XXI
Wizyta rodziców Sue (przyjechali pierwszym pociągiem, jaki zawitał do miasta, po zamontowaniu tu przez kolej torów), była dużym sukcesem.
Z pomocą Tary i Lucy, dziewczyna szybko doprowadziła do porządku dom narzeczonego. Obie jej przyjaciółki były w niejakim szoku, gdy zobaczyły go po raz pierwszy. Nigdy bowiem nie przypuszczały, że skromny szeryf jest właścicielem tak okazałego domostwa. Oczywiście, wszyscy wiedzieli, że posiada ziemię po rodzicach, ale oddalona była ona od miasta o jakieś dwadzieścia minut konnej jazdy, na dodatek, z dala od głównego traktu i jakoś nikt nigdy nie widział domu Hudsonów. Kiedy więc dziewczętom „przypadkowo" wymsknęło się to i owo na ten temat, w mieście wybuchła kolejna sensacja. Jak widać, nawet w tak małej miejscowości jak Stealwater, niespodzianek nie brakowało.
W każdym bądź razie, państwo Thomas byli pod wrażeniem przyszłej rezydencji córki (zwłaszcza Carla, dotąd przeświadczona, że Sue żyje w jakiejś nędznej klitce). Dom był piękny, wypielęgnowany i przy subtelnych zmianach, jakie wprowadziła narzeczona jego właściciela (kilka ładnych poduszek, serwetek obrusów i nowych zasłonek), po prostu rozkwitł. Okolica też była urocza, sąsiedzi mili, a wybranek ich córeczki (zgodnie z przewidywaniami Petera), okazał się idealnym kandydatem na zięcia. Było oczywiste, że uwielbia Sue i zrobi dla niej wszystko. Poza tym, wykazał się bystrością umysłu, a nawet oczytaniem, co pani Thomas uważała za niezwykle ważne. Również jego posada i sumienność, z jaką wykonywał swoją pracę, przemawiały na jego korzyść. Tak więc, kiedy rodzice Sue opuszczali miasto, byli spokojni o przyszłość córki.
Jako że ślub ustalono na Wielkanoc, przyrzekli solennie, iż zjawią się, by pan Thomas, zgodnie z tradycją, mógł poprowadzić Sue do ołtarza. Mieli też przywieźć ze sobą braci dziewczyny, by i oni poznali szwagra. Młodzi przyrzekli, że zrobią wszystko, by zapewnić rodzinie godziwe przyjęcie i z tym postanowieniem pożegnali rodziców Sue na dworcu.
- Poszło lepiej, niż się spodziewałem…- Jack przyznał z ulgą, gdy pociąg zniknął za horyzontem.- Bałem się, że twoja matka mnie nie zaakceptuje…
- Najdroższy… - odparła panna Thomas.- Nie obawiaj się. Mogę śmiało powiedzieć, że jesteś jej ulubionym zięciem!- stwierdziła z uśmiechem.
- Sue, moje życie… Jestem jej jedynym zięciem…- przypomniał, znacząco unosząc brew.
- I właśnie dlatego ulubionym!- zachichotała tylko i mrugnęła psotnie.
Jack tylko się roześmiał. Im dłużej ze sobą byli, tym bardziej był pewien, że ich wspólne życie nigdy nie będzie nudne. Tak właściwie, to już nie mógł się go doczekać!
Zima minęła i nadeszła wiosna, a z nią Wielkanoc. Na tydzień przed świętami, przybył klan Thomasów, taszcząc ze sobą ślubną wyprawę Sue oraz prezenty dla młodej pary. Wszystkiego razem- cztery duże skrzynie (Carla dziękowała Bogu za kolej, bo nie wiedziała, co by zrobiła, gdyby to wszystko trzeba było przewieźć dyliżansem…).
