Uff, w końcu skończyłam.

Kurczę, tęsknie za tymi czasami, że miałam takie parcie na pisanie, że przez przypadek machnęłam rozdział na 12k słów. Cóż, chyba musiałabym zrobić sobie naprawdę długą przerwę, a tego mimo wszystko nie chcę robić. Wam pewnie też by to nie pasowało :v

Tak na marginesie jeden z moich kotów jest strasznym dupkiem. Patrzam ja sobie przez okno w kuchni, a tu futrzak wraca z wojaży w terenie. No to otwieram okno, wołam ją... no ale zamiast tak jak dwa pozostałe, pobiec przez okienko w piwnicy i dać się wpuścić z korytarza, to poleciała do okna, ale tego od mojego pokoju. No to idę do pokoju siostry, otwieram drzwi, żeby uprzedzić fakt... a tu dupa, kocię znikło... przybiegło inne. No to wracam, otwieram drzwi na korytarz, co by sprawdzić czy przypadkiem jednak nie poszła przez piwnicę, ale tu też nic. Z głośnym westchnieniem wróciłam do swojego pokoju, pewna, że jak tylko zasiądę przed komputerem, to kot objawi się na parapecie za oknem i każe się wpuścić przez pokój siostry.

Możecie zgadywać co się stało tak ze dwie minuty później :)


- Hmm, co by tu teraz ze sobą zrobić…? Macie jakiś pomysł, chłopaki? - zapytała Hedvika ze znudzeniem, grzebiąc gałęzią w ognisku. Spojrzała ponad płomieniami na przeciwległy kraniec obozu, który rozbiła w lesie wraz z Lukasem i Elizabetą, zanim tych dwoje ruszyło na pomoc Feliksowi i Torisowi. Wynajęcie pokoju w karczmie było tylko na pokaz, zdecydowanie wolała spać w lesie, niż w wiosce, w której obcy znikali bez śladu. Odpowiedziały jej nienawistne spojrzenia i przytłumione, gniewne protesty ludzi, których miała okazję gościć.

- Okej, łapię, to był kiepski dowcip – westchnęła, dorzucając do ognia kilka szczap drewna. - Tym bardziej, że w sumie nie chcę znać waszych propozycji, wątpię żebyście mieli ciekawe oferty, więc kneble zostaną na swoich miejscach… przynajmniej na razie.

Alchemiczka wzniosła oczy ku niebu, słysząc kolejne, zapewne niezwykle barwne i ciekawe wiązanki, z których na swoje szczęście nie rozumiała ani słowa.

- Zupełnie nie rozumiem waszego oburzenia, daliście się porobić jak małe dzieci. Do siebie powinniście mieć pretensje za bycie zbyt pewnymi siebie, a nie do mnie, że w przeciwieństwie do was umiałam ruszyć głową. Najwyraźniej pan Worton nie miał zbyt wysokich wymagań, kiedy was zatrudniał.

Niemal od samego opuszczenia domu burmistrza wiedziała że była śledzona. Po pierwsze spodziewała się takiego obrotu spraw, bo pomimo całkiem wiarygodnego alibi, Worton nie wydawał się jej wierzyć. Po drugie ktoś kogo znała, a kto znajdował dziwne upodobanie w doprowadzaniu ludzi na skraj zawału, wyskakując na nich znienacka, w dużym stopniu przyczynił się do tego, że była wyczulona na podobne zagrywki. A jakby powodów było mało, to goście, których wysłał za nią burmistrz, nie bardzo starali się o bycie subtelnymi, po prostu leźli za nią, czekając na dogodny moment żeby zaatakować. Panowie się nie doczekali… czy też raczej doczekali, ale stanowczo przecenili swoje możliwości. Wystarczyła porcja mieszanki błyskowej, jedna mikstura zwiększająca siłę i krótka aromaterapia pewnym oszałamiającym specyfikiem, żeby ostudzić zapał napastników. Po upewnieniu się, że chłopcy nie będą w stanie zrobić nic głupiego, mogła się chwilę zdrzemnąć i nabrać sił na kolejny pełen wrażeń dzień.

- Jestem świadoma tego, że mogliście nie zdawać sobie sprawy z tego, iż nie jestem bezbronną dziewuszką, z którą będzie można się zabawić, a po zabawie poderżnąć gardło i zostawić w lesie, tudzież rzucić pająkom na pożarcie… No ale hej, przecież miewaliście już gości, którzy zapewne byli dość groźni, skoro nosili się z zamiarem wytłuczenia tego ośmionogiego tałatajstwa... Co? Zaskoczeni, że wiem aż tyle? - zapytała dziewczyna, podnosząc się z koca na którym siedziała i przeciągając się. Nieśpiesznym krokiem obeszła ognisko, podchodząc do skrupulatnie związanych i zakneblowanych mężczyzn. - No to możecie dziwić się dalej, bo nie zamierzam opowiadać skąd mam taką wiedzę. Wy natomiast pomożecie mi ją uzupełnić o nowe fakty, które pomogą mi znaleźć odpowiedź na pytanie „o co w tym wszystkim chodzi?" - oznajmiła pochylając się i zdejmując kneble.

- Ty pieprzona dzi… - zaczął jeden ze schwytanych. Hedvika bez zbędnego przeciągania sprawy uciszyła go siarczystym policzkiem, wprawiając jego towarzysza w osłupienie.

- Zasada numer jeden – zaanonsowała alchemiczka – jak nie będziecie grzeczni, to nie zawaham się obić was tak, że pyski spuchną wam jak księżyc w pełni.

- Jeśli myślisz, że cokolwiek ci powiemy… - wydukał drugi z mężczyzn, po tym jak otrząsnął się z szoku.

