Ten rozdział to prawdziwa mieszanka. No cóż, niektóre już tak mają.
Rozdział szesnasty: Winny do czasu udowodnienia niewinności
Harry skrzywił się z rezygnacją, kiedy Lucjusz przyłożył mu mocno dłoń do pleców i odeskortował go do ministerstwa. Poprzedniego dnia otrzymali sowę od Madam Shiverwood, która zaprosiła go tego dnia na ich drugie przesłuchanie – które ona pewnie nazwała małą pogawędką. Niestety, Narcyza miała już inne plany tego ranka, bo musiała się wybrać na spotkanie z Henriettą Bulstrode, prawdopodobnie żeby odpowiedzieć na subtelne pytania względem zdolności Harry'ego do dowodzenia.
Harry wolałby się tam udać razem z nią. Rozmowa z Henriettą Bulstrode była niczym w porównaniu do pogawędek z Madam Shiverwood.
To, rzecz jasna, sprawiło, że tylko Lucjusz mógł go zabrać do ministerstwa, ponieważ wszyscy w rezydencji rzucili Harry'emu chłodne spojrzenie, kiedy ten zasugerował, że może po prostu udałby się tam sam. Harry pochylił tylko głowę i nie zaprotestował, ale w sercu mu wrzało z protestu. Czemu powinien się martwić o jeszcze jednego, potencjalnego zakładnika w razie ewentualnej walki? Przecież Voldemort albo jego śmierciożercy zaatakują przede wszystkim ludzi, którzy będą znajdowali się w towarzystwie Harry'ego, świadomi tego, że Harry prędzej zginie niż pozwoli, żeby coś im się stało. Harry nie pojmował, czemu nie wolno mu było wybierać się na takie wycieczki samemu. W razie ataku Voldemorta czy śmierciożerców wolałby, żeby walka odbyła się tylko między nimi.
Udali się prosto do departamentu do spraw magicznej rodziny i praw dziecka, a Lucjusz wymienił kilka chłodnych kiwnięć głowy z mijającymi ich ludźmi. Harry przyglądał mu się z rozbawianiem, odwracając swoją uwagę od zbliżającego się przesłuchania. Lucjusz stracił mnóstwo prestiżu w ministerstwie, kiedy Knot zwrócił się z taką paniką ku Światłu, a fakt, że obecny minister był szczerze oddany Światłu, też mu pewnie nie pomagał. Harry jednak podejrzewał, że nawet w takich czasach w ministerstwie wciąż znajdowali się ludzie, którzy byli gotowi posłuchać się pieniądza, nawet jeśli zignorowaliby słowa mrocznego czarodzieja. Scrimgeourowi to pewnie nie przeszkadza, nawet jeśli wolałby nie mieć Lucjusza w swoim ministerstwie, ale Lucjusz nie był Lordem, a przekupstwo było jednym ze sposobów, których zwykli czarodzieje używali, żeby dopiąć swego w ministerstwie. Uważał pewnie raczej, że jego obowiązkiem było wyrzucić ze stanowiska tych, których w ogóle dało się przekupić.
– Jesteśmy na miejscu. – Lucjusz zatrzymał się przed drzwiami Madam Shiverwood. – Ufam, że wyjdziesz ze swojej rozmowy o jedenastej, Harry.
– Tak, proszę pana – powiedział Harry, po czym westchnął i przyłożył rękę do drzwi.
Choć tym razem otworzyły się, ukazując ten sam pokój, to nie ukazały tego samego wyrazu twarzy. Madam Shiverwood wyprostowała się za swoim biurkiem i przyjrzała mu się surowo.
– Harry – powiedziała, kiwając szybko głową. – Usiądź, proszę.
Harry zajął stojący przed jej biurkiem fotel, obserwując ją z namysłem. Jej oczy śledziły każdy jego ruch. Miała dłonie splecione przed sobą i im dłużej mu się przyglądała, tym bardziej jej kostki bielały od zaciskania się. Odkaszlnęła i choć był to delikatny dźwięk, Harry nie sądził, żeby oznaczał on jakąkolwiek łagodność, którą chciałaby mu okazać. Przyglądała mu się nieco zbyt surowo.
– Zamknij drzwi, proszę – powiedziała.
Harry wykonał gest, a jego bezróżdżkowa magia popchnęła drzwi, które zamknęły się przed lekko rozbawioną miną Lucjusza.
– No dobrze. – Madam Shiverwood przekładała przez chwilę papiery na swoim biurku, po czym pochyliła się nad blatem. – Dowiedziałam się więcej na temat tego, co wycierpiałeś, Harry. Zobaczyłam już wszystkie wspomnienia z myślodsiewni i przeczytałam wszystkie raporty. – Zamilkła na moment, jej nozdrza otworzyły się szerzej, zanim nie odezwała się znowu. – Czemu nikomu o tym nie powiedziałeś?
Harry nie był pewien, co się zmieniło, ale uznał, że bardziej lubi tę nową Madam Shiverwood. Była wyraźnie wytrącona z równowagi i zdawała się być przez to mniej inteligentna. Być może zobaczenie tych wspomnień tak ją zaniepokoiło. Miał jednak zamiar to wykorzystać.
