ROZDZIAŁ 21: OSTATNIA SZANSA UZDROWICIELA

Harry zerknął do kociołka i usiłował wykrzesać z siebie zainteresowanie, podczas gdy stojący obok niego młodzieniec zamieszał bulgoczący wywar i wyjaśnił:

- Widzisz, standardowa instrukcja warzenia tego eliksiru każe mieszać zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Ja jednak odkryłem, że jeśli co siódmy raz zamieszam w kierunku przeciwnym, czas warzenia skraca się o jedną trzecią. Poza tym eliksir ma wtedy większą moc.

- Naprawdę? - spytał Harry.

Snape obdarzył go przelotnym spojrzeniem.

- Twój entuzjazm jest zadziwiający.

- Przepraszam. Jakoś nigdy nie miałem ręki do eliksirów.

Starszy chłopak zmniejszył ogień pod kociołkiem i popatrzył na Harry'ego z ciekawością.

- Czemu nadal tu przychodzisz, skoro tak cię to nudzi?

Gryfon nie bardzo wiedział, co ma odpowiedzieć. Już po raz czwarty odbywał swą podróż w głąb umysłu nauczyciela i jak dotąd wyglądało to na zwykłą stratę czasu. Snape nie chciał rozmawiać o niczym innym prócz eliksirów i większość czasu spędzał w małym, obskurnym budynku, który kiedyś zapewne był sklepem, teraz jednak został zamieniony w pracownię.

Harry'emu udało się raz zerknąć na zaplecze, ciemne i zastawione regałami pełnymi ingrediencji do eliksirów. Był tam również kąt do spania. Tymczasem zaś frontowe pomieszczenie, w którym zwykle przebywali, było niemal puste. Stał w nim długi stół z kociołkiem i lampą olejną. W kącie znajdował się stary drewniany stołek, a na ścianie wisiało kilka półek. Stały na nich buteleczki i flakoniki z najpowszechniejszymi składnikami. Poza tym nie było nic – dosłownie nic – i Harry uważał to miejsce ze bardzo przygnębiające, tym bardziej, że Snape zdawał się w ogóle nie spostrzegać, w jak nędznym żyje otoczeniu.

Gryfon westchnął.

- Chyba się przejdę.

Snape wzruszył ramionami i odwrócił się w stronę kociołka.

- Nie ma sprawy.

Harry wyszedł na zewnątrz i ruszył w dół ulicy, naciągając kaptur bluzy na głowę. Jak w ogrodzie Dumbledore'a panowała zawsze słoneczna jasność, tak tutaj było przeraźliwie zimno i zawsze pochmurno. Chłopak przewędrował już wszystkie ulice w sąsiedztwie, a każda z nich była tak samo ponura. Nigdzie nie znalazł wskazówek co do kierunku, jaki powinien obrać w swoich poszukiwaniach.

Okolica była szczelnie zagrodzona ze wszystkich czterech stron. Na jednym końcu mieściła się mugolska fabryka, otoczona wysokim płotem z drutu kolczastego. Nie dało się stwierdzić, czy zakład nadal działa. Nie było widać wchodzących ani wychodzących. Na drugim końcu teren ograniczała mętna, brudna rzeka, której brzegi zasypane były śmieciami. Niedaleko dało się dostrzec opuszczony młyn. Między fabryką a rzeką stały rzędy domów, pośród których spotykało się czasem sklep lub bar. Dalej był wysoki nasyp z torami kolejowymi, a za nim – pustkowie ciągnące się aż po horyzont. Po przeciwnej stronie szeregi budynków dochodziły do wysokiego, ceglanego muru.

Gryfon zatrzymał się na rogu i omiótł wzrokiem opuszczone domostwa, czując napływającą falę frustracji. Przeczuwał, że coś mu umyka, gdyż niepodobieństwem było, żeby umysł Snape'a nie taił w sobie niczego więcej. Przekonanie to narastało w Harrym już od paru tygodni, nadal jednak nie doszedł do wniosku, gdzie powinien drążyć, by odnaleźć rzeczy ukryte przed jego wzrokiem.

Chłopak westchnął i zamknął oczy, a kiedy je otworzył, zobaczył Snape'a siedzącego za swoim biurkiem i wpatrującego się w ucznia badawczo. Dumbledore zastrzegł wcześniej, by Harry nigdy nie mówił nauczycielowi, co działo się w jego umyśle. Dyrektor musiał też rozmawiać o tej kwestii z Mistrzem Eliksirów, gdyż ten nigdy nie wypytywał Gryfona o szczegóły. Najwyraźniej jednak nie stało to na przeszkodzie, by Snape nie próbował domyślić się, co przytrafia się Harry'emu. Niestety chłopak nigdy nie potrafił zbyt dobrze ukrywać swoich uczuć.

- Sfrustrowany, Potter? - zakpił Snape. - Czego ty właściwie szukasz?

- Powiem panu, jak to znajdę – odparł Harry.

Wyszedł z gabinetu i skierował się do Dumbledore'a. Stało się to już jego nawykiem. Z każdym krokiem chłopak czuł narastającą w nim frustrację, kiedy pomyślał, że brak postępów był tak widoczny, że nawet Snape zdawał sobie z tego sprawę.

Gryfon zapukał do drzwi i wszedł do środka. Dumbledore uśmiechnął się na jego widok.

- Witaj, Harry. Jak minął wieczór z profesorem Snape'em?

- Nijak. Jestem do niczego! - wybuchnął Harry. - Jeśli mam osiągnąć zwycięstwo nad Voldemortem dzięki interpretacji jego umysłu, to możemy od razu o tym zapomnieć!

Chłopak opadł na krzesło i spojrzał na dyrektora ze zdenerwowaniem. Dumbledore tylko się uśmiechnął.

- Harry, przypuszczam, że łatwiej byłoby ci spenetrować nawet umysł Lorda Voldemorta niż umysł Severusa Snape'a. Właśnie dlatego z nim współpracujesz i na jego przykładzie się uczysz.

- Ale mnie się to w ogóle nie udaje.

- Dlatego, że nie spoglądasz dość wnikliwie. Przyznaję, że służąc ci za przewodnika po moim własnym umyśle nieco cię rozpieściłem. Tymczasem zaś przy analizie i interpretacji podświadomości profesora Snape'a jesteś zdany na siebie.

- Ale tam prawie nic nie ma.

- Czy już samo to nie mówi ci aż nazbyt wiele? Nie zastanawiałeś się, dlaczego jest zawsze sam? Dlaczego ma taką obsesję na punkcie warzenia eliksirów, że nie zajmuje się niczym innym? Co sprawiło, że tamto otoczenie jest aż tak istotne, że stało się reprezentacją jego duszy?

Harry przeczesał włosy palcami.

- Zastanawiałem się nad tym. Naprawdę. Ale ja po prostu nie wiem.

- Być może nigdy nie będziesz wiedział z całą pewnością. Poruszasz się teraz w sferze domysłów. Może zaryzykowałbyś jednak jakieś przypuszczenie?

Chłopak zamyślił się.

