Od autora: Rozdział pisałem trochę dłużej niż inne. Kiedy miałem już napisane 2k słów, to zawiesił się komputer i wszystko poszło w ... Strzeliłem focha i załamany kupiłem sobie czekoladę. Próbowałem sobie przypomnieć co napisałem, ale nie było sensu tego odtwarzać, bo wyszło masło maślane. Odczekałem trochę, aż minie mi irytacja po tym zdarzeniu i zacząłem pisać od nowa. Pierwotna wersja w mojej głowie (i straconym rozdziale) była lepsza od tej w tym rozdziale, ale niestety już nie umiem inaczej opisać swojej wizji. Ehh... Chciałem uchwycić POV większości bohaterów, żeby pokazać co czują/myślą w danej chwili i ich osobistą małą bitwę z myślami. Mam nadzieję, że się udało.
Deszcz. Od wyjścia z osady cały czas towarzyszył im deszcz. Starali się wybierać taką trasę, która prowadzi pod drzewami, ale nie zawsze udawało im się znaleźć odpowiednią ścieżkę. Mieszkańcy osady opowiedzieli im o regionie, gdzie nawet najwytrwalsi poszukiwacze boją się postawić nogę, więc skierowali tam swe kroki. Wiedzieli, że te tereny będą zamieszkiwane przez Łowców. Przez całą drogę nie wydarzyło się nic podejrzanego, co ich tylko niepokoiło, ale Syriusz stwierdził, że to normalne na szlaku Łowców. Tutaj nawet potwory bały się stawiać swoje kroki. Po wielu godzinach mozolnej wędrówki dotarli do wielkiej góry. W jej zboczu były wyryte wielkie schody, które co jakiś czas były przecinane świątynią. Najdalsza była ledwie widoczna z dołu. Herosi i czarodzieje stanęli w ciszy podziwiając widok. Straszny, ale piękny zarazem. To była ich droga do zniszczenia Voldemorta. Mieli na jej przejście tylko siedem godzin. Siedem świątyń. Siedmiu Łowców.
U podnóża góry przywitał ich wielki łuk nad drogą. Był wykonany z surowego kamienia, pokryty krwią, rozlaną niechlujnie, jakby artysta próbował stworzyć obraz w pośpiechu. Przypominało im to trochę freski ze starych kościołów, ale było straszniejsze. Krew posiadała swoją mroczną przeszłość.
Harry
Harry usłyszał jak ktoś po jego prawej stronie głośno przełyka ślinę. Nie był pewny kto, ale nie miał zamiaru nic mówić. W tym momencie głos mógłby go zawieść. Ruszył powoli w stronę łuku, a za nim pozostała część ekipy. Przekraczając łuk poczuł się bardzo dziwnie, jakby został oblany lodowatą wodą. Wzdrygnął się i obrócił zobaczyć czy pozostali doświadczyli tego samego. Gdy spojrzał za siebie gwałtownie wciągnął powietrze. Łuk i droga powrotna zniknęły. Za ich plecami była wielka kamienna ściana z tego samego materiału co łuk, również pokryta krwią. Nie było odwrotu. Była tylko droga w przód, aż do ostatniego łowcy. Stojąc przed łukiem schody nie wydawały się długie. Na samą górę mógłby dotrzeć w niecałe dwadzieścia minut. Jednak, gdy tylko przekroczyli łuk, cały układ się zmienił. Teraz droga do pierwszej świątyni wydawała się wiecznością. Nie było widać końca, do tego schody całe usłane były czerwonymi płatkami róż. Nie było nawet najmniejszego odsłoniętego skrawka.
Ruszył przed siebie, docierając do pierwszego schodka, który jako jedyny wolny był od czerwieni róży. Zauważył dziwne symbole wymalowane kredą.
亜矢子.
- Co to? - usłyszał obok siebie szept Hazel.
- To są japońskie znaki - odpowiedziała równie cicho Hermiona - ale nie wiem co oznaczają.
