CHAPTER 21
Everybody lies
- No to może, któryś z was nareszcie się odezwie? – zasugerował profesor Dumbledore, zerkając na dwóch siedzących przed nim młodych mężczyzn, którzy usilnie milczeli nawet na siebie nie spoglądając.
Dyrektor wstał i powolnym krokiem okrążył swoje biurko, aby oprzeć się o jego kant i kontynuować.
- Podobno nie dało się was od siebie oderwać. Zarówno panna Weasley jak i pan Nott, wyglądali na zdezorientowanych i zaniepokojonych. – pokiwał głową z niedowierzaniem. – Ciekawy jestem również, dlaczego rozdzielający was doktor Collins również dostał potężny cios - nie wiem Draconie, czy zdajesz sobie sprawę z tego, ale pozbawiłeś chwilowo kuzyna połowy górnych jedynek.
Blondyn z trudem powstrzymał się od ironicznego uśmiechu.
- Chłopcy, bardzo dobrze wiecie, że nie mogę was puścić bez żadnego wytłumaczenia. Szlabanów wam nie dam, ponieważ wiem ile zarobiliście ostatnio. Sumując to wszystko nie wiem czy nie musielibyście zostać w szkole na letnie wakacje – dyrektor westchnął głęboko, zagapiając się w przestrzeń. Po chwili jednak gwałtownie rzucił. – Ale o ile nie powiecie mi o co poszło, skończy się to bardzo źle. Personalnie bardzo was lubię, ale to co dzieje się w tym roku przechodzi ludzkie pojęcie. Nie zapominajcie o tym, że jestem dyrektorem i mogę raz na zawsze pozbawić was prawa do ukończenia naszej szkoły.
Po usłyszeniu ostatniego zdania Blaise już otworzył usta, ale to Draco był szybszy.
- O głupotę profesorze – powiedział blondyn, matowym tonem. – O głupotę.
- To znaczy? – Dumbledore uniósł brwi z niedowierzaniem.
- O kłamstwo – ciągnął Draco, spoglądając dyrektorowi prosto w jego jasne oczy. – O kłamstwo oraz o dziewczynę. Takie tam, uczniowskie sprawy. A Chase oberwał przez przypadek, jak to się niestety zdarza, kiedy z powodu gniewu traci się głowę.
- I naprawdę warto było tak sprać przyjaciela za jakąś, jak sam to nazwałeś, głupotę? – zapytał dyrektor nie dowierzając.
Odpowiedziała mu głucha cisza.
Blaise spoglądał bez tchu na Dracona, który leniwym ruchem oceniał stan swoich knykci. Nawiasem mówiąc, były sino-fioletowe oraz przedarte do krwi.
- W takim razie, mam nadzieję, że taka sytuacja więcej się nie powtórzy – rzekł Dumbledore spokojnym, chociaż surowym tonem. – Nie potrzebuje na korytarzach uczniów, którzy walczą ze sobą na pięści. Nie pozostaje mi nic innego, niż odesłać was do Skrzydła Szpitalnego i mieć nadzieje, że wkrótce się pogodzicie.
Młodzi kiwnęli głowami i wstali, powolnym krokiem opuszczając gabinet.
- Prosto do Skrzydła, dowiem się jeżeli tam nie dotrzecie! – zawołał dyrektor, zanim zdążyli zamknąć drzwi.
W ciszy ruszyli korytarzem.
- Draco – zaczął Blaise, spoglądając na przyjaciela i krzywiąc się, dostrzegłszy odniesione przez niego obrażenia.
- Nie odzywaj się do mnie – syknął blondyn lodowatym tonem, zatrzymując się w miejscu.
Blaise również stanął i pierwszy raz od prawie pół godziny oboje popatrzyli sobie w oczy.
Draco miał rozcięty łuk brwiowy, z którego krew zachlapała mu pół twarzy, aż do samej szyi oraz opuchnięte na kolor fioletowo-czerwony oko.
Blaise zaś strzaskany nos, oraz pękniętą dolną wargę, co prowadziło do jeszcze większej ilości krwi na jego twarzy oraz białej koszuli.
I to były najpoważniejsze i najbardziej widoczne urazy. Oprócz tego oboje mieli podpuchnięte, zaczerwienione i przekrwione większe części policzków, szczęki, brody…
- Nie odzywaj się do mnie – powtórzył Malfoy, nie zmieniając tonu. – Nigdy. Nigdy więcej.