- Wiem, że jest samotny. Chyba odpowiada mu moje towarzystwo, nawet jeśli nie pasjonuję się eliksirami tak, jak on. Jednak poza nami dwoma nikogo tam nie ma.

- Czemu nie?

Gryfon przewrócił oczami.

- Skąd mam wiedzieć?

- Uważasz, że nikt nie wywarł na jego życie pozytywnego ani negatywnego wpływu?

- Ależ skąd. On jednak nie... On chyba nie chce, żeby ktokolwiek tam był. - Harry wstał i zaczął spacerować po gabinecie. - To nawet ma sens, jak myślę. Zupełnie jak w jego życiu. Przez cały czas siedzi w lochach, które są tak samo okropne jak tamto miasto. Do nikogo się nie zbliża i przez cały czas tylko robi eliksiry albo sprawdza prace.

- A dlaczego warzenie eliksirów jest czymś tak szczególnym, że manifestuje się w jego podświadomości?

- Bo jest w tym dobry. Jest dumny ze swoich umiejętności.

- I?

Chłopak przygryzł wargę i zastanowił się nie tylko nad młodym mężczyzną, z którym przebywał w umyśle Snape'a, ale też nad swoim profesorem. Przypomniał sobie wszystkie dni, kiedy latem warzył eliksiry w jego prowizorycznej pracowni.

- Dzięki temu czuje, że panuje nad sytuacją i jest pewny siebie. Poza tym ma wymówkę, by nie zajmować się tymi sprawami, którym nie chce poświęcać uwagi.

- Doskonale, Harry. Sądzę, że jesteś na właściwym tropie.

Gryfon potrząsnął głową.

- Ale to i tak nie ma sensu. Rozumiem, że w prawdziwym życiu chce odsunąć się od pewnych ludzi bądź sytuacji, ale przed czym ucieka w swoim własnym umyśle?

- Harry, tego właśnie musisz się dowiedzieć.

o0o0o0o

Kiedy Gryfon wrócił do wieży, było dość późno. W pokoju wspólnym nadal jednak siedziało wielu uczniów powtarzających materiał. Harry nagle poczuł, jak spada na niego kolejne brzemię. Testy były za tydzień, a on prawie wcale się nie uczył. Nie miał zbyt wiele czasu, a poza tym mu się nie chciało. Przypomniała mu się kolejna sprawa, którą martwił się bardziej, niż swoimi ocenami – nadal nie wymyślił, co dać Ginny na Gwiazdkę.

Chłopak zamówił już prezenty dla Rona i Hermiony – zestaw do czyszczenia miotły i komplet dodatkowych fiolek na eliksiry – ale dla Ginny wciąż nic nie miał. To była ich pierwsza wspólna Gwiazdka i chciał dać swojej dziewczynie coś specjalnego. Niestety nie miał pojęcia, co by to mogło być, a przez głupi DBP nie mógł przeprowadzić poszukiwań w Hogsmeade. Czuł, że ogarnia go desperacja.

Rozejrzał się po pokoju. Ginny rozmawiała z koleżankami z klasy i było widać, że przepytują się nawzajem. Harry nie chciał im przeszkadzać, więc poszedł prosto w stronę Hermiony, która siedziała samotnie po drugiej stronie pokoju. Rona już nie było - zapewne szybko się poddał i poszedł spać.

- Cześć.

- O, jesteś – zauważyła dziewczyna, podsuwając mu pod nos stosik pergaminów. - Skopiowałam dla ciebie wszystkie moje notatki. Naucz się tego, a powinieneś jakoś zdać.

Gryfon wziął papiery i zaczął je przeglądać. Były tam starannie narysowane schematy i zwięzłe objaśnienia wszystkich tematów, jakie przerabiali na zajęciach od początku semestru. Harry spojrzał na Hermionę z oszołomieniem.

- Nie musiałaś tego dla mnie robić.

- Owszem, musiałam. Wiem, że się nie uczyłeś. Ledwo udało ci się odrabiać prace domowe. To nic takiego – skomentowała, widząc minę Harry'ego pełną poczucia winy. - Wiem, że masz mnóstwo rzeczy na głowie. Wszyscy to wiemy.

- Hermiono, ratujesz mi życie – oznajmił Harry i zwinął pergaminy w rolkę. Usiadł na krześle, zerknął w przeciwny kąt pokoju i zniżył głos. - Chciałem cię prosić o jeszcze jedną przysługę.

- Jaką?

- Nie wiem, co kupić Ginny na Gwiazdkę, i pomyślałem sobie, że może podsuniesz mi jakiś pomysł.

- Na nic nie wpadłeś?

Harry pokręcił głową.

- W zasadzie to nie. Zamówiłem dla niej fajną papeterię na urodziny, bo wiem, że często pisze do różnych osób, ale nie mogę ciągle dawać jej kopert i papieru listowego. Chcę jej podarować coś innego. Coś bardziej...

- ...osobistego?

- Tak, ale nie za bardzo. To nie ma być nic głupiego.

- Hmmm – mruknęła Hermiona, marszcząc brwi jak zawsze, kiedy rozmyślała nad jakąś zawiłą kwestią. - Co powiesz na fajne rękawiczki?

- Może być – zgodził się Harry.

- Jakie? - drążyła Hermiona. - Wełniane, skórzane? Jakiego koloru?

- Eee, a co byś zaproponowała? - wykręcił się Harry.

Dziewczyna posłała mu litościwe spojrzenie.

- Jak będę w weekend w Hogsmeade, to postaram się coś wybrać.

- Naprawdę? Hermiono, jesteś fantastyczna!

o0o0o0o

W sobotnie przedpołudnie zaczął prószyć śnieg. Uczniowie wyruszyli do Hogsmeade. Harry postanowił, że odprowadzi przyjaciół do bramy. Szli właśnie wzdłuż jeziora, kiedy Ginny zatrzymała się i wskazała ręką na przeciwległy brzeg.

- Patrzcie tam.

Po drugiej stronie jeziora skradał się Draco Malfoy, najwyraźniej starając się nie rzucać w oczy. Trzymał się blisko linii drzew i oglądał się przez ramię, jakby sprawdzając, czy nikt go nie śledzi. Na koniec przystanął, rozejrzał się bacznie i zanurzył między drzewa.

- Ciekawe, gdzie tak sam lezie? – głowił się Ron.

- Zaraz się dowiemy – odparł Harry. - Chodźcie, idziemy za nim.

Biegiem okrążyli jezioro i zwolnili w miejscu, gdzie Ślizgon zniknął im z oczu. Między drzewami napotkali wąską, wijącą się ścieżkę, która prowadziła na wzgórza. Harry nigdy wcześniej tu nie był i nie miał pojęcia, dokąd biegnie dróżka. Postanowił jednak, że musi się dowiedzieć, co też Malfoy knuje. Szybko i cicho poprowadził przyjaciół w kierunku, gdzie stracili blondyna z oczu. Drzewa zaczęły się przerzedzać i Gryfoni musieli przekradać się od jednej skały do drugiej z nadzieją, że nikt ich nie zauważy. Harry zerknął zza wielkiego głazu i zobaczył Malfoya stojącego naprzeciw wejścia do niewielkiej jaskini. Ślizgon sprawiał wrażenie, że bije się z myślami. Zaraz jednak podjął ostateczną decyzję, gdyż nieufnie rozejrzał się wokół i ruszył w kierunku pieczary.