– Ponieważ moja matka upewniła się, żeby nigdy mi to nie przyszło do głowy, proszę pani – powiedział. – Mówiła mi, że mam to zachować w tajemnicy, że nikt nie powinien się dowiedzieć, że Connor nie jest w stanie tego wszystkiego zrobić sam. No i powiedziała mi, że nikt spoza naszej rodziny i tak by tego nie zrozumiał. Nie należeli do naszej rodziny, więc nie zrozumieliby tego i powiedzieliby mi, że to było coś złego. – Co po części wciąż jest prawdą. – Poza tym przez większość czasu w ogóle nie myślałem o tym jak o znęcaniu się.
– Mimo wszystko po tym wszystkim, co ona ci zrobiła... – Madam Shiverwood zacisnęła ręce na swoich papierach. – Kiedy zacząłeś myśleć o tym jak o znęcaniu?
Harry spróbował się nad tym zastanowić. Na dobrą sprawę słowo to pojawiło się pod koniec drugiego roku, podczas tych strasznych chwil w Komnacie Tajemnic, kiedy jego pudełko otworzyło się na oścież, a jego cicha osobowość pożarła część magii Voldemorta.
– Na kilka miesięcy przed tym, zanim skończyłem trzynaście lat – powiedział cicho.
– I mimo to wciąż nie przyszło ci do głowy, żeby komuś o tym powiedzieć? – skrzeknęła Madam Shiverwood wysokim tonem.
– Nie, przez wzgląd na powody, o których już pani powiedziałem. – Harry poprawił się w fotelu tak, żeby bardziej bezpośrednio spojrzeć Madam Shiverwood w oczy. Jego miejsce wciąż znajdowało się poniżej poziomu jej biurka, co mu się nie podobało, ale miał zamiar upewnić się, że i tak wykorzysta każdą możliwą przewagę, jaką miał pod ręką. – Czemu tak trudno to pani zrozumieć? – dodał. – Ostatnim razem zdawała się pani znać mnie lepiej niż ja znałem samego siebie.
– Tak długo się nad tobą znęcano – powiedziała miękko Madam Shiverwood, której dłonie zaciskały się teraz na krawędzi biurka. – Po prostu starał się pojąć, jakim cudem zaraportowano to dopiero, kiedy skończyłeś już czternaście lat.
Harry poczuł, jak wzbiera w nim zniecierpliwienie. No, skoro ona zachowuje się nieracjonalnie, to nie będzie w stanie wykorzystać mojej nieracjonalności przeciwko mnie.
– Bo nie chciałem, żeby ktokolwiek to zaraportował – powiedział. – Gdyby wszystko poszło po mojej myśli, to nigdy nikt by się o tym nie dowiedział. Poradziłbym sobie z wybaczeniem moim rodzicom i Dumbledore'owi. Nikt nie powinien się wtrącać w coś, co powinno pozostać prywatną sprawą godzenia się i wybaczenia.
– Ale tu nie chodzi tylko o to! – Madam Shiverwood pochyliła się nad swoim biurkiem, jakby miała się zaraz na niego rzucić. – Tu chodzi o sprawiedliwość, karę, żebyś zobaczył jak ci, którzy cię skrzywdzili, dostają to, na co zasłużyli, Harry. Naprawdę nie obchodzi cię, że gdyby nie raport, to twoi rodzice wciąż byliby na wolności, zdolni do robienia wszystkiego, co by im tylko przyszło do głów, łącznie z dalszym krzywdzeniem cię?
– Gdyby skrzywdzili kogoś innego, to uważałbym to za moją winę i czułbym się źle z tego powodu – powiedział Harry, prostując się w fotelu i podnosząc głowę wysoko. – Gdyby skrzywdzili mnie, to jakoś bym to zniósł. Spodziewałem się, że zanim zdołam ich wyleczyć, to zadaliby mi jeszcze kilka ran.
– Ciężar leczenia ich nigdy nie powinien był leżeć na twoich barkach – powiedziała Madam Shiverwood, znowu nabierając łagodnego tonu, po czym odwróciła od niego twarz. Harry zauważył, że ociera łzy krańcem szaty i zagapił się na nią. Ona naprawdę za bardzo się tym wszystkim przejmuje. Powinna być w stanie zdystansować się do całej sprawy.
– Czy coś się stało, Madam Shiverwood? – zapytał tak łagodnie, jak tylko mógł. – Czy chce pani, żebym sobie poszedł?
Madam Shiverwood zamrugała na niego.
– Płaczę nad twoim losem – powiedziała. – Bo wygląda na to, że sam nie masz zamiaru przelać żadnych łez nad swoją własną sytuacją. – Jej wzrok przyczepił się znowu do jego twarzy, jakby był tam przygwożdżony. – Czy zrobiłeś to, o co cię prosiłam i pozwalałeś sobie na jedną przyjemność albo zachciankę każdego dnia?
Harry zalał się rumieńcem i wiedział, że to był odpowiedzią samą w sobie.
– Harry. – Szepnęła jego imię. – Dlaczego?
