Okidoki. Mała przerwa w Soul Society Arc. Zwarzywszy, że wielkimi krokami idą Święta, postanowiłam napisać mały orginal event. Moje natchnienie mogło mieć też coś wspólnego z kupą choinek, mikołajów itp., jakie musiałam dziergać do pracy od trzech miesięcy oraz ze zwisaniem z świerku wieszając lampki choinkowe przed domem, co przez mą wrodzoną grację skończyło się odkryciem grawitacji. Powiem Wam jedno, trzy metry przez kujące igliwie to długa droga w dół. Pozdrawiam tu wszystkie babcie wykorzystujące swe wnuki do zadań ekstremalnych.

Dobra, zatem życzę miłej lektury i wesołych świąt, czy jakby powiedzieli w Japonii „Merikurisumasu".


Stowarzyszenie Kobiet Shinigami, czy jak nazywała je Ari SKS, szybko stało się jedną z bardziej wpływowych organizacji w Społeczności Dusz. To spotkanie, jak każde inne miała zaraz rozpocząć pani przewodnicząca, którą to zaszczytną funkcję pełniła porucznik jedenastego oddziału Kusajishi Yachiru. Po uderzeniu młotkiem dziewczynka spojrzała bacznie na każdą z kobiet okopujących salę zebrań. Wiele z nich miało niepewne miny. Różowowłosa porucznik rzadko, kiedy była tak poważna, coś musiało ją niepokoić.

- Będziemy dziś omawiać bardzo duży problem - zrobiła efektowną pauzę. - Ri-chan!

Sui-Feng zamrugała. Czego porucznik mogła chcieć od jej pani? Wątpiłaby jasnowłosa kobieta zdążyła już wpakować się w tarapaty. Tydzień temu wyszła co dopiero z czwartego oddziału po nieudanym zamachu. W niskiej kapitan zagotowało się na samą myśl. Jak mogła dopuścić do czegoś takiego? Shihoin hime była pod jej opieką i o mało nie zginęła. Co prawda Ariel umiała wpakowywać się w kłopoty jak mało kto. Nawet gdyby Sui-Feng zamknęła ją w wypakowanym poduszkami pokoju bez żadnych ostrych narzędzi to penie zawaliłby się na nią sufit. Oczywiście, że musiała już coś zrobić.

- O co ci chodzi? - zapytała stojące na podwyższeniu dziecko.

- Ri-chan dziwnie się zachowuje - dziewczynka opowiadała ze zgrozą. - Prawie się nie odzywa. Nawet nie narzeka. Pociąga cały czas nosem jakby płakała. Nie chciała się ze mną bawić i nie wzięła ode mnie cukierków! Nie przyszła w czwartek by opowiadać bajki!

- Rzeczywiście, Ariel-sama dziwnie się ostatnio zachowywała. Była jakaś przybita - zauważyła Rangiku. - Kiedy widziałam ją z kapitanem miała załzawione oczy. Mówiła jednak, że to tylko alergia.

Sui-Feng zastanowiła się nad tym. Jej pani ostatnio nie była sobą. Najlepszym dowodem był właśnie brak jakichkolwiek kłopotów. Plątała się tylko po pałacu i trochę po obszarze Dworu Czystych Dusz. Nie narzekała nawet na towarzyszącą jej eskortę nie mówiąc o braku prób wymknięcia się czego kapitan wręcz oczekiwała. Może naprawdę był z nią coś nie tak?

Nie tylko ona milczała rozmyślając. Wiele z obecnych kobiet poznało Ari i nie było obojętne na jej los. Najbardziej zmartwiona prócz Yachiru wydawała się być Hinamori. Niespodziewanie Nanao zatrzasnęła terminarz przyciągając na siebie wszystkie spojrzenia.

- Wiem co ją gryzie. Ariel-sama tęskni za prawdziwym światem i za rodziną.

Sui-Feng ledwo powstrzymała śmiech. Ari mogła robić wszystko nawet planować podbój wszechświata, jeśli nie musiałaby się nad tym za dużo narobić rzecz jasna, ale tęsknota za domem, czy jakiekolwiek inne sentyment nie wchodziły w grę. Nanao nie zauważyła jednak jej niedowierzającej miny i kontynuowała.

- Czytałam, że w grudniu ludzie zwłaszcza w Europie i Ameryce obchodzą święta „Bożego Narodzenia".

- Bożego Narodzenia? - zapytała zaintrygowana Isane.

- Tak. Czyjeś urodziny sprzed dwóch tysiącleci.

- Biedna Ariel-sama - Hinamori była wyraźnie poruszona losem dziewczyny. - Przeszła ostatnio tak wiele, a teraz musi spędzić święta bez rodziny. Musimy coś zrobić.

- Wiem! - Matsumoto doznała olśnienia. - Urządzimy jej święta tutaj!

- Tak, będzie dużo cukierków, zabawy, ciastek, cukierków… - entuzjazm Yachiru niespodziewanie ustał. - Oni mają tam słodycze, prawda Nana?

Wszystkie głowy zwróciły się w kierunku Nanao.

- Cóż… - porucznik poprawiła okulary. - Najpierw musimy zebrać dane by wszystko było idealne. Potem przystąpimy do działania.

- Jupi jej! Zrobimy święta jakich Ri-chan nigdy nie zapomni!

Sui-Feng podejrzewała, że akurat w tym wypadku Yachiru miała rację.


Dwa dni później na specjalnym zebraniu SKS głos zabrała wiceprzewodnicząca Nanao Ise. Odchrząknęła w zaciśniętą pięść i wyrównała stertę notatek.

- Zatem wraz z porucznik dwunastej dywizji przeprowadziłyśmy mały wywiad. Oto co udało nam się ustalić. Święta zwane Bożym Narodzeniem bądź Gwiazdką obchodzone są na cześć upamiętnienia urodzin Baranka Bożego w stajence w niejakim Betlejem dwa tysiące lat temu, niejakiego Yeszu.

- Od tylu lat świętują urodziny barana? - zapytała zdumiona Sui-Feng. - Ludzie są naprawdę dziwni.

- Może był wyjątkowo puchaty? - zastanawiała się Yachiru. - Albo zrobiony z waty cukrowej!