- Za nim – szepnął Harry, skinął ręką na przyjaciół i poszedł za Malfoyem. Przylgnął do skalnej ściany tuż obok wejścia i natężył słuch, ale ze środka nie dobiegał żaden dźwięk. Gryfon zerknął do groty, która była znacznie głębsza, niż się na pierwszy rzut oka wydawało. Malfoy stał parę kroków dalej, zwrócony plecami do wejścia. W tym samym momencie Ginny, Ron i Hermiona podeszli bliżej i zasłonili wejście.

Ślizgon odwrócił się błyskawicznie, trzymając różdżkę w pogotowiu.

- Kto tam?

Harry też wyciągnął różdżkę i wszedł do wnętrza.

- Chyba nie tędy droga do Hogsmeade.

- Potter, wynocha stąd! To nie twój interes!

- Tak? A co ty tu robisz? Czekasz na kogoś? - Gryfon napierał na Malfoya, który cofnął się w głąb jaskini i wycelował różdżkę we wroga.

- Mówię ci, Potter, to nie twój interes! Ostrzegam cię!

Harry jednak nie zwracał na niego uwagi, bowiem za plecami Ślizgona coś się poruszało. Jakieś wijące się, podłużne kształty wyłaniały się z ciemności.

- Uwaga! - wrzasnął Harry i odepchnął Malfoya w bok. Zdążył tylko podnieść różdżkę, kiedy z głębi pieczary wystrzeliło coś na kształt bicza, uderzając go w ramię i wytrącając broń. Chwilę potem Gryfon został zaatakowany ponownie. Macki uderzyły go w ramię i w pierś z taką siłą, że stracił równowagę i upadł, zachłystując się powietrzem.

- Luminosus! - wykrzyknęła Hermiona i nagle pieczara wypełniła się oślepiającym blaskiem. Harry zacisnął powieki i zakrył dłonią oczy. Dwie pary rąk chwyciły go pod ramiona i wywlekły na zewnątrz. Był to Ron z Ginny, oboje strasznie wstrząśnięci. Obok stał Malfoy, blady jak prześcieradło. Harry usiadł na ziemi, oddychając nierówno. W miejscach, gdzie uderzyły go macki czuł okropne mrowienie, jakby żądliły go setki maleńkich pszczół.

- Harry, wstawaj! - rozkazała Hermiona, łapiąc go pod ramiona. - Wstań! - wrzasnęła, kiedy się nie poruszył. Jej oczy błyszczały gorączkowo, zdradzając ogarniającą ją panikę. - Ron, pomóż mi.

- Hermiona, wszystko w porządku – upewnił ją Harry, powoli się podnosząc. - Wszystko gra.

- Wcale nie. - Głos dziewczyny wzniósł się do krzyku, kiedy złapała go za ramię. - Musimy się dostać do Hogsmeade!

- Hogsmeade? - powtórzył Harry z niedowierzaniem.

- Tak! Potrzebujemy pomocy!

Gryfon potrząsnął głową.

- Musimy wrócić do Hogwartu.

- Zanim dotrzesz do Hogwartu, Potter, będziesz martwy – odezwał się Malfoy matowym głosem, kompletnie pozbawionym zwykłej nuty zarozumiałości.

- To prawda – poparła go Hermiona. - Harry, zaatakowała cię żądląca tentakula. A teraz stój spokojnie.

Zanim do chłopaka dotarły ich słowa, Hermiona obróciła się z nim w miejscu i z trzaskiem teleportowali się do Hogsmeade, prosto w środek tłumu na głównej ulicy. Grupki uczniów przed Trzema Miotłami rozpierzchły się w popłochu, ale Harry ignorował ich. Teleportacja wcale nie polepszyła jego samopoczucia. Skóra na jego piersi i ramionach zaczęła palić jak przypiekana ogniem. Hermiona wykręcała szyję we wszystkie strony, jakby się za kimś rozglądając.

- Panie profesorze! - wrzasnęła, machając gwałtownie w kierunku zbliżającej się do nich postaci. To był Snape, który najwidoczniej zauważył ich przybycie i teraz wpatrywał się w nich morderczym wzrokiem. Szedł ku nim, a gromady uczniów rozstępowały się przed nauczycielem na boki. Kiedy jednak usłyszał desperacki wrzask Hermiony, zmarszczka na jego czole pogłębiła się, a on sam gwałtownie przyspieszył kroku. Dziewczyna wyszła mu naprzeciw, wlokąc za sobą Harry'ego.

Gryfon szedł za nią, potykając się, a jego umysł pracował gorączkowo. Hermiona musiała się mylić. Żądlące tentakule były niesamowicie rzadkie, a już na pewno żadna nie miała możliwości wyrosnąć w jaskini znajdującej się praktycznie na terenie szkoły. Musiała to być jakaś inna roślina, najpewniej jadowita tentakula.

- Co się stało? - zapytał Snape ostrym tonem, przepychając się przez ostatnią grupę uczniów oddzielającą go od dwójki Gryfonów.

- Harry'ego zaatakowała żądląca tentakula – wykrztusiła Hermiona.

Oczy mężczyzny rozszerzyły się z zaskoczenia, ale z jego ust nie wyszło żadne gniewne pytanie ani pouczenie, którego Harry się spodziewał. Zamiast tego nauczyciel złapał go za ramię i odezwał się cichym, opanowanym głosem:

- Puść go.

Hermiona zwolniła uścisk i cofnęła się, a Snape przyciągnął chłopaka bliżej. Harry spojrzał najpierw na pobladłą, przerażoną twarz przyjaciółki, a potem na grobową minę nauczyciela i poczuł, że serce w nim zamiera. Chwilę później teleportowali się i chłopak poczuł, że uginają się pod nim kolana, ale Mistrz Eliksirów trzymał go mocno za ramię i nie dopuścił do upadku. Pociągnął Harry'ego w kierunku drzwi zaniedbanego szeregowego domu, przed którym się pojawili.

- Gdzie cię trafiła? - zapytał krótko, prowadząc Gryfona przez mały, obskurny salonik, a potem krótkim, ciemnym korytarzem do skąpo umeblowanej, brzydkiej sypialni.

- W klatkę piersiową i w ramię – odparł Harry, drapiąc się przez ubranie w miejsca, gdzie czuł niemiłosierne pieczenie i swędzenie. Do tego dołączyło się dziwne uczucie, jakby pod skórą łaskotały go setki mrówek. Nauczyciel usadził Gryfona na łóżku i zerwał z niego bluzę i koszulkę.

Snape wydał z siebie tak ostry, przenikliwy syk, że Harry poczuł, jak obezwładnia go przerażenie. Obawiając się tego, co przyjdzie mu ujrzeć, spuścił wzrok. Na jego piersi, w miejscach, gdzie trafiły go pędy tentakuli, skórę pokrywały jaskrawoczerwone bąble, z których wyciekała zielonkawa wydzielina. Najgorsze jednak było to, że pod każdym z tych bąbli coś się poruszało.

