No więc ten rozdział miał się pokazać w zeszłą niedzielę, ale tak kompletnie pogubiłam się w życiu, że koniec końców wersja zbetowana, którą otrzymałam rano, musiała poczekać ponad 24 godziny.
Jestem obecnie w trakcie tłumaczenia ostatniego rozdziału, z jakiegoś względu przyjęłam wyzwanie znajomej do wzięcia udziału w NaNoWriMo (ale planuję pisać coś „własnego", nic związanego z fandomem), po Pride Weeku chorowałam tydzień (taka to była zabawa w deszczu :D), udało mi się pierwszy raz w życiu zaspać na zajęcia, piszę średnio cztery maile na dzień w związku z Erasmusem i obijam się na razie na uczelni, bo w sumie nauczyli nas już wszystkiego, czego chcieli, teraz chyba tylko będą robić powtórki.
Serdeczne pozdrowienia dla dwóch nieodmiennie komentujących na ffnecie osób i dla wszystkich na ao3, którzy stwierdzili, że Blake to pseudonim Lokiego ;) Trzymajcie się ciepło, jestem pewna, że to na ten rozdział wszyscy najbardziej czekali (i wzrusza mnie on niepomiernie w oryginale prawie za każdym razem, mam nadzieję, że w tłumaczeniu też daje radę!)
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY
Wieczór zapowiadał się doprawdy koszmarnie.
Minęło dopiero trzydzieści pięć minut podlizywania się ważnym ludziom po kolacji, a zbroja Tony'ego została już obmacana od podeszew do czubka hełmu. Głodne spojrzenia przedstawicieli sojuszniczych narodów podążały za jego repulsorami i pociskami, zatrzymując się dłużej na reaktorze łukowym w klatce piersiowej i otaczającym go błękitnym blasku. Wszyscy znali historię tego, jak Tony Stark stworzył swoje największe dzieło, ale nikt do tej pory nie dał rady położyć łapsk na jego projekcie. Tony czuł się w sumie odrobinę zaskoczony, że jeszcze nie zaczęli się ślinić na jego widok. Albo, co gorsza, próbować do niego podejść z otwieraczem do puszek. Pełne zawodu spojrzenia rzucane przez jednego z gości trzymających się z tyłu sugerowały, że przynajmniej jednej osobie przyszło to na myśl.
Nigdzie nie mógł znaleźć Rhodeya. Fury'ego zresztą też. Natasza i Clint zostali ustawieni gdzieś na obrzeżach tłumu, a Bruce siedział u siebie, zajęty pedicurem. Tony został boleśnie, choć bardzo skutecznie zrobiony w konia.
Niemniej musiał przyznać, że organizatorzy hojnie sypnęli groszem. Wiszące na sznurach lampy migotały nad ich głowami, a sufit przyozdobiono udrapowanym ciemnoniebieskim materiałem. Szkarłatne ozdoby zwieszały się nad szerokimi stołami, uginającymi się pod ciężarem szampana, petits fours i tartinek rozstawionych wszędzie, gdzie Tony sięgał wzrokiem. Grube ryby już zdążyły się najeść, ale widać było gołym okiem, że jedną trzecią osób w pomieszczeniu stanowili mniej istotni dyplomaci i odznaczeni licznymi medalami przedstawiciele licznych organizacji wojskowych. Tych to już nie zaprosili na kolację, pomyślał Tony, wpatrując się w ogromny półmisek z mięsem homara nadzianym na maleńkie szpikulce, oraz z zakrytym garnuszkiem, który musiał być pełen gorącego, złocistego stopionego masła. Nie tylko oni przegapili wcześniejszą okazję do najedzenia się.
W centrum pomieszczenia znajdował się wysoki, czarnowłosy mężczyzna ubrany na zielono i szaro, który witał nowo przybyłych z uprzejmie nijakim wyrazem twarzy i zamieniał z nimi kilka zdań. Tony nie mógł ich dosłyszeć z powodu pianina grającego cicho gdzieś z boku, ale facet wydawał się zainteresowany tym, co mieli mu do przekazania, cokolwiek by to nie było. Albo to, albo był cholernie dobrym aktorem. Ten blondyn, Donald czy jakoś tak, jeszcze nie zdążył się pojawić. Jak na razie zarówno on, jak i Steve, spotkali się z kompletnym olaniem przez ich ludzko wyglądającego gościa z innej części kosmosu.
Tony zaczynał podejrzewać, że był tu potrzebny tylko po to, aby odwrócić uwagę tłumów od Wysokiego, Ciemnowłosego w Skórze. Może nie lubił, jak się do niego ustawiały kolejki? Najlepszy sposób na uniknięcie wspomnień z czasu kryzysu: zaproś swoich starych kumpli, Kapitana Amerykę i Iron Mana, który teraz dostępny jest z twarzowym świecącym reaktorem łukowym. Ukryty pod hełmem Tony próbował stłumić westchnienie, gdy kolejny dygnitarz z twarzą wykrzywioną uśmiechem podszedł do niego. Bogu dzięki za opcję zakrytej głowy. Nie potrafiłby zmusić się do uśmiechu, nawet gdyby próbował.
Koniec końców wszyscy zainteresowani zbroją Tony'ego zdążyli się jej przyjrzeć z bliska i przenieść się w stronę Steve'a, żeby zamienić z nim kilka słów, i vice versa. Po dłuższej chwili mogli obaj wycofać się do stosunkowo pustej przestrzeni niedaleko sceny, na której odbywały się prezentacje, a która została już częściowo złożona – niebieskie aksamitne zasłony ukrywały powstały z tego względu rozgardiasz. Jako że na tę chwilę nikt nie palił się do poznania Iron Mana, Tony otworzył hełm i pozbył się go z głowy, biorąc głęboki, pełen ulgi oddech, gdy poczuł chłodne powietrze na skórze.
– Jak moje włosy? – zapytał Steve'a, który sam też się zdjął tę kapitańską maskę. Tarczę oparł o kraniec sceny ukryty przed ich wzrokiem przez zasłonę. Jego ukochana broń błyszczała jak, no cóż, jak niezwykle dobrze wypolerowane wibranium.
Steve przesunął dłonią przez wilgotne od potu kosmyki włosów i podrapał się w głowę z westchnieniem czystej błogości.
– Tak mnie swędziało przez jakąś godzinę – jęknął. Spojrzał szacująco swoimi przeraźliwie niebieskimi oczami na Tony'ego. – Wyglądasz w porządku. Ale masz kilka smug na zbroi.
– Lepsze to niż płyny ustrojowe. Widziałeś tego delegata z Japonii? Nieważne, czego by nie powiedział, słowo seksrobot ciągle jakoś przychodziło mi na myśl.
– Oglądasz za dużo kreskówek, a już szczególnie tych z mackami. Moim zdaniem był najzupełniej normalny. Pozwoliłem mu zrobić sobie ze mną selfie. – Steve najwyraźniej przyswajał współczesną kulturę w przerażających milowych krokach. – Choć wydaje mi się, że mrugnąłem w nieodpowiednim momencie.
– Wokół całego tego wydarzenia Fury zarządził taką blokadę informacji, że większość mediów nadal nie jest świadoma jego istnienia, a ty dałeś pewnemu znaczącemu zagranicznemu politykowi się obfotografować? Same metadane powiązane z tym plikiem… czekaj, jakim cudem udało mu się tutaj przemycić telefon?
– Jest malutki – odparł Steve, wyciągając dłoń i odgarniając kosmyk włosów Tony'ego z powrotem na miejsce. – Obiecał dać mi taki sam. – Zanim Tony zdążył wyrzucić z siebie gniewną i pełną wzburzenia tyradę, Steve dodał: – Powiedziałem, że pod tym względem moje serce należy już do innego.
– No ja myślę, cholera jasna. – Tym komentarzem zasłużył sobie na wyszczerz zębów, który tylko częściowo uspokoił jego napuszone niczym kura w bojowym nastroju zmysły terytorialne. Steve nadal stanowił żywą reklamę produktów Stark Industries. Wszystko było w porządku.
Opierali się o scenę w ciszy przez dłuższą chwilę, obserwując, jak ludzie kręcą się tam i z powrotem po sali, orbitując wokół skończonego snoba, który stał z rękoma założonymi na plecach, schowanymi w fałdach zielonego materiału.
Tony zmarszczył brwi z zastanowieniem, czując się dziwnie wytrącony z równowagi. Po czym w brzuchu mu głośno zaburczało. Steve prychnął i opuścił swoje miejsce odpoczynku.
– Pójdę znaleźć ci coś do jedzenia, więc zostań tutaj grzecznie i wyjaśnij moją nieobecność, gdyby ktoś pytał. Muszę dostać w swoje ręce półmisek z tymi miniburgerami. Masz ochotę na coś konkretnego?
– Tak. Po dwie sztuki wszystkiego, co znajdziesz – oznajmił zdecydowanie Tony. – Ale nic z czosnkiem czy cebulą. Nie jestem w stanie tego znieść, jeśli muszę mieć hełm na głowie.
– Tajest – odparł Steve, po czym zabrał Tony'emu hełm i położył go obok tarczy. Tony początkowo nie rozumiał, dlaczego, ale Steve wyprostował się i teraz stał tak, że nikt z otoczenia nie mógł dostrzec ruchu jego warg. – Ten ambasador spoza Ziemi nie oderwał od ciebie oczu, od kiedy zdjąłeś hełm. – Kiedy Steve chciał się od niego odsunąć, Tony złapał go za suwak kostiumu i pociągnął z powrotem do siebie. Ze względu na kamery w pomieszczeniu i samych gości, którzy mogli chcieć ich podsłuchać, przysunął usta bezpośrednio do ucha Kapitana.
– Znajdź tego blondyna. On gdzieś tu jest.
– Przyjąłem – mruknął Steve ponuro. – Mam pluskwę w bucie, gdybyś potrzebował mnie szybko znaleźć.
– Zdolniacha.
Tony klepnął Steve'a w plecy, po czym się odsunął, patrząc, jak Kapitan wraca do uśmiechania się i machania ludziom dookoła niczym prawdziwy amerykański bohater, którym był. Hm. Misje wywiadowcze pasowały mu bardziej, niż Tony by kiedykolwiek podejrzewał. Ale z drugiej strony wszyscy byli kłamcami, kiedy okoliczności tego wymagały. Yinsen go tego nauczył. Obadiah tylko wzmocnił jego przekonanie na ten temat.