- Zasada numer dwa – kontynuowała Hedvika, prostując się i otrzepując ręce. - Jeśli myślicie, że obite gęby, jest najgorszym co może was spotkać, to nie mam dla was dobrych wieści. - Uśmiechnęła się lekko, widząc jak jeden z ludzi burmistrza, rzuca spanikowane spojrzenie w stronę ogniska. - Oj nie, to też nie, ale za to mam inny pomysł. Co wy na to, żeby odwiedzić waszych ośmionogich kumpli, gdyby współpraca nam się nie kleiła?


- Wy sobie chyba żarty ze mnie stroicie – powiedział z Feliks, patrząc na resztę najemników z niedowierzaniem.

- Mówimy jak najbardziej serio. Nasza trójka idzie przeszukać laboratorium, o którym opowiadałeś. Ty zostajesz tutaj, odpoczywasz i ewentualnie próbujesz pociągnąć Tabithę za język – oświadczyła Lizzie z poważną miną. - Wiem że nie lubisz bezczynności…

- Nie lubię też jak ktoś odsuwa mnie od akcji zupełnie bez powodu – wtrącił łotrzyk.

- To, że ledwie się trzymasz na nogach, jak dla mnie jest bardzo dobrym powodem – odparowała wojowniczka.

- Nic mi nie jest.

- Znam cię za długo żeby dać się na to nabrać.

- Okej, może nie jestem w najlepszej kondycji, ale…

- Feliks, po prostu odpuść – westchnął Lukas. Stojący obok niego Toris tylko wodził spojrzeniem od Feliksa do Elizabety. Wojownik wolał się nie wtrącać w tą konwersacje, jak dla niego blondyn prezentował się wyjątkowo dobrze jak na to co przeszedł, ale wolał zaufać Elizabecie, w końcu znała go znacznie dłużej. - Ilu perków dałbyś radę użyć, zanim straciłbyś przytomność?

- I w takim układzie chcecie zostawić mnie w miejscu, do którego już dwa razy z wizytą wpadły pająki. No może za drugim nie wylazły poza piwnicę, ale za każdym razem ktoś im pomógł, a pragnę przypomnieć, że jeden z tych pojebów wciąż żyje. Tak więc jak na moje, to bezpieczniej będzie, jeśli ja i młoda pójdziemy z wami – powiedział Feliks, zakładając ręce za siebie.

- A masz jakiś sposób żeby przekonać ją do powrotu do podziemi? - zapytała Lizzie z powątpiewaniem. - Na razie chcemy tylko sprawdzić laboratorium o którym opowiadałeś, może będą tam jakieś wskazówki, a może nawet uda nam się wyeliminować ostatniego z Opiekunów. Za królową zabierzemy się później, ogólnie byłabym za tym żeby przed akcją odprowadzić Tabithę do rodziców, a ciebie do Hedviki, co by mogła cię opierdolić jak należy i poskładać do kupy.

- Podobno mi ufa, jeśli powiem jej, że w ten sposób wyjdziemy z tego bajzlu…

- Nie ma mowy, zostajecie tutaj. - Ton wojowniczki wskazywał na to, że rozmowę uznała za zakończoną. - Wiem, że to zlecenie twoje i Torisa, nie chcę cię od tego odsuwać zupełnie, tylko na chwilę, żebyś mógł odzyskać siły. Skoro już poprosiłeś o pomoc, to daj jej sobie udzielić do ciężkiej cholery!

- No to wytłumaczcie mi jeszcze tylko, po co aż tak potrzebny wam Toris. Skoro już mam tu siedzieć, to wolałbym mieć jakieś towarzystwo w wieku zbliżonym do mojego – burknął łotrzyk, opadając z rezygnacją na zapaćkany pajęczymi wnętrznościami fotel.

- Żeby się bardziej oswoił ze zwiedzaniem podziemi starych, paskudnych i opuszczonych świątyń, oraz tym co tam może ewentualnie znaleźć... No i drugim powodem jest to, że masz na niego zdecydowanie zły wpływ i raczej nie miałbyś większego problemu z namówieniem go na spacer. - Na te słowa brunet spłonił się lekko, mamrocząc coś cicho pod nosem, zaś blondyn tylko wzniósł oczy ku niebu ze zrezygnowaną miną.

- To nie potrwa długo, wrócimy zanim skończysz się na nas wściekać – obiecała Lizzie, dając Lukasowi i Torisowi znać, że czas ruszać.

- Ja tylko mam nadzieję, że wrócicie zanim mój nowy znajomy złoży mi wizytę, już kilka razy obiecywał mi bardzo ciekawe rzeczy – mruknął Feliks, patrząc przelotnie na zawalone przejście do podziemi. - Nie wspominając o tym, że z jakiegoś powodu zależy mu na schwytaniu Tabithy.

- Hmm… może jednak powinienem zostać? - zapytał Toris niepewnie.

- Myślę, że nie ma takiej potrzeby, wątpię żeby tak szybko zaatakował ponownie, musiałby najpierw wyjść z podziemi... i chyba nie przepadają za atakowaniem za dnia, skoro za każdym razem starcie z nimi następowało w podziemiach – stwierdził Lukas. Przeszedł się w tę i z powrotem po pomieszczeniu, wodząc w powietrzu kosturem i szepcząc coś niezrozumiałego. - Nie słyszę w pobliżu niczego poza pająkami… - mruknął po chwili – w podziemiach wciąż jest ich pełno, chociaż wydaje mi się, że powoli się wycofują.

- W razie czego po prostu mu przywalisz – stwierdziła wojowniczka, pocierając knykcie. - Z moim perkiem przerobisz go na miazgę, a potem będziesz mógł sobie mdleć.