Świetnie. Równie dobrze, mogłoby tu być napisane "zginiesz z pierwszym krokiem", a oni o tym nie wiedzieli. Harry'ego ogarniała lekka irytacja wynikająca z niewiedzy i pogłębiającego się bólu głowy. Próbował odrzucić od siebie szepty, które cicho sugerowały mu, że sen byłby teraz bardzo przyjemną odmianą. Po co walczyć? Przecież walka nie ma sensu. Nie wygramy.
Harry potrząsną głową, odrzucając od siebie te myśli. Kątem oka zauważył mignięcie złota po lewej stronie. Odwrócił się i ujrzał tabliczkę z mieniącymi się literami, które powoli na ich oczach układały się w słowa.
Ścieżka wygnańca.
Słowa powoli zamieniały się w złotą kroplę, która powoli zaczęła spływać w dół tabliczki, aż dotarła do samego krańca. Coś w Harrym podpowiedziało mu, że powinien ją złapać. Była zbyt piękna, by upaść na ziemię. Nie chciał, żeby to piękno zostało zapomniane. Chciał je zatrzymać. Wyciągnął rękę, a kropla powoli na nią spłynęła, wsiąkając spokojnie. Nagle w swojej głowie usłyszał głos.
Nie wszyscy są źli Harry. To pomoże ci przejść do końca. Uwierz, a zostaniesz zdrowy, przy swych zmysłach. Przyjaciele muszą ci pomóc iść. Muszą cię zmusić, kiedy ty zwątpisz.
Harry odwrócił się powoli do swych przyjaciół, a jego wzrok napotkał troskliwe spojrzenie Hazel.
- Czuję to Harry - szepnęła. - To jest twoja osobista walka. Wersy z przepowiedni się spełniają.
Nikt nie zrozumiał co powiedziała. Nikt poza Harrym.
Hazel
Patrzyła w stronę Harry'ego, kiedy ten sięgał po złotą kroplę. Wyczuła lekkie poruszenie Hermiony, kiedy ta chciała zatrzymać chłopaka, ale powstrzymała ją chwytając za rękę. Czarodziejka spojrzała na nią, a Hazel tylko pokręciła głową. Słyszała ciche szepty w swojej głowie.
Stoi przed tobą wybraniec, który jako jedyny w stanie jest zniszczyć cząstki duszy. Jego walka się rozpoczyna. Zwątpi w siebie. Zwątpi w was, ale to ty musisz go prowadzić do końca. Musisz nawet jak on się podda.
Pokiwała głową i zobaczyła jak Harry powoli odwraca się w jej stronę. Ich spojrzenia się spotkały.
- Czuję to Harry - szepnęła. - To jest twoja osobista walka. Wersy z przepowiedni się spełniają.
Percy
Nie wiedział co się wydarzyło, ale to było coś ważnego. Zauważył, że między Harrym, a Hazel wywiązała się lekka nić porozumienia. Dziewczyna podeszła do czarodzieja i wzięła go lekko pod ramię. Ruszyli w stronę schodów, nie oglądając się na nikogo. Percy i reszta ekipy ruszyli za nimi. Heros spojrzał jeszcze raz w górę i wziął głęboki oddech, szykując się na długą przeprawę. Nie wiedział co oznaczają te róże, ale nie wróżyły nic dobrego. Pierwsze pięć minut przeprawy upłynęło w spokoju, ale z każdym kolejnym krokiem Harry wyglądał coraz słabiej. W pewnym momencie osunął się na kolana, ciągnąc Hazel w dół. Percy z Syriuszem podbiegli z chęcią pomocy, ale dziewczyna powstrzymała ich ruchem ręki. Harry klęczał z opuszczoną głową i kiedy tylko uniósł ją lekko, Percy prawie zachłysnął się powietrzem. Patrzył w jego oczy, które zawsze tryskały energią. Teraz jego zielone źrenice, tak bardzo podobne do jego własnych były zapłakane, wyrażały ogromny smutek, ból i żal. Harry się bał i Percy nawet nie mógł sobie wyobrazić, co czarodziej przechodzi w swojej własnej głowie.