Tony rozparł pokryte zbroją łokcie na scenie, którą miał za plecami, i skierował spojrzenie z powrotem na paplający tłum. Jak raz to nie on znajdował się w centrum uwagi. Kiedyś, dawno temu, zabolałoby go to, ale obecnie dziwnie cieszył się z bycia widzem.
Uważnie, ale nierozważnie Tony pozwolił spojrzeniu prześlizgiwać się po wielobarwnej rzeszy ludzi, póki nie natrafiło na parę wpatrujących się w niego, uderzająco zielonych oczu.
Cholera, pomyślał Tony, odwracając wzrok. Serce waliło mu pod mruczącym cicho reaktorem, czuł pulsowanie krwi, jakby miał się zaraz rzucić do ucieczki. To spojrzenie było… przeszywające na wylot.
Kiedy zebrał się w sobie na tyle, żeby zaryzykować zerknięcie ponownie w tę stronę, Ambasador Odinson przyzwał go do siebie gestem dłoni. Usta miał wygięte wyniośle, przez co Tony chciał mu przywalić albo przekonać się, jak smakują. Co było beznadziejnym pomysłem, zupełnie beznadziejnym. To przecież nadęty zielonooki kosmita, który nie chciał sobie pobudzić rączek. I tyle.
Fury ostrzegł go trzy dni temu, że ma się zachowywać grzecznie, ale najwyraźniej nawet to mu nie wystarczyło. Tony zostawił tarczę i hełm tam, gdzie leżały, żeby tajniacy z SHIELDu mieli czego pilnować, po czym podszedł w stronę ambasadora tak zawadiackim i zarozumiałym krokiem, żeby dobitnie pokazać mu, że nie jest na niczyje skinienie czy wezwanie. Jeśli E.T. życzy sobie porozmawiać z Iron Manem, to właśnie to dostanie.
Tony zbliżył się do uderzająco prezentującego się ambasadora na odległość kilku kroków, kiedy ten wyciągnął rękę w powitaniu.
Była to blada ręka, zakończona długimi palcami i elegancka. Z nienagannie czystymi paznokciami. Całkiem spoko ręka do uściśnięcia, jeśli Tony miał zamiar zaakceptować tę propozycję powitania.
Cały pokój zamarł w oczekiwaniu, a cisza rozeszła się po tłumie jak kręgi na tafli wody. Ważniacy z wszelkich możliwych państw obserwowali, jak najnowszy obiekt ich fascynacji oferuje gest powitalny nikomu innemu jak Tony'emu Starkowi.
Spojrzenie ambasadora było chłodne i przygniatające, kiedy prześlizgnęło się po nim, objęło go niemal namacalnie niczym jakaś peleryna. Tony wiedział, że to sprawdzian, zupełnie jakby kontakt skóry ze skórą stanowił coś pożądanego i dla wybranych. Tak czy siak kontakt fizyczny nigdy nie należał do szczególnie znienawidzonych przez niego rzeczy.
Obrócił nadgarstek, a szkarłatna rękawica znikła z jego ręki, a potem z całego przedramienia, składając się do wewnątrz, aż do łokcia. Odsłonięta skóra była naga, jeśli nie liczyć metalowej obręczy na wysokości nadgarstka. Wyciągnął rękę i chwycił dłoń ambasadora. Poczuł ciepło jego skóry i słabo odznaczające się odciski, a potem silny uścisk jego palców.
– Iron Man – powiedział ambasador, a jego usta wygięły się lekko. Tony tylko krótko przytaknął.
– Ambasador. Wydawało mi się, że nie lubisz dotyku innych.
– Od wszystkich reguł znajdą się wyjątki.
– Właśnie widzę.
Przyglądali się sobie nawzajem przez dłuższy moment, nadal ściskając ręce. Tony miał takie nieprzyjemne wrażenie, że stał się właśnie puentą jakiegoś prywatnego żartu. Coś w tym pełnym wiedzy spojrzeniu zielonych oczu podnosiło mu włoski na karku, a żołądek sam mu się napinał, jakby w oczekiwaniu na cios.
– Masz niezwykłe spojrzenie jak na człowieka – stwierdził Odinson lekko, ale jego uśmiech nie obejmował oczu. – Jak zyskały tak wspaniałą barwę?
– Nie twój interes – odparł Tony krótko i zmarszczył brwi. Ze wszystkich pytań, jakie facet mógł zadać, no serio. Puścił jego dłoń, po czym zbroja aktywowała się, ponownie pokrywając jego rękę. – Dobrze cię poznać, Ambasadorze. – Obrócił się, aby odejść.
– Proszę o wybaczenie – powiedział pospiesznie Odinson, brzmiąc na poruszonego. – Widzę, że cię uraziłem. Zostań, proszę.
Zostań, proszę.
Tony zadrżał nieco, czego nie było widać dzięki zbroi, i rozważył swoje opcje. Zachowywać się dyplomatycznie. Z rękami przy sobie. Grzecznie. Te ciepłe palce obejmujące jego dłoń. Zielone oczy. Obrócił się z powrotem do niego z najbardziej zainteresowanym wyrazem twarzy, do jakiego potrafił się zmusić, tak ożywionym i charyzmatycznym, jakby zasilała go energia elektryczna.
Ogrom ulgi malującej się w oczach ambasadora był niemal poniżający. Co też, do ciężkiej cholery, Fury mu naopowiadał o Iron Manie?
– Powiedziano mi, że zbudowałeś dla siebie tę zbroję i wiele innych na jej podobieństwo – stwierdził Odinson, zupełnie jakby czytał Tony'emu w myślach. Palce ambasadora zawisły nad pomalowanym na czerwono metalem chroniącym jego dłoń. – Masz dar. Tam, skąd pochodzę, znaleźliby się tacy, którzy oddaliby prawicę za twoje zdolności.
– Tu też kilku by się znalazło – odparł Tony, dyskretnie kiwając głową w stronę przyglądającemu się im tłumowi. – Podoba ci się?
– Mamy coś podobnego do tego w krainie, z której przybywam. – Tony usłużnie obrócił dłoń wnętrzem do góry i odpalił repulsor tylko po to, żeby dostrzec blask fascynacji w spojrzeniu ambasadora. – Zwiemy to Niszczycielem.
– No cóż, ja tam niszczę tylko we wtorki. – Tony poddał się zachciance zrobienia wrażenia na tym całym Odinsonie, złapał złącze zbroi i odłączył ją na wysokości łokcia, zsuwając z ręki całą rękawicę. Podał ją Odinsonowi, który spojrzał na niego ze zdziwieniem, a potem przyjął ofiarowany fragment zbroi i przyjrzał mu się pod różnymi kątami. – Przymierz ją na sobie.
– Chcesz w ten sposób przypodobać się nowemu gościowi? – zapytał Odinson sucho. Zaczął wsuwać dłoń do rękawicy. – Ludzie są tak skorzy na wszystkich zrobić dobre wrażenie.
– Nie, nie ja. Ja po prostu lubię się popisywać. – W odpowiedzi na ten komentarz Tony uzyskał krótki uśmiech. Najwyraźniej Ambasadorowi podobała mu się jego figlarność. – W sumie to jakim kosmitą jesteś? Skąd pochodzisz?
– Ze znanych miejsc, a przynajmniej dla niektórych. Przybywam z Jotunheimu. I z Asgardu. – Ambasador wyglądał na pogrążonego w myślach, gdy przyglądał się Tony'emu, udzielając odpowiedzi na to pytanie. Poruszył palcami rękawicy. – Jeśli mam być wierny prawdzie, to jednocześnie z obu i żadnego z nich. Pomagam podpisać traktaty, rozwiązać spory. Czasami, kiedy istnieje taka potrzeba, tworzę je na nowo.
Tony poczuł, jak coś zimnego zaciska mu się ostrzegawczo na żołądku.
– Czy z tego powodu tutaj jesteś?
Odinson zamrugał ze zdumieniem, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, co powiedział. Kosmyk długich ciemnych włosów zsunął się z jego ramienia, opadając na policzek. Po raz pierwszy Tony zdał sobie sprawę, że włosy są jedyną częścią jego wyglądu, która choć odrobinę przypomina nieład. Ambasador od stóp do głów odziany był w ceremonialną zbroję i skórę, w każdym calu stanowił idealny przykład uporządkowania, jeśli nie liczyć włosów. Opadały w długich pasmach nad jego szyją i ramionami, sięgając pleców w niedbałym nieładzie. Tony'ego z niewyjaśnionych powodów zaświerzbiły palce. Było w nim coś, co…
– Nie przybyłem tu, aby obwieścić wojnę. Minął dobry wiek, od kiedy po raz ostatni tak naprawdę postawiłem stopę w tym wymiarze. – Odinson rozcapierzył palce okryte rękawicą i przyjrzał się repulsorowi generującemu resztki pozostałej w systemie mocy. – Pozostali z chęcią i przyjemnością zaszczycili mnie opowieściami o swoich obfitujących w bogactwa krajach, bogatych w przygody życiach. Czy też pragniesz tak uczynić?
– Jasne, spoko, mogę… – Tony urwał, bo Steve mignął mu gdzieś w rogu pomieszczenia. Szedł tak, jakby próbował przyciągnąć jego uwagę. Kiedy ich spojrzenia spotkały się nad głowami morza ludzi, zobaczył, jak Steve kręci delikatnie głową. Czyli zero szczęścia w kwestii szukania blondaska. Kurde. – Przepraszam, o czym to ja mówiłem…?
Ale Odinson podążył za jego spojrzeniem i przybrał dziwnie zakłopotany wyraz twarzy. Tony poczuł ogromnie nietypową potrzebę, żeby cofnąć się o kilka sekund i zupełnie inaczej to rozegrać.
– Kapitan ma problemy z pęcherzem w nerwowej atmosferze. Nie radzi sobie z całym tym politycznym nawiązywaniem dobrych stosunków lepiej niż ja. Będę musiał później ułożyć go do snu pod ciepłą kołdrą ze szklaneczką szkockiej w ręce.