- Jasne jasne – westchnął Feliks, machnąwszy ręką. - No to idźcie zwiedzać, a ja pobawię się w dziecięcego psychologa. Jakby mi się jednak zmarło czy coś, to lojalnie uprzedzam, że będę każde z was nawiedzać i to co noc.

- Patrzcie go – westchnęła Elizabeta, ruszając w stronę drzwi wyjściowych. - Żeby się samemu wybrać do jakichś paskudnych podziemi i prawie dać się zabić, to nie ma oporów, ale żeby poopiekować się chwilę małą dziewczynką i odpocząć, to się będzie kłócił i narzekał.

Lukas tylko westchnął bezgłośnie, idąc za brunetką, Toris zagryzł wargi niezdecydowany, coś mówiło mu, że po tym wszystkim, zostawienie Feliksa samego nie jest dobrym pomysłem, ale koniec końców ruszył za magiem i wojowniczką.


- Kurwa… - westchnął Feliks, wpatrując się ponuro w sufit. Może i nie spodziewał się wielkich sukcesów podczas negocjacji z Lizzie, ale porażka i tak go drażniła. Wiedział że wojowniczka miała rację, potrzebował odpoczynku, w tym miejscu był względnie bezpieczny i zdawał sobie sprawę, że nieobecność jego kompanów nie potrwa długo… ale i tak ciężko mu było się z tym wszystkim pogodzić. Jeszcze może gdyby nie „zadanie", które przed nim stało, to byłoby to wszystko bardziej znośne. Miał świadomość, że Tabitha może dostarczyć im jakichś istotnych informacji… ale była dzieckiem do ciężkiej cholery, więc jego święta trójca sposobów na zdobywanie danych odpadała zupełnie. Nie miał zielonego pojęcia jak radzić sobie z dziećmi, a tymczasem awansował na zawodową niańkę.

- Dobra, jeśli faktycznie poszli się tylko rozejrzeć, to lepiej brać się za „przesłuchanie" - burknął, stając na nogi. Jeśli coś było w stanie zirytować go bardziej, to tylko kolejna gadka o tym że spierdolił robotę. Z pewnymi oporami poszedł na górę, z jakiegoś powodu czuł się niekomfortowo na myśl o rozmowie, którą chciał przeprowadzić. - Weź się w garść do ciężkiej cholery, nie po raz pierwszy będziesz przepytywał dziecko – mruknął, pokonując kilka ostatnich stopni i opierając się o poręcz, żeby złapać oddech.
Naprawdę potrzebował solidnie odpocząć, skoro pokonanie niezbyt długich schodów przyprawiało go o zadyszkę. Z cichym westchnieniem skierował kroki w stronę starej sypialni Wortona. Ze słów jego kompanów wynikało, że to tam ulokowali Tabithę. Przed drzwiami zawahał się, zastanawiając czy powinien zapukać, po chwili jednak uznał, że to nie ma najmniejszego sensu i po prostu wszedł do pomieszczenia. Z namierzeniem dziewczynki nie miał większego problemu, głównie dlatego, że mała, jak tylko zorientowała się kto przyszedł, odrzuciła kołdrę pod którą się ukrywała na bok.

- Feliks! - pisnęła radośnie Tabitha, uśmiechając się promiennie.

- Eee… no tak… ja… - mruknął blondyn zmieszany. Nie rozumiał z jakiego powodu dziewczynka tak się cieszyła na jego widok. Okej, wyciągnął ją z gniazda pająków, gdzie z pewnością nie czekało na nią nic dobrego, ale wciąż tego nie pojmował. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz ratował kogoś przed śmiercią, ale nie przypominał sobie, żeby któraś z osób, które w przeszłości ocalił, aż tak się cieszyła na jego widok. - Miło cię widzieć w… ee… przy lepszym oświetleniu…

Łotrzyk miał szczerą ochotę palnąć sobie w łeb, tak w uznaniu dla tego jak płynnie i zręcznie zaczął tą rozmowę. Tabitha z kolei nie wyglądała na przejętą tym, że jej rozmówca i wybawiciel chyba zaczynał cofać się w rozwoju i powoli zapominał jak się poprawnie wysławiać.

- Twoi koledzy cały czas mówili, że odpoczywasz – stwierdziła mała z przejęciem. - Ale spałeś tak długo, że zaczynałam się martwić, że umarłeś!

- Łał, dzięki – mruknął blondyn, przewalając oczami. - Wiesz, młoda, umieranie nie jest moją mocną stroną, próbowałem już wiele razy a wciąż żyję… To był tylko taki żart – dodał szybko, widząc jak Tabitha pobladła na twarzy. - Także ten… hmm… lepiej się już czujesz?

- Tak – odparła dziewczynka, kiwając lekko głową. - Tylko nadal trochę boli mnie brzuch – dodała po chwili, krzywiąc się.

- Och… hmm… może czymś się zatrułaś. Jeśli nie będziesz miała nic przeciwko, to jak tylko opuścimy tą potworną dziurę, zaprowadzę cię do mojej siostry. Może nie jest zawodowym lekarzem, ale zna się trochę na medycynie, powinna coś zaradzić na bolący brzuch.

- Oooooch, jest miła? - zapytała dziewczynka z wyraźnym zainteresowaniem.

- Hmm… - Feliks potarł brodę, stwierdzając, że to całkiem dobre pytanie. - Zależy... głównie od tego jak bardzo ją wkurzysz, ale generalnie to tak.

- Tamta pani, która zajmowała się mną kiedy odpoczywałeś, była bardzo miła! Opowiadała mi bajki na dobranoc i obiecała że nauczy mnie pleść warkoczyki… i jak się bić!

