz haftować, to idź gdzieś dalej, tu jest wystarczająco paskudnie i bez tego – rzucił Scorpius, dając Ślizgonowi odpowiedni pretekst do wycofania się.
Rzeczywiście widok był daleki od przyjemnego. Ciała musiały tu leżeć już od wielu dni, a przy tej temperaturze rozkład postępował bardzo szybko. Scorpius wolał nie myśleć o tych muchach i robactwie, które wypełniało całą okolicę.
– Albus, zobacz co z Zackiem, nie wyglądał najlepiej – rzucił przez ramię, kiedy zobaczył zbliżających się Potterów. Młodszy z braci dość niechętnie skinął głową, najwyraźniej doskonale pojmując ukryty motyw tej prośby.
– Dzięki – rzucił James, kiedy podszedł bliżej i ukucnął obok Scorpiusa. – Miałby po tym koszmary.
Scorpio prychnął cicho.
– Nie jest już dzieckiem.
– Wiem, ale ja też będę je po tym miał.
Scorpius spojrzał na młodego aurora, zdając sobie sprawę, że on raczej też nie nawykł do oglądania podobnych scen. Oczywiście najstarszy Potter chował swoje lęki głęboko pod maską profesjonalizmu. Jednak nawet to nie było w stanie zmusić go do zbliżenia się bardziej, a rękaw koszuli dociskał silnie do ust, starając się choć trochę stłumić przykrą woń.
Kilka chwil później dołączyli do nich Grafowie. Heidi jednym szybkim zaklęciem zdmuchnęła leżące na ciałach liście, odsłaniając w pełni makabryczny obraz.
– W tym stanie trudno powiedzieć, jak zginęli, choć przypuszczam, że raczej nie od ran fizycznych – stwierdził Josh, podchodząc bliżej i pochylając się nad pierwszymi zwłokami. – Te wyglądają na kobietę. Trudno coś powiedzieć o rysach twarzy, ale włosy nasuwają skojarzenie z osobą na zdjęciu, które widzieliśmy w domu Graywordów. Mężczyzna obok też z postury pasuje do Teodora. Obawiam się więc, że to oni.
– Powinniśmy chyba sprawdzić, czy nie mają przy sobie czegoś, co może być istotne dla sprawy – rzucił James, a w jego głosie wyraźnie dało się wyczuć, jak bardzo nie chce być tym, który to zrobi.
– Ja trupów nie dotykam – zaprotestowała natychmiast Heidi.
Scorpio wymienił spojrzenie z Joshem.
– Bierzesz Teodora – zawyrokował.
Alchemik prychnął ze sztucznym rozbawieniem.
– Jasne, mnie zostawiasz tłustego gościa, a sam będziesz obmacywał babkę.
Ślizgon wolał nie komentować tego stwierdzenia, bo i bez tego sytuacja była wysoce niesmaczna.
– Widzę, że dla ciebie wszystko jest powodem do kpiny – rzucił tymczasem Potter.
Joshua wywrócił oczami.
– Mój sarkazm już raczej ich nie urazi, a przynajmniej mnie poprawi samopoczucie.
W czasie, kiedy oni komentowali sytuację, Scorpius chwycił kilka większych liści i przetransmutował je w trzy pary rękawiczek. Jedną z nich podał Joshowi, drugą Jamesowi, a sam założył trzecią. Uciszając wszelką niechęć i wstręt, zaczął metodycznie przeszukiwać zwłoki kobiety. Nie było tego wiele, w kieszeni luźnych spodni miała tylko chusteczkę i kartkę z odręcznym pismem, które wyglądało na listę zakupów, zainteresował go tymczasem wisiorek, który miała na szyi. Kiedy go zdjął, dostrzegł, że to typowy otwierany medalion ze zdjęciem w środku. Gdyby miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, że mają do czynienia z Graywordami, to radośnie uśmiechnięta twarz Matyldy, która spoglądała na niego z medalika, musiałaby je definitywnie rozwiać. Ostrożnie zdjął go z szyi kobiety i bez słowa podał Jamesowi.
Po kolejnej minucie doszedł do wniosku, że nic więcej interesującego tutaj nie znajdzie, a dalsze dotykanie ciała denatki za chwilę i jego przyprawi o mdłości.
– Znalazłeś coś? – rzucił w stronę Josha.
– Nawet więcej niż coś – stwierdził mężczyznę, po czym wyciągnął w stronę Scorpiusa złamaną różdżkę. – Wygląda na to, że Teodor przynajmniej przez chwilę próbował się bronić, co chyba nie spodobało się napastnikom.