- Szybko rosną – stwierdził Mistrz Eliksirów ponuro. - Połóż się. To będzie bolało.

Harry ułożył się na łóżku bez słowa protestu. Nie przejął się aż tak bardzo słowami nauczyciela, gdyż doświadczył już w życiu sporo bólu i był do niego przyzwyczajony. Poza tym zgodziłby się na wszystko, byle tylko pozbyć się tych wijących się pod skórą pasożytów. Żadna z okropności, jakich dotąd doznał, nie napełniła go taką zgrozą. Z przeraźliwą wyrazistością przypomniał sobie martwego szczura na lekcji zielarstwa i poczuł, że żołądek skręca mu się w supeł na myśl o rozwijających się pod jego skórą pędach.

Snape wyciągnął różdżkę z kieszeni i mruknął: Candeo. Końcówka różdżki rozbłysła na czerwono, a po chwili rozjarzyła się do białości. Harry czuł bijące od niej gorąco i wstrzymał oddech, kiedy nauczyciel dotknął jednego z pęcherzy. Gryfon nie mógł powstrzymać się od krzyku, kiedy żar przepalił mu skórę i zabił gnieżdżącego się pod spodem pasożyta. Ból przyżeganej rany zmniejszył się, ale za chwilę zaatakował w innym miejscu.

Snape wypalał bąble jeden po drugim szybko i sprawnie, ale dla Harry'ego czas ten był niemal wiecznością. Mistrz Eliksirów wcale nie przesadzał, kiedy go ostrzegał. Ból był niemal porównywalny do efektów Cruciatusa. Gryfon marzył o tym, by zemdleć, ale choć parę razy był tego bliski, ostatecznie nie stracił przytomności. Kiedy nauczyciel wreszcie odłożył różdżkę, Harry trząsł się na całym ciele i gdzieś w tyle jego głowy czaiła się myśl, że pewnie jest w szoku.

Mężczyzna jednak jeszcze nie skończył. Obmacał głowę Harry'ego miejsce przy miejscu, przewrócił go na brzuch i uważnie obejrzał jego kark, ramiona, pachy i plecy. Najwyraźniej zadowolony z efektów oględzin obrócił chłopaka z powrotem, bezceremonialnie rozpiął mu spodnie i ściągnął je, a potem zrobił to samo z jego butami i skarpetkami. W głowie Gryfona zapiszczał cichy głosik, protestujący z oburzeniem na to pogwałcenie prywatności, ale chłopak nie był w stanie zareagować. Lodowate powietrze musnęło jego skórę i Harry poczuł, że szczęka zębami. Zacisnął je mocno, podczas gdy nauczyciel przypatrywał się uważnie jego nogom. Kiedy jednak Snape skończył badać stopy ucznia i zaczął ściągać mu majtki, cichy dotąd głosik w umyśle chłopaka wrzasnął tak głośno, że nie sposób było dłużej go lekceważyć.

- No co pan wyprawia?! - obruszył się Harry, a w jego głosie było więcej przerażenia, niż chciał okazać.

Mistrz Eliksirów spojrzał na niego i przez chwilę w czarnych oczach odbiło się współczucie. Sekundę później jednak ten błysk zniknął bezpowrotnie.

- Potter, chcesz zaryzykować, że zostanie w tobie któraś z tych rzeczy? - zapytał Snape niecierpliwie. - Leż spokojnie!

Harry posłuchał bez słowa. Leżał gapiąc się w sufit i kontemplując pęknięcia i zacieki na tynku, podczas gdy nauczyciel kończył oględziny. Na szczęście uporał się z tym szybko i naciągnął bieliznę chłopaka z powrotem, po czym wyszedł szybkim krokiem z pokoju.

Gryfon westchnął, okrył się kołdrą i zwinął w kłębek. Rany przestały go już boleć, ale za to zaczęły mu tężeć wszystkie mięśnie. Drżał coraz bardziej, mimo że był przykryty kołdrą. Poza tym zęby szczękały mu tak, że nie był w stanie ich zacisnąć. W brzuchu czuł bolesny skurcz.

Coś jest nie tak - pomyślał, dziwnie zamroczony. - To coś więcej niż szok. Bywało, że musiał już znosić o wiele gorszy fizyczny ból, ale jego organizm nigdy w ten sposób nie reagował. Wnętrzności skręciły mu się tak boleśnie, że nie mógł powstrzymać jęku. Tymczasem Snape powrócił, niosąc butelkę i szklaną miarkę.

- Profesorze, co mi jest? - zapytał Harry słabo, trzymając się kurczowo za brzuch. - Czuję się okropnie.

- Wyobrażam sobie – odparł nauczyciel, potrząsając trzykrotnie butelką i napełniając miarkę ciemnym płynem. Usiadł na łóżku i podparł chłopaka ramieniem, pomagając mu usiąść. - Wypij to.

- Co to?

- Belladonna.

- Ale to trucizna.

- Zgadza się, Potter. Jak dobrze wiedzieć, że coś ci jednak w głowie zostało. A teraz pij.

Harry zacisnął wargi, a Snape westchnął.

- Potter, nie mamy czasu na wykłady o tym, jak ginie się od użądlenia tentakuli. Przyżeganie niszczy pasożyty, ale tentakula wstrzykuje też wysoce toksyczny jad. Jedynym znanym antidotum jest to.

Gryfon zmarszczył brwi i zmierzył miarkę nieufnym spojrzeniem. Jak przez mgłę przypominał sobie słowa profesor Sprout o belladonnie jako antidotum na zatrucie jadem żądlącej tentakuli, ale w miarce mieściło się stanowczo zbyt dużo tej śmiertelnej trucizny. Mistrz Eliksirów najwyraźniej zdał sobie sprawę, w którym kierunku pobiegły myśli jego ucznia.

- Im więcej wstrzyknięto ci jadu, tym więcej antidotum musisz przyjąć. Ilość toksyn krążących w twojej krwi jest bardzo duża, musisz więc dostać możliwie największą dawkę belladonny.

Harry kiwnął głową i pozwolił, by nauczyciel przytrzymał szklankę przy jego ustach. Wypił wszystko i położył się, zaciskając ręce na brzuchu.

- Kiedy będziemy wiedzieć, że zadziałało?

- Niebawem. Jeśli dawka antidotum jest wystarczająca, skurcze zanikną bardzo szybko, chociaż pełna rekonwalescencja potrwa do dwudziestu czterech godzin.

Gryfon czekał, ale skurcze nie ustawały.

- I jak? - zapytał Snape.

- Nie czuję żadnej różnicy – odparł Harry.

- Potter, skurcze albo zaczną się nasilać albo zanikną. Więc?

- Nie umiem panu powiedzieć.

- Rozszerzają się czy skupiają w jednym miejscu?

- Nie wiem.

- Nie potrafisz nawet opisać swoich objawów? - warknął Mistrz Eliksirów z irytacją.