Feliks westchnął cicho, to było bardzo w stylu Elizabety, uczyć małe dziewczynki jak spuszczać innym łomot i bajecznie przy tym wyglądać. Kiedy Tabitha zaczęła się rozwodzić nad tym, jak wredni są chłopcy z wioski z której pochodziła, łotrzyk zaczął się nad czymś zastanawiać. A mianowicie, jak wiele dzieci w ogóle przebywało w Nowym Margo? Nie przypominał sobie, żeby z Torisem widzieli jakieś nim wyruszyli do starej wsi, a nie był takim optymistą, żeby uznać, że ta grupa, która została uprowadzona razem z Tabithą, miała tyle szczęścia co mała. No i jeszcze kwestia tego, po co w ogóle dzieci zostały porwane. Musiało mieć to jakiś związek z badaniami prowadzonymi w podziemnym laboratorium… w końcu niektóre z tamtych pojemników były zbyt małe żeby pomieścić dorosłego człowieka. Być może była inna przyczyna, ale jak na razie nie potrafił wymyślić innego powodu.

- Młoda, może to mało delikatne z mojej strony, ale muszę ci zadać kilka pytań – powiedział Feliks, przerywając małej opowieść o tym w jaki sposób wykorzysta umiejętność walki i plecenia warkoczy. - Niestety nie będą one przyjemne… - dodał, przysiadając w nogach łóżka. Zamilkł na chwilę, ze wzrokiem wbitym w zakurzoną podłogę. Starał się wymyślić co mógłby powiedzieć, żeby dodać dziewczynce otuchy, zanim przeszedłby do pytań, ale nic nie przychodziło mu do głowy.

- Na początek… - zaczął, odchrząknąwszy cicho – Chciałbym wiedzieć… Chciałbym, żebyś mi opowiedziała jak się tu znalazłaś. Twoi rodzice opowiadali mi, że bawiłaś się w lesie, razem z innymi dziećmi, zanim zniknęłaś.

- Mhm… - mruknęła dziewczynka. Entuzjazm, który wcześniej okazała na jego widok ulotnił się w mgnieniu oka. Łotrzyk nie był tym zdziwiony, jakby nie patrzeć zmuszał ją do przypominania sobie chyba najgorszych momentów w całym jej życiu. - Bawiliśmy się… wszyscy, wszystkie dzieci z wioski. - Głos Tabithy był bardzo cichy, a wzrok uciekł gdzieś w bok. - Za sklepem Bafro, jest tam tyle fajnych pieńków po których można skakać, wspinać się, które można turlać... Miały być zawody, zrobiliśmy taki fajny tor przeszkód. Ale zanim zaczęliśmy przyszli ci źli ludzie z wioski. Tylko że wtedy jeszcze nie byli źli, powiedzieli nam, że znaleźli coś naprawdę fajnego niedaleko i mogą nam pokazać. Dali nam nawet czekoladki, takie prawdziwe! Niektórzy chcieli powiedzieć rodzicom, że idziemy na wyprawę, ale ci ludzie powiedzieli, że nie trzeba, bo zaraz będziemy z powrotem. Poszliśmy za nimi… ale po drodze poczułam się taka strasznie zmęczona… inne dzieci też… no i zasnęliśmy.

- Mama nigdy ci nie wspominała, że nie powinno się brać poczęstunku od nieznajomych? - zapytał Feliks, unosząc pytająco brew. Było więcej niż jasne, że czekoladki, o których wspomniała Tabitha, były nafaszerowane jakimś środkiem odurzającym.

- Ale oni nie byli nieznajomi… byli z wioski…

- Ach… no tak… - Dziecięca logika bywała naprawdę nieprzewidywalna. - Więc… - Łotrzyk wziął głębszy wdech, miał przeczucie, że teraz zaczną się schody. - Co się stało później? Jak już się obudziłaś?

- Obudziłam się w jakimś dziwnym miejscu… było bardzo ciemno, a dookoła było pełno takich wielkich słoików.

- A pozostałe dzieci?

- Nie wiem – powiedziała dziewczynka tak cicho, że ledwie ją dosłyszał. - Byłam sama… bałam się… bardzo… na początku było cicho, ale potem usłyszałam jakieś syczenie i… i… i płacz i krzyki innych dzieci i… - Mała urwała w pół zdania i skuliła się, obejmując rękoma swoje kolana, wbijając wzrok w przestrzeń.

- Młoda… wiem, że nie chcesz sobie tego przypominać, ani o tym opowiadać, ale proszę… spróbuj… - Feliks starał się jak mógł, żeby jego głos brzmiał w jakimkolwiek stopniu kojąco. - Proszę… potrzebuję tych informacji, żeby pozbyć się potworów i ukarać złych ludzi. - To nie była do końca prawda, nie potrzebował wiedzieć nic więcej, żeby zająć się pająkami i ostatnim (przynajmniej miał nadzieję że ostatnim) Opiekunem, a burmistrza i jego świtę w najlepszym dla nich przypadku posłać za kratki. Jedyne czego jeszcze mógł się dowiedzieć, to czy nie czekają na niego i pozostałych najemników, jakieś inne nieprzyjemne niespodzianki, aczkolwiek wątpił żeby czekało ich coś gorszego niż do tej pory. Jedynym problemem pozostawało znalezienie i unicestwienie królowej… no i ostatni z tych zakapturzonych popaprańców, ale wedle jego przewidywań ten jegomość powinien się znaleźć przy okazji, o ile nie skorzystał z okazji i nie zwiał.

- Mówiłaś, że udało ci się uciec, w jaki sposób?