Oczekiwał, że te słowa rozładują nieco atmosferę, ale odniósł chyba przeciwny efekt – miał wrażenie, że w oczach ambasadora zgasła ta resztka blasku i emocji, jakie jeszcze posiadały.
– Jesteście blisko. Czujecie się swobodnie w swoim towarzystwie. – Kąciki jego ust opadły. – Podoba ci się twoje życie?
– Jest najlepsze. Sam je zrobiłem. – Odpowiedź miała być kpiarska i nonszalancka, niezobowiązująco pogodna, ale w tej samej chwili, w której Tony powiedział te słowa, zorientował się, że mówi prawdę. – Miałem więcej szczęścia niż sporo ludzi.
Ambasador spojrzał na niego, jakby właśnie wyrosła mu druga głowa. Co prawda tylko odrobina niedowierzenia pojawiła się w jego spojrzeniu i uniósł lekko brwi, ale Tony dostrzegł te drobne szczegóły i zaczął się zastanawiać. Fury musiał mu nieźle nagadać o Iron Manie i Steve'ie, żeby teraz dziwił się takim rzeczom. Genialnie. Nawet kosmici z innych planet interesowali się sagą na temat życia Tony'ego Starka.
– Słyszałem, że zostałeś uwikłany w tajemnicze wydarzenia jakiś czas temu. Dyrektor Fury wspomniał o jakimś elemencie nie z waszego świata? – Odinson wpatrywał się w rękawicę, kiedy wypowiadał te słowa, jak gdyby skrywała ona wszystkie cholerne tajemnice Wszechświata. – Istnieje szansa, że mógłbym podzielić się z tobą moimi informacjami na ten temat, gdybyś zechciał powiedzieć mi, co konkretnie się wydarzyło. Posiadam obszerną wiedzę na temat magii i tajemnic.
Tony miał wrażenie, że żołądek opadł mu aż do butów.
Dlaczego, do kurwy nędzy, Fury miałby powiedzieć akurat jemu o Zlodowaciałym Sercu? Ile mu zdradził? Wszystko? Nowa myśl uderzyła go z przerażającą jasnością: być może ambasador chciał z nim w ogóle rozmawiać tylko z tego względu. Tony nie miał żadnych wątpliwości, że Fury nagra całą jego opowieść za pomocą sprzętu szpiegowskiego – tak jak zawsze planował. Bo Iron Man był zasobem, produktem, a tajemnice tylko innym rodzajem waluty, jaką ci dranie handlowali. No przecież, że Fury by mu nie odpuścił i starałby się wyciągnąć z niego wszystkie informacje na temat Zlodowaciałego Serca. SHIELD nie napotykało nigdy niewyjaśnionych wydarzeń tylko po to, żeby je opisać i przesłać zebrane dane do archiwum.
A teraz międzygwiezdny ambasador próbował coś wyniuchać na temat całej tej sprawy, szukając wskazówek i zadając pytania o jego oczy i życie. Cóż, pieprzyć to wszystko. Pewne tajemnice należało utrzymać w ukryciu.
– Nie mam nic do powiedzenia na ten temat – powiedział Tony lodowato. Ambasador podniósł nagle głowę. – Zupełnie nic. Spędziłem ostatnie dwa lata próbując zapomnieć, że cała ta sprawa w ogóle się wydarzyła, więc z całym szacunkiem, ale doceniłbym, gdybyś zmienił temat, Ambasadorze.
Mężczyzna przypatrywał mu się przez bardzo długą sekundę, a wcześniej bystre spojrzenie zagubiło się gdzieś w przestrzeni i rozmyło. Co, czyżby nikt mu wcześniej niczego nie odmówił?
Odinson spuścił na chwilę głowę i odchrząknął, nabierając niepewnie oddechu. Kiedy ponownie spojrzał na Tony'ego, próbował się uśmiechnąć.
– Znów to uczyniłem, czyż nie? – oznajmił lekko. – Powinienem okazywać większą powściągliwość. Proszę, nie przejmuj się, nie poruszę więcej tematu twoich bolesnych doświadczeń. Wszyscy przeszliśmy w przeszłości rzeczy, których lepiej nie przypominać, mówiąc o nich głośno. Prawda jest taka, że… rozumiem to lepiej niż większość. – Ściągnął rękawicę Tony'ego z dłoni jednym płynnym ruchem, oddał mu ją i ponownie złożył dłonie na plecach. Aż ciężko było patrzeć na jego uśmiech. – Masz przed sobą godne pozazdroszczenia życie, Iron Manie, i spodziewam się, że uczynisz w nim wspaniałe rzeczy. Jedynym, czego żałuję, jest to, że nie będę mógł ich ujrzeć na własne oczy, stojąc obok ciebie. – Ambasador cofnął się o krok i obrócił na pięcie, po czym połknął go szepczący tłum.
Tony stał w miejscu i wpatrywał się w kawałek podłogi, na którym przed chwilą stał Odinson, z takim dziwnym przeczuciem, że właśnie złamał facetowi serce. I to tyle, jeśli chodzi o dyplomatyczne zachowanie.
Tony wycofał się z sali z ciążącym na duszy zakłopotaniem, którego nie potrafił się pozbyć, i poszedł w stronę jednego z balkonów, trzymając w ręce rękawicę niczym odciętą kończynę. Coś w wyrazie twarzy Odinsona sprawiało, że nie miał ochoty szczególnie szybko jej z powrotem zakładać.
Świeże nocne powietrze było niezwykle mile widzianą odmianą. Balkon wisiał nad hotelowymi ogrodami i sięgał akurat tak daleko, że paplanina w środku przycichła na tyle, że odległe odgłosy gry na pianinie kompletnie ją zagłuszały. Lekki wiaterek, który potargał mu włosy, pachniał wisterią i wodą. Tony podniósł głowę, zapatrzył się w pokryte gwiazdami niebo i próbował przekonać samego siebie, że nie zrobił przecież nic złego, do cholery.
Więc skąd to przytłaczające poczucie winy?
Wrócenie do środka i przeproszenie nie wchodziło w grę. Podkopałoby to tylko próbę puszczenia całego zdarzenia w niepamięć, jaką były ostatnie słowa Odinsona. Poza tym, tak szczerze, to Tony nie miał pojęcia, co powinien powiedzieć. Fury był odpowiedzialny za cały ten bałagan, tego można być pewnym. Już oni poważnie sobie porozmawiają, kiedy tylko dyrektor znowu stanie się dostępny dla zwykłych śmiertelników. Wychujanie go dwa razy w ciągu jednej nocy z całą pewnością należało do działań charakteryzujących prawdziwego dupka.
– Wyglądasz na zmartwionego czymś, przyjacielu.
Tony podskoczył, przez co zbroja zagrzechotała. Zabrzmiało to żenująco głośno w wypełnionej ciemnością ciszy balkonu. Rozejrzał się, żeby zobaczyć, kto do niego mówi.
Przed oczami mignęła mu czerwona peleryna, po czym zobaczył czyjąś wysoką sylwetkę, która wychynęła z cieni otaczających drugi koniec balkonu. Skórzane buty, skórzane spodnie. Czerwona peleryna, stalowe obręcze dookoła nadgarstków, olbrzymie bicepsy na wierzchu. Zbroja składająca się z okrągłych elementów pokrywająca klatkę piersiową. A ponad to wszystko para zadziwiająco niebieskich oczu, słaby uśmiech i silna linia szczęki. Blond włosy ze zdjęć, które dostał od Fury'ego, były w rzeczywistości nieco bardziej złote, związane z tyłu i spływające swobodnie na ramiona. Facet wyglądał obrzydliwie przystojnie i ani odrobinę nie przypominał ambasadora. Różnili się jak noc i dzień.
Tony zerknął na drzwi. Nikt nie szedł w ich stronę. Może nie wolno mu było tutaj wychodzić.
– Wydaje mi się, że zirytowałem twojego brata.
Facet uśmiechnął się tylko szerzej.
– Nie jest to trudny wyczyn, Tony Starku. Sam dokonuję tej sztuki niemalże codziennie.
– Mówisz, że dlatego właśnie się tutaj chowasz? – zapytał Tony, zanim zdążył się ugryźć w język. Blondasek tylko prychnął i obrócił się w stronę balustrady, opierając ramiona na cemencie i przyglądając się rozciągającemu się pod nimi miastu. Jego oczy błyszczały z zainteresowaniem, gdy podziwiał drapacze chmur i świecące nad nimi gwiazdy.
– Nie moją sprawą jest wtrącanie się w jego interesy – odparł prosto. – Nawiązywanie relacji z Midgardem, z Ziemią, to jego przedsięwzięcie, nie moje. Lecz przyrzekłem mu w tym pomóc. – Jego pochmurny wyraz twarzy sugerował, że nie szło mu to za dobrze. – A ty, Człowieku z Żelaza? Co ty przyrzekłeś?
Tony uniósł brew.
– Nic a nic – odpowiedział. Do głowy przyszła mu paskudna myśl. – Nie sprzedali mnie wam jako jakiegoś niewolnika, prawda? Fury nie zrobił ze mnie jakiegoś dziwnego prezentu powitalnego? Ponieważ chciałbym poinformować, że odmawiam zdobienia gzymsu jakiegoś kominka w, w…
– Asgardzie.
– W Asgardzie. Jasne. Boże, ta noc staje się tylko coraz dziwniejsza. Czy masz w ogóle jakieś imię?
– Thor. – Facet z jakiegoś powodu wyglądał na rozczarowanego. No nie no, nie znowu. – Jestem Thor Odinson. Przepraszam, Tony Starku. Źle oceniłem sytuację. Nie dobiliśmy targu w zamian za coś pochodzącego z Ziemi, co więcej, nie dobiliśmy żadnego targu w ogóle. To tylko wstęp do prawdziwych negocjacji. – Kąciki jego ust opadły. – Prawdopodobnie zupełnie zmarnowany w moim przypadku. Miała do nas dołączyć moja żona, ale jej lot został odwołany, a Bifrost nie służy do podróży tego rodzaju. Przywiódłbym ją tutaj własnymi siłami, ale za każdym razem narzeka na odmrożenia z powodu silnego wiatru.
Pomimo dezorientacji – ci kosmici latali? – Tony odkrył, że się uśmiecha.
– Za każdym razem, gdy zabieram gdzieś Steve'a, kończy się to tak, że zjada robale. A pomyślałbyś, że okażą choć odrobinę wdzięczności.