– Bo to głupie – powiedział Harry wprost. – Nie ma nic wspólnego z leczeniem mnie. W dodatku nie mogę... – Zamilkł. To, co chciał w tym momencie powiedzieć, brzmiało głupio, ale z drugiej strony, Madam Shiverwood i tak się zachowywała niepoważnie. Jeśli powie to teraz, to będzie to brzmiało po prostu głupio. Jeśli zaczeka, aż ta wróci do równowagi psychicznej, to będzie, jakby się przyznawał do słabości. – Nie przychodzi mi do głowy nic, czego mógłbym chcieć – dokończył.
W oczach Madam Shiverwood pojawiło się więcej niepokoju, ale Harry odniósł wrażenie, że przez ich załzawienie zrobiły się też jaśniejsze. Wyciągnęła kawałek pergaminu i pióro z jednej z szuflad ze swojego biurka, po czym położyła je po jego stronie blatu. Harry siedział tylko i nie wykonał żadnego ruchu, żeby po nie sięgnąć, gapiąc się tylko na nią.
– Zrób listę rzeczy, które sprawiają ci przyjemność – powiedziała cierpliwie, jakby już raz dała mu te instrukcje. – Potem będziemy mogli opracować sposoby, żebyś mógł je zdobyć.
Harry prychnął, ale pochylił się przed siebie i przyzwał do siebie pergamin i pióro, opierając je o swoje udo, żeby mógł pisać swobodnie dłonią. Zauważył, że wzrok Madam Shiverwood przeskoczył na moment do jego kikuta i zobaczył w jej oczach przerażenie. Czemu? Przecież to nie tak, że miała z jej stratą cokolwiek wspólnego. Jeśli zacznie mi współczuć jej braku, to chyba ją kopnę. Pochylił głowę i zaczął pisać, przyciskając mocno pióro do pergaminu.
Pomaganie ludziom.
Leczenie ludzi.
Dawanie innym ludziom tego, czego chcą.
Potem zrobiło się ciężej. Harry zawahał się, bawiąc się piórem i zastanawiając się, co jeszcze lubił i czego chciał. Och, oczywiście.
Uwalnianie magicznych stworzeń.
Niszczenie sieci.
A potem... cóż. Harry zmarszczył brwi, przyglądając się pergaminowi i zastanawiając, czy naprawdę powinien napisać coś jeszcze. Istniały pewne pomniejsze przyjemności, na które sobie czasami pozwalał, ale większość z nich można było dopisać do tych, które już napisał. Usłyszał jednak, jak Madam Shiverwood zmienia pozycję na fotelu i nabiera tchu, więc wrócił szybko do pisania.
Warzenie eliksirów.
Latanie.
To drugie dodał z pewnym wahaniem. Poza sytuacjami takimi jak wtedy, kiedy poleciał na miotle w zeszłym roku, żeby powstrzymać smoki, albo kiedy starał się poddać gry quidditcha dla Connora, naprawdę nie był w stanie sobie przypomnieć, kiedy właściwie korzystał z latania, żeby pomagać innym. To, oczywiście, oznaczało, że była to dokładnie tego rodzaju zachcianka, którą Madam Shiverwood chciała zobaczyć na tej liście, ale dla niego zdawała się prawdziwą stratą czasu. Harry raczej nie miał zamiaru grać w tym roku w quidditcha. Niby czemu by miał? Miał inne sprawy na głowie, a łapanie znicza było niewielką przyjemnością w porównaniu do czasu, jaki zajmował trening.
Przekazał Madam Shiverwood pergamin, a ta przyjrzała się mu w ciszy. Ku irytacji Harry'ego, wyglądała, jakby miała się zaraz znowu rozpłakać.
Zerknęła na Harry'ego, ocierając policzki.
– Po prostu będziemy musieli znaleźć ci więcej samolubnych przyjemności, to wszystko.
– Nie rozumiem po co. – Harry przesunął się z jednego końca fotela w drugi, żałując że nie jest teraz sam. – Skoro mam dochodzić do siebie po latach znęcania się nade mną, to czy nie powinienem raczej na tym się skupić?
– Przez wzgląd na wyjątkowe okoliczności twojej sprawy, to naprawdę liczy się jako pomoc przy twoim leczeniu – powiedziała łagodnie Madam Shiverwood. – Chcę, żebyś był w stanie cieszyć się z życia dla niego samego, Harry, albo dla samego siebie. Twoja matka wytrenowała cię, żebyś nienawidził wszystkiego, co dobre...
– Nie nienawidził – przerwał jej Harry, uważając to za istotną sprawę. Inaczej mogą spróbować osądzić Lily za coś, czego tak naprawdę nie zrobiła. – Po prostu obywał się bez nich. No i czasami panikował, jeśli ktoś zbyt intensywnie spróbuje mnie do nich zmuszać. – Pomyślał niespokojnie o sesji łaskotek, przez którą Draco przeciągnął go poprzedniej nocy. Wszystko było w porządku, póki palce Dracona nie zatrzymały się na jego skórze odrobinę za długo, bo wtedy nagle poczuł, jak stary strach ponownie zaczyna w nim wzbierać.