- Oni… ci źli ludzie w kapturach, chcieli mi coś zrobić… szarpałam się… i uciekłam… biegłam i biegłam i… - Tabitha urwała, dzielnie starając się nie rozpłakać. Nie chciała żeby jej wybawca pomyślał, że uratował małego mazgaja. Feliks cierpliwie czekał na ciąg dalszy, obserwując ją kątem oka. Nie spodziewał się wiele, właściwie był pewny, że mała po prostu się zatnie i nie powie nic więcej.

- Ja… ja nie pamiętam co było dalej – zaszlochała dziewczynka. - Pamiętam tylko że biegłam i było ciemno… chyba zasnęłam… i obudziłam się w tamtej jaskini pełnej potworów. Nie wiedziałam co mam robić… zobaczyłam tamto ciasne miejsce z świecącymi grzybami i schowałam się tam.

- Jesteś pewna, że nie pamiętasz niczego więcej?

- Nie… próbowałam stamtąd wyjść, ale potwory były wszędzie… kilka razy przyszli tam źli ludzie z wioski, ale im się nie pokazywałam… mówili okropne rzeczy…

- Nie wiesz po co tam przychodzili?

- Nie…

- Jesteś pewna, że tylko tyle pamiętasz?

- Tak! - pisnęła Tabitha, rozpłakując się na dobre i odwracając w drugą stronę. - Nie kłamię! Przysięgam!

- No już już, nie twierdzę, że kłamiesz – powiedział Feliks uspokajająco. Jednak mógł sobie odpuścić te dwa ostatnie pytania i tak był pod wrażeniem tego, że młoda nie miała większych oporów przed powiedzeniem mu co wie. Był jej za to wdzięczny, chociaż jednocześnie doszedł do wniosku, że dziewczynka była zbyt ufna i łatwowierna. Jego zdaniem powinna być ostrożniejsza, nawet jeśli wyciągnął ją z pajęczego gniazda. W końcu zdarzało się, żeby wpaść z deszczu pod rynnę…

- Wierzę ci, po prostu chciałem się upewnić i… ee… ten… nie będę już o nic pytał, ale gdybyś coś sobie przypomniała, to byłbym wdzięczny gdybyś… - Zaklął w duchu, kiedy Tabitha zawyła nieco głośniej. - Nie płacz, młoda, błagam... – poprosił lekko spanikowany. - Przepraszam…

Dziewczynka potrząsnęła głową, kuląc się mocniej, wpatrując się z przerażeniem w jakiś obiekt za jego plecami. Spojrzał w tamtą stronę, po czym zaklął po raz kolejny, tym razem na głos.

- Młoda, leć na dół, już! - syknął, rozglądając się za czymś co mogłoby posłużyć mu za broń, bo swoje miecze zostawił na parterze. Tabitha ledwie zdążyła spełznąć z łóżka, a Feliks stanąć na nogi, gdy znajdujące się w sypialni okno rozpadło się z hukiem, zaścielając podłogę odłamkami szkła i drewna.

- Słowo daję, jesteście w ścisłej czołówce najbardziej upierdliwych skurwysynów, z jakimi miałem w życiu do czynienia – oświadczył łotrzyk, zwracając się do istoty, która w tak brutalny sposób, potraktował nieszczęsne okno. Złapał za samotne krzesło, stojące pod ścianą, chyba jedyną rzecz, którą mógł się w miarę obronić, a znajdowała się w jego zasięgu. Zanotował również w pamięci, żeby przywalić następną osobę, która stwierdzi coś w stylu "na bank nic cię nie zaatakuje". - I nawet nie musisz gęby otwierać, żebym wiedział jaki masz do mnie biznes.

W odpowiedzi ostatni z Opiekunów zasyczał rozwścieczony, ale nie zaatakował. Najwyraźniej śmierć jego braci nauczyła go ostrożności, co dla łotrzyka nie oznaczało niczego dobrego. Gdyby Opiekun po prostu się na niego rzucił, to poszedłby za radą Lizzie i najpewniej miał wszystko z głowy. Może nawet starczyłoby mu sił na to, żeby zasłonić czymś rozbite okno, co oszczędziłoby kolejnej wizyty pająków w ratuszu. Tymczasem miał do czynienia z przeciwnikiem, który mniej więcej orientował się do czego był zdolny, więc nie dążył do bezpośredniego starcia… jeszcze.

- „Mam przejebane… znowu" - pomyślał Feliks, cofając się powoli. Nie miał pojęcia, kiedy wróci reszta, za to był pewny, że czyhające na zewnątrz pająki w którymś momencie z chęcią skorzystają z otwartego okna. Nie miał przy sobie broni, która i tak raczej niewiele by zdziałała. Wciąż dokuczały mu rany i był mocno osłabiony. Jedynym atutem jaki posiadał, była moc Lovino, o której jego przeciwnik nie mógł wiedzieć. Problem leżał w tym, że jeśli chciał mieć stuprocentową pewność, że eksplozja wykończy Opiekuna, musiałby zbliżyć się do niego na tyle, żeby móc dotknąć jego ciała, a w obecnym stanie nie miał szans dokonać takiej sztuczki i przy okazji nie dać się zabić. Ogólnie problem z wykorzystaniem zdolności Lovino lub Elizabety leżał w tym, że musiał podejść do przeciwnika. Poza tym mógł to zrobić raz nim zupełnie opadłby z sił, więc jeśli nie zrobi tego dobrze, to równie dobrze mógł po prostu oszczędzić sobie cierpienia i wysadzić własną głowę.

- Zginiesz… - zasyczał Opiekun, zbliżając się powoli do blondyna.

- To już słyszałem – stwierdził Feliks znudzonym tonem.

- Twoja śmierć będzie długa i bolesna…

- To też już słyszałem.

- Zapłacisz za swoje zbrodnie!