– Możemy spróbować odczytać z niej ostatnie zaklęcia, ale nie wiem czy to powie nam coś więcej – stwierdził James.
Scorpio przez dłuższą chwilę przyglądał się różdżce, a potem podał ją Potterowi, który odłożył ją razem z medalionem.
– Możemy zrobić więcej – odezwał się niespodziewanie Albus, który stanął u wylotu parowu, zachowując bezpieczną odległość. – Jeśli potwierdzimy, że to różdżka Teodora Grayworda, to wiemy, że napastnik w Hogwarcie używał innej. Pamiętam jak wyglądała i z pewnością różniła się z wyglądu. Jeżeli jesteście w stanie odtworzyć dokładny wygląd tamtej, to możemy na tej podstawie dowiedzieć się, kto jest jej właścicielem.
– Jak niby chcesz to zrobić? – zapytała Heidi.
Albus uśmiechnął się minimalnie.
– W Londynie jest jeden człowiek, który rozpozna każdą różdżkę.
Scorpius z Jamesem wymienili spojrzenia, bo obaj doskonale wiedzieli, kogo Albus ma na myśli. Starszy z Potterów skinął głową i wyprostował się. Sięgnął do kieszeni, po czym rzucił kluczyki w kierunku brata.
– Wracajcie na Grimmauld Place. Postarajcie się odtworzyć tamtą różdżkę i odwiedźcie Ollivandera.
– A ty?
James obrzucił wzrokiem leżące na ziemi ciała.
– Ja muszę tu posprzątać.
– Biedna Matylda – westchnęła Lily, kiedy streścili jej, co znaleźli w lesie. – Jeszcze nie doszła do siebie po tamtym wydarzeniu. Nie wiem, jak zdoła otrząsnąć się z podobnego ciosu. Jesteście pewni, że to byli oni?
Albus jedynie pokiwał smętnie głową. Zarówno on, jak i Zack przez resztę czasu spędzonego w tamtym miejscu, trzymali się na uboczu, ale niewątpliwie i tak musiało to nimi nieco wstrząsnąć. W efekcie tego obaj byli niezwykle milczący, co zwłaszcza w przypadku gadatliwego Ślizgona robiło niepokojące wrażenie.
– Muszę się umyć – rzucił tymczasem Scorpius, który miał poczucie, że cały przeszedł tym paskudnym smrodem rozkładu. – Czy możecie mi skombinować jakieś ubranie na zmianę, bo mam przeczucie, że najlepsza magia nie zdoła usunąć tego zapachu?
– Poszukam, coś z rzeczy Jamesa powinno na ciebie pasować – powiedziała Lily.
Ślizgon skinął głową, po czym udał się na górę, gdzie z nieukrywaną przyjemnością zdjął przesiąknięte trupem ciuchy, a potem zanurzył się w wannie wypełnionej gorącą wodą.
Siedząc tak w cieple, rozmyślał o różnych rzeczach. Próbował nakierować umysł na kwestie związane z Rogogonami i co mogą dalej zrobić w tej sprawie. Odtworzenie różdżki napastnika, bez pomocy zaklęcia może być trudne, ale skoro wszyscy ją widzieli i pamiętali, mogą ją spróbować chociażby narysować. Znając Ollivandera była szansa, że po samym szkicu zdoła skojarzyć właściciela. Pod tym względem był naprawdę niesamowity. Scorpius chciałby kiedyś osiągnąć w czymś podobną biegłość.
Szybko jednak myśli zaczęły mu zbaczać na znacznie bardziej nieprzyjemne kwestie: jego rodzina, Potterowie, McGonagall. Po prawdzie nie chciał myśleć o żadnej z nich. Był już naprawdę zmęczony roztrząsaniem tych tematów, które wracały do niego niczym zły omen. Kiedy już porachuje się mordercami dyrektorki, zastanowi się nad własną przyszłością, teraz ta wydawała się zbyt niepewna, a on sam był za bardzo rozdarty, by podejmować jakieś decyzje.
Czując, że zaczyna go morzyć sen, wyszedł z wody i owinął się w długi, szary szlafrok, który wisiał na ścianie. Nie wiedzieć kiedy Stworek zadbał również, by przy wannie stały miękkie, czarne kapcie. Trzeba było przyznać, że ten skrzat odwalał kawał dobrej roboty.
Kiedy wszedł do pokoju, ku swemu zdumieniu zobaczył, że na jego łóżku siedzi Lily. Dziewczyna wyraźnie zmieszała się, widząc go w samym szlafroku.