Thor roześmiał się głębokim, przyjemnym głosem i nastrój Tony'ego polepszył się znacząco. Ręka, która klepnęła go w pokryte zbroją w ramię, zrobiła to w przyjacielski sposób.
– Z pewnością będę musiał powiedzieć Jane, że wreszcie znalazłem tutaj bratnią duszę.
– Jane? – powtórzył Tony, a w jego mózgu coś załapało. – Chwila, moment, twoja żona żyje tutaj? To dopiero związek na odległość.
Thor tylko spojrzał na niego dziwnie.
– Nie tak znowu wielką odległość – odparł, a w jego głosie pobrzmiewała jakaś pełna smutku nuta. – Dzielący nas dystans jest tylko małą przeszkodą, jeśli serce tego pragnie.
– Wyluzuj trochę, Paulo Coehlo. Jak na razie miałem ciężką noc. – I w dodatku nie znalazł jeszcze niczego do jedzenia. A co, jeśli marniał w oczach i nie było tego widać z powodu zbroi? – Tak czy siak miło cię było poznać. Jeśli spotkasz Steve'a, powiedz mu, że doszedłem do wniosku, że jesteś spoko gościem. – Thor wyglądał na ogromnie zadowolonego z jego oceny.
– Uczynię tak z ogromną przyjemnością. Wydaje mi się, że kapitan zaczął mnie śledzić.
– A to łobuz – odparł Tony automatycznie, odwracając wzrok, żeby nie zdradzić się uśmiechem. Obrócił rękawicę we właściwą stronę, dopasował punkty zaczepu z tymi na łokciu i wsunął dłoń do środka. Najwyższa pora skończyć tę imprezę…
Tony syknął z bólu ze zdziwieniem i natychmiast wyciągnął rękę z rękawicy, strzepując palcami. Pulsowały bólem, ale to zimna breja pokrywająca mu palce na serio przykuła jego uwagę.
Wnętrze rękawicy było wypełnione lodem.
– No kurwa – wyszeptał, wpatrując się we wnętrze rękawicy, jakby próbował dosięgnąć wzrokiem części z palcami. – Jak to się…
Ambasador miał rękę w środku.
Wydawało mi się, że nie lubisz dotyku innych.
Od wszystkich reguł znajdą się wyjątki.
To, jak chował ręce w połach płaszcza. Zielonego płaszcza.
Masz niezwykłe spojrzenie jak na człowieka.
Blask jabłka dotykający delikatnie jego wykrwawiającego się na śmierć brzucha.
Spędziłem ostatnie dwa lata, próbując zapomnieć, że cała ta sprawa w ogóle się wydarzyła.
Zostań, proszę.
– Ale przecież on nie żyje – wyszeptał Tony. – Jabłko…
– Przełamało klątwę – dokończył Thor cicho. Drań wiedział wszystko od samego początku. – Wreszcie zrozumiał, jaką wartość niesie twoje życie.
Ale wyglądał zupełnie nie tak, pomyślał Tony tępo, obserwując, jak topiący się lód spływa mu z ręki. Brzmiał zupełnie inaczej. Loki nic mu o tym nie powiedział. Dwa lata wypełnione opłakiwaniem go, przeklinaniem go, pragnieniem wrócenia do punktu wyjścia i tym razem zrobienia wszystkiego jak trzeba…
Loki był żywy przez cały ten czas.
Pojawił się znikąd, przyzwał Tony'ego do siebie skinieniem dłoni, spojrzał mu prosto w oczy i słowem się na ten temat nie zająknął, do jasnej cholery. Zachował się, jakby widział go po raz pierwszy w życiu.
Czy Loki już go nie chciał?
No jasne, że nie, odpowiedział Tony samemu sobie. Minęły dwa lata. Nie zostawiało się tak bez słowa ludzi, których się kochało.
Których się kochało.
Tony z trudem łapał powietrze w płuca i próbował się uwolnić ze zbroi. Upuścił rękawicę i aktywował awaryjny mechanizm zwalniający. Zbroja automatycznie zaczęła znikać z jego skóry, składając się przy tym. Pod spodem miał garnitur założony na kombinezon z widocznymi niebieskimi żyłkami systemu regulującego temperaturę i parę obręczy z tytanu na nadgarstki. Thor podszedł do niego o krok i w ułamku sekundy Tony'ego olśniło, nagle zrozumiał, z kim przed chwilą rozmawiał.
– Ten młot – wychrypiał. – To był twój młot. To ty jesteś tym bratem, którego kiedyś próbował zabić.
Thor zatrzymał się w pół kroku. Tony wyrzucił go na chwilę z myśli, bo zerknął na złoty blask padający na balkon z sali balowej. Nie miał pojęcia, czy znajdzie w sobie dosyć odwagi, żeby spojrzeć mu ponownie w oczy, ale wiedział też, że nie mógł zrobić nic innego. Loki powiedział, że nie zamierzał tutaj długo zostawać.
Dlaczego miałby niby zostać? Tony nieumyślnie oznajmił mu prosto w twarz, że chciał zapomnieć o wszystkim, co wydarzyło się w Zlodowaciałym Sercu. Chryste, ciągle miał wrażenie, że kiedy mówi o Lokim, mówi o jakimś duchu z przeszłości. Loki był martwy od dwóch lat, a jego kości leżały w więzieniu z lodu, nie… nie mógł być tutaj, nie mógł wpatrywać się w niego z przygniatającą rozpaczą w oczach, które nie wyglądały jak jego oczy, i mimo to próbować się uśmiechnąć.
Tony zostawił zbroję tam, gdzie leżała, w uśpionym i zabezpieczonym przed niepowołanym użytkiem trybie, po czym wszedł z powrotem do pomieszczenia w pozbawionym celu pośpiechu. Jego szybko przyzwyczajające się do innego oświetlenia oczy szukały wysokiej postaci okrytej czernią i zielenią. Po prostu… Po prostu musiał go zobaczyć. Gdzieś pod tą bladą skórą i zielonymi oczami musiał kryć się samotny więzień, za którego niemal umarł. Ten sam, który prawie umarł dla niego.
Tony już zaczynał panikować i szukać wyjść z sali, kiedy nagle tłum ludzi na środku pokoju postanowił przejść do baru i nieco się przerzedził, zostawiając ambasadora – Lokiego – samego w powstałej pustce.
Przez ułamek sekundy wyglądał na zmęczonego ponad wszelką miarę. Ale Tony przyjrzał mu się i zobaczył, jak prostuje plecy i składa dłonie na krzyżu, jak unosi podbródek i rozgląda się po pomieszczeniu w perfekcyjnej pozie.
A potem ujrzał Tony'ego.
Nawet z odległości jakichś trzydziestu stóp zmiana w jego wyglądzie była zdumiewająca. Rozchylił usta, jakby wypowiadał bezgłośnie jakieś słowo, i uwolnił dłonie ze skrywających je fałd materiału. Cholera jasna, w sumie to całkowicie obrócił się w stronę Tony'ego, jak magnes w kierunku czegoś naładowanego przeciwnie, ba, nawet mowa jego ciała zupełnie się zmieniła, otwierając się na niego, choć oczy patrzyły ponuro. Całe jego opanowanie sprzed chwili zniknęło, rozbite na kawałeczki. Nie wyglądał na wytrawnego dyplomatę. Wyglądał, jakby cierpiał gdzieś, gdzie nikt nie mógł tego zobaczyć.
Tony zaczął iść w jego stronę, zanim zdążył świadomie podjąć tę decyzję. Wzrok Lokiego śledził go przez cały czas, spijając widok jego oswobodzonego ze zbroi ciała od stóp do głów, póki nie znaleźli się na tyle blisko, że mogli się dotknąć.
– Pozbyłeś się zbroi, jak widzę. Podejrzewam, że teraz powinienem cię tytułować „panem Starkiem" – wydusił z siebie Loki, przebiegając wzrokiem po jego ciele po raz kolejny.
Loki przyglądał się Tony'emu wygłodniałym spojrzeniem kogoś, kto pragnął czegoś, o czym wiedział, że nie może tego mieć.
To spojrzenie się nie zmieniło, mimo cała reszta była inna.
Tony wsunął palce w kosmyki ciemnych włosów, przyciągnął Lokiego do siebie i pocałował go, jakby za chwilę znowu miał umrzeć.
Pomieszczenie niemal eksplodowało okrzykami pełnymi gniewu i sprzeciwu, ale jedyną rzecz, na jaką Tony był w stanie zwrócić obecnie uwagę, stanowił moment, w którym drętwy szok Lokiego dosłownie się rozpuścił, z westchnieniem brzmiącym jak łkanie ulgi wprost w jego usta. A potem oddał pocałunek z taką siłą i intensywnością, że tlen stał się nagle mniej istotny niż dotyk ciepłych warg. Tony czuł te same długie palce, które tak niedawno grzecznie ściskały jego dłoń, wpijające się w jego ramiona z pełną desperacji potrzebą trzymania go tak blisko, jak tylko mogły.
– Dwa lata – wydyszał Tony w jego usta, kiedy wreszcie musiał nabrać oddechu, wciąż walcząc z prawdą. – Minęły dwa lata i cały ten czas byłem święcie przekonany, że nie żyjesz.
– Przybyłem tak szybko, jak tylko mogłem – odparł Loki ściszonym i pełnym bólu głosem. – Bałem się, że za późno. Nie rozpoznałeś mnie…
– Opłakałem twoją śmierć. Myślisz, że pozwoliłbym sobie mieć nadzieję… – Wszystko, co chciał później powiedzieć, musiało poczekać, bo Loki zaczął zasypywać jego usta i szczękę drobnymi, desperackimi pocałunkami. Oddychał, drżąc, a Tony czuł ciepło jego oddechu na swojej skórze i było to tak wspaniałe, że niemal bolało. Chryste, tęsknił za nim; jakich kolorów by nie przybrał i czego odzyskanie wolności by z nim nie zrobiło, Loki miał te same głodne pocałunków usta i spojrzenie, o których nie potrafił zapomnieć. Tony objął go ramionami, wsuwając dłonie pomiędzy zbroję i materiał, czując, jak nieznane krawędzie ze skóry kłują go w palce. Nie była to zimna skóra Lokiego ani wzory na jego skórze, ale tak samo należała do niego.