W świąteczny poranek, w pięknie przystrojonym kościele, Sue, ubrana w prawie bajkową (przynajmniej według jej przyjaciółek) suknię ślubną, wymieniła przysięgę miłości, wierności i oddania z niezgorzej się od niej prezentującym szeryfem Stealwater. Ceremonia była piękna i wzruszająca. Młodzi wyznali sobie miłość, założyli obrączki, a kiedy pastor przeszedł do najprzyjemniejszej części uroczystości, połączyli się w pełnym czułości, pierwszym, małżeńskim pocałunku.
Przyjęcie ślubne, na które zaproszono całe miasto (minus Allie, oczywiście), odbyło się w specjalnie na tę okazję przygotowanym Saloonie Tary, która przy okazji ogłosiła, że zamierza zamknąć interes i otworzyć hotel z prawdziwego zdarzenia. Na pytanie (zwłaszcza tych zdesperowanych bywalców baru), dlaczego, nieśmiało odparła, że przyszłej żonie zastępcy szeryfa nie godzi się prowadzić podobnego przybytku. Tak to wyszło na jaw, że Bobby Manning nie tylko zdobył jej uczucie, ale też poprosił ją o rękę, a panna Williams się zgodziła. Ślub miał się odbyć jesienią, była zatem więcej niż jedna okazja do świętowania.
W podróż poślubną, państwo Hudson wybrali się do Milwaukee, gdzie spędzili tydzień i jak się później okazało, poczęli pierwsze dzieciątko. Po powrocie, rozpoczęli małżeńskie życie, które w ich oczach było jednym, wielkim miesiącem miodowym, choć wypełnionym pracą i obowiązkami. Nie chcieliby jednak inaczej.
We wrześniu, po wielkim remoncie hotelu, odbyło się huczne wesele Tary i Bobby'ego. Sue była już wtedy w czwartym miesiącu ciąży i zaczęła „pokazywać". Nie przeszkodziło jej to jednak wcale doskonale się bawić na ślubie przyjaciółki. Zresztą, nie tylko jej jednej.
Kiedy w lutym przyszedł na świat pierworodny syn państwa Hudson- Jackson Samuel (po ojcu i dziadku), Tara oczekiwała pierwszego dziecka, a Lucy wychodziła za Davida. W sierpniu urodziła się Emma Adelajda Manning, ulubienica tatusia i jak się potem okazało również Jacka Juniora. Zarówno państwo Hudson, jak i Manning, doczekali się dużych rodzin. Jack i Sue mieli piątkę dzieci. Tara i Bobby dochowali się sześciorga (dwa razy urodziły się bliźnięta). Nawet Lucy miała z mężem trójeczkę. W każdym razie, przez długie lata, pani Hudson miała kogo uczyć.
Jeśli kogoś ciekawią losy panny Stevens, należy wspomnieć, że i ona wreszcie pogodziła się z losem, i „złapała" pewnego oficera. Z żalem trzeba stwierdzić, że nauczka dana jej przez ojca na niewiele się zdała (jak to mówią, głową muru nie przebijesz…), nad czym niejednokrotnie ubolewał burmistrz. Kiedy więc Allie obwieściła, że wychodzi za mąż, odetchnął z ulgą. Teraz jej przyszły mąż będzie musiał ją znosić, a ojciec z przyjemnością powróci do tego, co lubi najbardziej- pracy na rzecz rozwoju ich pięknego miasta. Wyprawił jej więc wesele, dał posag (bo w końcu tak trzeba) i z radością patrzył, jak wyjeżdżała z „biednym Benem" do Bostonu. Nareszcie miał święty spokój…
Lata mijały, dzieci rosły, ale jedno pozostało niezmienne. Każdego wieczora, szeryf i jego żona siadali na werandzie i wpatrując się w stronę zachodzącego słońca dziękowali Bogu, że pozwolił im się spotkać. Wiedzieli, że gdyby obrali inne ścieżki, przegapiliby największe szczęście w życiu…
KONIEC