- To nie jest chyba zbyt istotne pani przewodnicząca, a teraz, jeśli mogę kontynuować? - Nanao poprawiła okulary, kiedy burza rozmów ustała. - Obchodzi się je dwudziestego piątego grudnia, ale w Polsce skąd pochodzi po części Ariel-sama świętowanie zaczyna się już wieczór wcześniej. Nazywa się to wigilią. Dobrze, teraz najważniejsze sprawy. Pierwszą jest Święty Mikołaj. Nemu-san wyświetl obraz na monitorze. Dziękuję. Jak widzicie jest to stary brodaty jegomość w czerwonym kubraku…

- Nana, Mikan wygląda jak Dzidunio. Ma taką długą brodę i nawet identyczną czapkę. Tylko, że nasz jest za chudy - pozostałe członkinie SKS postanowiły, że lepiej zignorować porównanie dziwnego staruszka do mandarynki i generała. Wszystkie wiedziały, że Yachiru ma w swym zwyczaju nadawanie każdemu przezwiska. Zdecydowanie zaś postanowiły nie zwracać uwagi na czerwoną czapeczkę z pomponem, która podobno jest w posiadaniu Kapitana Dowódcy.

- Tak, cóż… o czym to ja mówiłam, a tak. Mikołaj lata w noc wigilijną saniami zaprzęgniętymi w renifery i rozdaje prezenty grzecznym dzieciom wchodząc przez komin do domów, gdzie czeka na niego haracz w postaci ciastek i mleka. Wkłada paczki do komina lub w wielkie skarpety i ucieka. Zaprzęga do pracy armię małych uroczych skrzatów, które pracują dla niego niemal przez cały rok robiąc zabawki.

- Jak to lata zaprzęgiem reniferów? I dlaczego pierwszy ma czerwony nos? - tym razem przeszkodziła jej Rukia.

- I jakim cudem wchodzi przez komin? Jest za gruby - dociekałała Kiyone.

- To pewnie przez te skarpetki - podsunęła Matsumoto stukając palcem w wydęte w zamyśleniu usta. - Każdy miałby niezły odlot gdyby nawąchał się jednej nocy tylu skarpetek. Przypomina mi trochę mojego taichou. On także nie daje mi chwili wolnego. Cały czas tylko Matsumoto i Matsumoto…

- Wymusza od innych ciastka? - dociekała Sui-Feng. - To nielegalne.

- Znaczy, że jak też będę miała taką śmieszną czapkę to dostane ciasteczka? - zapytała zaintrygowana dziewczynka.

- Mikołaj nie jest prawdziwy! - Nanao zorientowała się, że popełniła błąd oświadczając im to tak bezceremonialnie. Wszystkie kobiety miały zawiedzione miny. - Ludzie sami obdarowują się wzajemnie prezentami. Każdy mógłby kupić komu innemu prezent…

- Zrobimy losowanie - podchwyciła Rangiku. - Będziemy musieli zaprosić także inne osoby. Im będzie nas więcej tym weselej!

- Tak! Zaprosimy Ken-chana, Łysolka, Yun-yuna, Byakuna i innych!

- Włączenie w przygotowania pozostałych znacznie ułatwi sprawę - zgodziła się Nanao. - Pozostaje jeszcze kwestia choinki, kolęd i jedzenia i nie Matsumoto-san na Gwiazdkę nie ma żadnego sake!


- Ari-chan, co za niespodzianka!

Gin niemal zawisł na jasnowłosej kobiecie, która wracała właśnie z trzynastej dywizji do pałacu. Na powitanie jedynie kiwnęła mu głową i pociągnęła nosem. Kapitan objął ją ramieniem i zamachał do kilku shinigamich mających ją eskortować.

- Możecie sobie iść. Zabieram Shihoin hime na mały spacer.

- Gin, co robisz? - zapytała po tym, jak pociągnął ją za sobą odwróciwszy się na pięcie.

- Nie czujesz w sercu przyjaciółko, że dawno nigdzie razem nie byliśmy? Co powiesz na mały kielonek czegoś mocniejszego na rozgrzanie?

- Pewnie - westchnęła rozczarowana. Wiedziała, że Gin raczej oświadczał jej co następuje niż zapraszał gdziekolwiek. - Oczywiście, co lepszego mam do roboty? Wrócić do posiadłości, przebrać się w coś w czym da się oddychać i odpocząć, co za trywialne i nieistotne sprawy.

-Podoba mi się twoje nastawienie, Ari-chan.

Dziewczyna wzniosła oczy do nieba. Co innego mogła zrobić?

Idąc do baru, w którym często gościli, Ichimaru zapytał się co robiłaby w prawdziwym świecie o tej porze roku.

- Pewnie użerałabym się z wydawcą. Robię to nieustannie, niezależnie od pory roku. No i klęłabym w samochodzie stojąc w gigantycznych korkach. Nie to, aby Londyn normalnie nie był zakorkowany, ale w grudniu cały świat to jeden wielki korek. Ludzie wychodzą z swych jam i są natrętni niczym komary. Szkoda, tylko że nie mam tak wielkiej gazety, żeby ich rozgnieść.

- Co jeszcze robisz?

- Pomagam umyć psa mojemu bratu przed najazdem Hunów, znaczy rodziny na święta. Kuzyn ojca jest weterynarzem i ma fioła na punkcie zwierzaków. Poker tego nie cierpi. Zawsze musimy potem zdmuchiwać z siebie pianę. Dlaczego o to pytasz?

- Chciałbym wiedzieć. Nigdy nie stałem w korku ani nie miałem psa. Nie wspominając o kąpieli. O zobacz już jesteśmy - uchylił jej drzwi kłaniając się przesadnie.

Lokal był pusty o tej porze dnia co ucieszyło srebrnowłosego kapitana. Misja, którą powierzyła mu Rangiku pójdzie mu łatwiej, jeśli będą słyszeć się nawzajem. Ichimaru miał, bowiem dowiedzieć się, jak dokładnie wyglądają święta w domu Ari, by stowarzyszenie mogło je odwzorować. Szczerze podobał mu się pomysł gwiazdkowego przyjęcia. Przyda mu się trochę rozrywki przed nadchodzącymi wydarzeniami. Potrząsnął głową jakby chciał odpędzić wkurzającą muchę. Nie powinien o tym myśleć. Zaprowadził kobietę do stolika i ponowił inwigilację.

- Jak sądzisz, będzie jutro padać, Ari-chan? - zapytał.

- Nie wiem, nie znam się za bardzo na meteorologii, czemu?