Dobiegający gdzieś zza Tony'ego niedający się z niczym pomylić odgłos przeładowywania pistoletów sprężynowych przedarł się przez pełną ekscytacji mgłę spowijającą mu umysł. Komuś z SHIELDu puściły nerwy – prawdopodobnie nie codziennie widzieli, jak Iron Man molestuje publicznie pierwszego kosmicznego ambasadora, jakiego sobie znaleźli. Tony odsunął się nieco i obrócił, żeby pomachać im, że mają sobie pójść.
Zanim zdążył chociażby otworzyć usta, Loki warknął, a jego zmrużone w szparki oczy z wściekłością wpatrywały się w broń agentów. Jego dłoń zacisnęła się na kolanie Tony'ego na tyle mocno, że pewnie zostaną mu po tym siniaki.
No tak. Broń.
Broń wycelowana w Tony'ego.
– Ośmielcie się tylko wystrzelić, a rozerwę na strzępy wszystkich przebywających w tym pomieszczeniu. – Na twarzy Lokiego malowała się obietnica morderstwa.
– Powstrzymaj swe czyny, bracie – oznajmił głęboki głos za ich plecami. – Nie ośmieliliby się. – Sala rozbłysła nagle jasnością. Tony obrócił głowę i zobaczył Thora stojącego w wyjściu na balkon, z młotem bojowym, który trzeszczał od elektryczności, w dłoni. Loki nie poświęcił mu nawet przelotnego spojrzenia; nie odrywał oczu od pistoletów wymierzonych w Tony'ego. Pełne grozy przeczucie, że coś okropnego może się zaraz wydarzyć, zawisło w powietrzu.
A potem Steve wkroczył pomiędzy Lokiego i tych czterech agentów, którzy ośmielili się wyciągnąć broń, i spojrzał na nich. W dłoni trzymał tarcz; nie miał na sobie maski superbohatera, więc mógł piorunować ich wzrokiem z całą mocą, co stanowiło cholernie robiący wrażenie widok. Na twarzach w gorącej wodzie kąpanych agentów pojawiło się coś na kształt zawahania.
– Pod tymczasową nieobecność dyrektora Fury'ego i agentki Hill niniejszym przejmuję dowodzenie i odpowiedzialność za poczynania obecnego tu personelu SHIELD – ogłosił Steve, a jego głos przypominał uderzenie bicza, tak pełen był chłodnej furii. – Agenci, wycofajcie się albo sam wam w tym pomogę.
Pistolety zostały schowane do kabur tak szybko, że Tony zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie stanowiły jakiegoś rodzaju zbiorowej halucynacji. Stojący u jego boku Loki niemal buzował od napięcia. Nieważne, czy miał zielone, czy czerwone oczy, pełna dzikości groźba w ich spojrzeniu pozostawała tak samo szczerze przerażająca. I to wszystko z jego powodu. Tony nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni stanowił powód tak opiekuńczej wściekłości. Pewno wtedy, kiedy wataha wilków zdecydowała się odgryźć mu kawałek nogi.
– Proszę pana, otrzymaliśmy ścisły rozkaz pojmania każdego, kto nawiąże kontakt fizyczny z ambasadorem bez jego jednoznacznej zgody – zameldował mężczyzna w czarnym hełmie skrywającym całą głowę. – To dotyczy również pana i Starka.
Steve tylko wzruszył ramieniem trzymającym tarczę i zerknął na Lokiego krótko, oceniająco.
– Nie wydaje mi się, żeby ambasador miał coś przeciw – odparł znacząco. – Sądzę natomiast, że wasza praca na dziś jest już skończona. – Dopiero kiedy agenci zniknęli już bezszelestnie z zasięgu wzroku, Steve rzucił Tony'emu spojrzenie obiecujące mu długą i powolną śmierć i cierpienie na matach w siłowni gdzieś w przyszłości. – Lepiej zamelduję Fury'emu, co się stało. Gdziekolwiek by się nie podziewał.
– Kocham robotę, jaką odwalasz – zawołał za nim Tony, kiedy Steve praktycznie odmaszerował. Wśród dygnitarzy, którzy otoczyli ich na wszelki wypadek dość szerokim kołem, zaczęły powstawać niespokojne szepty. Z całą siłą przypomniało mu to, że właśnie obmacywał się z Lokim na oczach przywódców przynajmniej siedmiu narodów. Nieważne, czy byli tu przedstawiciele mediów, czy też nie, informacja o tym wycieknie bardzo, bardzo szybko.
Loki, wciąż częściowo uwięziony w jego ramionach, wreszcie się uspokoił i spojrzał z powrotem na Tony'ego.
Ciężko było patrzeć na jego twarz, tak zupełnie odmienioną, i uwierzyć, że samotny lodowy olbrzym, którego śmierć opłakiwał, i międzygalaktyczny dyplomata to jedna i ta sama osoba. Nie miał kłów, rogów, na jego skórze nie pozostał nawet ślad błękitu czy charakterystycznych wzorów. Nawet głos ułagodził mu się do kulturalnego i grzecznego tonu, gubiąc gdzieś pełną warknięć szorstkość wyczuwalną wcześniej zawsze – nawet, gdy był zadowolony. Czerwone oczy zmieniły się w jasne, szmaragdowozielone, ale śledziły jego ruchy z tą samą bolesną fascynacją, z jaką Loki zawsze na niego patrzył.
– Czyli nie strzelasz już wszędzie wkoło lodem? – zapytał cicho Tony. – Nigdy nie powiedziałeś mi, że to część klątwy.
– Ponieważ nie była to część klątwy. – Ciemne brwi zmarszczyły się, a na jego czole pojawiła się delikatna, pełna zmartwienia zmarszczka. – A przynajmniej nie całkowicie. Nigdy nie powiedziałem ci słowa kłamstwa.
– Powiedziałeś kiedyś, że nie wiesz, jak miałbyś beze mnie żyć. – Tony nie mógł do końca powstrzymać cisnącego się na usta posępnego uśmiechu. – Pewno szybko się uczysz.
Loki drgnął.
– Ja…
– Po prostu powiedz mi, że jestem jednym z powodów, dla których się tutaj znalazłeś.
– Jesteś absolutnie jedynym powodem, dla którego tutaj przybyłem. – Loki przesunął dłońmi po eleganckim czarnym garniturze, po czym chwycił mocno ramiona Tony'ego, jakby próbował sprawdzić jego siłę albo zatrzymać go w jednym miejscu, żeby nawet przez myśl mu nie przeszło odejście. – Ten kształt jest dla waszych królów, waszych prezydentów i polityków. Pakt pokojowy jest dla mojego ojca. – Kciuk przesunął się delikatnie po bicepsie Tony'ego. – Odbudowałem światy i dumę rasy mojego rodzonego ojca. Przyjąłem jedną koronę i odrzuciłem inną. Zdobyłem… Zdobyłem szacunek Odyna w chwili, w której już go nie potrzebowałem. I przez cały ten czas potrafiłem myśleć tylko o tobie.
Tony próbował się uśmiechnąć, zrobić coś, żeby zetrzeć z twarzy Lokiego ten wyraz, ale bał się, że poczucie ulgi, które właśnie czuje, zaraz rozleci się na kawałki. Myślał, że znajduje się na szczycie świata, i nagle Loki do niego wrócił. Jeśli coś miało się spieprzyć, jeśli miał spaść dramatycznie w dół, nie był pewien, czy kiedykolwiek dojdzie po tym do siebie. Już raz stracił Lokiego. Oddanie mu jeszcze raz wszystkiego, pozwolenie, aby jego bezpieczny, uporządkowany świat się ponownie zmienił i utracenie tego raz na zawsze w przyszłości… to mogło go zniszczyć.
Ale, pomyślał Tony, wpatrując się w te dziwne, nowe oczy, czy nie byłoby to warte wszelkiego ryzyka?
Wyciągnął dłoń i odgarnął Lokiemu kosmyk ciemnych włosów z twarzy ruchem, który był im obu doskonale znany. Czuło się, że to coś znanego. Trzymał te włosy kiedyś w pięści, obserwował, jak gromadzą się na jego reaktorze łukowym niczym rozlany atrament. Czuł ich chłodny dotyk na skórze, gdy Loki poruszał się nad nim w świetle kominka. Pewnych rzeczy nie dało się po prostu zapomnieć, niezależnie od tego, jak bardzo by nie próbował.
Kiedy zamierzał cofnąć rękę, Loki jakby się ocknął i chwycił ją palcami, chcąc przytrzymać w jednym miejscu; chcąc zatrzymać wnętrze jego dłoni przyciśnięte do gładkiego, bladego policzka. W jego oczach widać było ogromne cierpienie i jednocześnie straszliwą nadzieję.
– Czy możesz. – Tony przełknął ślinę. – Czy możesz zmienić się z powrotem? Czy to wciąż możliwe?
– Tak. – Loki oderwał oczy od niego i rozejrzał się po pomieszczeniu. Wiele osób już wyszło, ale więcej, niż trzeba, zostało, żeby przyglądać się temu, co działo się na środku sali balowej. – Mogę zmienić skórę, jeśli pragniesz, by nazwali cię wypaczonym za przestawanie z kimś takim jak ja. Może i jestem dla nich z innego świata, ale pozostaję do zaakceptowania, póki moja skóra wygląda gładko, a kształt, w jaki się oblekłem, znajomo. Cieszysz się tutaj znaczącym szacunkiem. Nie wystawię tego na…
– Chcą mojej zbroi, mojej wiedzy specjalistycznej na temat broni i reaktora łukowego – odparł Tony, odsuwając dłoń od policzka Lokiego. – Gdyby choć odrobinę zależało mi na tym, co te sępy o mnie myślą, wciąż robiłbym dla nich rakiety.
Loki wahał się na tyle długo, żeby przypomnieć Tony'emu, że w sumie to nigdy nie czuł się komfortowo w swojej lodowatej niebieskiej skórze, nawet wtedy, kiedy był prawie całkiem sam w olbrzymim zamku. Wciąż nie dotykał innych, całe dwa lata później. Ale dotknął Tony'ego, nie przejmując się choć odrobinę tym, kto patrzy. To coś znaczyło. On wciąż coś dla niego znaczył.