Ale z tym będę sobie radził z pomocą Draco. Nie Madam Shiverwood. Harry założył ręce na piersi i spojrzał się na nią z uporem.
– To nawet gorzej – powiedziała cicho Madam Shiverwood. – Sprawiła, że piętnastoletni chłopiec nie jest w stanie pomyśleć o zajęciach, które sprawiają mu przyjemność. – Ponownie przyjrzała się jego liście. – Od tej chwili, Harry, chcę, żebyś każdego dnia robił przynajmniej jedną rzecz, tak długo, jak ona naprawdę będzie sprawiała ci przyjemność i nie będzie wymagała od ciebie pomagania innym ludziom.
– Ale nie mogę przecież codziennie warzyć eliksirów i latać – zaprotestował Harry.
– Od tej chwili możesz – powiedziała Madam Shiverwood, po czym westchnęła. – Chociaż sama nie wiem, czemu miałabym teraz oczekiwać po tobie, że mnie posłuchasz, skoro nie zrobiłeś tego ostatnim razem i najwyraźniej nie jesteś już tak skłonny do wyleczenia się...
– Jestem – powiedział Harry. Ona naprawdę tego nie rozumie. – Naprawdę chcę się wyleczyć. Ale nie mogę tego zrobić w sposób, który będzie zajmował za dużo mojego czasu. Zbyt wielu ludzi na mnie polega. – To przynajmniej nie powinno jej zaskoczyć, przecież musiała wiedzieć, co na jego temat wypisują ostatnimi czasy gazety.
– Leczenie powinno być w tej chwili twoim priorytetem, Harry – powiedziała Madam Shiverwood. – Inni ludzie zrozumieją, jeśli będą musieli trochę zaczekać na twoją pomoc. To jest w tej chwili też i mój priorytet.
Tu się dzieje coś naprawdę dziwnego, chociaż nie wiem, które wspomnienie, albo jaki rodzaj magii, mogły sprawić coś takiego. Harry odchylił się w swoim fotelu.
– Ale pani przecież nie zajmuje się tylko moją sprawą. Ma pani też inne dzieci na głowie. Może je pani skrzywdzić przez zaniedbanie, jeśli tak mocno skupi się pani na mnie.
– W tej chwili inne sprawy nie wymagają ode mnie równie wielkiego zaangażowania – powiedziała Madam Shiverwood. – Dzieci, których one dotyczą, są w dobrych relacjach ze swoimi opiekunami, albo z rodzicami, którzy ich nie dręczyli, czy innymi krewnymi. Ty nie masz nikogo, kto miałby z tobą tak bliski kontakt, Harry, może poza twoim opiekunem...
– Nie chcę go jako mojego opiekuna – powiedział szorstko Harry, czując, jak wzbierają w nim te emocje, nad którymi nie miał jeszcze kontroli, a które pojawiały się, ilekroć myślał o Snape'ie. Snape'a jednak tutaj teraz nie było, więc wyjdzie na idiotę, jeśli zacznie się nad nim rozwodzić przed Madam Shiverwood. Wykonał kilka głębokich oddechów, żeby się uspokoić, po czym spojrzał jej w oczy. – Próbowałem poprosić ministra o zabranie mu praw nade mną. Nie zgodził się na to.
– Potrzebujesz dorosłego, który będzie się tobą zajmował, Harry – powiedziała Madam Shiverwood. – To się robi coraz bardziej oczywiste. Skoro minister nie zgodził się na odebranie Severusowi Snape'owi praw rodzicielskich nad tobą, to mogę się tylko domyślić, że w jego mniemaniu ten człowiek dobrze sobie z tobą radzi.
– Dobrze mu wychodzi doprowadzanie mnie do szału, to pewne – burknął Harry.
– Dlaczego?
Harry zerknął na nią z ukosa. Mam wrażenie, że jej właśnie zależy na wysłuchiwaniu tego rodzaju głupot. Może jeśli jej o tym powiem, to przekona się, że naprawdę chcę się wyleczyć. Jej propozycje naprawdę na nic mi się nie przydadzą, w dodatku zajmą mi za wiele czasu.
– Zna mnie pewnie lepiej niż dowolny inny dorosły – przyznał niechętnie Harry. – Uratował mnie i pomagał mi niezliczoną ilość razy i nie wątpię, że tym razem też mu się wydawało, że to właśnie robi. – Harry pochylił głowę, żeby ukryć wyraz swoich oczu. – Ale ponieważ mnie znał, wiedział, że nie będę w stanie wybaczyć mu tego, co zrobił moim rodzicom i Dumbledore'owi. Gdyby jego zarzuty dotyczyły innych spraw, zbrodni, które popełnili, ale za które nie musieliby przypłacić życiem, to tak, jasne, byłbym w stanie zrozumieć, czemu to zrobił. Ale nie tego rodzaju zbrodnię. Nie tego rodzaju zarzuty. To jest... to, co zrobił, jest po prostu nieludzkie, a on nie powinien był tego robić, zwłaszcza kiedy wiedział, że by mi się to nie spodobało.
– Czy to znaczy, że opiekun zawsze powinien robić tylko to, co by się podobało dziecku? – zapytała łagodnym tonem Madam Shiverwood.