- Nie chce... - powiedział łamiącym się głosem. - Zabij mnie, proszę.
Mówiąc to spojrzał herosowi prosto w oczy. Powiedział to takim tonem, że Percy ledwo mógł się powstrzymać od sięgnięcia po Orkana. Chciał pomóc przyjacielowi i skrócić jego męki. Otrząsnął się szybko z tych myśli i spojrzał na Hazel.
- Nie pomożecie mu, tak jak byście chcieli - szepnęła. - Tylko ja mogę. Ta, która powróciła. Ta, która zaznała tego samego żalu co on.
Percy słysząc to, pokiwał głową i wycofał się. Wiedział, że Hazel mówi prawdę.
Harry
Osunął się na kolana w przestrachu. Szepty nasilały się z każdym krokiem, ale teraz przerodziły się w krzyki. Słyszał jego matkę, którą krzyczała jego imię w momencie śmierci. Chciał do niej dołączyć. Chciał dołączyć do rodziców, do wszystkich poległych podczas walki o Hogwart. Remus, Tonks, Fred i wielu innych. Wszyscy mówili mu, że to jego wina. Powinien był zabić Voldemorta wcześniej, a on chował się, zamiast chronić najbliższych. Teraz będzie tak samo. Nie uda mu się uratować Ginny. Nie uratuje czarodziejskiego świata. Nie uratuje herosów. Zginą wszyscy, którzy go otaczają. Z jego oczu popłynęły łzy rozpaczy. Dojrzał Percy'ego, który wpatrywał się intensywnie w jego oczy.
- Nie chce... - powiedział łamiącym się głosem. - Zabij mnie, proszę.
Zauważył błysk zrozumienia w oczach herosa. Przymknął oczy, czekając na ulgę, która nie nastąpiła. Zamiast tego usłyszał głos, który koił jego skołatane myśli:
- Nie pomożecie mu, tak jak byście chc... - reszta słów utonęła, rozpływając się wśród krzyku jego matki.
Hazel
Hazel nie liczyła już stopni, które pokonała w drodze ku pierwszej świątyni. Zgubiła rachubę przy dziesięciotysięcznym schodku. Była to dla niej ciężka przeprawa z Harrym u boku. Chłopak co chwilę zatrzymywał się w miejscu i rozglądał się w panicznym strachu. Czuła jego drgawki i chłód, który ogarniał jego skórę. Za każdym razem mówiła mu, że już niedługo będzie po wszystkim, a on uspokajał się na chwilę i dawał poprowadzić kilka stopni w górę. Sytuacja powtarzała się na tyle często, że Hazel nie umiała powiedzieć już, ile razy to się wydarzyło. Przez cały ten czas nie wypuściła dłoni chłopaka. Usłyszała jego cichy szept, ale nie zrozumiała o co chodzi.
- Wynagradza jedynie tych, którzy na to zasługują.
亜矢子
- Widzę, że do mnie zmierzasz - zaśmiała się lekko. - Pamiętaj, że wynagradzam tylko tych, którzy na to zasługują.
Leo
Usłyszał w swojej głowie śmiech, który przecinał jego umysł jak sople lodu.
Ciekawe chłopcze, bardzo ciekawe.
- Kim jesteś? - zapytał w myślach.
Odpowiedzią był ponowny śmiech.
Moje imię? Poznasz je, już niedługo, o ile uda wam się przejść dalej.
- Uda nam się dojść do samego końca - odpowiedział twardo.
Teraz to widzę. Taaak. Moja daleka kuzynka była głupia, że was nie doceniła, ale ja jestem inna. Powiedz mi herosie, czemu im pomagasz?
- Bo są moimi przyjaciółmi.
Nie pytałam o nich, herosie. Czemu pomagasz bogom? Skazali twoją ukochaną na wieczność, samotną, na wyspie.