- Po prostu lubię pogodę. Deszcz jest odświeżający. Mgła też jest fajna. Śnieg jest świetny. W Londynie jest dużo śniegu?

- Raczej śniegosmogu, ale kiedy spadnie jest bardzo klimatycznie i ślisko. Są jeszcze większe korki… Znowu mówimy o Londynie - zauważyła.- Dlaczego?

- Cóż, wiem wszystko o swoim domu. Żyłem tam dość długo. Chciałbym wiedzieć jak jest u ciebie.

- Co chcesz wiedzieć?

- Co robisz najpierw, gdy się obudzisz w święta?

- Zaraz poczekaj chwilę. Wiem, że ostatnio nie jestem w formie przez te alergeny, ale czy czasem czegoś nie przegapiłam? Chcesz się czegoś dowiedzieć o moim domu więc pytasz się co robię z rana w Wigilię?

- Powiedziałem „dom", oj wybacz mi Ari-chan. Miałem na myśli ludzi… ludzi w domu. Wszak czym jest dom bez ludzi? To tylko budynek z psem.

Ariel kichnęła. Miała dość tej cholernej alergii na zarodniki grzybów. Musiały się gdzieś rozprzestrzenić na terenie posiadłości. A teraz jeszcze Gin postanowił torturować ją tą swoją pokręconą logiką. Nawet nie chciała wiedzieć o co naprawdę mu chodzi? Poddała się.

- U siebie w mieszkaniu mam kota. Pies jest u moich rodziców, ale i tak spędzam tam święta inaczej matka, by mnie utłukła - sprostowała. - Przypuszczam, że otwieram oczy. Potem przeważnie ziewam i zwlekam się z łóżka. Uprzedź mnie kiedy stanie się to zbyt ekscytujące.

- Nie, nie. Mów dalej. Co robisz jak wstaniesz z łóżka?

- Idę na dół. Mama nalewa mi kakao z cynamonem. To jedyny tydzień, w którym nie piję na dzień dobry kawy. Wypijam je i obgryzam ramiona piernikom w kształcie gwiazd. Jakie ma znaczenie to, co robię rano?

- Masz rację, chyba zanadto się tego uczepiłem. Zmieńmy temat.

- Dzięki.

- Co robisz po południu?


Kapitan drugiego oddziału przypadło zorganizowanie prowiantu. Co znaczyło, że towarzyszyła jej Yachiru, która osobiście musiała nadzorować by w menu znalazło się wystarczająco dużo słodyczy. Mając raport od Ise fukutaichou i notatki od Matsumoto i Ichimaru Sui-Feng kroczyła prosto ku rozwiązaniu swego problemu. Miało ono postać wielkiego mężczyzny objadającego się przy biurku pączkami.

- Ile razy mam ci powtarzać byś nie jadł nad dokumentami? Całe się potem lepią.

Głos niskiej brunetki choć cichy zmroził wysokiego shinigami na wskroś, w skutek czego zadławił się i zaczął się dusić. Kobieta przypatrywała się temu niewzruszona nie robiąc nic by pomóc swemu zastępcy. Kiedy w końcu odetchnął podsunęła mu jedynie plik dokumentów.

- Co to jest kapitanie?

- Każ swemu kucharzowi przygotować to na wieczór dwudziestego czwartego grudnia. Dokładnie wedle przepisu - zagroziła mrużąc czoło.

- I ma być duuużo słodyczy i jeszcze więcej cukierków! - wykrzyczała Yachiru, która do tej pory przyglądała się w ciszy całemu zajściu.

Omaeda wiedział, że nie wygra z dwoma kobietami i że musi postarać się jeśli nie chce zdenerwować swej kapitan. Bardzo jej na tym zależało. Widział to po liczbie bruzd na czole, kiedy marszczyła brwi. Przeważnie naliczał dwie, co znaczyło poziom średni niebezpieczeństwa, ale kiedy, tak jak teraz, widniały na nim trzy było niedobrze. Przejrzał uważnie listę potraw.

- Taichou, skąd wezmę karpia? Mój dostawca ich nie ma na składzie - zapiszczał.

- To nie moja sprawa - oznajmiła kobieta i bez zawahania wyszła z pokoju zatrzaskując za sobą drzwi.

- Nie martw się Grubciu. Zajmę się tym ale ma być dużo cukierków. Najlepiej w skarpetach!

Omaeda nie wiedział czy Yachiru właśnie ofiarowała mu pomoc, czy zagroziła niechybną śmiercią z rąk Kenpachiego.

- Skarpety?


- Dlaczego się na to zgodziliśmy?

- Bo Matsumoto zagroziła, że w przeciwnym razie napuści na nas Yachiru.

Ikkaku westchnął. Przeleźli kawał drogi, by znaleźć jakiś krzaczor. W Rukongai było pełno drzew, ale Matsumoto zażyczyła sobie takie, które rośnie wysoko w górach. I jeszcze miało być ładne i duże! Zacisnął pięści na rękojeści swego zanpakuto. Od kiedy usłyszał o tym klubie kobiet wiedział, że będą z nim problemy. Jak mogłoby być inaczej skoro Yachiru była szefem tego cyrku. Ale nawet w najśmielszych snach nie przypuszczał, że każą im zrobić coś tak durnego. W dodatku Yumichika wciąż narzekał na ostre powietrze, które wysuszy mu cerę.

Oczywiście podróż nie była sielską przebieżką po parku. Nie licząc piekielnie dużego kilometrażu to najpierw Ayasegawa wypatrzył ul, z którego musiał zebrać choć trochę miodu, bo podobno robił cuda na skórę. Goniły więc ich pszczoły. Niestety te małe parszywce były zbyt szybkie i nie udało mu się z nimi walczyć, zatem gdy zebrał już pokaźną kolekcję burchli zabrali dupę w troki. Kiedy udało im się uciec złapali oddech w krzakach. Jak się potem okazało były one trujące. Wszystko ich swędziało jak jasna cholera a na dodatek dostali wysypki w … intymnych miejscach. Jakby tego było mało głośne lamenty Yumichiki i miód, którym się wysmarował ściągnęły na nich niedźwiedzia. To przynajmniej dało Ikkaku okazję do wyżycia się. Resztę drogi pokonał z wielkim cielskiem na plecach.

- Nie możesz tego zostawić? Strasznie śmierdzi - zapytał brunet zatykając nos.