- Może bym potrafił, gdyby przestał mnie pan tak nagabywać – odpalił Harry.

Nagle ostry skurcz, najgorszy ze wszystkich, przeszył wnętrzności chłopaka tak, że ten poczuł ból aż w krzyżu. Harry jęknął i zacisnął zęby. Skurcz po chwili przeszedł, pozostawiając po sobie tępy ból, promieniujący aż do miednicy.

Gryfon spojrzał na nauczyciela.

- Chyba nie podziałało.

- Najwidoczniej nie – potwierdził Snape.

Obaj wpatrywali się w siebie w milczeniu. Harry nie miał nic więcej do powiedzenia, bo i o czym miałby mówić? Wiedział doskonale, że umiera. Co miał wyznać na łożu śmierci? Nie bał się i nie czuł, że potrzebuje pocieszenia – nie to, żeby Snape mógł mu coś takiego dać. Mistrz Eliksirów nie był również osobą, która przekazałaby ostatnie słowa Harry'ego jego przyjaciołom. Prawdę mówiąc, mężczyzna wyglądał na zdenerwowanego. Przeszedł wzdłuż pokoju, odwrócił się i spojrzał na chłopaka z rozdrażnieniem.

- No i cóż, Potter. Pomimo wszystkich naszych wysiłków ostatecznie pozwoliłeś dać się zabić – zakpił. - Próbowałeś wprawdzie tak często, że nie powinienem być zaskoczony, aczkolwiek przyznaję, że użądlenie tentakuli to wprost powieściowe zakończenie.

- Mówi pan, jakbym zrobił to celowo – warknął Harry, zraniony bezdusznością nauczyciela.

- Celowo? Nie podejrzewałbym cię o to. Nigdy nie zastanawiałeś się zbytnio nad konsekwencjami swojego postępowania.

- To nieprawda! - syknął Gryfon przez zaciśnięte zęby, kiedy chwycił go kolejny kurcz.

- Tak? A jak było dzisiaj? Jakaż to nieopisanie ważna sprawa wywiodła cię ze szkoły, kiedy wszyscy ci powtarzali, że masz zostać na miejscu? Czy ty wiesz, ile zostało dla ciebie poświęcone? A wszystko to na próżno, bo nie jesteś w stanie powstrzymać się przed narażaniem się na niebezpieczeństwo przy każdej możliwej okazji!

Harry przewrócił się na drugi bok, tyłem do Snape'a, i zacisnął powieki, próbując ignorować gadaninę nauczyciela. Zastanawiał się, czy Mistrz Eliksirów będzie tak nad nim stał i perorował, dopóki uczeń nie wyzionie ducha. Co gorsza Snape miał rację. Harry miał walczyć z Voldemortem, a nie zginąć od ataku jakiejś głupiej rośliny. Kto teraz pokona tego, który zwał się Lordem?

- Nie chciałem, żeby to się stało – przyznał Harry.

- Teraz to już nie ma większego znaczenia, czyż nie?

Kolejny skurcz przeszył chłopaka jak grot włóczni i Gryfon krzyknął z bólu.

- Czego pan ode mnie chce? Wiem, że miałem go zabić. Wiem, że wszystko zrujnowałem. Przykro mi!

Harry wtulił twarz w poduszkę i jęknął głośno. Ból był już niemal nie do zniesienia. Chłopak pragnął stracić przytomność. Nie musiałby cierpieć i wysłuchiwać wrzasków Snape'a. Nagle poczuł, jak Mistrz Eliksirów kładzie mu dłonie na barkach i zaczyna ugniatać napięte mięśnie.

- Oddychaj, Potter – nakazał Snape. - Krótko i rytmicznie, przez usta.

Chłopak postąpił zgodnie z instrukcją. Ku jego zdziwieniu masaż odrobinę pomógł i skurcz zanikł. Harry opadł na łóżko, spocony. Zerknął na nauczyciela, który siedział u jego boku. Snape nie wyglądał na rozeźlonego. Zamiast tego na jego twarzy było wypisane uczucie ostatecznej porażki i Gryfon poczuł się po stokroć gorzej, niż kiedy Mistrz Eliksirów na niego krzyczał.

- Przepraszam, profesorze.

- W porządku, Potter – odparł Snape ze znużeniem.

- A co z Voldemortem?

- Nie zaprzątaj tym sobie głowy. Wszystko będzie dobrze - powiedział mężczyzna, bez namysłu wyciągając rękę i odsuwając włosy ze spoconego czoła Harry'ego.

Gryfon poczuł, jak dłoń nauczyciela chłodzi jego promieniujące gorączką czoło. Kiedy dotyk ustał, Harry poczuł rozczarowanie. Ten gest był tak naturalny i tak osobisty, że chłopak nagle zdał sobie sprawę, że chce poczuć to znowu – dotyk innej ludzkiej istoty na chwilę przed swoją śmiercią.

Bezwiednie wyciągnął rękę i chwycił dłoń Snape'a. Mężczyzna wzdrygnął się gwałtownie i spojrzał na swoją rękę, zamkniętą w uścisku Harry'ego. Nagle jego oczy rozszerzyły się i wyswobodził dłoń. Wstał szybko i wybiegł z pokoju.

Gryfon patrzył, jak Snape wychodzi. To tyle, jeśli chodzi o ludzki dotyk - pomyślał gorzko, czując jak napływa kolejna fala bólu. Spazm po chwili minął, a chłopak z trudem łapał oddech. W zasadzie to już nie pierwszy raz stawał samotnie twarzą w twarz ze śmiercią. Czuł już, jak nadchodzi zamroczenie. Jeśli by zemdlał, umarłby bezboleśnie. Przymknął oczy, mając nadzieję, że straci przytomność.

- Potter!

Harry otworzył oczy z zaskoczeniem. Okazało się, że Snape powrócił. Zdjął szaty i rozpiął kołnierzyk koszuli. Podwinął rękawy, wziął butelkę z belladonną, wstrząsnął nią trzy razy i nalał pełną szklankę.

- Myślałem, że nie mogę więcej tego pić – mruknął Harry.

- Ty nie – odrzekł Mistrz Eliksirów i duszkiem wypił truciznę. Wziął do ręki srebrny nóż, który najwyraźniej skądś przyniósł, i zbliżył się do chłopaka.

Harry w pierwszej chwili pomyślał, że Snape go zabije, aby oszczędzić mu cierpień. Mężczyzna jednak uklęknął obok niego na łóżku. Tymczasem kolejny skurcz przyprawił chłopaka o taki ból, że zaczął krzyczeć.

- Trzymaj się, Potter – powiedział Snape, ujął prawą dłoń Harry'ego i naciął ją głęboko. Gryfon nawet tego nie poczuł. Mistrz Eliksirów tymczasem zadał sobie identyczną ranę.

Skurcz ustał i Harry spojrzał na nauczyciela zamglonym wzrokiem.

- Co pan robi?

- Mam nadzieję, że ratuję twoje życie – odparł mężczyzna i chwycił dłoń Gryfona tak, że obie rany się zetknęły. - Jesteśmy jednej krwi, związani razem na śmierć i życie.