Szlag. Tego się nie spodziewałem.
– Nie – powiedział Harry. – Ale tu nie o to chodzi. Chodzi mi o to, że inne dzieci potrzebują takich opiekunów, ponieważ nie są w stanie same się sobą zająć, czy poradzić sobie z dorosłymi, którzy mogliby ich skrzywdzić. Snape wie, że ja byłbym w stanie. A to oznacza, że to, co zrobił, staje się tym bardziej niewybaczalne.
– Jesteś w stanie wybaczyć swoim rodzicom, a mimo to nie jesteś w stanie wybaczyć jemu?
– Oni mnie nie znają – powiedział Harry ze zniecierpliwieniem. – Znają tylko chłopca, którego im się wydaje, że stworzyli. Snape zna mnie, a mimo to i tak to zrobił.
– To mi mówi – powiedziała Madam Shiverwood, splatając znowu dłonie przed sobą – że był gotów na utratę twojej miłości, a nawet twojego przebaczenia, dla twojego dobra i bezpieczeństwa. Wiele też tym ryzykował. Kiedy się o tym dowiedziałeś, byłeś pełen tak surowych emocji, że dzięki swojej magii mogłeś go zniszczyć, czy zrobić coś więcej, jak tylko na niego nakrzyczeć. Z pewnością się od niego odwróciłeś. Ale przynajmniej teraz może żyć i wiedzieć, że jesteś bezpieczny, nawet jeśli z dala od niego. To świadczy o naprawdę wielkiej miłości. Jeśli zna cię lepiej niż twoi rodzice, tak jak sam powiedziałeś, że zna, to dobrze wykorzystał swoją wiedzę.
– Gdyby naprawdę mnie kochał, to pozwoliłby mi się tym samemu zająć – powiedział Harry. – Wiedział, jak strasznie mi na tym zależało. – Nie miał zamiaru przyznać, że w słowach Madam Shiverwood było nieco racji. Co oczywiście nie przygotowało go na to, co padło z jej ust w następnej kolejności.
– Opieka nad dzieckiem nie oznacza, że powinno mu się na wszystko pozwalać – powiedziała łagodnie. Odchyliła się w swoim fotelu i przyjrzała mu. – Chcę cię również poprosić, żebyś pomyślał o profesorze Snape'ie, Harry – dodała. – W bardzo wyraźny sposób jak do tej pory w ogóle tego nie robiłeś i odsuwałeś od siebie związane z nim emocje. Gdyby tak nie było, to mam wrażenie, że łatwiej by ci teraz przychodziło dobieranie argumentów za i przeciw niemu.
Harry przełknął ślinę, czując się, jakby miał ostrza noży w gardle.
– A o czym takim miałbym myśleć, proszę pani? O tym, że chcę go zawiesić nad jamą pełną węży i dyndać nim głową w dół, póki nie przeprosi moich rodziców i Dumbledore'a?
– Jeśli w ten sposób będzie ci łatwiej uporać się ze swoimi emocjami – powiedziała Madam Shiverwood. – Zrozum, Harry. Nie mówię, że musisz mu wybaczyć. Proszę cię tylko, żebyś o tym pomyślał. Nie robiłeś tego, co w wyraźny sposób spowalnia twój proces leczenia i sprawia, że robisz się niezgrabny w wyrażaniu samego siebie w chwili, w której rozmowa schodzi na niego. Zaleczanie ran, które wierzysz, że ci zadał, również jest częścią tego procesu. Myśl o nim, wyobrażaj sobie rozmowy z nim, dyndaj nim nad jamą pełną węży, jeśli tego chcesz. Wiem, że niebawem wrócisz do szkoły. Jak sobie z nim wtedy poradzisz, skoro teraz nie jesteś w stanie nawet znieść rozmowy o nim?
Harry też się nad tym zastanawiał, gdzieś w odległym kąciku swojego umysłu. Miał teraz jednak tak wiele innych spraw na głowie – zwłaszcza w rezydencji Malfoyów, z Draconem tak blisko siebie przez cały czas – że ta myśl cały czas spływała gdzieś do tyłu, niczym woda. Westchnął, przyznając, że może jednak ma rację.
– No dobrze, proszę pani. Spróbuję.
Madam Shiverwood kiwnęła z satysfakcją głową.
– A co z jedną przyjemnością na dzień?
Harry zmarszczył na nią brwi.
– Czuję się, jakbym był małym dzieckiem, a pani kazała mi wyjść na dwór, pobawić się.
– Nie robię tego, o ile sam nie chcesz się znaleźć na dworze – powiedziała Madam Shiverwood. – Zachęcam cię jednak, żebyś się pobawił.
– To brzmi jeszcze bardziej dziecinnie – jęknął Harry.
Madam Shiverwood pokręciła lekko głową.
