Rozdział dwudziesty:

Zeszli z drzew jeden po drugim, w odległości zaledwie kilku metrów. Mężczyzna, który pierwszy wszedł na pole zatrzymał się i czekał na to aż dołączy do niego inny człowiek, pozwalając temu nowemu prowadzić, nawet jeśli on wyglądał na o wiele młodszego. Trzeci mężczyzna, który podbiegł do nich wyglądał na chłopca bardziej niż inni. Zauważyłem, że oni wszyscy wyglądali jak ludzie z Azji wschodniej, a ich źrenice miały dziwny czarno-czerwony kolor.

Ostrożnie zbliżyli się do naszej grupy, niczym drapieżnicy, zbliżający się do innego stada swojego gatunku przypominając mi o tych dokumentach, które oglądałem z matką jako dziecko.

Chociaż zaczęli iść jak koty, niczym łowcy, ich krok złagodził się w bardziej wytworny, niczym ludzki kiedy zauważyli nas.

Zatrzymali się dokładnie przed nami. Domniemany przywódca miał długą grzywkę zakrywającą bok jego twarzy, i brwi dziwnie podobne do moich. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji kiedy na nas spojrzał.

Najmłodszy z nich patrzył na nas z zaciekawieniem, jego oczy pędziły po naszych twarzach. Miał loczek z boku głowy, jednak nie taki jak Feliciano czy Lovino. Jego ubrania wydawały się być dla niego za duże i podwijał swoje zbyt długie rękawy. Ostatni mężczyzna wydawał się najstarszy z tego trio, jego lśniące czarne włosy związane były w niski kucyk. Obserwował on nas nieufnymi oczyma.

Domniemany przywódca ruszył krok do przodu w kierunku Rodericha.

- Myśleliśmy, że słyszymy grę – powiedział do Rodericha, z twarzą wciąż pozbawioną emocji. Jego głos miał leciutki akcent, chociaż nie mogłem umiejscowić skąd. - Jestem Li, a to są Yao i Yong Soo – przedstawił, wskazują na swoich dwóch towarzyszy.

- Jestem Roderich. To moja rodzina: Antonio, Ludwig, Lovino, Feliciano, Elizaveta, Arthur i Francis – przedstawił nas zwyczajnie Roderich. Próbowałem nie okazać zaskoczenia, które poczułem, kiedy zostałem zgrupowany z innymi.

- Macie miejsce na więcej graczy? - zapytał Rodericha Li. Odkryłem, że jego beznamiętny głos jest raczej irytujący, nie miałem pojęcia czy był przyjacielski dla każdego z nas.

- Właściwie, właśnie skończyliśmy – powiedział Roderich. Widziałem jak Antonio otwiera usta by się temu sprzeciwić i Lovino staje mu na stopie. - Może innym razem. Planujecie zostać tu na dłużej? - zapytał z zaciekawieniem Roderich.

- Obecnie zmierzamy do Szkocji, nie sądziliśmy, ze ktoś może tu mieszkać – odpowiedział prosto Li.

- Och, jesteśmy jedynymi, którzy mieszkają w tym regionie. Inni, których widujemy są przypadkowymi gośćmi, tak jak wy – stwierdził zwyczajnie Roderich i byłem zdumiony jak coś co się wydawało niewygodną, napiętą atmosferą powoli się zmieniało w zwykłą i spokojną. Podejrzewam, że Ludwig musiał robić to dzięki swojemu niezwykłemu darowi, by upewnić się, że nie stanie się nic złego.

- Gdzie więc polujecie? - zapytał Li.

Roderich raz zamrugał przez założenie, że piją oni ludzką krew zanim odpowiedział.
- Tutaj i trochę bardziej na północ – odpowiedział lekko. - Mamy niedaleko stałe miejsce zamieszkania i mamy podobną siedzibę w Grecji – jesteśmy dobrymi przyjaciółmi z tamtym klanem – ciągnął Roderich.