- Taaa… to też było na liście – westchnął łotrzyk. - Wymyśliłbyś coś ciekawszego. No chyba, że to są jedyne kwestie jakich wyuczyłeś się przez całe życie.

Opiekun chyba poczuł się urażony jego słowami, bo rzucił się na niego z sykliwym, pełnym wściekłości krzykiem.


- Wiecie… naprawdę mam wrażenie, że jednak powinienem zostać w ratuszu – stwierdził Toris, patrząc w dół spiralnych schodów, prowadzących do podziemi świątyni.

- Hej, wiem, że to wygląda raczej przerażająco, ale z takim czymś też raz na jakiś czas będziesz musiał się zmierzyć – powiedziała Elizabeta, poklepując wojownika po ramieniu.

- Nie chodzi o to, że się boję. Nie wiem czy pamiętasz, ale całkiem niedawno wybrałem się na samotny spacer do ratuszowej piwnicy i połączonego z nią systemu tuneli. To… po prostu… sam nie wiem… - mruknął brunet, starając się rozszyfrować przeczucie które nim targało. - Chyba po prostu się martwię… Wiem, że Feliks jest doświadczonym najemnikiem, ale mocno ostatnio oberwał, a wiemy, że Opiekunowie są groźni. W dodatku nie mamy pewności, czy aby na pewno jest ich tylko trzech i czy Feliks załatwił dwóch, a nie tylko jednego z nich.

- Toris, to słodkie, że się martwisz, ale możesz mi wierzyć – Feliksa ciężej zabić niż na to wygląda – powiedziała wojowniczka.

- Mimo wszystko wolę mieć pewność – mruknął Toris, cofając się kilka kroków. - Zdaję sobie sprawę, że o wiele lepiej znacie jego możliwości…

- Szanse na to, że ratusz zostanie zaatakowany są niskie – wtrącił Lukas, machnięciem kostura wyczarowując kilka świetlnych kul, lśniących zimnym blaskiem.

- Ale jednak są – odparował wojownik. - Możecie to nazwać jak chcecie, ale jednak wrócę, tak dla pewności.

- To leć, nie będziemy cię dłużej zatrzymywać – stwierdziła Elizabeta, uśmiechając się lekko. - Jeśli według ciebie, twój pomysł wydaje ci się lepszy, to nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś go zrealizował. No i na pewno wyjdzie ci na dobre, jeśli nauczysz się samodzielnie myśleć, a nie tylko ślepo wykonywać rozkazy.

- Dzięki. - Toris odwzajemnił uśmiech. - Jak wrócicie to mi opowiecie, jakie paskudne rzeczy mnie ominęły.

- Masz to jak w banku – oświadczyła wojowniczka. - Nie myśl sobie, że będziesz jedyną osobą w tej drużynie, która nie będzie miała nocnych koszmarów, związanych z jakimś upiornym laboratorium w mieście pełnym pająków.

Toris machnął ręką na pożegnanie, bez dalszej zwłoki ruszając w stronę drzwi świątyni. Perspektywa zwiedzania pracowni jakichś nie w pełni ludzkich stworzeń (bo ludzie z reguły nie byli jadowici, a przynajmniej nie dosłownie), nie napawała go entuzjazmem. Poczuł ulgę, mogąc wrócić do ratusza… ale nie chodziło tu o strach. Może było to swego rodzaju przewrażliwienie, ale odkąd tylko opuścił byłą kwaterę burmistrza Wortona, dręczyło go przeczucie, że lada moment wydarzy się coś złego.

- Teraz tylko przygotować się mentalnie na to z czym może wyskoczyć Feliks – mruknął pod nosem, biorąc głęboki wdech. - Skoro Elizabeta wyskoczyła z „to słodkie, że się martwisz", to może być już tylko gorzej… - burknął, czując zdradliwe uczucie ciepła wpełzające mu na policzki.

Będąc mniej więcej w połowie drogi do celu, usłyszał dwa dźwięki, które zmroziły mu krew w żyłach. Dziewczęcy pisk i odgłos pękającego szkła.

- Szlag! - syknął, odrobinę przyspieszając kroku. Nie mógł pobiec, Lizzie i Lukas ostrzegali go, że pomimo tego, iż nieco oczyścili okolicę z pająków, wibracje wywołane biegiem mogą przyciągnąć ich więcej, a to było ostatnie czego teraz potrzebował.

Miał wrażenie, że minęły wieki, nim w końcu stanął przed wejściem do ratusza. Pchnął drzwi ramieniem, jednocześnie sięgając ku rękojeści miecza. Pierwszym co rzuciło mu się w oczy po wejściu do środka, była szlochająca Tabitha kryjąca się za jednym z foteli. Dziewczynka rzuciła mu przerażone spojrzenie, niemo błagając o pomoc. Nim zdążył ją zapytać co się stało i gdzie jest Feliks, gdzieś na piętrze rozległo się łupnięcie pomieszane z głośnym trzaskiem. Chwilę później łotrzyk wystrzelił jak z procy z jednego z pomieszczeń, przelatując nad barierkami oddzielającymi część piętra od głównego holu.

Nie namyślając się zbyt długo, Toris skoczył do przodu, wbił swoją broń w jeden z stojących w pobliżu mebli i rozpostarł ramiona żeby złapać blondyna. Jakoś udało mu się dokonać tej sztuki, chociaż nie mógł powiedzieć, żeby odbyło się to bezboleśnie. Obaj wylądowali na podłodze, przy czym Toris przejechał kawałek po podłodze na własnych plecach.

- … Mówiłem już, że lecę na ciebie? - wymamrotał Feliks, kiedy już jako tako doszedł do siebie po tej kolizji.