- To dzikie zwierzę. Raczej pachnieć różami nie będzie.

- Zdajesz sobie sprawy, że i tak będziesz musiał go zostawić. Nie dasz rady dźwigać jednocześnie jego i drzewa.

- Jakbyś nie zauważył Yumichika, jest nas dwóch.

- Nawet o tym nie myśl. Nie dotknę tego śmierdziela, a te drzewa mają kolce. Jeszcze bym się pokuł.

Ikkaku czuł żyłkę pulsującą mu na czole.

- Więc po co tu przylazłeś?

- Żeby dotrzymać ci towarzystwa oczywiście. Nie mogłem zostawić cię otoczonego wyłącznie brzydotą i surowością puszczy.

- Ty… - mamrotał pod nosem profanacje skierowane do podążającego za nim mężczyzny.

Po prawie całodziennej wspinaczce dostali się na szczyt góry, gdzie wedle zapewnień Matsumoto miały znajdować się kujące drzewa i rzeczywiście były ich tam setki. Drzewo przy drzewie. Teraz wystarczyło tylko ściąć jakieś i mogli wreszcie wracać do domu. Madarame podszedł do pierwszego lepszego z brzegu świerku i zasadził się na niego. Yumichika powstrzymał go jednak.

- Co wyprawiasz? Skoro tyle się naleźliśmy to wybierzmy chociaż ładny okaz.

W łysego shinigami wstąpiło szaleństwo. Oczy zaświeciły mu się szkarłatnym ognikiem, a z palców zdawały się rosnąć szpony.

- Ładny okaz?! ŻARTUJESZ? Nie ma jednego nieszczęścia, które by nas nie spotkało podczas tej cholernej drogi, a ty chcesz jeszcze wybierać drzewko?!

Jakby w odpowiedzi na jego wrzaski niebo rozdarł blask i głośny huk. Chwilę później lunął deszcz. Mężczyźni zaniemówili. W Ikkaku pękła ostatnia żyłka samokontroli. Uwolnił swego zabójcę dusz i rozpoczął masową destrukcję wszystkiego co zielone, kolczaste lub podłużne. Yumichika stał tylko i patrzył na rozszalałego przyjaciela, który zaprzestał swych niszczycielskich zajęć dopiero kiedy wszystko wokół leżało pokotem.

- No, ciekawe co teraz zrobimy?


Shunsui przyglądał się spod kapelusza białowłosemu przyjacielowi męczącemu się z masą papierkowej roboty. Od lat mówił mu by znalazł sobie porucznika, ale ten uparcie odmawiał. On sam utonąłby w papierach bez Nanao-chan. Mówiąc o jego małej, słodkiej obsesji.

- Co myślisz o tym pomyśle z Gwiazdką?

- Przypuszczam, że to dobry pomysł. Nie pamiętam, kiedy ostatnio wszystkie oddziały skupiły się na wspólnym przedsięwzięciu. Poprawi to zarówno atmosferę jak i współpracę.

Kyoraku nasunął kapelusz na oczy. Ukitake zawsze był naiwny. On przewidywał, że wszystko skończy się jedną wielką klapą.

- Na pewno będzie ciekawie. Nie wiesz gdzie się to odbędzie?

- Oczywiście, że wiem. Zaraz, Nanao ci nie powiedziała? Myślałem, że ona wszystko organizuje.

- Nie chce bym coś popsuł. Uważa, że najlepiej będzie jak będę trzymał się z daleka. Zatem gdzie odbędzie się nasza wspaniała bibka?

Ukitake roześmiał się.

- Kiyone i Kuchiki poprosiły mnie bym zezwolił na użycie ogrodów trzynastego oddziału. Wątpię jednak, czy można to nazwać bibką. Nie będzie nawet alkoholu…

Shunsui słysząc to poderwał się do pozycji siedzącej szybciej niż F-16 do lotu.

- Jak to nie będzie alkoholu?! Przecież to ma być przyjęcie! Oj, Nanao-chan, wynalazłaś kolejny sposób by nękać mą niewinną duszę…

Rozczulanie się nad sobą przerwało mu wejście Ruki.

- Ukitake taichou, melduję przybycie delegacji dwunastej dywizji z dekoracjami.

- Dziękuję Kuchiki - kapitan podniósł się rozcierając zdrętwiałe plecy. - Możesz odejść. Zaraz pokwituję odbiór.

- Kurotsuchi także pomaga? -w to już naprawdę nie mógł uwierzyć.

- Wydaje mi się, że to raczej sprawka Nemu. Chodź, pomożesz mi przenieść pudła.

Ciemnowłosy mężczyzna jęknął, ale posłusznie podążył za przyjacielem do bramy oddziału gdzie czekał na nich Akon.

- Nawet ciebie w to wciągnęli - zagadał do rogatego naukowca.

- Wolałem nieco odetchnąć. Wszyscy za bardzo się w to zaangażowali.

- I tylko tyle zrobiliście?- zapytał Ukitake widząc nieduże kartonowe pudło w rękach shinigami. - Obawiam się, że będziemy potrzebowali ich nieco więcej.

Akon wepchnął Shunsuiowi paczkę do rąk.

- To tylko gwiazda na choinkę. Reszta jest tutaj.

Wskazał na stojący po drugiej stronie budynek, który po bliższym przyjrzeniu okazał się być bardzo dużym wozem. Pstryknął palcami, a uniosła się płachta ukazująca setki podobnych pudeł.

Z szoku pierwszy ocknął się Shunsui.

- Lepiej pójdę po pomoc - zaproponował.

- To będzie wskazane - zgodził się Akon. - Za pięć minut powinna przyjechać druga tura.

Ukitake patrząc się na masę kartonów nie był do końca przekonany, czy wszystko to pomieści się w jego dywizji. Może biuro technologicznego rozwoju miało coś do zakrzywiania przestrzeni, wtedy może dałoby się to jakoś upchać.


- Nie ma mowy.

- Ale taichou!

- Powiedziałem nie, Matsumoto! Hyonimaru to zanpakuto, służy do walki, a nie do ośnieżania krajobrazu!

- Ale wszystko byłoby takie białe i milusie. Pomyśl tylko. Ari-chan byłaby zadowolona.

- Shihoin kicha jak kot. Wątpię, by cokolwiek zimnego mogłoby poprawić jej humor.