Brew uniosła się, jedyna forma ekspresji na twarzy Li.
- Stałe? Jak udaje się wam tutaj zostać? - zapytał z odrobiną ciekawości cieknącą w jego głosie.

- Może moglibyśmy porozmawiać o tym w naszym domu. Obawiam się, że nasza historia jest jedną z dłuższych – odpowiedział Roderich płynnie, szybko zerkając na Francisa. Rozumiałem co Roderich planował zrobić. Chciał zaciągnąć gości do ich domu i dać szansę Francisowi by zabrał mnie do domu, z dala od niebezpieczeństwa.

Yao i Yong Soo wyglądali na zaskoczonych kiedy Roderich powiedział „dom". Yong Soo wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale jak Lovino z Antonio, Yao stanął na jego stopie uciszając go.

Li pokiwał głową.
- Brzmi dobrze. Polowaliśmy w Londynie i nie mieliśmy czasu by się oczyścić – powiedział, wskazując swój zanieczyszczony strój, na równi z Yao i Yong Soo. Dreszcz przeszedł po moim kręgosłupie kiedy wspomniał London i momentalnie spanikowałem, mając nadzieję, że nie zaatakowali moich starych przyjaciół w Londynie, zanim przypomniałem sobie, że nie ma żadnych przyjaciół w Londynie.

- Oczywiście – powiedział Roderich kiwając głową. - Ale proszę, muszę was prosić byście powstrzymali się od polowanie na tym terenie. Próbujemy pozostać w ukryciu – dodał.

Li kiwnął ponownie głową.
- Jedliśmy godzinę temu, nie sądzę, że będziemy potrzebowali pożywienia przez chwilę – odpowiedział płynnie i poczułem jak kolejny dreszcz przechodzi przez mój kręgosłup.

- Antonio, Feliciano, może pomożecie Arthurowi i Fracisowi dostać się do jeepa? - zapytał Roderich zwyczajnie, odwracając się do chłopców.

Kiedy tylko nasza czwórka chciała oddalić się od gości, owiał nas lekki wietrzyk. Zbladłem kiedy mój zapach uderzył w nozdrza trzech drapieżnych wampirów.

Yao ruszył na przód, z rozszerzonymi oczyma i rozwartymi nozdrzami. Francis pchnął mnie za siebie, z mrocznym spojrzeniem pojawiającym się na twarzy. Yao zatrzymał się i wpatrzył z zaciekawieniem na Francisa tak samo jak Yong Soo i Li.

- Wzięliście ze sobą człowieka? - zapytał Li, z zaskoczeniem barwiącym jego głos. Zamrugał kilka razy kiedy przyzwyczajał się do mojego widoku, wciąż z pustą twarzą.

- On jest z nami – powiedział spokojnie Roderich, patrząc na Yao, który wpatrywał się we Francisa.

- Przekąska, aru? - zapytał z zaciekawieniem Yao, znowu ruszając krok do przodu.

- Non – odpowiedział Francis, a dziki warkot wydobywał się z głębi jego gardła. Zwalczyłem chęć schowania się ze strachu. Francis brzmiał w tym momencie cholernie strasznie.

- On jest z nami – powtórzył Roderich twardym głosem z mocnym grymasem na twarzy.

- Ale on jest człowiekiem – stwierdził Li, z zmieszaniem ukazującym się na jego twarzy.

- Więc? - zapytał Antonio. Zamrugałem dwa razy, wieczny uśmiech zniknął z twarzy Antonia, kiedy stanął obok swojego ojca ze zmrużonymi oczyma. Przełknąłem.

Yao cofnął się o krok, wciąż patrząc na mnie uważnie... zachłannie.

- Podejrzewam, że różnimy się od siebie bardziej niż początkowo sądziłem – powiedział spokojnie Li, próbując złagodzić atmosferę, w bardziej komfortową.

- Tak – zgodził się Roderich wciąż zimnym głosem.