- Udało mi się ją uwolnić, jest ze mną w obozie.
Ale bogowie się do tego nie przyczynili. Taki głupi.
Śmiech.
Jason
Szedł, przyglądając się Harry'emu z troską. Nie wiedział przez co przechodzi jego magiczny przyjaciel, ale musiało to być coś ciężkiego. Nie zauważył nawet, kiedy Piper złapała go za rękę. Dopiero, kiedy ścisnęła go lekko, odwrócił wzrok w jej stronę. Zobaczył zdeterminowanie malujące się na jej twarzy.
- Uda mu się - powiedziała. - Nam wszystkim - dodała, odwracając wzrok w stronę czarodzieja.
Ron
Przypomniała mu się wyprawa po horkruksy. Teraz było to podobne wyzwanie, tylko w innym wymiarze. Wtedy zwątpił w przyjaciela, przez co mógł zaprzepaścić wspaniałą przyjaźń. Cieszył się, że Harry zapomniał mu wszystkie jego występki i akty zazdrości.
Usłyszał Piper mówiącą do Jasona:
- Uda mu się - powiedziała. - Nam wszystkim.
Uwierzył. Nie wiedział, że dziewczyna użyła czaromowy.
Hazel
Harry był wyczerpany psychicznie. Dziewczyna wyczuwała jak opuszczają go resztki energii życiowej. Spojrzała szybko w prawo, kiedy zauważyła czarną plamę, które przemknęła obok z zwrotną szybkością. Tanatos? Nie, przewidziało jej się.
- Uda mu się - usłyszała Piper. - Nam wszystkim.
Wiedziała, że przyjaciółka użyła czaromowy, ale postanowiła poddać się temu czarowi w całości. To dodało jej sił.
Harry
Wiedział, że koniec jest bliski. Z każdym krokiem było coraz gorzej. Powoli wracała mu świadomość, a z każdą jej cząstką wyczuwał, że czegoś mu brakuje. Przestał słyszeć głosy. Przestał słyszeć cokolwiek. Stracił słuch i wzrok. Otaczała go głucha cisza przeplatana z czernią. Jedynie dotyk Hazel utwierdzał go w przekonaniu, że dalej istnieje. Nie wiedział ile czasu trwał w tym stanie, aż w końcu się zatrzymali. Poczuł ciepło otaczające go z każdej strony i gwałtowny ruch Hazel, która mało go nie przewróciła. Co się dzieje? Zacisnął zęby w bezsilności.
Hazel
Doszli. W końcu doszli do samego końca schodów, a droga z róż skończyła się. Wyszli na wielki plac, który znajdował się przed niewielką świątynią wykutą w ścianie góry. Droga prowadziła tylko przez ten niepozorny budyneczek z czterema kolumnami. Zrobiła krok w przód ciągnąc za sobą Harry'ego, kiedy nagle otoczyła ich ściana ognia. Szarpnęła się w tył, przestraszona, prawie wywalając się z chłopakiem. Pierścień ognia zaczął zaciskać się powoli wokoło nich, aż w końcu zniknął. Wszyscy zaczęli rozglądać się dookoła, oczekując ataku, kiedy ze świątyni przed nimi usłyszeli cichy, dziewczęcy śmiech. Ich oczom ukazała się siedmioletnia dziewczynka o długich jasnych włosach. W ręku dzierżyła łuk, który był większy od niej. Hazel usłyszała jak Percy wciąga powietrze.
- To Łowczyni z mojego snu - powiedział.
Dziewczynka zaśmiała się ponownie, a w jej oczach pojawiły się wesołe błyski.
- Witajcie - powiedziała łagodnym głosem.
- Kim jesteś? - spytał Hazel.
- Jestem jedną z Łowczyń. Musicie mnie pokonać, by przejść dalej - powiedziała, wciąż się uśmiechając. - Jestem Ayako.