- A ja myślałam, że ją lubisz i chcesz, by była zadowolona.

- Lubię ją…

- Tak - kobieta klasnęła w dłonie i okręciła się wokół własnej osi. - Wiedziałam, że kapitan w końcu znajdzie sobie jakąś dziewczynę. Jeśli chcesz zdobyć jej względy musisz się postarać…

- Matsumoto…

- Musimy zdobyć od Sui-Feng taichou jej los. Wcześniej miał ją porucznik Shirogane, ale pani kapitan przygwoździła go kunaiami do drzewa i zabrała los…

- Matsumoto!

- Ale bez obaw. Wymyślimy coś. Może poproszę o pomoc Yachiru-chan…?

- MATSUMOTO!


- Pst, Renji - Matsumoto wyszeptała wychylając się zza rogu. Mężczyzna zatrzymał się i rozejrzał, ale nikogo nie zauważył. Przechodząc koło składziku na miotły został bez ogródek wciągnięty do ciemnego pomieszczenia, gdzie otarł się o bardzo kobiece kształty.

- Matsumoto-san?

- Mam sprawę Abarai. Trzymaj - podała mu ciężką skrzynię, w której coś zabrzęczało.

- Co to jest?

- Coś bez czego nie uda się żadna impreza. Razem z Ibą jesteście odpowiedzialni za magazyn z napojami. Dolejcie to do ponczu, a wszyscy będą się świetnie bawić.

Renji przełknął ślinę.

- Ale Ise fukutaichou mówiła, że…

- Och daj spokój. To ma być przyjęcie, a nie stypa. Dolej to tylko tuż przed podaniem. Inaczej pewnie coś wyczują.

- Sama nie możesz tego zrobić? - zapytał bojąc się wzbudzić gniew jego małej porucznik, która to nad wyraz przejęła się sprawą, a z której niezadowoleniem łączyło się spotkanie niezadowolonego Kenpachiego.

- Kapitan będzie mnie pilnował cały czas. Nie spuści mnie z oka nawet na sekundę.

- Masz go zaledwie od kilku miesięcy, a już się na tobie poznał?

Przyłożyła mu w tył głowy tak, że o mało nie upuścił skrzynki.

- Chcesz się dobrze bawić, czy nie?


- Ścierwo, oddawaj mi to!

- Mowy nie ma! Oddałem za to tyle daktyli, że stado wielbłądów najadłoby się przez pół roku!

Isane przetarła ucho. Czemu jej siostra i Sentaro zawsze musieli się tak kłócić?

- Dzień dobry…

- Małpa!

- Kretyn!

- Idiotka!

- Frajfus!

- Dziwka!

- Matoł!

- Dzień dobry ! - powtórzyła znacznie głośniej chcąc zwrócić w końcu ich uwagę.

- Isane-neesan, nie zauważyłam cię wcześniej.

- Kapitan Unohana wysłała mnie by zapytać się, czy nie potrzebujecie pomocy?

- Nie, wszystko idzie dobrze nie licząc tego złodzieja Sentaro…

- Jak mnie nazwałaś półgłówku?!

- Słyszałeś. Ten los był mój. Ukradłeś mi go!

Isane pomasowała skronie. Zawsze, kiedy zostawała w towarzystwie tej dwójki dłużej niż pięć minut dostawała bólu głowy.

- O co tym razem wam poszło? - zapytała, chcąc w jakiś sposób załagodzić spór.

- Przecież mówię, że ta miernota ukradła mój los!

- Los?

- Kapitan Ichimaru wylosował Kapitana Ukitake... - zaczął tłumaczyć Kentaro.

-... I przyszedł zapytać się, czy ja nie chcę się wymienić - wpadła mu w słowo Kiyone.

- Ja zaproponowałem mu lepszą ofertę!

- Nie, moja była lepsza, ty po prostu mnie uprzedziłeś!

- Ale przecież nie można się wymieniać! - wysoka porucznik czwartego oddziału była oburzona. - Dlatego nazywa się to losowaniem.

- Nie bądź naiwna siostrzyczko. Wszyscy tak robią.

- Matsumoto zamieniła się ze mną na Kuchiki w zamian za Hisagiego, którego dostałem od Kapitana Kyoraku za Nanao fukutaichou…

Isane wyszła podpierając się o ściany. Jutro był wielki dzień, a wszyscy wokół zachowywali się jak banda wilków walcząca o ostatni ochłap mięsa. Oparła się o drzwi, które zatrzasnęły się pod jej naciskiem. Wszystkie siły ją opuściły. Bała się pomyśleć komu i za kogo została przehandlowana. Zabawa w Mikołaja przeistoczyła się w handel żywym towarem ze wszystkich stron otoczony łapówkami i dwuznacznymi propozycjami. Świąteczna niewinność przestała dla niej istnieć. W Seireitei zagościła przedświąteczna wojna na noże, w której wszystkie tricki były dozwolone. Brakowało jedynie wyprzedaży, na których możnaby było dostać parą skarpet misternie wymierzonych między oczy.


Ari sądziła, że gałki oczne wypłyną jej na wierzch lub zatoną w głębi jej czaszki niczym Titanic. Spojrzała ze zgrozą na kalendarz, na którym jak kat nad dobrą duszą stała nieubłaganie data dwudziestego czwartego grudnia. Zdmuchnęła niepokorne włosy z oczu. Oczywiście, że tęskniła za domem zwłaszcza w święta, ale jej tęsknotę skutecznie zmniejszały piekące oczy i zasmarkany nos. Nienawidziła tej durnej alergii niemal tak, jak robali. I jeszcze ta dzisiejsza impreza. Nie to żeby ktoś jej powiedział, ale była tylko zakatarzona, nie cierpiała na ostry przypadek wodogłowia. Jak ktokolwiek mógł przegapić tańczącego naokoło niej Gina niczym balerina w Jeziorze Łabędzim pytającego się o jej poprzednie gwiazdki z uporem oficera Gestapo, nucącego „Jingle Bells" Hisagiego i Rin latającego po całej Gotei za uciekającymi miniaturowymi Mikołajami? Nie wiedziała, że shinigami obchodzili gwiazdkę, ale na samą myśl już się bała. Postanowiła położyć się do łóżka i udawać, że jej tam nie ma. Mogłaby próbować im nawet wmówić, że jest wielkim roztoczem byle tylko nie chcieli mieszać jej w tą żenadę. Nie miała cierpliwości na użeranie się z jeszcze większymi dziwakami niż ona sama. Groziłoby to niechybnie załamaniem nerwowym i rzuceniem kilku destrukcyjnych zaklęć. Mocnych zaklęć, po których czekałyby ją dłuuugie kazania. Musiała coś wymyślić dla dobra swych uszu.