Chłopak poczuł, że jego ciało atakuje jeszcze jedna fala śmiercionośnych spazmów, silniejsza niż wcześniej. Zaczął krzyczeć, podczas gdy Snape opadł obok niego na łóżko, jęcząc z bólu. Nadal jednak nie wypuszczał dłoni Harry'ego ze swojej. Gryfon tymczasem poczuł, jak jego umysł ostatecznie się poddaje i wreszcie spływa na niego błogosławiony mrok.

o0o0o0o

Harry leżał na miękkiej ciepłej trawie na brzegu jeziora w Hogwarcie. Na jego twarz padały promienie słońca przeświecające przez korony drzew. Ktoś ścisnął go delikatnie za rękę i Harry odwrócił głowę. To Ginny leżała obok niego na trawie, uśmiechając się. Chłopak ścisnął mocniej jej dłoń, gładząc kciukiem skórę dziewczyny i zamknął oczy z zadowoleniem.

Promienie słońca, prześwitujące przez szczelinę między zasłonami, grzały dość mocno i Harry, nadal pozostający na granicy snu i jawy, odsunął przykrycie. Zmarszczył brwi, zdając sobie nagle sprawę, że nie leżał na trawie, jak mu się wcześniej śniło, ale w łóżku. Leniwie poprawił sobie okulary i rozchylił powieki. Rozejrzał się wokół i wytrzeszczył oczy ze zdumieniem.

Być może Severus Snape nie zajmował ostatniej pozycji na liście osób, obok których Harry nie chciałby się obudzić. Z pewnością jednak był jedną z ostatnich osób, z którą Harry chciał po przebudzeniu trzymać się za ręce, na dodatek odziany w samą tylko bieliznę. Tymczasem zaś taka sytuacja właśnie miała miejsce. Gryfon leżał w pomiętej pościeli na łóżku znajdującym się w nieznanej mu sypialni. Sprawiała ona dziwnie znajome wrażenie, chociaż Harry nie miał pojęcia, gdzie jest i wiedział, że nigdy wcześniej w tym miejscu nie był. Snape spał spokojnie obok niego, ściskając jego prawą dłoń jak w imadle, co chłopak odkrył, kiedy delikatnie próbował się oswobodzić. Szarpnął ręką nieco mocniej, ale nauczyciel poruszył się niespokojnie we śnie i wzmocnił uścisk.

Harry wziął głęboki oddech, walcząc z irracjonalnym przerażeniem. Zupełnie nie pamiętał, jak znalazł się w takiej sytuacji, ale musiało być przecież jakieś sensowne wyjaśnienie tego, że spał w jednym łóżku z nauczycielem, trzymając się z nim za ręce. Musiało – ale Gryfon nie był w stanie nic wymyślić. Przerażenie zaczęło się przekształcać w panikę i Harry gwałtownie próbował wyrwać dłoń z uścisku Snape'a. Ostatnia rzecz, jakiej chciał, a która w jego pojęciu pogrążyłaby go definitywnie, było obudzenie nauczyciela w chwili, kiedy obaj trzymali się za ręce.

Kiedy tylko chłopak to sobie wyobraził, rumieniec wystąpił mu na policzki. Niestety los jakby na to czekał, gdyż w tym momencie Mistrz Eliksirów westchnął głęboko, otworzył oczy i spojrzał na Harry'ego. Gryfon zamarł w bezruchu i przez chwilę obaj patrzyli sobie prosto w oczy, po czym Snape uśmiechnął się w sposób, który sprawił, że Harry'emu zrobiło się niedobrze.

- No i cóż, panie Potter, wygląda na to, że udało nam się przetrwać twój ostatni wyskok – wycedził nauczyciel. - Mam nadzieję, że bawiłeś się równie dobrze jak ja.

Chłopak poczuł, jak zażenowanie wygasa. Nie znalazł żadnej ciętej riposty, gdyż nie pamiętał wydarzeń ostatniej nocy i był pewien, że wcale nie chce ich znać. Snape jednak zdawał się nie czekać na odpowiedź. Puścił rękę Gryfona i usiadł na łóżku. Harry też usiadł i był gotów uciekać, ale Mistrz Eliksirów złapał go za ramię.

- Nie tak szybko, Potter.

Obejrzał pierś chłopaka z aprobatą. Harry'ego niespecjalnie to uspokoiło. Tymczasem mężczyzna powiódł palcem po jego ramieniu i Gryfon odsunął się gwałtownie.

- Co pan robi?

- Sprawdzam efekty mojej pracy – odparł Snape.

- Co pan ma na myśli?- warknął Harry.

Mistrz Eliksirów wzruszył ramionami.

- Dokładnie to, co mówię. Nigdy wcześniej tego nie robiłem.

- Miło wiedzieć, że byłem pierwszy – wycedził Gryfon przez zaciśnięte zęby, próbując nie podnosić głosu. Zgarnął na siebie przykrycie i odsunął się dalej od Snape'a.

- Tak w ogóle, to gdzie jesteśmy?

- U mnie w domu.

Harry spadł na podłogę z głuchym tąpnięciem. Przewrócił się na plecy, próbując wyplątać się z koców i zobaczył, jak osłupiały Snape zerka na niego znad krawędzi łóżka.

- Potter, co ty u licha wyprawiasz?

Chłopak pozbył się nareszcie krępujących go zwojów i wstał chwiejnie, owijając się prześcieradłem.

- U pana w domu? - Jego głos wzniósł się o oktawę wyżej, ale Harry się tym nie przejmował. - Co my robimy u pana w domu?

- To było jedyne miejsce, gdzie mogliśmy się udać – odparł Snape, wstając. - O Hogwarcie nie mogło być mowy.

Gryfon gapił się na nauczyciela, czując że zaraz zwymiotuje.

- No chyba, że nie – wybełkotał.

- Tak mi się właśnie zdawało, że słyszałem głosy.

Harry i Snape odwrócili się i ujrzeli stojącego w drzwiach Albusa Dumbledore'a. Dyrektor uśmiechał się życzliwie.

- Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza, Severusie, że pozwoliłem sobie wejść do środka bez zapowiedzi. Muszę wyznać, że bardzo mi ulżyło, gdy zobaczyłem, iż doszliście już do siebie.

Gryfon wpatrywał się w Dumbledore'a. Stary czarodziej nie sprawiał wrażenia ani trochę wstrząśniętego faktem, że znalazł rozebranego ucznia w sypialni jednego z hogwarckich nauczycieli. W zasadzie to dyrektor wyglądał na bardzo zadowolonego.

Dumbledore uśmiechnął się na widok ogłupiałej miny Harry'ego.

- Rzecz jasna nie pamiętasz, co się wczoraj wydarzyło, Harry, ale zapewniam cię, że nic niestosownego nie miało miejsca.

Snape zmarszczył podejrzliwie brwi i spojrzał najpierw na ucznia, a potem na dyrektora.

- Co pan miał na myśli, mówiąc „nic niestosownego"?