Percy
Nigdy wcześniej nie doświadczył czegoś takiego. Stała przed nim niewinna dziewczynka, a mimo to promieniowała z niej moc, która przytłaczała. Jeżeli to jest pierwszy Łowca, to co musi być dalej. Zaczął powoli iść w jej stronę, wysuwając się przed przyjaciół. Usłyszał jeszcze cichy szept Annabeth.
- Ostrożnie.
Łowczyni uśmiechnęła się, zachęcając Percy'ego by podszedł bliżej. Heros niepewnie skorzystał z zaproszenia.
- Wielki z przepowiedni, tak jak chciał nie walczy - powiedziała, przekrzywiając lekko głowę, rozbawiona miną Percy'ego.
- Skąd to wiesz?
- Łowcy znają wszystkie przepowiednie - odpowiedziała i ruszyła w stronę chłopaka.
Percy wyjął Orkana z kieszeni i przygotował się do ataku. Kiedy dziewczynka była zaledwie metr od niego, czuł, że serce zaraz wyskoczy mu z klatki piersiowej. Zobaczył mały błysk ognia i Łowczyni zniknęła pojawiając się między nim, a jego przyjaciółmi. Nie zatrzymała się, tylko dalej kroczyła w ich stronę. Stanęła dopiero przed Harrym i przyjrzała mu się z wesołą ciekawością.
- Wybraniec - mówiąc to zaklaskała w ręce, jak dziecko, które otrzymało ulubioną czekoladę.
- Mogę? - spytała Hazel, sięgając po rękę chłopaka. - Nic mu nie zrobię, przysięgam - dodała z uśmiechem widząc minę dziewczyny.
Percy patrzył jak dziewczynka bierze Harry'ego pod rękę i prowadzi go w jego stronę. Przystanęła w połowie drogi i machnęła ręką a obok niej pojawiła się fontanna w kształcie feniksa, w której płynęła złota ciecz. Podprowadziła chłopaka bliżej i wyciągnęła jego rękę, tak że jego palce dotknęły dziób ptaka. Złota kropla spłynęła z ręki Harry'ego i połączyła się z cieczą w fontannie.
Harry
Ocknął się, wynurzając swoje myśli z otchłani. Zauważył obok siebie ładną dziewczynkę z szerokim uśmiechem skierowanym do niego.
- Dziękuję - powiedziała.
- Za co? - spytał niepewnie.
- Tylko nieliczni mogą przynieść krople z dołu, aż do fontanny. Są bardzo cenne. Za ich pomocą mogę wyhodować swoje róże, ale brakuje mi wody - dodała ze smutkiem.
Harry poczuł silną ochotę, by jej pomóc. Jego wzrok powoli skierował się na Percy'ego, który powoli zaczynał rozumieć na czym będzie polegać jego "walka".
Percy
Wielki z przepowiedni, tak jak chciał nie walczy.
- Czyli mam rozumieć, że mamy dostarczyć ci wodę, potrzebną do wyhodowania róż? - spytał.
- Zgadza się, synu Posejdona - przytaknęła.
- A co jeżeli nam się nie uda? Czy mimo to nas przepuścisz?
- Niestety. Wtedy będę musiała was zabić, a tego bym nie chciała - powiedziała ze smutkiem, a oni wyczuli, że mówi prawdę. Nie chciała ich zabijać.
- Zabieramy się do pracy - uśmiechnęła się radośnie i klasnęła w dłonie. Obok nich pojawiły się wielkie czerwone donice. Było ich razem trzydzieści, a każda mogła pomieścić dziesięć róż.
- Musimy je rozstawić w równych rządkach, po pięć na rząd - powiedziała, zachęcając resztę do pomocy.
Czarodzieje i herosi wzięli się do pracy. Donice były bardzo ciężkie i ponad trzydzieści minut zeszło im się z poprawnym ułożeniem. Dziewczynka co chwilę ich poprawiała, ale sama też pomagała. Percy widział irytację na twarzy Harry'ego, który uważał to za stratę czasu, potrzebnego na uratowanie Ginny. On uważał tak samo, ale nie mieli wyboru.