- Ta informacja dosłownie zwaliła mnie z nóg – wykrztusił brunet, mrugając zawzięcie, żeby pozbyć się mroczków tańczących mu przed oczyma. - Masz dla mnie jeszcze jakieś ciekawe wieści?

- A mam… tylko że nie będą zbyt miłe – mruknął łotrzyk, staczając się ze swojego towarzysza. - Mam nadzieję, że jesteś gotowy na bitkę, bo ten ostatni pojeb tu jest i zdecydowanie nie ma przyjaznych zamiarów. I lepiej się pośpiesz – dodał słysząc dobiegające z góry syczenie.

- A co z tobą? - zapytał wojownik, zbierając się z podłogi i chwytając za porzucony wcześniej miecz. Rychło w czas, bo zaraz potem z piętra zeskoczył Opiekun.

- Na początek wezmę stąd młodą – odparł Feliks, podnosząc się na czworaka. Jego twarz wykrzywił bolesny grymas, a jedna z dłoni powędrowała w okolice piersi. Cios który otrzymał był naprawdę solidny. Gość praktycznie go staranował, miał szczęście, że mógł się chociaż częściowo zasłonić krzesłem, bo inaczej skończyłby przynajmniej z połamanymi żebrami. - Dołączę do ciebie jak tylko się trochę pozbieram. Więc bądź grzecznym chłopcem, zabaw naszego gościa przez chwilę i nie daj się przy okazji zabić – mruknął, przy drobnej pomocy fotela stając na nogi.

- Uh huh, masz to jak w banku, tylko nie marudź zbyt długo z tym wsparciem. - Toris uniósł miecz, gotów zmierzyć się ze swoim przeciwnikiem. Był jednocześnie poddenerwowany i podekscytowany, przeciwnik raczej nie należał do najprostszych, ale przynajmniej w końcu mógł być użyteczny.

- Chodź młoda, idziemy – powiedział do dziewczynki, kuśtykając w jej stronę. Po drodze zgarnął swoje miecze i torbę. - Idziemy się schować… tam powinno być okej. - Wskazał na drzwi prowadzące do archiwum, nie miał innego pomysłu, a wyjście na zewnątrz na pewno nie było dobrym pomysłem. Tabitha kiwnęła głową, idąc we wskazanym kierunku. Musiała być solidnie wystraszona, bo zbladła jak duch, a jej twarz była zlana potem.

- Nie pozwolę ci zabrać królowej! – krzyknął Opiekun, skacząc w ich stronę. Został powstrzymany przez Torisa, który zastąpił mu drogę i korzystając z okazji sprzedał mu kopa w brzuch. - Z drogi ciepłokrwisty! Pozwolę ci ujść z życiem, jeśli tylko będę mógł dokonać zemsty za moich braci i zabrać królową!

- Nie mam pojęcia o czym bredzisz, ale nie mam zamiaru pozwolić żebyś zrobił im krzywdę – oświadczył wojownik, ponownie przyjmując pozycję obronną.


Jak tylko znaleźli się w archiwum, Feliks zatrzasnął drzwi do pomieszczenia, po czym osunął się po nich na podłogę dysząc ciężko. Miał szczerą nadzieję, że Toris sobie poradzi, albo przynajmniej wytrzyma na tyle długo, żeby nabrał sił by mu pomóc. Chociaż patrząc na swój obecny stan, łotrzyk bardziej był za tym, żeby zdarzył się kolejny cud i Lukas z Elizabetą wrócili jak najszybciej, może niekoniecznie w ostatniej chwili.

- Hej… młoda… dobrze się czujesz? - zapytał patrząc na Tabithę, która zwinęła się w kłębek na kocu, na którym „spał" ostatniej nocy. Dziewczynka miała silne dreszcze, a sądząc po jej minie, dręczył ją okropny ból. Wyglądała jakby nagle zaatakowała ją jakaś paskudna choroba, co było ostatnim czego potrzebowali w chwili obecnej.

- Mój brzuch… - zaskomlała mała, pociągając nosem. - Tak bardzo boli! Zrób coś żeby przestał… proszę… pomóż…

Łotrzyk z chęcią by to uczynił, gdyby tylko wiedział w jaki sposób ma to zrobić. Nie miał ze sobą żadnych leków… a nawet gdyby miał, to nie był pewny czy odważyłby się je podać, nie wiedząc co dokładnie dolega dziewczynce. Miał tylko miksturę regeneracji, ale jej użycie nic nie dawało w przypadku choroby.

- Mogę spróbować, ale… - mruknął Feliks, podpełzając do małej. - Cholera jasna, czemu w takich sytuacjach nie mam pod ręką Hedviki… - syknął, starając się wymyślić co ma teraz zrobić. Jakoś udało mu się zmusić Tabithę, żeby położyła się na plecach, jednak zanim zdążył choćby spróbować dotknąć jej brzucha, by ją zbadać, mała błyskawicznie przekręciła się na bok i zwymiotowała… wyjątkowo obficie jak na kogoś, kto w ciągu ostatnich dni mało co zjadł. A tym co było w tym najgorsze był fakt, że zwymiotowała krwią.

- Cholera… - Łotrzyk otarł usta dziewczynki fragmentem koca na którym leżała. Po upewnieniu się, że młoda nie puści kolejnego pawia, ponownie pomógł jej położyć się na plecach, podpierając tak, żeby jej tułów był nieco uniesiony. - Krew… jeśli to zwykły krwotok wewnętrzny, to mikstura mogłaby zadziałać… o ile tylko nie porzyga się znowu… - mruknął pod nosem. Krzyki, jęki i płacz dziewczynki wibrowały mu w uszach… potrząsnął głową żeby nieco rozjaśnić myśli, a następnie położył dłoń na brzuchu Tabithy i nacisnął delikatnie.