- Bez względu na to, przyjmujemy twoje zaproszenie. I oczywiście, nie zranimy ludzkiego chłopca. Mimo wszystko obiecaliśmy nie polować w tej okolicy – powiedział Li. Yao z tyłu rzucił mu niedowierzające spojrzenie, a Yong See wyglądał na zadziwionego.

Roderich patrzył na Li przez kilka chwil, zanim spojrzał na Francisa pytająco. Francis pokręcił leciutko głową, wciąż patrząc na Yao ze złością w oczach.

- Bardzo dobrze – powiedział w końcu Roderich. - Elizaveta, Ludwig, Lovino? - zapytał, wskazując na nich by podążyli za nim. Trójka ta stanęła z Roderichem, sukcesywnie ściągając mnie z pola widzenia i odprowadzając innych. Feliciano był natychmiast przy moim boku, łapiąc moją prawą rękę w swoją własną i pozwalając złapać Francisowi drugą. Antonio był za nami, wciąż z małym grymasem na twarzy.

Nasza czwórka szła w ciszy. Walczyłem by dotrzymać im kroku, który, nawet jeśli w ludzkim tempie wciąż był zbyt szybki dla mnie.

W chili kiedy weszliśmy do lasu i zostaliśmy schowani za drzewami Feliciano puścił moją dłoń, pozwalając Francisowi złapać mnie i zarzucić na jego ramię kiedy biegł do jeepa. Pozostała dwójka podążała blisko nas. Skoncentrowałem się na nie odczuwaniu mdłości, wyobrażając sobie co właśnie wydarzyło się na moich oczach.

Dotarliśmy do Jeepa wydałoby się, że w sekundę. Francis nie przestał biec kiedy Feliciano wybiegł na przód by otworzyć boczne drzwi. Wrzucono mnie do środka, sprawiając, że chwilowo straciłem oddech.

- Zapnij go – rozkazał Francis Antonio, który wspiął się za mną. Zajął się przypinaniem mnie podczas gdy Feliciano dołączył do Francisa na przednich siedzeniach. Mogłem usłyszeć jak Francis coś powiedział, ale zrobił to zbyt szybko bym zrozumiał i definitywnie nie po angielsku. Podejrzewałem z tonu jego głosu że była to dość pokaźna wiązanka przekleństw.

Odjechał, dużo szybciej niż kiedykolwiek. Drzewa i domu przelatywały obok nas i dopiero kiedy zobaczyłem mój dom zrozumiałem, że Francis zabiera mnie z miasta.

- Gdzie jedziemy? - zapytałem drżąco. Nikt mi nie odpowiedział, wszyscy byli skopieni na drodze.

Zdecydowałem spróbować jeszcze raz.

- Gdzie jedziemy? - teraz było w moim głosie więcej złości kiedy zrozumiałem, że opuszczam Alberta bez chociażby pożegnania. - Do kurwy nędzy, Francis, gdzie mnie zabierasz? - krzyknąłem uderzając ze złością siedzenie pięścią.

- Daleko stąd. Bardzo daleko – odpowiedział w końcu Francis. - Chociaż, nie wiem gdzie.

- Hiszpania jest naprawdę przyjemna o tej porze roku – rozmarzył się pogodnie Antonio, totalnie nie odczytując napiętej atmosfery.

- Hiszpania? Nie mogę wyjechać do Hiszpanii, muszę porozmawiać z moim ojcem, Francis! Obiecałeś, że wcześnie odprowadzisz mnie do domu! - krzyknąłem, panikując. Co jeśli ten gość Yao, trafi do mojego ojca, gdy będzie mnie szukać?

- Uspokój się – powiedział z irytacją Francis.

- Nie uspokoję się! - wrzasnąłem. - Jeśli nie zabierzesz mnie do domu na czas, Albert, zadzwoni do pieprzonych wyższych władz i przeszuka twoją rodzinę! To wszystko zrujnuje!