Spodziewała się wszystkiego. Próśb, błagań, podstępów, ale nie cholernego kidnapingu. Sui-Feng shunpnęła niespodziewanie do jej pokoju zdarła z niej kołdrę i wsadziła Ari do wora, a potem znowu shunpnęła. Czy wspomniała już, że wsadzili ją do wora? Po krótkim czasie, który dla zamkniętej w worku dziewczynie z chorobą lokomocyjną wydawał się być wiecznością spędzoną w odmętach Tartaru bujanie ustało, a jej zadek miał kontakt z podłogą.

Kobieta w piżamie rozejrzała się wkoło. Nie wiedziała jak ma zareagować. Nie pamiętałaby kiedykolwiek była tak niezdolna do powiedzenia czegokolwiek . W końcu udało jej się wydusić.

- WTF?

Siedziała na środku ogrodu w trzynastej dywizji ustrojonego po brzegi świątecznymi bibelotami niczym centrum handlowe. Wszystkiego było dużo i to Dużo przez wielkie D. Lampeczek, bombeczek i innych pierdołeczek starczyłoby na ubranie całego Londynu i jeszcze zostałoby na Yorkshare. Od wystroju bardziej jednak przestraszyła się ludzi. Cała śmietanka Gotei i kilku oficerów przyglądało jej się z uśmiechami świecącymi niczym Las Vegas.

- No, co powiesz Ari-sama? - spytała Hinamori zniecierpliwiona jej milczeniem.

- Nie wiem co mam powiedzieć - to przynajmniej było szczere.

- To pierwsza Gwiazdka w Soul Society urządzona przez Stowarzyszenie Kobiet Shingami - oznajmiła z dumą Nanao. - Pomyślałyśmy, że jako osobie sprawującej nad nami patronat coś ci się od nas należy, a skoro są to twoje pierwsze święta z dala od domu chciałyśmy ci to zrekompensować.

- Hej, my też pomogliśmy! - sprostował Hisagi.

- Trochę…

- Tak czy inaczej - wtrąciła Matsumoto, która wzięła Ari za rękę i pociągnęła za sobą. - Mamy wszystko, czego potrzeba na prawdziwym świątecznym przyjęciu. Nawet choinkę!

Black przyjrzała się małej sośnie, która dopiero po bliższej lustracji zaczęła przypominać drzewko, a nie miotłę. Kilka obwisłych patyków posklejanych taśmą miało na sobie tyle ozdób, że prawie nie było ich widać.

- Ozdobami zajął się dwunasty oddział, ale choinkę przynieśli Ikkaku i Yumichika. Jakby co, to ich wina - dodała szeptem. - Mamy też mnóstwo jedzenia! Kakao z cynamonem, barszcz, indyka, karpia, pudding, a nawet tort.

Ariel podeszła do długiego stołu po brzegi zastawionego jedzeniem. Z obawą spojrzała na ciasto polane czekoladą, na którym widniał napis „ Happy Birthday & Merikurisumasu" pod, którym lukrem narysowano barana z czerwonym nosem.

- Baran? - zapytała przygryzając usta, by powstrzymać się od śmiechu.

- Oczywiście, przecież to urodziny Baranka Bożego - wyjaśniła Nanao poprawiając okulary. - Niestety nie zmieściło się na nim tyle świeczek. Coś nie pasuje?

- W żadnym razie. Tort idealnie pasuje do reszty - skutecznie przemilczała część o szaleństwie.

Dziewczyna nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać. To był koszmar. Wszyscy przyglądali się jej jakby oczekując, że zaraz zrobi coś spektakularnego, na przykład zacznie chodzić na uszach. Niektórzy może rzeczywiście chcieli jej pomóc, ale większość z gości traktowała to po prostu jako okazję do zabawy. Może z wyjątkiem Gina, on zapewne lubował się w oglądaniu jej cierpienia. Na szczęście zlitował się nad nią Ukitake.

- Dobrze, zatem usiądźmy do stołu.

Dopiero kiedy wszyscy się rozsiedli mogła dokładnie przyjrzeć się uczestnikom teatru absurdu, jakim stało się jej życie. Byli tu prawie wszyscy kapitanowie Gotei, nawet dziwny kapitan siódmej dywizji z wiadrem na głowie. Brakowało jedynie Kurotsuchiego, co było dla niej ulgą i Zarakiego wraz ze swoją świtą. Niestety pojawił się także Aizen. Był nawet generał Yamamoto siedzący u szczytu stołu, ze smakiem pałaszujący coś, co przypominało uszy jakiegoś zwierzęcia. Koło kapitana głównodowodzącego siedział Byakuya podejrzliwie przyglądający się karpiowi. Ariel siedziało koło Ukitake i Sui-Feng, która jednym spojrzeniem przegoniła stamtąd Kirę.

Dziewczyna zamrugała chcąc się upewnić czy na stole rzeczywiście leżało wiele wypchanych czymś skarpetek. Nie mogła się powstrzymać i sięgnęła po jedną. Były w niej słodycze. To musiała byś sprawka Yachiru.


Kiedy Ari zajmowała się kontemplowaniem dziwów ją otaczających do Nanao podeszła przestraszona Kiyone.

- Ise fukotaichou, mamy poblem.

- Jaki?

Blondynka przełknęła ślinę.

- Większość napoi jest jeszcze w magazynie, a drzwi się zacięły.

- To działka Abaraia i Iby. Niech oni się tym zajmą - wyszeptała.

- Problem w tym, że nigdzie nie mogę ich znaleźć.

Nanao westchnęła i wstała z krzesła. Po dostaniu się przed pokój, który służył im za składzik pociągnęła za klamkę, ale drzwi nie chciały się otworzyć. Dlatego wlała panele shoji. Je zawsze dało się odsunąć.

- Zatrzasnęły się - stwierdziła.

- To wiem, ale co teraz zrobimy?

- Zawołaj mi tu Nemu-san.