- Co do… - wymamrotał, otwierając szerzej oczy. Spodziewał się, że brzuch małej będzie twardy, nabrzmiały od zebranej w trzewiach krwi. W żadnym przypadku nie oczekiwał, że w odpowiedzi na jego dotyk, we wnętrzu dziewczynki zacznie się gotować. Tu i ówdzie skóra wybrzuszała się na tyle mocno, że widać to było nawet przez ubranie… to nie było normalne, to nie były objawy jakichkolwiek naturalnych dolegliwości. Wyglądało to tak jakby…

Feliks zbladł, gdy dotarło do niego o co w tym wszystkim chodzi. W końcu domyślił się, jakim cudem Tabitha przeżyła w gnieździe pełnym pająków, dlaczego w ogóle przeżyła, jako jedyna z całej grupy dzieci. Stało się jasne, dlaczego Opiekunom tak zależało na jej odzyskaniu i dlaczego nazywali ją królową.

Młoda nosiła w swoim wnętrzu jajo kolejnej królowej. Dlatego nie została kolejnym obiektem doświadczalnym w podziemnym laboratorium. Dlatego pająki nie zrobiły jej krzywdy. Prawdopodobnie jajo zostało złożone po tym jak dziewczynka „uciekła". Może dorwali ją Opiekunowie i zaciągnęli do gniazda, może została schwytana przez pająki i dostarczona do leża królowej.

Niezależnie od tego, co dokładnie miało miejsce wtedy, to co działo się teraz, jasno wskazywało na to, że przyszedł czas „narodzin".

- Do kurwy i nędzy… Jestem pierdolonym kretynem... - wykrztusił Feliks, przez ściśnięte gardło. W takim układzie było za późno na ratunek, do tej pory próbujący wydostać się ze swojego „inkubatora" pająk, zdążył zrobić sieczkę z wnętrzności Tabithy. Gdyby wcześniej się domyślił… może Lukas albo Hedvika daliby radę zrobić coś, co ocaliłoby dziewczynce życie.

- Feliks… pomóż… proszę – zaszlochała Tabitha, po czym wydała z siebie kolejny przeszywający okrzyk bólu.

- Ja… - Łotrzyk wziął głęboki wdech. - Mogę sprawić żeby przestało boleć… ale będziesz musiała poczekać trochę dłużej, żeby zobaczyć swoich rodziców.

- Proszę… chcę żeby przestało...

Spełnił jej prośbę, szybko i bezboleśnie. Jednym ze swych mieczy ukrócił cierpienia dziewczynki, przy pomocy drugiego upewnił się, że potwór, który dojrzewał w jej wnętrzu, nie ujrzy światła dziennego.

- Przepraszam mała… to się nie miało tak skończyć – wyszeptał znużony. To zlecenie zaczynało go po prostu męczyć, nie był w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to dobrze, czy źle, że je wziął. Jak na razie wszystko szło po prostu chujowo, a wciąż jeszcze mogło być gorzej, jakby nie patrzeć, wciąż było kilku kandydatów którzy mogli stracić życie, z nim włącznie. Mógł wybrać coś łatwiejszego, odpuścić to zadanie w momencie w którym zorientowali się z Torisem, że coś jest nie tak, zgłosić wszystko komu trzeba i zabrać się za inne zlecenie... A skoro o Torisie mowa, to zdał sobie sprawę, że zrobiło się trochę za cicho...

Po chwili, która zdawała się ciągnąć niemiłosiernie długo, do jego uszu dotarły pośpieszne kroki, zmierzające w stronę archiwum. Łotrzyk zamknął oczy, wzdychając ciężko. Był zbyt zmęczony psychicznie i fizycznie, żeby zdziałać cokolwiek, więc po prostu czekał. W końcu drzwi się otworzyły… i ponownie zapadła cisza.

- Co… coś ty zrobił?!

Dobra wiadomość była taka, że Toris przeżył. Zła natomiast, że musiał mu teraz tłumaczyć, czemu wokół było pełno krwi i dlaczego ściskał rękojeść miecza, wciąż wbitego w brzuch martwej Tabithy. Niby nic skomplikowanego, ale znając bruneta i jego światłe poglądy względem niektórych spraw, mogło to nie być takie proste.


No to teraz znowu chwilka przerwy, a potem kolejny rozdział.

Pamiętam, że ktoś kiedyś stwierdził, że arc (że pozwolę sobie użyć tego terminu) jest okej, ale ciągnie się za długo... coś w tym stylu.

No cóż, dużo go już nie zostało, chociaż pewnie i tak zajmie mi to jeszcze kilka rozdziałów :v
Dla tych, którzy narzekają na to, że jakiś wątek "trwa za długo" to nie mam dobrych wieści...

Krócej nie będzie XD
Nie umiem XD
W ogóle to już chyba wspominałam, że co do tego konkretnego fika, to ja już na początku wiedziałam, że będzie niemiłosiernie długi XD

Ciekawe czy dożyje momentu w którym go skończę... Słoneczna sekta chyba zrozumiała, że sekty są złe i nie będzie mnie miał kto wskrzesić ¯\_(ツ)_/¯

Na koniec chciałam się odnieść do pewnego komentarza odnośnie Smoka (ach jak ja uwielbiam długie komentarze). Mianowicie chciałam powiedzieć, że bardzo mi miło, że są ludzie, którzy doceniają moje starania co by świat przedstawiony w fiku ubarwić i ciekawszym uczynić.

Widzimy się w następnym rozdziale. Klasycznie nie jestem pewna z czego, ale może strzelę kolejny ze Smoka... albo z 2p bo dość dawno nie było... cóż, na pewno mam w czym wybierać XD