– Wciąż taki chciwy – westchnął Loki niemal sam do siebie i zielony płomień oblizał jego pożyczoną skórę. Magia, zrozumiał Tony, patrząc, jak wymazuje przebranie narzucone na jego ciało. Loki cały składał się z magii. Było to oczywiste, wystarczyło spojrzeć na blask emanujący z jego palców, kiedy przesunął nimi wzdłuż twarzy i włosów, odsłaniając spore, wygięte rogi i kły, które ponownie urosły i zaczęły zahaczać o dolną wargę.
Ktoś krzyknął, krótko i przeszywająco. Kieliszki uderzyły o podłogę i rozprysły się na tysiące kawałków, gdy dygnitarze zaczęli się cofać z przerażeniem. Ale przez cały ten czas Loki wpatrywał się tylko w Tony'ego i nie odwrócił wzroku, póki jego oczy nie zmieniły się z zielonych w krwistoczerwone. Po kilku chwilach był znowu przerażającym strażnikiem Zlodowaciałego Serca – tylko teraz ubranym jak władca.
Loki rozłożył ręce, jakby chciał się pokazać z wszystkich stron, po czym uśmiechnął się lekko, widząc zauroczone spojrzenie Tony'ego. Nie garbił się, próbując się zasłonić, nie warczał na obserwatorów. Nawet stanął bardziej prosto i dumnie niż w przebraniu, jakie na siebie narzucił, jakby jakiś ogromny ciężar spadł z jego ramion.
– I o to właśnie mi chodziło – stwierdził Tony z uśmiechem, wyciągając od razu ręce, żeby dotknąć tej chłodnej skóry, chropowatych rogów i blasku kłów. – Mój Boże, niemal za tobą tęskniłem.
– Niemal ci na to pozwoliłem – odparł Loki, przyciągając go na tyle blisko, żeby móc przesunąć wargami po obojczyku i czole, podczas gdy jego lodowate dłonie przesuwały się po bokach i kręgosłupie Tony'ego. – Byłem przekonany, że o mnie zapomniałeś. Postanowiłeś żyć dalej.
– Kłamię bardzo często. Głównie samemu sobie.
– Co przydarzyło się twoim oczom?
– Ty się przydarzyłeś. – Gdy Loki odsunął się i spojrzał na niego z nadzieją wymieszaną z przerażeniem, Tony wzruszył ramionami i odwrócił wzrok. – To jabłko było serio niezwykłe.
– Powiedz mi wszystko. – Zimne dłonie objęły policzki Tony'ego, pazury ukłuły delikatnie jego skórę. – Cóż ci uczyniłem?
Jakaś część Tony'ego chciała skłamać, wzruszyć ramionami i za pomocą uśmiechów oraz naturalnego wdzięku wyłgać się od odpowiedzi na to pytanie. Ale czerwone oczy Lokiego wpatrywały się w niego z trwogą i przestrachem, a prawda wcale nie była taka zła. Prawda była po prostu… prawdą. Najwyższa pora przyznać się i zaakceptować to, co mu się przydarzyło.
– Odłamki, które wcześniej znajdowały się niedaleko mojego serca, zniknęły – oznajmił Tony, chwytając dłonie Lokiego w swoje i odsuwając je od policzków. Jakiś czas temu zaczął mieć serio niezłą siłę w rękach. – Zdrowieję szybciej. Trucizna znika po dostaniu się do mojego organizmu. Widzę lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Ogólnie rzecz biorąc, moje zdrowie jest… nieprzyzwoicie dobre. Przetestowałem je, co więcej, przetestowałem je na wszystkim od nielegalnie nabytego wirusa ospy do eboli włącznie i nie jestem w stanie zachorować. I… JARVIS twierdzi, że wchłaniam metale szybciej, niż kwas niszczy blachę. Poza reaktorem łukowym. On świeci jak zawsze, a moja krew rozpuszcza wszystko inne. – Tony'emu lekko zadrżały usta. – Tylko… tak z ciekawości, ile zazwyczaj żyjecie? Bo najwyraźniej moje życie nieźle się właśnie przedłużyło.
Loki wpatrywał się w niego z bezgłośnym przerażeniem kogoś, kto właśnie odkrył, że jego dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane.
– Jakże Norny musiały się śmiać – powiedział cicho, zamykając oczy. – Oczywiście, że musiały się śmiać. Tony, tak mi przykro. Uwierz mi, że pragnąłem jedynie ocalić twoje życie. Nigdy nie zamierzałem odmienić cię w ten sposób.
– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. – Tony puścił dłonie Lokiego, wyciągnął rękę w stronę jego rogów i przesunął palcem po chropowatej podstawie rogu. – Nie jestem idiotą. Loki, Thor, Odyn? Asgard? Nie znam się na mitologii, ale sama popkultura nauczyła mnie rozpoznawać te imiona, kiedy pojawią się gdzieś razem. Ile ty w sumie masz lat?
– Jestem na tyle stary, by jeszcze cię przeżyć. – Kciuki wbiły się mocno w napięte mięśnie pleców Tony'ego, wywołując ten rodzaj bólu, który pełen był przyjemności. – Na tyle młody, aby wciąż się tobą nacieszyć.
Tony był boleśnie świadomy, ile osób ich obserwowało, gdy przymknął oczy i z całych sił próbował nie wydać z siebie głośnego jęku.
– Proszę, nie rób takich rzeczy, kiedy stoję otoczony publicznością i mam na sobie coś, co nie obroni mnie przed zarzutami o gorszenie postronnych.
Słowa wywarły zamierzony wpływ; poczucie winy Lokiego przeszło opornie w rozbawienie, gdy obserwował, jak Tony walczy z samym sobą. Niemniej posłusznie go puścił, składając ręce na plecach w geście wynikającym z nawyku, niczego więcej. Czy na serio przysiągł sam przed sobą, że więcej nie dotknie żadnego człowieka?
Tony miał właśnie o to zapytać, kiedy czyjś stłumiony głos mu w tym przeszkodził.
– Szefie?
Agent SHIELDu, od stóp do głów ubrany w ten sam nijaki czarny uniform jak wszyscy inni strażnicy prawa i porządku, stanął niedaleko nich. Tony zerknął przez ramię na Steve'a i zobaczył, jak ten kiwa głową, po czym stuka w komunikator w uchu. O, jasna cholera, pomyślał. Jasne, że Clint dodał dwa do dwóch, kiedy Tony był zajęty myśleniem wyłącznie o samym sobie.
– To ja wam nie będę przeszkadzał – stwierdził Tony cicho i odsunął się, zostawiając Lokiego samego, żeby pogadał z Clintem, który właśnie ściągał hełm. Udało mu się zrobić jakieś trzy kroki, po czym Steve chwycił go za garnitur i pociągnął w swoją stronę.
– Nie wiem nawet, od czego powinienem zacząć… od kiedy niby interesujesz się mężczyznami? – Steve brzmiał na ni mniej, ni więcej tylko urażonego. – Nie wierzę, że nigdy mi o tym nie powiedziałeś. – Tony odepchnął jego rękę i obrócił się na tyle, żeby spojrzeć mu prosto w oczy, unosząc znacząco brew, i jednocześnie nie spuścić wzroku z Clinta.
– Mam tyle różnych zainteresowań, Steve. Tak wiele i tak różnych. – Dostał za to z łokcia w bok, prosto w żebra. – A teraz cicho sza, muszę być świadkiem tego, jak Barton rozpłakuje się niczym pięciolatek.
– Usłyszę kiedyś pełną wersję tej historii, prawda?
– Przymknij się, Pułkowniku Plotko.
– Kapitanie – poprawił Steve odruchowo, ale zamknął usta. Założył ramiona na piersiach i odwrócił się w tę samą stronę, co Tony, żeby przyjrzeć się rozgrywającej się przed nimi scenie. Mianowicie temu, jak Clint odkrył to samo, co Tony jakieś dziesięć minut temu: że szef nie tylko był cały i zdrów, ale cały, zdrów, pełen magicznych trików i celowo olewał ich przez dwa lata.
Hełm Clinta uderzył o posadzkę, odsłaniając niebieskie oczy już szkliste od łez. Co za frajer. Przynajmniej Tony nie dał się sobie rozkleić. No, prawie. Barton wyglądał głównie, jakby nie wiedział, czy chce się rozpłakać, czy zwymiotować.
– Zanim powiesz coś dalej – oznajmił nagle Loki, sięgając po dłoń Clinta. – Mam coś dla ciebie.
Ten tylko gapił się, kiedy Loki chwycił jego rękę i położył ją na swojej, rozcapierzając jego palce. Tony czekał, aż Loki coś mu da, więc zaskoczyło go zupełnie, gdy jasnozielona energia zaczęła gromadzić się dookoła całej dłoni i przedramienia Clinta, trzeszcząc i przelewając się z jednej strony w drugą jak ciecz, aż nagle stała się tak oślepiająca, że musiał zamrugać i odwrócić wzrok.
Kiedy blask nieco przygasł, Clint wpatrywał się w swoją rękę, jakby nigdy wcześniej jej nie widział. Zgiął i wyprostował powoli palce, po czym rzucił Lokiemu niepewne spojrzenie. Przełknął z trudem ślinę. Stojący obok niego Loki tylko ponownie założył ręce na plecach, chowając je, i wyglądał na nietypowo dla siebie pełnego niepewności.
– Nigdy mnie o to nie obwiniałeś, lecz pomimo tego byłem ci to winien.
– Tak, dzięki – wyszeptał Clint. – W sumie to miałem taki plan, żeby ci znowu przywalić, ale tym razem może mnie to zaboleć.
– Mogę uleczyć twoją dłoń po raz drugi.
– Spoczko. – Clint zerknął na Tony'ego i przygryzł wargę, nie mogąc się zdecydować. Obrócił się znowu w stronę Lokiego. – Mamy ścisłe rozkazy, żeby cię nie dotykać.
Loki uśmiechnął się lekko.
– Tym razem to zaledwie kwestia upodobań. Lód mam już pod kontrolą.
Na balkonie leżała pewna rękawica, która świadczyła o czymś innym, ale Tony z determinacją nie otwierał ust. Clint drapał się po szyi przez pół sekundy, po czym wystrzelił w stronę „szefa" z taką siłą, że Loki musiał cofnąć się o krok, żeby się nie przewrócić.