Porucznik dwunastego oddziału po wysłuchaniu problemu i skalkulowaniu rozwiązała go w sposób najprostszy i najszybszy. Aktywowała opcję świdra, którą zainstalował jej w ręku kapitan Kurotsuchi i przewierciła drzwi. Kiedy się otworzyły wyleciał im na spotkanie okropny zapach. Dobiegał on z dwóch leżących na ziemi shinigamich.

- Coś im się stało? - zapytała Kiyone.

- Jeszcze nie, ale to się zmieni kiedy tylko się obudzą - wysyczała dygocząca ze złości Nanao. - Nemu-san zamknij gdzieś te zapijaczone mordy, by nie przeszkodziły w kolacji, a ty Kiyone porozstawiaj to jak najszybciej, tylko najpierw upewnij się, że niczego nie dolali.


Tymczasem przy stole Ari była w trakcie przełykania karpi, który wyglądał zupełnie jak Koi z sadzawki Kuchiki, gdy wyczuła zbliżającą się energię Kenpachiego i jego kompanii. Zaraki wylądował z typową dla siebie gracją unosząc tumany kurzu, które kiedy opadły odsłoniły najbardziej groteskową scenę jaką dziewczyna widziała, co poskutkowało zadławieniem się. Pomimo niemożności oddychania po policzkach ze śmiechu pociekły jej łzy. Kenpachi ubrany w czerwony kubrak z wielkim worem przewieszonym przez ramię, na którym dyndała Yachiru także w stroju mikołaja był… brakowało jej słów by to opisać. Dzieła dopełnił Yumichika przebrany za elfa i Ikkaku, który w brązowym kombinezonie z rogami i czerwony, okrągłym nosem chował się za towarzyszem próbując się ukryć.

- Jak to kurwa było? - zapytał się Kempachi swego piątego oficera, który wyszeptał mu coś do ucha. - A tak… HAŁ, HAŁ, HAŁ!

- Ken-chan, głupku. To miało być hoł, hoł, hoł.

- Co za różnica? Jedno i drugie jest do dupy.

Tego Ari nie mogła wytrzymać. To było za wiele. Przygryzła usta by nie wybuchnąć śmiechem, ale nie mogła powstrzymać dygotania ramion. Sui-Feng dostrzegła to zarówno jak jej siną z braku powietrza twarz i klepnęła ją z całej siły w plecy tak, że dziewczyna o mało nie spadła z krzesła.

- Dobra wszyscy będę teraz rozdawać prezenty. Więc cicho i słuchać, bo jak nie to w mordę! - Zaraki zdjął z pleców worek i sięgnął po pierwszą paczkę.

- Shiro-chan! Kim do kurwy nędzy jest Shiro-chan? - zawołał, ale nikt się nie odezwał.

- Zaraz, już idzie! - krzyknęła z drugiego krańca stołu Momo.

- Co ty wyprawiasz? Zostaw mnie! Matsumoto! - słychać było syk kapitana dziesiątej dywizji, który został wypchnięty na środek przez siedzące po jego bokach kobiet.

Zażenowany podszedł do Zarakiego mamrocząc pod nosem i wyrwał mu wielką paczkę. Chciał już wrócić, ale drogę zastawiła mu Yachiru z wyciągniętą czerwoną czapką.

- A ty czego chcesz?

- Za prezent należy się ciasteczko - powiedziała dobitnie, potrząchając czapką.

Hitsugaya jęknął i zaprowadził ją do stołu, gdzie wrzucił wymaganą zapłatę ze skarpetki ze słodyczami.

- Zadowolona? - zapytał, ale dziewczynka już wróciła do Kenpachiego. - Jestem otoczony przez idiotów…

- Co dostałeś kapitanie? - dociekała Matsumoto, która wyrwała mu z rąk prezent i odpakowała go.

- Matsumoto! Oddawaj to!

Nie zdążył jej odebrać paczki nim odpadł z niej papier ukazując dużego pluszowego misia trzymającego książkę z bajkami na dobranoc.

- Co. To. Jest? - wyjąkał.

- Jest słodki, Shiro-chan - przyznała Momo.

- Ile razy mam ci powtarzać, że masz mi mówić kapitan Hitsugaya?

- Ale kapitanie, to bajki na dobranoc. Wiesz, że dzieci rosną w czasie snu?

- Ja też o tym słyszałem kapitanie dziesiątego oddziału - przyznał Gin wychylając się zza ramienia Matsumoto. - Rangiku ma rację.


Rozdawanie prezentów poszło dość gładko. Nanao skonfiskowała butelkę sake, którą dostał Shunsui. Rukia nie mogła oderwać wzroku od gigantycznego Chapiego, który był większy od niej. Byakuya otrzymał nowy zestaw pędzli do kaligrafii, a Ukitake paczkę lekarstw. Ari dostała elegancki mały sztylet.

- Ostrożnie Ari-sama. Jest bardzo ostry - wyszeptała Sui-Feng.

- To od ciebie? Dziękuję jest piękny.

Ari jeszcze w prawdziwym świecie miała małego hopla na punkcie białej broni, jednak w wymiarze czysto kolekcjonerskim. Lubiła mieć wszystkie palce.

- Nie ma za co Ariel-sama - powiedziała jak zwykle poważnie kapitan. Zdobycie sztyletu nie było trudne. Kupiła go jeszcze przed losowaniem. Później wystarczyło tylko dowiedzieć się kto wylosował dziewczynę i odebrać mu los. Bułka z masłem.- To do samoobrony. Chowa się go za obi. Jeśli ktoś nie wie, że się go ma jest praktycznie niemożliwy do wykrycia.

- Dzięki, choć mam nadzieję, że nie będzie mi potrzebny.

Po tym jak Nanao dostała swój prezent, raczej kontrowersyjny komplet bielizny, za co Kyoraku oberwał w głowę puddingiem, Zaraki oznajmił, że nie ma więcej prezentów. Hisagi wstał i rozdał wszystkim po kartce oznajmiając, że nadszedł czas na kolędowanie. Ari nie musiała na nią patrzeć by wiedzieć co to za piosenka, gdy usłyszała pierwsze takty. Z wszystkich gardeł wyrwało się „Last Christmas I give you my heart". Każdy śpiewał inną melodię, co przekształciło piosenkę, bez której nie istniały święta w jeszcze bardziej kiczowaty gniot niż normalnie. Ten gniot jednak przynajmniej miał swoisty charakter.