Dumbledore spojrzał na młodszego mężczyznę i nagle Harry miał wrażenie, że starzec ledwo powstrzymuje śmiech.

- Zdaje się, że Harry jest pod wrażeniem, mylnym rzecz jasna, iż zostaliście przyłapani in flagrante delicto.

Gryfon nigdy wcześniej nie słyszał tego wyrażenia, ale Snape najwyraźniej tak. Sądząc z jego miny, Harry mógł się domyślić, co te słowa oznaczały. W chwili, gdy Mistrz Eliksirów odwrócił się do niego blady z oburzenia, Gryfon zrozumiał, jak okropną palnął gafę.

- CO? Ocaliłem ci życie, a ty pomyślałeś... - Mężczyzna urwał, a jego policzki zabarwił blady rumieniec. Dumbledore podszedł do niego i położył mu rękę na ramieniu.

- Severusie, Harry nic nie pamięta i to zrozumiałe, że jest zdezorientowany. Chodź. Wypijemy sobie herbatę, a Harry się ubierze. Harry, łazienka jest po drugiej stronie korytarza. Przyjdź do kuchni, jak będziesz gotowy, to wszystko ci wyjaśnię. No chodź, Severusie.

Snape rzucił chłopakowi ostatnie urażone spojrzenie i wyszedł z pokoju. Dumbledore zerknął na ucznia bardziej życzliwie i też opuścił pomieszczenie. Pozostawiony samemu sobie, Harry usiadł na krawędzi łóżka i próbował zrozumieć coś z tej dziwacznej sytuacji, ale nie doszedł do żadnych wniosków. Jakiekolwiek wyjaśnienia miał w zanadrzu Dumbledore, Gryfon nie mógł się niczego domyślić i stwierdził, że jego sytuacji nie polepszy siedzenie na łóżku.

Harry wstał i odrzucił prześcieradło. Jego ubranie leżało schludnie złożone na krześle. Przyodział się szybko, schował różdżkę do kieszeni, podkradł się do drzwi i wyjrzał na zewnątrz. W korytarzu nikogo nie było. Gryfon wślizgnął się do małej, obskurnej łazienki. Podszedł do umywalki i spojrzał w zawieszone nad nią lustro. Jego twarz wyglądała tragicznie, blada jak ściana, mizerna, z podkrążonymi oczami.

Chłopak spróbował przygładzić sterczące na wszystkie strony włosy, niestety bez efektu. Co się ze mną działo? - zastanawiał się. Odkręcił kurek, zdjął okulary i obmył twarz zimną wodą. Potem przesunął wilgotną dłonią po włosach. Zakończywszy te ograniczone do minimum czynności pielęgnacyjne, nie znajdował dalszej wymówki, by odwlec nieuniknione. Wyszedł na korytarz i podążył za dźwiękiem rozmowy. Zatrzymał się w drzwiach małej, ciasnej kuchni.

Snape przysiadł na krześle z rękami założonymi na piersi. Wprost promieniował oburzeniem. Dumbledore tymczasem penetrował szafki. Obaj mężczyźni byli odwróceni do Harry'ego plecami.

- Naprawdę, Severusie, nie bierz tego aż tak do siebie – tłumaczył dyrektor, zaglądając do jakiejś puszki. - Chłopak ma siedemnaście lat i takie myśli nie są niczym szczególnym w jego wieku. Poza tym nie każdego dnia uczeń budzi się półnagi w łóżku swojego nauczyciela nie pamiętając, jak znalazł się w takich okolicznościach. Z pewnością zdajesz sobie sprawę, że każdego zbiłoby to z tropu.

Snape rzucił Dumbledore'owi urażone spojrzenie, ale się nie odezwał.

- Muszę przyznać, Severusie, że w twoich szafkach jest okropna pustka. Mógłbyś przynajmniej mieć pod ręką parę herbatników.

- Nie zamierzałem przyjmować gości – odrzekł Mistrz Eliksirów kwaśno.

- Z pewnością – zgodził się Dumbledore, machając różdżką. Na stole pojawiły się trzy filiżanki. Dyrektor zdjął czajnik z pieca i zaczął je napełniać.

- Zbyt długa i pełna napięcia była to noc, by przetrwać ją o pustym brzuchu.

- Gdyby pan Potter nie narażał się na śmierć, zawartość szafek w mojej kuchni nie stałaby się tak palącą kwestią – odparł Snape z irytacją.

- Zgadza się – przyznał Dumbledore ze współczującym uśmiechem i usadowił się obok Mistrza Eliksirów. - O, jesteś, Harry. Siadaj i napij się herbaty. Poczujesz się lepiej.

Gryfon wszedł do środka i usiadł na krześle obok starego czarodzieja, możliwie najdalej od Snape'a. Mistrz Eliksirów nie zaszczycił ucznia nawet jednym spojrzeniem.

- Może ktoś z was powie mi wreszcie, o co tutaj chodzi? - natarł Harry, kierując pytanie do dyrektora.

- Pamiętasz coś z wczorajszych wydarzeń, Harry? - zapytał Dumbledore.

- Nie – przyznał Gryfon.

- Pozwól zatem, że odświeżę twoją pamięć. Według relacji panny Granger, ona, ty oraz Ginny i Ron Weasleyowie kierowaliście się wczoraj w stronę głównej bramy, gdy zauważyliście Draco Malfoya skradającego się - dość podejrzanie, jak wyraził to Ron – ścieżką po przeciwnej stronie jeziora. Rzecz jasna poczuliście nieodpartą chęć, by go śledzić. Dotarliście za nim na wzgórza, gdzie Draco zatrzymał się przy wejściu do jaskini. Weszliście tam w ślad za nim i wywiązała się między wami sprzeczka, podczas której nikt nie zauważył czającej się w głębi żądlącej tentakuli – dopóki nie zaatakowała. Odepchnąłeś Draco na bok – który to szczegół on sam, co ciekawe, potwierdził – i przyjąłeś na siebie atak. Panna Granger zorientowała się, że do Hogwartu nie dostaniecie się na czas i podjęła pierwszą mądrą decyzję tego dnia, by teleportować się do Hogsmeade po pomoc.

Przez chwilę Harry nic nie mówił. Przypomniał sobie, jak tropili Malfoya, ale sam atak pamiętał jak przez mgłę. Wszystko działo się zbyt szybko.

- Jak się tu znalazłem?

- Zabrałem cię tutaj sprzed Trzech Mioteł, jak tylko pannie Granger udało się do mnie dotrzeć.

- Czemu tutaj, a nie do Hogwartu?

- Z tego samego powodu, dla którego nie zabrała cię tam panna Granger. Byłbyś martwy, zanim znalazłbyś się w skrzydle szpitalnym. I tak prawie umarłeś.

- A dlaczego... - Harry zawahał się. Wcale nie chciał o to pytać, ale musiał znać odpowiedź. - ...dlaczego trzymał mnie pan za rękę?

W oczach Snape'a zamigotał płomień wściekłości, ale pierwszy odezwał się Dumbledore.

- To jest, Harry, znak szczególny Ostatniej Szansy Uzdrowiciela.