Steve zniknął, żeby uspokoić kilku następnych nadmiernie zaniepokojonych agentów SHIELDu, pozostawiając Tony'ego samego z widokiem Lokiego i Clinta przytulających się tak mocno, że dziwiło go, że nikomu nic się nie połamało. Czyli Loki tęsknił za Clintem. I dobrze. Spędzili piętnaście lat w jednym więzieniu, nieważne, czy rozmawiali w tym czasie, czy też nie; tak, Loki stęsknił się za swoim sierotą z cyrku. Który w sumie zdążył już sporo dorosnąć. I stać się zabójcą zatrudnionym przez SHIELD, jakby tego było mało. Przez co Tony zaczął się zastanawiać – gdzie się w sumie podziewała Natasza?
– Przepraszam za spóźnienie – powiedział Rhodey zza pleców Tony'ego, podchodząc do niego szybko. – Komuś odwołano lot i musiałem podskoczyć po pewną starą przesyłkę. – Klepnął go w ramię powitalnie.
– Niemniej – oznajmiła kobieta stojąca za ich plecami, z amerykańskim akcentem i niebywałym rozbawieniem. – Nie w ten sposób należy się wyrażać o kobietach.
– Poleciałem na drugi koniec kraju, żeby móc tutaj podrzucić twój nerdowski tyłek, a ty odmówiłaś, więc Fury musiał nagle znikąd wynaleźć jakiś cholerny odrzutowiec – odparł Rhodey z irytacją. – Łapię, że jesteś zwariowaną samotniczką, ale istnieje coś takiego, co się nazywa dobre maniery…
– O, naprawdę, chcesz zaczynać rozmowę o dobrych manierach? A kto kazał mi się chwycić za sprzączkę?
– Chodziło mi o pasek na ramieniu…
– Czy możecie się oboje zamknąć? – przerwał im Tony, obracając się, żeby spiorunować ich wzrokiem. – Zupełnie niszczycie nastrój i…
– Ładne oczy – rzuciła kobieta i uśmiechnęła się szeroko, przerywając jego wybuch złości. Tony był już na wpół gotów na pozwolenie Rhodeyowi ją udusić, ale wtedy podeszła bliżej i dostrzegł, że pod czupryną brązowych włosów w odcieniu cynamonu padających na twarz ma parę takich samych złotych oczu.
– O, cholera.
Roześmiała się.
– Doktor Jane Foster, astrofizyczka i niedługo pewnie też twoja szwagierka. – Wyciągnęła dłoń na powitanie. – Miło cię poznać.
Tony drgnął lekko, ale potrząsnął jej ręką. Uścisk miała silniejszy niż imadło w warsztacie.
– O proszę, astrofizyczka? I jak ci się pracuje na tym polu nauki?
– Potrąciłam boga piorunów i jestem teraz nieśmiertelna. Jak się pracuje jako inżynier?
– Zostałem uwięziony w pokrytym lodem zamku i… czekaj, czekaj, czy ty powiedziałaś przed chwilą coś o nieśmiertelności?
Jane tylko się uśmiechnęła. Tony poczuł, że musi sobie usiąść.
Chwilę później ciężkie buty zaczęły stąpać po posadzce auli w rytmie przypominającym uderzenia bębna nawołującego do odwetu. Tony podniósł wzrok i zobaczył faceta ubranego w czarną skórę, który zmierzał w ich stronę jak taran. Płaszcz powiewał za nim, a jego pistolety błyszczały ciężko w kaburach po jego bokach.
– Jestem tak wściekły, że nawet nie wiem, na kogo pierwszego mam nawrzeszczeć – warknął Fury niczym jednooki przedstawiciel prawa, wkraczający do środka, żeby zrobić porządek. – Czy ty mnie w to wszystko wmanipulowałeś, ty draniu jadący na bateriach? Zaraz cię zamorduję. Zamorduję was wszystkich. Organizacje wywiadowcze nieszczególnie lubią bycie w coś wmanewrowanym, Stark.
– Ja ciebie w coś wmanewrowałem? Weź nie pierdol – zaprotestował Tony, przesuwając palcem po guziku na nadgarstku, dającym zbroi sygnał do aktywacji. – „Goście prosili o twoje przybycie na przyjęcie, Tony, załóż najlepszy garnitur, jaki masz, Tony", co za gówniana próba wykręcenia się sianem. Wiedziałeś, kto to, i nic mi nie powiedziałeś.
– Prawda jest taka – wtrącił gładko Loki, znowu w ludzkiej bladej skórze i pełen opanowania. – Że żaden z was nie zdawał sobie z tego sprawy. Jestem tutaj jedynym, który dopuścił się oszustwa i przyjmuję pełną odpowiedzialność za jakiekolwiek nieporozumienia wynikłe z mojej… niedyskretnej reakcji na udział Starka w wydarzeniach tego wieczoru. – Zielone oczy błyszczały w sposób, który sugerował, że wcale nie było mu przykro. – Jestem, rzecz jasna, absolutnie gotów pozostać na Mid… to znaczy na Ziemi, póki nie zrekompensuję tego każdemu z przywódców waszego świata.
Fury stracił niemal całą swoją pełną wściekłości zamaszystość w tym samym momencie. Zmordowaną irytację sprzed chwili zastąpiło spojrzenie pełne kalkulacji.
– To trochę zajmie – stwierdził w końcu. – Wiele krajów właśnie usłyszało, jak deklarujesz swoją przynależność do Iron Mana. I to w stereo.
Loki zakaszlał lekko. Tony miał wrażenie, że zrobił to, żeby ukryć śmiech.
– Naprawdę popieram ideę chronienia tego świata. Jego bohaterowie stanowią dla mnie… przedmiot osobistego zainteresowania. – Popukał się długim palcem w brodę. – A więc może kompromis? Mała grupa naszych najlepszych wojowników mogłaby tu pozostać, aby pokazać nasze przyjacielskie zamiary.
– Albo – dodał Thor, przyłączając się do nich. – Ja mógłbym tu chwilę pozostać. – Jego pełne uśmiechu oczy wciąż wpatrywały się w Jane, jakby była wschodem słońca obleczonym w satynę barwy miedzi i szpilki. – W celach pokojowych, rzecz jasna. Sto lat powinno wystarczyć.
Tony przyglądał się, jak Loki wpatruje się w brata zmrużonymi, pełnymi namysłu oczami. Nie była to zaplanowana przez nich propozycja, to można powiedzieć z pewnością. Stojący po drugiej stronie Fury wyglądał, jakby z trudem usiłował utrzymać twarz pokerzysty.
– Para kosmickich braci walczących w imię dobra, z czego jeden jest bogiem piorunów, a drugi jakimś cholernym lodowym czarodziejem?
– Czarnoksiężnikiem – poprawił Loki głosem nie znoszącym sprzeciwu. – Czarnoksiężnikiem i lodowym olbrzymem. Zaakceptuję bycie tytułowanym ósmym zimowym monarchą Jotunheimu, gdyby zdarzyło ci się zapomnieć o tych drobnych detalach.
Zimowy monarcha, powtórzył Tony w myślach, patrząc, jak Thor cały puchnie od dumy po usłyszeniu tego określenia. Loki użył go niedbale, ale wywarło wielkie wrażenie na innych. Musiał się jeszcze wiele nauczyć. Może aż za wiele.
To nie tylko Loki znalazłby się z powrotem w jego życiu. Także kosmici, magia i olbrzymia ilość gapiów. Złote oczy i Jane Foster, która oznajmiła mu, że będzie żyć już zawsze. JARVIS nawet nie próbował przewidzieć długości jego życia poza, no cóż, pierwszą setką. A i to brzmiało szaleńczo.
Wieczność brzmiała jak bardzo długi czas, żeby oczekiwać od Lokiego, że przy nim zostanie.
Po kontynuacji negocjacji Tony pozwolił innym wypchnąć się z kręgu intensywnie rozmawiających, zostawiając pozostałych temu, na czym znali się najlepiej. Rhodey stał przy nich jako jedyny przedstawiciel wojska, który jeszcze mógł mieć wpływ na sytuację. Clint gdzieś wyparował. Tony do jakiegoś stopnia miał nadzieję, że w poszukiwaniu ich ulubionego pająka. Pozostało mu tylko wrócić na balkon i odzyskać zbroję, którą tam zostawił spakowaną i zablokowaną w trybie podróżnym. Wspaniała walizka przypominająca wszystko, co do tej pory dla siebie skonstruował.
Tony przysłuchiwał się ostatnim kliknięciom rozkładającej się dookoła jego ciała zbroi, kiedy Loki wpadł w pośpiechu na balkon, wypatrując go na wpół ślepymi oczami kogoś, kto właśnie wybiegł z jasnego pomieszczenia.
– Tony?
– Tutaj jestem. – Obrócił się tak, żeby reaktor łukowy przyciągnął uwagę Lokiego. – Nigdzie nie znikłem. Po prostu musiałem… się przebrać. Czy będę żył wiecznie?
Loki szedł w jego stronę, ale na to pytanie zatrzymał się w pół kroku, jakby chciał się odsunąć od tych słów. Tony prawie wcale nie widział jego twarzy, tak była spowita cieniami.
– Nie wiecznie, nie. – Skórzane buty stąpały po kamiennej posadzce balkonu. – Odyn mógłby ci to powiedzieć ponad wszelką wątpliwość. Jabłko nie stanowiło zaledwie naczynia dla klątwy, której byłem niewolnikiem, ale okazało się prawdziwym złotym jabłkiem Idunn. Będziesz żył długo, bardzo długo, ale nie wiecznie. Nic nie żyje wiecznie. – Loki podszedł do niego tak, że klatką piersiową opierał się o zbroję Tony'ego. Na czystym nocnym powietrzu pachniał skórą i stalą, a jego oczy wyglądały jak studnie bez dna pełne wahania, wpatrujące się w Tony'ego. – Czy to dla ciebie zbyt wiele? Istnieje sposób, aby to wszystko odwrócić, jestem o tym przekonany. Jeśli… jeśli nie obecnie, to go stworzę. Nie będziesz musiał cierpieć z powodu tej przemiany, jeśli ten ciężar jest dla ciebie zbyt wielki. Nigdy nie przekląłbym cię w ten sposób, aby tylko uwolnić samego siebie, Tony. Wiedz to, jeśli zapomniałeś o mnie wszystko inne.