Śpiewy przerwało im wtargnięcie pijanego Renjiego i Iby, którzy zaczęli krzyczeć coś o sabotażu i o tym, jak rzekomo zamknięto ich wczoraj w magazynie. Dopiero Nanao udało się ich uspokoić po czym zakomenderowała Akonowi by puścił film. Mężczyzna nie wiadomo skąd wyciągnął wielki telewizor, na którym leciało nie co innego jak „Kevin sam w domu". Wszyscy usiedli zafascynowani ruchomymi obrazkami.

Ari wykorzystała ten moment by wymknąć się nieco na ubocze. Nie wiedziała skąd wytrzasnęli to wszystko. To było miłe, na swój własny zdziwaczały sposób.

- Zdajesz sobie sprawę, że to niezwykłe? - rozległ się tuż za jej plecami starczy głos. Nie wyczuła Yamamoto, który to przyglądał jej się spod przymkniętych powiek. - Od dawna wszystkie dywizje nie współpracowały razem same z siebie. Masz na Seireitej duży wpływ, dziecko.

- Nie nazwałabym tak tego generale - czuła się niekomfortowo rozmawiając ze starcem, którego ostatnio widziała na swej koronacji. - Pomysł narodził się ze współczucia. Inni podchwycili go jako pretekst do zabawy. W gruncie rzeczy nie chodzi im o mnie.

- Nie jesteś zadowolona? Uważasz, że za mało się starali?

Ari parsknęła śmiechem.

- Gdyby bardziej się starali wszechświat mógłby tego nie wytrzymać. Wiem , że chcieli dobrze…

- Ale?

- Starałam się zapomnieć o świętach. Nigdy za bardzo mi na nich nie zależało. Nie jestem religijną osobą, co raczej nietrudno zauważyć. Teraz zaś mam wyrzuty sumienia.

Yamamoto popatrzył się na nią oczekując wyjaśnienia. Dziewczyna westchnęła.

- Bawiłam się, śmiałam, a gdzieś tam w małym domku pewna kobieta zanosi się łzami wspominając zmarłą córkę. Jej mąż pewnie próbuje zapić męczące go wspomnienia w swym gabinecie, a ich syn siedzi sam przy stole obwiniając się za wszystko i nie wiedząc, co ma zrobić. Jestem człowiekiem, a ludzie są z natury egoistami, dziadku. Nie chciałam nawet o nich pamiętać, by nie czuć się źle, a to, jak bardzo wszyscy się postarali, niezależnie jakie były ich pobudki, zrujnowało to.

- Winisz nas za…

- Zmarnowanie życia? Nie. Gdybyście mnie nie porwali i tak bym zginęła przez szalejące reiryoku. Nikogo nie winię. To byłoby bezsensowne i niepraktyczne.

- Nie rozumiem ludzkich zwyczajów. Zwłaszcza świętowania urodzin barana, ale rozumiem, że te kilka dni niesie ze sobą przesłanie, które jako jedyne jest ważne. Łączy ludzi niezależnie, czy są wierzący, czy nie. Jak to ujęłaś? "Daje im pretekst" do zrobienia czegoś dobrego, co w innych okolicznościach nie przyszłoby im na myśl. Wiem, że cokolwiek bym ci nie powiedział i tak nie poczujesz się lepiej. Dlatego ostrzegam cię. Doceniaj to co masz i nie bierz tego za należne ci bez zobowiązań.

Po tych słowach starzec opuścił ją siedzącą na schodkach jeszcze w gorszym nastroju niż wcześniej. Nie była jednak sama.

- Dziadyga potrafi wpędzić człowieka w dołek -Gin usiadł koło niej.

Razem obserwowali pozostałych, którzy dojadali zimne resztki i śmiali się jak banda dzieciaków z poczynań małego chłopca na ekranie. Albo jej się wydawało albo część z nich chwiała się nieco na nogach.

- Wiem, ze to zabrzmi pretensjonalnie, ale święta czynią wszystko dwa razy smutniejszym.

- Masz rację, Ari-chan. To pretensjonalne.

Dziewczyna uśmiechnęła się spoglądając na białowłosego kapitana, który popijał kakao z wielkiego kubka.

- Chcesz trochę?

- Nie dzięki. Gdy wypiję je na noc robię się jeszcze bardziej pretensjonalna.

- Na pewno? Dolałem tam nieco rumu…

- Ile nieco? - zapytała z uśmiechem na ustach.

- Tak pół na pół - odpowiedział po chwili zastanowienia na co dziewczyna roześmiała się.

Teraz rozumiała czemu wszystkim tak poprawił się humor.


- Kiyone, co masz na talerzu? - wrzasnął Sentaro.

- Sałatkę śledziowo, ślepy jesteś? Niosę ją dla kapitana.

- Ale to ja miałem mu ją zanieść! - mężczyzna był tak wzburzony, że walnął pięścią w stół przez co dwie babeczki podskoczył i wylądowały na głowie pijanego Renjiego, dolewającego sobie kakao, które o dziwo bardzo mu posmakowało.

- Co to ma być? - wybełkotał.

- Wyglądasz jak bałwan - zaśmiał się również wcięty Ikkaku, za co dostał w twarz puddingiem.

Tak rozpoczęło się pandemonium. Jedzenie latało we wszystkie strony ku uciesze Ariel i Gina. Ichimaru shunpnął chwycił ciastko z kremem i wycelował w Hitsugayę, nim ten zdążył go zauważyć.

- Niezły rzut - pogratulowała mu dziewczyna, kiedy pojawił się z powrotem koło niej.

Toshiro obtarł krem z oczu i spojrzał w kierunku, z którego został zaatakowany.

- MATSUMOTO!

Pod naporem mroźnego reiatsu małego kapitana chmury zgęstniały na niebie, a powietrze przeszył ostry chłód. Na ziemię zaczęły spadać pierwsze płatki śniegu.

- Wiesz Gin. Tylko tego mi brakowało - powiedziała nostalgicznie opierając brodę na ręku i podziwiając widowisko przy, którym „Kevin" mógł się schować.

- Śniegu?

- Prawdziwej świątecznej kłótni.

Kapitan roześmiał się i poleciał szerzyć jeszcze większe spustoszenie.

Ariel spojrzała w górę na białe gwiazdki spadające spokojnie na ziemię.

- Hoł, hoł, hoł - wyszeptała. Jej słowa porwał wiatr. - Wesołych świąt.