I zanim Blaise zdążył wykrztusić z siebie chociaż słowo Draco odwrócił się na pięcie i odszedł - bynajmniej nie w stronę Skrzydła Szpitalnego.
Godzinę wcześniejDraco wpadł do gabinetu mistrza eliksirów z takim impetem, że drzwi prawie wyleciały z zawiasów.
- Dobry wieczór Draco – mruknął Severus, odkładając czytaną gazetę na biurko. – Czy moje drzwi czymś ci zawiniły?
Dopiero po chwili do środka (poprzedzając dwukrotnym, cichym pukaniem) wszedł Theodore Nott, z lekko wystraszoną miną.
- Boże, Nott, znowu coś sknociłeś? – Snape przewrócił oczami, prostując się na krześle.
- Nie, nie – zaczął Draco, podchodząc do biurka swojego ojca chrzestnego energicznym krokiem. – Widzi pan, Theodore dostał ze swojego wypracowania Powyżej Oczekiwań.
- Tak, też byłem pod wrażeniem – wykrzywił się ironicznie nauczyciel, przyglądając się okularnikowi, który zawstydzony spuścił wzrok. – No i cóż z tym nie tak? Jak na Notta, to wręcz wybitna ocena.
- Ja też się z tym zgadzam! – zawołał Theodore, jednak Malfoy uciszył go niedbałym ruchem ręki.
- Nie, nie, za to ja się nie zgadzam. – blondyn podał Snape'owi zwoje pergaminu. – Przyznaje, odkąd podostawali tak wiele szlabanów i zadań karnych staram się im jakoś pomóc i widziałem jak Nott ślęczy nad tym wypracowaniem postanowiłem mu pomóc. Profesorze, siedzieliśmy nad tym bite cztery godziny i uważam że to wypracowanie zasługuje na Wybitny. Wiem, jest tam mały błąd dotyczący żuków egipskich – powinny być zeschnięte, a nie zasuszone, no ale to jest dosłownie błąd kosmetyczny..
- Czekaj chwilę Malfoy – mruknął Severus, biorąc do ręki wypracowanie i szybko przelatując je wzrokiem. – Pamiętam to wypracowanie. Wszystko było naprawdę dobrze, gdyby nie jeden poważny błąd… Daj mi chwilę. Zamieszać dwanaście razy… Pół godziny.. Sproszkowana żaba.. O, już wiem. W składnikach Veritaserum brakuje wam kiełków mandragory.
- Kiełków mandra… - Draco z niewiadomych powodów zaciął się.
- Tak, Malfoy kiełków mandragory – dokończył za niego Snape. – Dawniej uważano, że nie są one potrzebne, jednak już od 1950 roku eliksir prawdy waży się zawsze dodając na końcu kiełki. Z jakiej książki korzystaliście?
- Z Goffmana – odpowiedział Nott.
- Boże, nie wiem ile razy mówiłem wam, żeby nie korzystać z Goffmana – zirytował się mistrz eliksirów. – Może i tak książka jest napisana w miarę prostym językiem, a przynajmniej prostszym od większości podręczników, ale jest niedokładna, Goffman często opisuje niestosowane albo zmienione już od dawna procedury.
- I od tego 1950 za każdym razem przy ważeniu Veritaserum dodaje się kiełki? – upewnił się Malfoy, a na jego twarzy dało się zauważyć coraz mocniejsze rumieńce.
- Chyba nie znam żadnego aptekarza, albo uzdrowiciela, który postępowałby inaczej. – odpowiedział Snape, oddając Theodore'owi wypracowanie. – Eliksir prawdy bez kiełków daje pewne efekty uboczne, dlatego też został oficjalnie zmieniony. Przedtem ludziom udawało się kłamać, w jakiś sposób obchodzić jego działanie. Nie wszystkim, ale odnotowywano znaczny procent takich, którym się udało. A teraz jeżeli bylibyście tak łaskawi, prosiłbym o opuszczenie mojego gabinetu. Muszę w pilnej sprawie udać się do Londynu.
- Oczywiście profesorze, przepraszamy za zakłócenie wieczoru. – kiwnął głową Malfoy i oboje, razem z Nottem opuścili gabinet swojego wychowawcy.