– Gdybyś sięgnął po Proroka, przekonałbyś się, że przez wielu ludzi wciąż jesteś postrzegany jako dziecko – powiedziała. – Czas najwyższy, żebyś się do tego przyzwyczaił, Harry, zamiast dalej się temu opierać. Jeśli naprawdę chcesz być kimś więcej niż tylko dzieckiem, nad którym się znęcano, to powinieneś wykorzystać tę okazję do wyrośnięcia ponad to, a możesz się nauczyć, jak tego dokonać, jeśli nauczysz się bawić i cieszyć życiem, jak to robią wszyscy normalni dorośli. Chyba, że wydaje ci się, że dorośli porzucają wszystkie przyjemności w chwili, w której kończą osiemnaście lat? – dodała, a Harry nie chciał odpowiedzieć jej na to uśmiechem, ale też nie był w stanie go do końca ukryć.
– No pewnie nie – powiedział. Nie wymówił na głos swoich myśli, ale miał też inny powód, przez który uważał, że takie przyzwyczajanie się do przyjemności może się przerodzić w zły nawyk. Co, jeśli się w ten sposób odpręży na noc przed walką albo kiedy Voldemort wykona niespodziewany i agresywny ruch przeciw czarodziejskiemu światu? Może nie być w stanie skupić się z powrotem na czas czy panować nad emocjami w wystarczający sposób, żeby odpowiednio poradzić sobie z taką sytuacją.
– Ja wiem, że nie – powiedziała Madam Shiverwood. – Chciałabym, żebyś tym razem spisał mi swoją obietnicę, Harry, i podpisał ją swoim imieniem. Czy raczej swoje obietnice, bo naprawdę chcę, żebyś zaczął myśleć o swoim opiekunie. – Przysunęła w jego kierunku pióro i pergamin.
Niechętnie, skupiając się na radosnej myśli, że zaraz będzie miał tę głupią, upokarzającą sytuację za sobą, Harry podniósł pergamin i zaczął pisać.
Lucjusz nie czekał za drzwiami, jak tylko te zamknęły się za Harrym, pozostawiając go pod czułą opieką Madam Shiverwood. Zamiast tego ruszył w dół korytarza, dotarł do wind i spokojnie wszedł do tej, która zabrała go do departamentu regulacji i kontroli magicznych stworzeń.
Kilku ludzi gapiło się na niego, kiedy ich mijał, ale większość nie oderwało wzroku od swoich papierów, albo uporczywie odwracało od niego wzrok. Lucjusz nie miał tu wielu przyjaciół. Jeszcze półtora roku temu, zanim Knot doznał swojego lekkiego ataku paranoi, był tu częstym bywalcem. Lucjusz, naturalnie, nie przejmował się ani wpatrzonymi w siebie oczami, ani tymi, które się od niego odwróciły. Podszedł tylko spokojnie do drzwi swojego najbliższego przyjaciela w ministerstwie i zapukał.
Czas odnowić starą znajomość.
Drzwi otworzyły się niemal od razu. Miały na sobie osłonę, która otwierała je automatycznie przed tymi, którymi Aureliusz Flint ufał. Lucjusz nie wiedział, co się działo z tymi, którym nie ufał. Możliwe, że wybuchała im w twarz. Aureliusz niepokojąco dobrze radził sobie z klątwami.
– Lucjuszu – powiedział Aureliusz, podnosząc wzrok i przyglądając mu się z obojętnym, pustym wyrazem oczu. Lucjusz musiał podziwiać opanowanie tego człowieka. Równie dobrze mógłby mu się przyglądać żuk. Nie było to równie czarujące co chłód Lucjusza, oczywiście, który mógł być kontrolowany na kilku poziomach ciepła, w zależności od sytuacji, ale Aureliusz nie zajmował pozycji, która wymagała od niego uroku. Był on, przynajmniej w oczach większości ludzi w ministerstwie, zwykłym kanclerzem swojego departamentu. Dla tych, którzy wyglądali go ze świadomością tego, kogo szukają, był źródłem informacji, punktem, w którym zbiegało się wiele nitek. – Co mogę dla ciebie zrobić?
– Wiele rzeczy – powiedział Lucjusz, słysząc jak drzwi zamykają się za nim. Zajął fotel, stojący przed biurkiem Aureliusza, nie bojąc się niczego, mimo że zdawał sobie sprawę, że siedział naprzeciw człowieka, który był obłożony śmiertelnymi pułapkami. – Na początek chciałbym się dowiedzieć, czy wiesz, jak blisko jestem w sojuszu z Potterami?
Tylko lekkie mgnienie gdzieś w głębi jego oczu pokazało, że Aureliusz nie spodziewał się tego pytania. Odchylił się jednak w fotelu i zarzucił nogę na biurko, przybierając równie nieformalną pozę co Lucjusz.
– Z tego, co mi wiadomo, twój syn jest dość blisko zaprzyjaźniony z ich starszym synem.
Lucjusz uśmiechnął się.
– Są nie tylko przyjaciółmi, Aureliuszu. Pewnego dnia wejdą w związek małżeński.
– Kto ci o tym powiedział? Chłopcy nigdy nie zdają sobie do końca sprawy ze swoich własnych uczuć w tym wieku. – Aureliusz krzywił się, niewątpliwie przypominając sobie katastrofalne małżeństwo, które niemal przypieczętował w wieku szesnastu lat. Lucjusz wciąż uważał, że to była jedna z bardziej zabawnych historii, jakie w życiu słyszał.