– Przyniosłam ubranie – rzuciła, wskazując na stosik leżący na krześle obok.
– Dzięki – stwierdził, podchodząc bliżej.
Przez moment krytycznym wzrokiem przyglądał się rzeczom, a potem spojrzał na dziewczynę.
– Liczysz na striptiz? – zapytał z rozbawieniem.
Tym razem Lily już całkiem zrobiła się czerwona na twarzy, co pięknie zgrywało się z jej kasztanowymi włosami. Scorpius dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę, że te zmieniły dość znacząco kolor i już z pewnością nie były wściekle rude jak dawniej. To zaś bardzo upodobniło ją do matki.
Kilka sekund za późno zrozumiał, że zbyt długo patrzy na nią oceniająco, co mogła odebrać bardzo opacznie. Dlatego odwrócił się i wrócił do przeglądania przyniesionych ubrań.
– Co masz na szyi? – zapytała po chwili, dziwnie ściśniętym głosem. Ona najwyraźniej również poczuła się niezręcznie.
Scorpius przez moment patrzył na wisiorek, a potem ściągnął go i podał dziewczynie.
– To amulet blokujący zaklęcia śledzące. Josh kiedyś zrobił takie dla naszej trójki, żebyśmy nie musieli obawiać się wykrycia.
Gryfonka przez dłuższą chwilę obracała mały wisiorek w dłoni.
– To dlatego nie przejmujecie się, że ktoś przyłapie wasz na teleportacji, tak?
– Dokładnie. Ich działanie jest wzmocnione runami i eliksirem, więc nawet kilka kroków ode mnie wszystkie zaklęcia byłyby niewykrywalne. Co więcej, amulety są ze sobą sprzężone, więc jeśli rzucić na niego zaklęcie Portus, to automatycznie stanie się świstoklikiem prowadzącym do najbliższego, bliźniaczego wisiorka.
– Bardzo to pomysłowe – stwierdziła Lily, po czym wstała i podeszła do Scorpiusa.
Zawahała się jedynie przez ułamek sekundy, a potem wspięła się na palce i założyła mu na powrót łańcuszek na szyję.
– Cieszę się, że znalazłeś ludzi, którzy troszczyli się o twoje bezpieczeństwo – dodała, uśmiechając się lekko, nawet mimo tego, że wyraźnie wyczuł w jej tonie nieco goryczy.
Zrozumiał, czego nie dopowiedziała, choć ewidentnie miała na to ochotę. „W naszym zastępstwie" – zapewne takie słowa cisnęły się jej na usta.
Przez chwilę ręce Gryfonki spoczęły na jego ramionach i przyglądała mu się badawczo. Domyślał się, że ona również zastanawia się nad jego przyszłością, ale akurat w tej jednej kwestii absolutnie nie potrafił jej pomóc.
Jednak w spojrzeniu dziewczyny dostrzegł coś jeszcze, czego stanowczo nie spodziewał się tam zobaczyć. Nutę tej dawnej fascynacji, tej, która tak często zaganiała ją do hogwarckiej biblioteki, gdzie towarzyszyła mu w czasie nauki.
Przez jeden krótki moment miał ochotę zrobić coś szalonego, a potem uświadomił sobie, kim stał się przez ostatnie lata i jak gruby urósł szklany mur dzielący ich światy.
Łagodnym gestem zdjął z ramion ręce dziewczyny i uśmiechnął się na tyle neutralnie, na ile zdołał. Miał przynajmniej nadzieję, że zdoła pod tą maską ukryć wszystkie swoje czarne myśli.
– Naprawdę chciałbym się przebrać.
Lily zmieszała się i odwróciła wzrok.
– Tak, jasne, już sobie idę – mruknęła i, nie mówiąc nic więcej, wyszła z pokoju.
Przez dłuższą chwilę Scorpius stał na środku pokoju, zastanawiając się, co ma zrobić z tym nowym odkryciem. Jednego obawiał się najbardziej, miał przypuszczenie, graniczące z pewnością, że cokolwiek postanowi, i tak ją skrzywdzi. A ponad wszystko chciał tego uniknąć.