- Mówiłem ci, żeby się nie pluć – zawołał Theo, chowając swoje wypracowanie do szkolnej torby. – On jest starym nietoperzem, ale jest raczej sprawiedliwy. Pewnie się o to wkurwia, ale zazwyczaj daje oceny naprawdę adekwatne do wypracowania czy sprawdzianu.. Ej Draco, co jest?
Malfoy oparł się o kamienną ścianę i ukrył twarz w dłoniach, powoli osuwając się na posadzkę.
- Źle się czujesz? – zapytał przejęty Theo, kucając obok kolegi. – Chcesz wody? Albo chcesz iść do Skrzydła Szpitalnego?
Blondyn drgnął, jakby ktoś mocno go uderzył.
- Żebyś kurwa wiedział, że z wielką chęcią udam się do Skrzydła – syknął, a potem poderwał się na nogi i szybkim krokiem ruszył przed siebie.
- Draco, gdzie idziesz?! – Theodore dogonił go praktycznie trzy piętra wyżej – chłopak pruł jak szalony.
- Musze… Muszę – mówił nieprzytomnie chłopak, dopóki nie weszli na korytarz siódmego piętra, gdzie stanął jak wryty. – O właśnie to muszę.
Blaise Zabini stał razem z Ginny Weasley i rozmawiali o czymś, śmiejąc się głośno.
Draco szybkim krokiem ruszył w stronę dwójki, złapał Blaise'a za ramię i w momencie, w którym chłopak obrócił się w jego stronę - z całej siły przywalił mu z pięści w nos.
Krzyk Ginny, przekleństwo Theodore'a i trzask łamanej kości rozniosły się pustym korytarzem.
- TY SKURWYSYNU! – ryknął Malfoy tak głośno, że aż zadrgały mu bębenki uszne. Między Bogiem, a prawdą, to chyba sam nie wiedział, że potrafi się tak głośno wydrzeć.
Blaise starał się zatamować krwawienie rękawem swojej koszuli.
- Stary, o co ci chodzi? – burknął nosowym głosem, zniekształcając niektóre głoski.
Draco czując jak opanowuje go furia, której po prostu nie mógł powstrzymać, złapał kolegę za ramiona i z całej siły rąbnął nim o ścianę.
- Okłamałeś mnie ty skurwysynu – powiedział, przybliżając swoją twarz, do pokiereszowanej twarzy przyjaciela. – Okłamałeś mnie.. Ja.. Ja.. Kurwa mać, jak mogłeś mi to zrobić?!
- Draco, psychopato, przysięgam że nie wiem o czym mówisz – warknął Blaise, krzywiąc się z bólu i starając się wyrwać blondynowi. Co ciekawe, pomimo swojej – przecież lekko nadnaturalnej – siły, nie był w stanie wydostać się z jego „kleszczy".
- Malfoy, zostaw go! – zawołała stanowczo Ginny.
- No właśnie, kurwa, Draco co.. – Nottowi nie dane było skończyć.
- KIEŁKI MANDRAGORY! – Draco po raz kolejny huknął na cały korytarz. – KIEŁKI MANDRAGORY! WIESZ PIERDOLONY GENIUSZU W JAKIM ELIKSIRZE NIEZBĘDNE SĄ KIEŁKI MANDRAGORY?!
- W wielu eliksirach – mruknął Blaise, nadal nie mając zielonego pojęcia o co chodzi.
- W Veritaserum – rzuciła zza nich bezbarwnie Weasley. – Zazwyczaj są czymś w rodzaju dodatkowej dekoracji, dodają eliksirom lepszego smaku, jednak w eliksirze prawdy, są one niezbędne. Malfoy, może przepytasz Zabiniego z eliksirów w trochę mniej ekstremalny sposób?
Jednak Draco nawet na nią nie popatrzył. Zacisnął swoje dłonie jeszcze mocniej na ramionach przyjaciela i wysyczał jadowicie.
- W Veritaserum, słyszysz? – ich twarze były tak blisko, że widział swoje odbicie w jego ciemnych tęczówkach. – W Veritaserum. A tak się składa, że mam alergie na pierdolone kiełki mandragory.
Na moment zapadła głucha cisza.