- To nic, możemy zacząć od nowa gdzieś indziej. To już zdarzało się wcześniej. - odpowiedział Francis twardym głosem.

- To stanie się po moim trupie! - krzyknąłem i zobaczyłem jak się wzdrygnął. Może to nie była najlepsza rzecz do powiedzenia w tym momencie. - Muszę wrócić!

- Ve~ zjedź na pobocze, fratello* – odezwał się delikatnie, po raz pierwszy Feliciano. Francis spojrzał na niego z niedowierzaniem. - Francis, proszę – prosił Feliciano. - Potrzebujemy powodu.

- Nie łapiesz tego Feli, ten gość jest tropicielem! - zawołał głośno Francis, głosem skąpanym w gniewie. Zobaczyłem jak Antonio zamarł na to słowo i zastanawiałem się co oznaczało. - W chwili kiedy poczuł krew Arthura było po nim. Nie mogę trzymać go w mieście kiedy Yao tu jest!

- Zjedź na pobocze – powiedział Feliciano. I nagle całe jego niewinność podobna do dziecięcej, która wypełniała jego głos zniknęła. Jego głos był poważny i spokojny i śmiertelnie mnie wystraszył (i Antonia też).

- Nie mogę wysłać go do domu – powiedział przez zęby Francis. - Dzięki jego zapachowi Yao znajdzie go prędzej lub później.

- Ale on znajdzie tam mojego tatę! - krzyknąłem. - Nie chcę by mój ojciec zginął!

- Posłuchaj go, fratello – prosił Feliciano.

- Zabierz go z powrotem – powiedział w końcu Antonio, dołączając do rozmowy. Francis rzucił mu zabójcze spojrzenie.

- Nie! - zawył, wciąż nie zwalniając Jeepa.

- Posłuchaj mnie Franny. Yao nie jest wystarczająco silny by stawić się naszej piątce, możemy go zdjąć! - powiedział pewnie Antonio. Gdyby sytuacja nie była taka jaka jest, śmiałbym się z przezwiska jakie dał Francisowi.

- On jest niewzruszony podczas polowania. Będziemy musieli go zabić – zaprotestował Francis.

Antonio wyglądał na zdziwionego.
- No i? - zapytał, a ja nagle poczułem ochotę by odsunąć się od niego.

- I tego młodego też, oni są towarzyszami. A jeśli to zamieni się w walkę, będziemy musieli pokonać też ich przywódce – dodał Francis.

- Możemy to zrobić! - powiedział entuzjastycznie Antonio.

- I to jest inna opcja! - dodał Feliciano, tak samo entuzjastycznie.

- NIE MA INNEJ OPCJI! - krzyknął Francis, prawie trwale uszkadzając moje uszy. Antonio i ja spojrzeliśmy na niego z przerażeniem. Feliciano się nawet nie wzdrygnął, wpatrując się we Francisa swoimi niewinnymi, szczeniakowatymi oczyma. Walczyli oni na spojrzenia.

- Czy chce ktoś usłyszeć mój plan? - zapytałem z zaciekawieniem w ciszę.

- Non – powiedział niegrzecznie Francis, wciąż patrząc na Feliciano. Feliciano skrzywił się.

- Tak! - powiedział, odwracając się do mnie.

- Zabierzesz mnie z powrotem – zacząłem patrząc na Francisa, jak zaczyna kręcić głową – i powiem tacie, że chcę wrócić do Londynu. Spakuję moje śmieci, czekając aż ten gość Yao będzie mnie obserwował, a potem ucieknę. Zostawi on Alberta w spokoju i podąży za nami. Albert nie wyśle wyższych władz po twoją rodzinę, a ty będziesz mógł zabrać mnie do Hiszpanii, czy gdzie tam do diabła myślisz o zabraniu mnie – zakończyłem.

Trójka braci wymieniła spojrzenia.