– Narcyza.
Po chwili namysłu, Aureliusz pochylił głowę, przyjmując to do wiadomości.
– Planujesz więc zobaczyć się z teściami swojego syna czy też może raczej jego przyszłymi teściami, i pogratulować im, że zdołali wydać na świat syna, który niebawem stanie się prawdopodobnie blisko spowinowacony z Malfoyami? – zapytał.
Lucjusz pochylił się bliżej.
– Może nie pogratulować. To raczej silne słowo. Mam jednak wrażenie, że powinniśmy nawiązać jakiś kontakt. Ostatecznie nigdy nie miałem szansy porozmawiać z Lily czy Jamesem Potterem, ponieważ walczyliśmy po przeciwnych stronach w tym wielkim nieporozumieniu, który teraz nazywamy Pierwszą Wojną, a podczas którego przez cały czas znajdowałem się pod Imperiusem. – Lucjusz odniósł wrażenie, że z uśmiechu Aureliusza byłby dumny nawet rekin. – Kto mógłby mi w tym pomóc?
Aureliusz zamknął oczy, niewątpliwie przeczesując mentalne katalogi w swojej głowie. Lucjusz zawsze uważał, że jego zdolność do organizowania informacji była po prostu niezwykła. Nigdy niczego nie musiał zapisywać na temat swoich kontaktów. To, oczywiście, w rewelacyjny sposób przyczyniło się do tego, że go nigdy na niczym nie przyłapano. Wiedział, kogo można było przekupić, kto rozpaczliwie potrzebował przysługi, kto znajdował się o krok od zwolnienia za picie na służbie, ale w swoim gabinecie nie miał nawet skrawka papieru z zapisanym nazwiskiem tej osoby.
– Ryszard Nott – powiedział Aureliusz, otwierając oczy. – Jest w kontakcie z jednym ze strażników, którzy zmieniają się przy celach Potterów.
– A czegóż by Nott chciał? – zapytał Lucjusz, podnosząc brew. Pamiętał Ryszarda. Strasznie rozczarował swoją rodzinę, kiedy został aurorem, zwłaszcza, kiedy jego pierwsza przygoda w terenie skończyła się dla niego zdobyciem rany, której nigdy nie dało się do końca zaleczyć, przez co do końca swojej kariery wylądował na lekkiej robocie papierkowej. Ryszard, rzecz jasna, był uparty jak osioł, więc nie miał zamiaru wrócić do domu i przyznać się, że jednak popełnił błąd. Nottowie już tak mieli.
– Och, tylko odrobinę smoczego ziela – powiedział Aureliusz. – Nieco więcej niż powinien mieć, dla ukojenia bólu starej rany. Tylko nie za wiele, proszę cię. Merlin jeden wie, że nie chciałbym uśmiercić biedaka.
Lucjusz kiwnął głową, pozwalając, żeby na ustach pojawił mu się niewielki uśmieszek. Podaruje Nottowi jego smocze ziele, a Nott zapozna go ze swoim kontaktem przy celach – Lucjusz nie wiedział, na jaki dług powoła się wobec niego, ale też i nie potrzebował wiedzieć – i upewni się, że Lucjusz będzie w stanie porozmawiać z Jamesem i Lily Potterami tak długo, jak będzie tego chciał.
– Nikt by tego nie chciał – powiedział, po czym wstał, kiwając lekko głową Aureliuszowi. – Pomocny jak zawsze, stary przyjacielu.
Aureliusz tylko przytaknął. Może nie byli z Lucjuszem przyjaciółmi, ale Lucjusz zupełnie szczerze uratował mu życie i jako opłatę jego długu życia poprosił tylko, żeby ten udzielał mu informacji, ilekroć będzie tego potrzebował. Lucjusz w międzyczasie wciąż oczywiście wykonywał dla niego niewielkie przysługi, jak wtedy, kiedy upewnił się, że jego syn, Marcus, miał dodatkową pomoc podczas ponownego podejścia do OWUTEMów, tak żeby ten był w stanie je wreszcie zdać i ukończyć naukę w Hogwarcie. Szkoda byłoby stracić tak drogocennego przyjaciela.
Lucjusz wyszedł, idąc tym razem energicznym, lekkim krokiem, żeby odebrać Harry'ego. Będzie musiał być w gotowości, bo nie miał pojęcia, kiedy kontakt Notta będzie w stanie zorganizować mu spotkanie z Potterami. To nie było żadnym problemem. Miał już swoją pustą różdżkę, a właścicielka Magicznej Menażerii wysłała mu wczoraj sowę. Przesyłka z owadami przybyła, podpisana jego imieniem. Miały ze sobą dość jedzenia, żeby pozostać przy życiu, póki mu się nie przydadzą. Teraz tylko pozostało mu zajrzeć na Pokątną, żeby je odebrać.
Wszystko idzie jak po maśle. I czemu by nie miało? Światem rządzą silni, a ja jestem jednym z nich.