Trzy lata temu… Norwegia…
Mroźny, arktyczny wiatr szarpał gałęziami pobliskich drzew, które niemiłosiernie tłukły w dach i okna. Echo tego nieco upiornego dźwięku niosło się po całym domu, który w ostatnich tygodniach był ich kryjówką. Przez wiele dni prawie go nie opuszczali, bo zimowa pogoda w tym miejscu przerosła ich najśmielsze oczekiwania. Nawet gdyby niemal dwumetrowa warstwa śniegu nie zniechęcała do wychodzenia, to trzydziestostopniowy mróz i jeszcze gorszy wiatr z pewnością. Ograniczali się więc praktycznie wyłącznie do krótkich wypadów do pobliskiego miasteczka, gdzie uzupełniali zapasy.
Teraz jednak to nie szum wiatru ani trzask gałęzi nie pozwalały Scorpiusowi spokojnie zasnąć. Leżąc w małej sypialni, patrzył na obłożony drewnianym panelami sufit i wspominał wydarzenia ostatniej nocy. Z każdą kolejną chwilą coraz bardziej gryzło go sumienie. Minął już prawie rok, odkąd podróżował z Grafami, i choć nie zawsze dogadywali się najlepiej, to jednak posiadanie kogoś, kto chronił twoje tyły, było niezwykle cenne. Oni także zdawali się mu ufać, a to, co zaszło dziś w nocy, sugerowało nawet coś więcej.
Nie mógłby zaprzeczyć, że Adelajda była piękną i na swój specyficzny sposób urzekającą kobietą. Z drugiej jednak strony, Scorpius był przekonany, że to nie miłość przywiodła Heidi do niego. Może fascynacja, może potrzeba bliskości, ale z pewnością nie było to żadne głębsze uczucia. Po tym wszystkim, co przeżyła w przeszłości, Ślizgon szczerze wątpił, by była do nich jeszcze zdolna. Jedyną prawdziwą miłość Adelajda żywiła do swojego brata, którego gotowa była chronić nawet za cenę życia.
Wiedząc, jak głęboka więź łączyła rodzeństwo Graf, tym bardziej Scorpio miał wyrzuty sumienia, że aż tak bardzo wmieszał się w ich życie. Kiedy postanowili połączyć siły, nigdy nie przypuszczał, że zajdzie to tak daleko.
A jednak teraz leżał w łóżku, a pościel obok wciąż nosiła zapach Heidi.
Z rosnącą irytacją przeczesał włosy, wygrzebał się z kołdry i pośpiesznie założył ubranie, bo zimne powietrze momentalnie zaczęło szczypać go w skórę. W drugim pokoju było już znacznie przyjemniej, gdyż w kominku płonął przyjemny ogień. Poza tym w małym saloniku nie było zbyt wiele rzeczy, jakaś stara sofa, stół i kilka krzeseł, a także duży, nieco obdarty fotel, który obecnie zajmował Josh. Mimo wczesnej pory (choć ciężko to było określić, przy tak długich nocach polarnych panujących tutaj), mężczyzna był już w pełni ubrany, pił kawę i czytał jakiś mugolski kryminał. Gdy spostrzegł Scorpiusa, przywitał go gestem głowy i wskazał na czajniczek, z którego unosił się mocny aromat.
Scorpio skorzystał z zaproszenia, a potem usiadł na sofie blisko kominka. Ciszę zakłócał tylko trzask płonącego drewna i szum wody w łazience, w której myła się Adelajda.
Joshua nigdy nie był specjalnie rozmowny, raczej zamknięty w sobie i nieokazujący zbyt wielu emocji. Praktycznie tylko raz Scorpio był świadkiem jak Graf stracił panowanie nad sobą, a było to w dniu, gdy spotkał ich po raz pierwszy. Wtedy w grę wchodziło życie jego siostry i nie było cienia wątpliwości, że był gotowy dla niej zabijać bez chwili wahania.
Scorpius stanowczo nie chciał wchodzić z nim w konflikt, a czuł, że to, co się wydarzyło może popsuć kontakty miedzy nimi. Josh nie był ślepy ani naiwny, więc z pewnością wiedział, co zaszło.
– Nie przeszkadza ci, że śpię z twoją siostrą? – zapytał, nie odwlekając tego ani chwili dłużej.
Josh oderwał wzrok od książki i spojrzał na niego poważnie, jakby analizował intencje Ślizgona.
– Wielokrotnie chciałem wyrwać brudne łapska tym, którzy ośmielili się dotykać Heidi – stwierdził ze złowrogą nutą w głosie. – Nawet nie wiesz, ile razy mogłem się tylko bezradnie przyglądać.
Mimo niepokojących słów Joshua pozostawał zupełnie spokojny, więc Scorpius doszedł do wniosku, że póki co jego ręce są bezpieczne.
– Jednak jest pewna różnica – dodał alchemik. – Oni ją krzywdzili.