- To jest rzeczywiście całkiem dobry pomysł – zauważył Antonio, a ja poczułem się znacznie urażony.

- Nie powinniśmy opuszczać jego padre*, bez ochrony – prosił Feliciano.

- To jest zbyt niebezpieczne – wymamrotał Francis.

- Franny, on musiał by przejść przez nas wszystkich, co byłoby trudne~ - powiedział Antonio i zastanawiałem się jak udawało mu się pozostać tak radosnym.

- Żądam byś zabrał mnie do domu, teraz – warknąłem tak gniewnie jak mogłem.

Francis zamknął na chwilę oczy i westchnął. Miałem mały atak paniki, kiedy Jeep wciąż jechał naprzód.

- Proszę – dodałem z nadzieją.

- Wyjeżdżasz dziś w nocy. Nie dbam o to czy Yao zobaczy cię czy nie. Powiesz Albertowi, że wyjeżdżasz do Londynu i spakujesz pierwsze rzeczy jakie znajdziesz. Wsiądziesz do swojej ciężarówki i odjedziesz. Masz dokładnie piętnaście minut od chwili kiedy przekroczysz próg – powiedział w końcu Francis.

Kiwnąłem głową, a on gwałtownie zawrócił, sprawiając, że poleciałem na bok. Nagle jechał o wiele szybciej niż wcześniej i zdecydowałem dla własnego bezpieczeństwa nie patrzeć za okno.

- Kiedy dostaniemy się do domu, jeśli Yao tam nie ma, czekającego na niego, odprowadzę Arthura do drzwi. Antonio, będziesz pilnować na zewnątrz domu, a ty Feli weźmiesz ciężarówkę. Będę w środku z Arturem z dala od wzroku Alberta i kiedy Arthur wyjdzie na zewnątrz wy dwoje zabierzecie Jeepa do domu i przekażecie plan Roderichowi – powiedział Francis kiedy jechał do miasta.

- Nie! Będę z tobą, hermano* – zaprotestował Antonio.

- Nie wiem jak długo mnie nie będzie – powiedział Francis w napięciu.

- Będę z tobą dopóki nie odkryjemy jak długo nas nie będzie – odpowiedział Antonio.

- Jeśli Yao już tam jest, pojedziemy dalej – powiedział Francis. Zastanawiałem się mgliście jak moglibyśmy jechać dalej bez stracenia gazu.

- Będziemy tam przed Yao – powiedział Feliciano pewnie.

- Bon* – powiedział Francis z krótkim kiwnięciem, zwracając swoją uwagę na drogę przed nami.

- Co z Jeep'em? - zapytał z zaciekawieniem Feliciano.

- Odwieziesz go do domu.

- Nie, nie odwiozę – odpowiedział Feliciano. Francis przeklął pod nosem. Uderzyło mnie to, że prawdopodobnie nie zmieścimy się wszyscy do mojej ciężarówki, ale nie powiedziałem niczego.

- Powinieneś pozwolić mi wyjechać samemu – powiedziałem.

- Non – warknął Francis.

- Albert nie jest idiotą, domyśli się, że coś się święci jeśli wyjadę i ciebie też nie będzie. Pomyśli, że uciekliśmy razem czy coś – dodałem, rumieniąc się lekko. - A poza tym, tamten gość, tropiciel, wie, że będziesz ze mną. Sposób w jaki się zachowałeś prawdopodobnie pokazał, że jesteśmy... razem.

- Powinieneś go posłuchać – powiedział Antonio, brzmiąc na tak obraźliwie zaskoczonego jak wcześniej – Myślę, że ma rację.

- Bo ma! - zgodził się Feliciano.

- Nie zrobię tego – powiedział zimno Francis.

- Antonio też powinien zostać – dodałem. Antonio wyglądał na zaskoczonego.

- Co?

- Będziecie mogli lepiej poradzić sobie z Yao jeśli tu będziesz – powiedział Feliciano, zgadzając się ze mną. Poczułem zadowolenie, że ktoś był po mojej stronie.