Twarz Blaise'a jeszcze przez kilka sekund wyrażała zupełną dezorientację, jednak po chwili zaskoczył o co chodziło. Najpierw wytrzeszczył oczy i zrobił się dobrych kilka tonów bledszy, a potem otworzył usta, żeby coś powiedzieć jednak nie było mu to dane.
Draco w sekundę odsunął się i mocno zamachnął, żeby tym razem przywalić przyjacielowi w szczękę.
Siła uderzenia była tak duża, że Blaise gruchnął głową o ścianę znajdującą się za nim i osunął się na podłogę.
- JAK MOGŁES MI TO ZROBIĆ?! – krzyknął blondyn, spoglądając na leżącego Blaise'a. – TY?! TY MNIE OKŁAMAŁEŚ?! ZABINI, TY JEBANA SZMATO…
- Co się tu dzieje?!
Na korytarzu pojawił się Chase Collins ze zdenerwowaną miną.
- Znowu wy?! – parsknął z niedowierzaniem. – Ale czemu się tak drzecie? Co robicie? Draco, co ty..
I w momencie kiedy Ginny i Nott - którzy już mieli rzucać się do odciągnięcia Malfoy'a - bardzo się ucieszyli z obecności starszego od nich uzdrowiciela (który w ich mniemaniu miałby pomóc w rozwiązaniu tej absurdalnej sytuacji), Blaise leżący na podłodze zbladł jeszcze bardziej.
- Draco, nie! – zawołał, starając się podnieść, jednak było już za późno.
Malfoy zerwał się z miejsca, podbiegł do swojego kuzyna i z całej siły walnął go z pięści w zęby.
Ginny krzyknęła zakrywając sobie dłonią usta, a Theodore już chciał rzucić się na Dracona, jednak Blaise go odepchnął.
- A TY MU POMAGAŁEŚ! – Draco spoglądał z nienawiścią, na Chase'a zasłaniającego swoje usta dłonią. Z pomiędzy jego palców wypływała krew. Po chwili szargnęły nim konwulsje jakby miał zwymiotować, jednak na kamienną posadzkę wypluł jedynie niewielką kałużę krwi oraz kawałki zębów. – I TEŻ MNIE OKŁAMAŁEŚ! OKŁAMALIŚCIE MNIE, NIE MOGŁEM TEGO ZAŻYĆ, MAM NA TO ALERGIĘ, DO JASNEJ CHOLERY!
I zanim Draco zdążył wymierzyć swojemu kuzynowi kolejny cios, rzucił się na niego Blaise.
Wylądowali na posadzce, Zabini siedział na blondynie, przytrzymując mu mocno ręce.
- Zrobiliśmy to, ponieważ chcieliśmy cię chronić – zawołał głośno. – Chcieliśmy, żebyś nareszcie nam uwierzył w to co było oczywiste od początku! Że nic jej nie zrobiłeś! Chcieliśmy ci pomóc!
Z ust Dracona wydobył się niemożliwy do zidentyfikowania dźwięk, zaś następnie udało mu się wyswobodzić prawą rękę z uchwytu Zabiniego i sprzedać mu kolejny cios, tym razem w wargę.
Tym sposobem bójka rozpoczęła się na dobre.
Leżeli na sobie, turlając się przez połowę korytarza i okładając się jak najmocniej i najcelniej mogli.
I zanim Ginny czy Nott opanowali się na tyle, żeby rzucić na nich jakieś zaklęcie petryfikujące, chłopcy dotoczyli się do samej krawędzi schodów.
- UWAŻAJCIE!
Ale było już za późno.
Zanim się obejrzeli, spadli z całej kondygnacji stopni, aż na szóste piętro, konsekwentnie obijając się o siebie oraz o każdą krawędź.
I kiedy Draco nareszcie poczuł, że schody się skończyły i otarł krew z oczu (sam nie wiedział czyja była to krew) zauważył, że oboje leżą dokładnie pod gabinetem dyrektora.
A co ciekawsze, dyrektor stoi na jego progu i przygląda się im z pewną dozą zainteresowania.
- Wspaniale chłopcy, że zeszliście na dół, bo już miałem wyjść na piętro zobaczyć skąd pochodzą te krzyki. – powiedział sucho, poprawiając swoje okulary. – A teraz zapraszam do mojego gabinetu, no chyba że nie jesteście w stanie się podnieść.