Odwrócić wszystko? Zabić go znowu? Albo może tylko przywrócić go do poprzedniego stanu, z karykaturą zdrowego serca i brązowymi oczami, w którym przebijał się przez życie jako superbohater. Jako Iron Man. Jeszcze trzydzieści, może czterdzieści lat, jeśli będzie miał tyle szczęścia, że umrze ze starości.
– Czyli jesteś monarchą? – zapytał Tony, głównie po to, żeby zmusić się do myślenia o czymś innym. – Co w takim razie ze mną, kim jestem, twoją królewską nałożnicą? Władcy mieli coś takiego, no nie?
– Nigdy nie określiłbym cię tak poniżającym słowem. Jestem monarchą w równym stopniu co Thor bogiem. To tylko tytuły i stare mity, nic więcej. – Loki wykrzywił usta z niezadowoleniem. – Nałożnica. Samo to słowo wzbudza we mnie niesmak.
– Cóż, w takim razie pewnie będziesz musiał mnie poślubić – odparł Tony, myśląc głównie o Foster i jej głupich rękach równych siłą Hulkowi.
– W porządku – stwierdził Loki.
Świat Tony'ego zatrzymał się, po czym zaczął się kręcić w przeciwną stronę.
– W porządku – powtórzył, smakując te słowa w swoich ustach. Nie mógł mówić tego serio. – W porządku co niby?
– Pakt z Midgardem kończy moje wysiłki, aby ponownie nawiązać kontakty pomiędzy wymiarami. Powraca handel między naszymi światami. Mamy pokój na wynegocjowanych warunkach. – Ręka objęła rękawicę Tony'ego. – Odzyskuję wolność, aby móc czynić dokładnie to, czego pragnę. – Zielone oczy błyszczały lekko w ciemnościach, oświetlane przez błękit reaktora łukowego. – Sprawiłoby mi to przyjemność, gdybyś spędził resztę swojego bardzo, bardzo długiego życia u mego boku, Tony Starku.
Wyglądanie, jakby się nad czymś poważnie zastanawiało, było dla Tony'ego dosyć ciężkie, bo jego serce nagle zdecydowało się wyrwać spod objęć reaktora i wskoczyć w ręce Lokiego.
– Czy to znaczy, że będę mógł zobaczyć inne światy? Wymiary? Ten, no… ten cały Asgard?
– I Jotunheim – dodał Loki, uśmiechając się dziwnie. – Prawdę mówiąc, ceremonia musiałaby odbyć się w obu tych światach. Nie mówiąc o tym, w którym się obecnie znajdujemy, i należnych mu fanfarach. – Tony poczuł oddech Lokiego na policzku, gdy ten pochylił się, żeby wyszeptać mu do ucha: – Czy zdajesz sobie sprawę, co to oznacza?
– Co? – Tony niemal kompletnie zapomniał o temacie rozmowy, kiedy Loki dotknął wargami krótko przyciętego zarostu na jego brodzie, ledwo co omijając usta. – Mam trudności w myśleniu o… miesiące miodowe. W liczbie mnogiej.
– Dokładnie. – Ręce przesunęły się po zbroi, zostawiając po sobie lodowe ślady przypominające koronkę. Tony miał jakieś takie przeczucie, że Loki robi to celowo, i to po to, żeby podziwiać zmianę barw. – Dwa lata to bardzo długi czas, aby nie czuć dotyku twoich dłoni na mojej skórze. Nawet tej, którą obecnie przybrałem.
Tony wyciągnął obie ręce i wsunął je w ciemne włosy, uważając, żeby nie zaczepić o nie żadnym kawałkiem rękawicy. Dotknął kciukiem miejsca, z którego wyrastałby jeden z rogów, i nie poczuł w nim nic poza gładką skórą i powietrzem.
– Jesteś tak inny w tej formie – powiedział cicho. – Mam wrażenie, że wtedy tak naprawdę cię nie znałem.
– Wiedziałeś o mnie wszystko to, co najlepsze i najgorsze, na zewnątrz i w środku. – Loki złożył pocałunek w kąciku jego ust. – Przypomniałeś potworowi, jak być mężczyzną, jak stać się czymś więcej niż blizny z przeszłości. Nigdy nie chodziło o kolor mojej skóry i rogi.
Myśl, że Tony pełnił tak zasadniczą rolę w pokazaniu komuś tak niemożliwemu jak Loki, że można inaczej patrzeć na świat – na siebie – była ciężka do przetrawienia. Przez większość czasu miał wrażenie, że w gruncie rzeczy nie wie, co robi z własnym życiem. Avengersi stanowili jego kwaterę główną, jego bliskich, a Iron Man pochłonął większość jego czasu, ale poza tym? Ze wszystkich stron otaczała go pusta przestrzeń. Gdzieś w centrum tej jałowiej ziemi, jaką było jego życie, trzymał zamknięte pod kluczem wspomnienia ze Zlodowaciałego Serca, ukryte przed wzrokiem. Przypominały mu o rzeczach, jakie miał i utracił, bo nie przewidział Obadiaha. Nie mógł tego znowu stracić.
– Tak – odparł Tony ochryple. Odkaszlnął. – Tak. Jasne.
– Jasne. – Loki zamrugał nieufnie.
– Poślub mnie. Trzykrotnie. – Tony spojrzał na rozciągający się w dole ogród. – Cholera, przeżyłbym nawet czwarty raz, gdybyś chciał. Tylko pod warunkiem, że tym razem zostaniesz przy mnie i nie znikniesz.
Loki pochylił się i oparł czoło o czoło Tony'ego, po czym wypuścił z płuc oddech, trzęsąc się.
– Czyż nie obiecałem ci nie zostawić żadnego znaku, jakiego nie będę potrafił odczynić?
– Obiecałeś. Obiecałeś też nie zostawić po sobie odłamków. – Tony roześmiał się krótko wbrew sobie. – Ty to zawsze musisz przesadzić z ambicją.
Loki odsunął głowę na tyle, żeby przyciągnąć go do głębokiego pocałunku, wplatając palce w krótkie kosmyki włosów Tony'ego, dzięki czemu mógł lepiej wpić się w jego wargi. Tony nie miał nic przeciwko, a biorąc pod uwagę, że znajdował się w zbroi, byli niemal równego wzrostu i siły. Loki wciąż całował go, jakby nigdy nie mógł mieć dość, jakby nadrabiał całe dekady, kiedy niedane mu było dostać to, czego potrzebował. Tony z olbrzymią przyjemnością mu to teraz dawał.
Trzy śluby. Przy odrobinie szczęścia bez żadnych pogrzebów, walk ani niezręcznych rodzinnych sprzeczek. Trzy planety do odwiedzenia. Lodowi olbrzymi, bogowie i Avengersi. Fury i rychły atak serca. W miarę dające się przewidzieć życie Tony'ego jako jednego z najlepszych superbohaterów na Ziemi właśnie skręciło w stronę niewiarygodnego i niemożliwego dzięki kilku cudom i zaklęciu lub dwóm.
Tym razem będą mieli o wiele więcej do zrobienia, niż tylko złamać zaklęcie. Niż uwolnić lodowego olbrzyma i znaleźć własną drogę w życiu.
Ale jako że mieli cały czas świata, żeby zobaczyć, do czego to wszystko zaprowadzi, Tony się nie bał.
Nie zmarnuj swojego życia.
– A potrafisz latać? – zapytał Tony cicho po tym, jak Loki oparł podbródek o jedno z jego okrytych metalem ramion, wspierając się na nim całym ciałem. – Twój brat powiedział, że potrafi.
– Jeśli tak to zechcesz nazwać – padła wymamrotana odpowiedź. – Nie, nie umiem latać.
– A chciałbyś spróbować?
– Co? Ja… na krew Bora, postaw mnie na ziemi.
Tony ułożył nogi Lokiego wygodniej dookoła swoich bioder i wystrzelił w stronę nieba w rozbłysku niebieskiego światła i śmiechu. Pozostawił ziemię tak daleko za sobą, że gdy się wreszcie zatrzymał, nie widział nic poza gwiazdami, blaskiem księżyca i otaczającym ich mroźnym powietrzem.
Może napotkają niebezpieczeństwo. Może będą problemy i pułapki.
– Czy dałbyś radę sprawić, żeby padał śnieg, skoro jesteśmy tak wysoko?
Szeroko otwarte zielone oczy Lokiego powoli zaszły szelmowską czerwienią. Jego wargi rozciągnęły się w uśmiechu pełnym kłów.
– W lecie? W nieznanym mi wymiarze? – prychnął. Po palcach przebiegł mu niebieski płomień, pokrywając je lodem. – Nie oceniaj mnie zbyt nisko.
Definitywnie niebezpieczeństwo, poprawił się Tony, obserwując, jak Loki przyciąga do siebie chmury, które wyglądały jak pajęczyny zawieszone na niebie. Problemy i pułapki to coś, z czym sobie poradzą, kiedy już to napotkają.
Ale kiedy płatki śniegu zaczęły opadać na Manhattan, wirując, i zmieniły się w przytłaczającą bielą śnieżycę na rozkaz na wpół dzikiego lodowego olbrzyma, Tony doszedł do wniosku, że coś mu mówi, że wszystko jakoś się ułoży.
Pozostało im tylko ruszyć naprzód i dogonić przyszłość.
Gdzieś nad ich głowami unosił się kruk, niezauważony przez ich dwójkę. Oczy Hescamara ujrzały przyszłość wymiarów pomiędzy jednym mrugnięciem a drugim. Kwitnące miejsce. Stabilne. Prosperujące. Rosnące w siłę. Rozbudowujące się. Dziewięć Wymiarów razem i w pełnej harmonii.
Dziedzictwo Zlodowaciałego Serca było zaiste nietypowe.
Ucieleśnienie zmiany stąpało ponownie po ziemi prowadzone przez błyszczący metal i jasność. Kowalstwo i lód.
Na tę chwilę to wystarczało. Znajdą pokój na dłuższy czas.
Kracząc dla czujnych uszu w Asgardzie, Hescamar uderzył skrzydłami nocne niebo i powrócił do domu.
Ostatecznie sami sobie na to zasłużyli.