- Chcesz bym zostawił go samego? - zapytał Francis z niedowierzaniem.

- Ludwig i ja zaopiekujemy się nim! - powiedział entuzjastycznie Feliciano. Oko Francisa zadrżało.

- Nie mogę tego zrobić – powiedział.

- Po prostu zostań tu przez kilka dni, zanim Albert upewni się, że nie wyjechałeś ze mną i wywiedź Yao w pole. Spraw by zgubił mój ślad, a wtedy spotkasz się ze mną, a Ludwig i Feliciano będą mogli wrócić do domu.

- Spotkać cię gdzie? - zapytał Francis. Byłem zaskoczony, że naprawdę rozważał mój plan.

- W Londynie, oczywiście.

- Usłyszy gdzie jedziesz – zaprotestował Francis.

- Ale czy naprawdę będzie sądził, że tam jadę. Będzie wiedział, że mówiliśmy to wystarczająco głośno by to usłyszał, więc będzie myślał, że tak naprawdę udajemy się gdzieś indziej – odpowiedziałem spokojnie.

- On jest dobry – powiedział Antonio z zachwytem.

- Co jeśli to nie zadziała?

- W Londynie jest drylion ludzi, zajmie mu trochę czasu znalezienie mnie – odpowiedziałem pewnie.

- Kirkland nie jest prawdopodobnie zbyt popularnym nazwiskiem. Znajdzie twój dom w jednej chwili.

- Kto powiedział coś o tym, że jadę do domu?

- Och?

- Mam wystarczająco lat by mieszkać sam.

- A Ludwig i ja z nim będziemy! - zaświergotał Feliciano ze swojego siedzenia.

- I co ty będziesz robić w Londynie. Tam pewnie nie jest tak mgliście i pochmurno jak tu – zauważył Francis. Feliciano wzruszył ramionami.

- Zostanę w środku i będę malował – odpowiedział.

- To brzmi jak dobry plan! - dodał radośnie Antonio.

- Zamknij się, Antonio.

- Jeżeli spróbujemy zaatakować go, a Arthur tu zostanie, jest wielka szansa, że zostanie zraniony on, albo ty kiedy będziesz próbował go chronić. Jeśli go tu nie będzie, będziemy mieli lepszą szansę by dostać Yao – powiedział Antonio z raczej sadystycznie wyglądającym uśmiechem na twarzy. Zacząłem odsuwać się od niego.

Wjechaliśmy do miasta, prawie w pobliżu mojego domu. Nagle zrozumiałem co mam zrobić mojemu ojcu i mój żołądek skręcił się z poczucia winy.

- Arthur – powiedział łagodnie Francis i zauważyłem, że Feliciano i Antonio wyjrzeli taktownie przez okno. - Jeśli pozwolisz by coś ci się stało, przysięgam, że będę obwiniał ciebie i tylko ciebie. Rozumiesz?

- Całkowicie – odpowiedziałem cicho.

- Czy Ludwig jest w stanie to zrobić? - zapytał Feliciano.

- Dawał sobie radę do tej pory bardzo dobrze! - powiedział entuzjastycznie Feliciano. - Myślę, że może to zrobić! Ludwig jest tak duży i silny i mądry więc nie może zrobić niczego złego ponieważ wiem, że on będzie wiedział lepiej niż-

- Czy ty będziesz w stanie to zrobić? - przerwał mu Francis.

Feliciano przestał paplać i zamrugał. Wydobył z siebie cichy warkot, który sprawił że wpatrzyłem się w pełnego życia Włocha z otwartymi ustami.

Francis zachichotał i przewrócił oczami.
- Po prostu zatrzymaj swoje opinie dla siebie – wymamrotał cicho do swojego brata.

* fratello - (wł.) brat
* padre – (wł.) ojciec
*hermano – (his.) brat
*bon – (fr.) dobrze