Harry stał niespokojnie, trzymając w ręku swoją Błyskawicę i przyglądając się niebu. Było to jasne, późne popołudnie, słońce zaczynało się chylić ku zachodowi. Jak do tej pory, jedyne, co przyszło mu z tej całej zaleconej przez Madam Shiverwood terapii to to, że Narcyza wreszcie przesunęła mu czas spania na późniejszą porę niż zmrok. W miarę jak wakacje postępowały, dni robiły się stopniowo coraz krótsze i Harry powoli zaczynał dochodzić do wniosku, że ta kara zaczyna się robić coraz bardziej niesprawiedliwa.
Teraz jednak...
Teraz miał sobie polatać dla przyjemności i nie był pewien, co się właściwie stanie, kiedy to zrobi. Jasne, wszyscy Malfoyowie zadeklarowali, że zostaną w rezydencji i nie będą nawet wyglądać przez okna, ale poprosił ich o to głównie dlatego, że bał się tego, co mogliby zobaczyć.
Harry bał się, że jak tylko znajdzie się w powietrzu, to naprawdę zacznie zachowywać się jak dziecko, co prawdopodobnie ujęłoby mu trochę szacunku w oczach Lucjusza i Narcyzy.
A może po prostu znowu bał się zrobić coś, co było przyjemne, ponieważ mogło to zdjąć z niego bariery, które na siebie nałożył i nakłonić go do pogoni za tym, żeby robić to częściej.
Harry nabrał głęboko tchu, przerzucił nogę nad Błyskawicą i wzbił się w powietrze.
Wzniósł się znacznie szybciej, niż planował i poczuł ocierający się o niego strach. Ten jednak szybko zniknął, a Harry przypomniał sobie jak szybka i potężna jest Błyskawica, o czym nie myślał od ostatniego razu, kiedy na niej leciał. Poczuł, jak uniesienie zalewa go, jakby był dzieckiem i właśnie ktoś wziął go w ramiona.
Śmiał się. To nie miało znaczenia. Zrobił krąg wokół zachodzącego słońca, a złoto, zieleń i błękit zdawały się w niego wbijać, przeszywać, zatapiać, ale to też nie miało znaczenia.
Znowu zatoczył koło, po czym dał nura, opadając gwałtownie w kierunku ziemi. Hary patrzył, jak trawa robi się coraz bardziej wyraźna i przejrzysta, poczuł jak wiatr wyciska mu łzy z oczu i śmiał się, i śmiał, i śmiał.
Przynajmniej teraz już miał pewność, że żaden z Malfoyów go nie obserwuje, bo pewnie któryś z nich już byłby na zewnątrz, wrzeszcząc na niego.
Harry w ostatniej chwili poderwał miotłę do tyłu, po czym obrócił się do góry nogami i pozwolił swoim włosom muskać źdźbła traw, równie delikatnie jak Draco to czasem lubił robić pocałunkiem, kiedy wydawało mu się, że Harry nie zauważy. Harry obrócił się znowu, wirując wokół miotły, tak blisko ziemi, że otarł sobie łokieć, po czym wzbił się z powrotem w powietrze.
Czuł, jak serce mu wali niczym młot, a krew krąży szybciej w żyłach i śpiewa mu w uszach. Choć raz, choć raz, nie czuł się tak przez walkę. W tym momencie niemal zaczynał pojmować, o co chodziło Madam Shiverwood, że może czasem powinien sobie pozwolić na bycie dzieckiem i to nie będzie bolało, a może nawet pozwoli mu się stać lepszym dorosłym.
Mknął jednak znowu przez przestworza i stracił te myśli, ale był z tego rad. Naprawdę nie chciało mu się teraz myśleć. Chciał się wnosić i nurkować, zygzakując w kierunku ziemi, przez co sowa, która akurat wyleciała z domu, skrzeknęła na niego i wyminęła go szerokim łukiem. Harry ścigał ją przez chwilę, po czym znowu obrócił się do góry nogami i opadł w kierunku ziemi, tym razem głową w dół.
Zebrał w sobie swoją siłę i prędkość tuż przed tym, jak uderzył w ziemię, wyobrażając ją sobie jako wielki tłuczek, po czym wystrzelił w bok tak gwałtownie, że aż mu głową zarzuciło. Ale to nic nie szkodzi, nic nie szkodzi, nic nie szkodzi, tak długo, jak wzniesie się wyżej i złapie równowagę w powietrzu, przechylając głowę w przeciwnym kierunku, żeby sobie ulżyć w bólu, a potem będzie mógł zawirować dwukrotnie. Tutaj o niczym nie musiał myśleć i nie musiał się bać, że spadnie albo coś mu się stanie, bo wiedział jak latać. Tutaj mógł sobie ryzykować, ile tylko chciał i nikt nie będzie na niego krzyczał.
Poszczególne momenty zlały się wtedy w ogromną falę agresywnej słodyczy i Harry nie myślał jak dorosły aż do chwili, w której wylądował z powrotem na ziemi. Niebo zalewało go potokiem ciemnego błękitu z góry, a słońce wciąż zachodziło. Śmiał się i musiał się pochylić, dysząc ciężko. Wreszcie potarł dłonią kark, orientując się, że zmienił zdanie.
Jeśli drużyna quidditcha będzie go chciała z powrotem w tym roku, to chyba jednak się do nich przyłączy.