- Czego?

- Ostatniej Szansy Uzdrowiciela – powtórzył Snape niecierpliwie. - To jedyny sposób na uratowanie umierającej ofiary zatrucia. Działanie większości trucizn, jak już powinieneś wiedzieć, można zneutralizować bezoarem. Są jednak toksyny, na które bezoar nie działa i z reguły wymagają one antidotów równie trujących jak one same. Jad wstrzykiwany przez żądlącą tentakulę należy do tej kategorii. Przyjąłeś jego ogromną dawkę i gdybym podał ci belladonnę w takiej ilości, jaka zneutralizowałaby działanie jadu tentakuli, samo antidotum by cię zabiło. Jedyną możliwością było rzucenie Ostatniej Szansy Uzdrowiciela.

- To starożytne zaklęcie – wyjaśnił Dumbledore, wchodząc Snape'owi w słowo. - Bardzo potężne, jak każda magia krwi, aczkolwiek sama idea jest dość prosta. Chodzi o to, by zwiększyć ilość krwi ofiary, aby można było podać większą porcję antidotum. W tym celu uzdrowiciel pozwala swojej krwi zmieszać się z krwią ofiary. Najpierw zażywa maksymalną dawkę odtrutki, a potem nacina swoją prawą dłoń i dłoń pacjenta, wypowiada zaklęcie i oboje chwytają się za ręce.

- Jesteśmy jednej krwi, związani razem na śmierć i życie – wyszeptał Harry, zerkając na swoją prawą dłoń, naznaczoną głębokim cięciem. Nagle wszystko zaczęło mu się przypominać: okropny ból, kiedy nauczyciel przyżegał rozwijające się pod jego skórą pędy tentakuli, gorączka i potworne skurcze, a na koniec straszna świadomość zbliżającej się śmierci. I Snape, który cały czas przy nim siedział.

- Dlaczego to się nazywa „Ostatnia Szansa"?

- Ponieważ w wypadku, gdy ilość trucizny jest za duża, aby zadziałała na nią nawet podwójna dawka antidotum, uzdrowiciel umiera wraz z pacjentem – wyjaśnił Dumbledore. - Jakie szczęście, że tym razem do tego nie doszło - choć było chyba blisko.

Dyrektor wypił herbatę do końca, odstawił filiżankę na stół i wstał.

- Cóż, na mnie już czas.

Zarówno Snape, jak i Harry spojrzeli na starego czarodzieja takim samym wzrokiem, pełnym spłoszonej konsternacji.

- Jak to? - zapytał Snape ostro.

- Nie może pan sobie pójść – zawtórował Harry.

- Obawiam się, że muszę. Mam w Londynie dość ważne spotkanie, którego nie mogę dłużej odwlekać.

- Albus, siedziałeś tu już przez pół dnia. Jak ważne by to nie było spotkanie, z pewnością ścierpi jeszcze chwilę zwłoki, kiedy odstawisz Pottera do Hogwartu.

- Jestem gotowy – dodał Harry z nadzieją, zrywając się na równe nogi.

- Pani Pomfrey z pewnością będzie chciała przebadać was obu, więc widzę większy sens w tym, żebyście wrócili razem.

- Sądziłem, że należy mi się chwila wytchnienia po tym, co musiałem przejść z powodu Pottera.

- Oczywiście – odrzekł Dumbledore uprzejmie. - Nie ma pośpiechu, Severusie. Możecie odpocząć tyle, ile trzeba.

Dyrektor żwawo wymaszerował z kuchni, a Harry pobiegł za nim. Snape deptał mu po piętach.

- Albus, nie możesz tu zostawić Pottera!

- Panie profesorze, ja bardzo proszę – wtórował mu Harry. - Przecież aportacja do Hogwartu potrwa tylko chwilkę.

Stary czarodziej odwrócił się znienacka i posłał swoim towarzyszom rozdrażnione spojrzenie.

- Przez większą część ostatniej doby siedziałem przy was albo bez końca spacerowałem po sypialni. Prawie cały ten czas nie opuszczało mnie przekonanie, że przyszło mi stracić was obu. Wybaczcie zatem, jeśli nie potrafię dostrzec ani odrobiny tragizmu w obecnej sytuacji. Jakkolwiek wspólna podróż do szkoły wydaje się być zadaniem przerastającym wasze siły, jestem pewien, że poradzicie sobie bez mojej pomocy. Teraz zaś wychodzę. Zobaczymy się później w Hogwarcie.

Z tymi słowy Dumbledore otworzył drzwi wejściowe, wyszedł na zalaną słońcem ulicę i zatrzasnął drzwi za sobą. W pokoju zapanowało grobowe milczenie, kiedy Harry i Snape bez słowa wpatrywali się w punkt, gdzie zniknął dyrektor.

Na koniec Mistrz Eliksirów westchnął ciężko.

- Czekaj tu – burknął, odwrócił się i opuścił pokój, nie patrząc na swojego gościa.

Gryfon poczuł ulgę, kiedy został sam. Przysiadł na wytartej sofie i rozejrzał się. Salon wyglądał nieciekawie, ciasny i zaniedbany, a ciągnące się wzdłuż ścian regały z książkami wzmagały jeszcze to klaustrofobiczne wrażenie. W ciągu ostatnich paru miesięcy Harry miał okazję przeszukiwać różne zbiory książek i nie mógł oprzeć się pokusie, by nie zerknąć do biblioteczki Snape'a. Chłopak zerknął kątem oka na drzwi i ruszył do najbliższej półki.

Trzeba przyznać, że chociaż dom Mistrza Eliksirów nosił wszelkie znamiona ubóstwa, to jego księgozbiór był niezwykle bogaty. Na regałach poustawiano książki ze wszystkich dziedzin magii i widać było, że nie są na pokaz. Tomy były zadbane, ale nosiły na sobie ślady częstego przeglądania. Harry z łatwością mógł sobie wyobrazić, jak Snape siedzi na sofie i czyta.

Gryfon kontynuował swoją wędrówkę wzdłuż ścian i nagle wpadła mu w oko znajomo wyglądająca książka, którą wyciągnął z półki. Był to stary egzemplarz podręcznika do zaawansowanych eliksirów. Harry otworzył go i ze zdumieniem odkrył, że prawie każdą stronę zapisano od góry do dołu. Niektóre formuły były poprzekreślane i wypisane zupełnie od nowa. Na marginesach ciągnęły się rzędy notatek. Część z nich odnosiła się do sposobu warzenia eliksirów, ale niektóre były z pewnością zaklęciami.

- Potter!

Chłopak podskoczył do góry i zatrzasnął książkę. Snape podszedł do niego i wyrwał mu podręcznik z rąk.

- Czy nie możesz zostać sam nawet na pięć minut, żebyś nie zaczął wtrącać się w moje prywatne sprawy? Pozwoliłem ci grzebać w moich rzeczach?

- Przepraszam.

Snape wsunął książkę na miejsce, podszedł do drzwi i otworzył je na całą szerokość.

- Idziemy.

Harry'emu nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Opuścił dom i pospieszył za nauczycielem.