- Dobrze - powiadomiła ich Ayako, obchodząc donice dookoła. - Teraz będę mogła swobodnie doglądać swoje róże. Teraz kolej na ciebie Percy.
Percy nie bardzo wiedział jak zabrać się do tego całego nawadniania. Jako syn Posejdona był wstanie wyczuć wodę w pobliżu, ale teraz czuł tylko pustkę. Wiedział, że musi sięgnąć do swojego wnętrza, co go kompletnie wyczerpie przy nawadnianiu tylu donic. Skupił się i poczuł wodę przechodzącą przez jego ciało. Kiedy napięcie sięgnęło swojego maksimum pozwolił mu się ulotnić na zewnątrz. Woda trysnęła zalewając donice. Po chwili wsiąknęła w ziemię zostawiając ją całkowicie suchą. Spojrzał na Ayako nic nie rozumiejąc.
- Źle to robisz - powiedziała rozbawiona.
- Mogłaś mi to wytłumaczyć dziesięć minut temu - odpowiedział oburzony. - Tylko straciłem cenny czas.
- Moje róże nie urosną na zwykłej wodzie. Potrzebna jest im woda przepełniona życiem i miłością. Synu Posejdona, czy jest tu ktoś, kogo kochasz?
- Annabeth - powiedział, patrząc w stronę swojej dziewczyny.
- Córko Ateny musisz mu pomóc - Ayako zwróciła się w jej stronę. - Percy musi powtórzyć cały proces, ale z tobą u boku. Musisz przelać w niego swoją miłość, która połączy się z miłością Percy'ego i jego energią życiową. Razem stworzycie życiodajną wodę.
Annabeth podeszła do Percy'ego i chwyciła go za rękę. Chłopak powtórzył cały proces z Ann u boku, ale ponownie woda wsiąkła w ziemię pozostawiając ją suchą.
- Za słabo się staracie - Łowczyni powiedziała zachęcająco. - Musicie przelać swoje dusze. Prawdziwe uczucie, które do siebie żywicie. Oddać całych siebie.
Percy i Annabeth skupili się ponownie, starając się oddać swoją duszę drugiej osobie. Nagle to poczuł. Przyjemnie ciepło, które rozchodziło się miarowo po jego ciele. Spojrzał zaskoczony na Annabeth i wyczytał z jej oczu, że ona czuje to samo. Powoli u ich stóp zaczęła gromadzić się woda, która zmierzała w stronę donic, leniwie wspinając się ku górze. Gdy dotykała ziemi, jej kolor zmieniał barwę na złotą. Kiedy cały proces zakończył się, dwójka herosów padła wycieńczona na kolana, jednak ziemia w donicach pozostała wilgotna.
- Udało się! - krzyknęła ucieszona Ayako.
Podbiegła do fontanny i wyciągnęła rękę w stronę złotej cieczy, pozwalając by kropelki wspinały się na jej dłoń. Kiedy już się nie mieściły skierowała się w stronę pierwszej donicy i pozwoliła im przeskoczyć na wilgotną ziemię. Na oczach herosów i czarodziejów zaczęły rosnąć małe złote różyczki, które po chwili przybierały czerwoną barwę. Kiedy rozkwitły już całkowicie, otoczył je lekki ogień, który nie czynił im szkody.
Ayako odwróciła się w stronę Percy'ego i podbiegła przytulając się.
- Dziękuję.
Puściła go i podbiegła do Annabeth, a następnie Harry'ego.
Harry
- Twoja walka jeszcze się nie skończyła Harry.
Sięgnęła ręką do kołczana i wyciągnęła z niego różę, która była czarna. Po chwili róża zamieniła się w czarny diament.
- Jest twój. Musisz go zniszczyć łukiem pokonanego łowcy.
Ayako klęknęła przed Harrym i wyciągnęła w jego stronę płonący łuk.
- Poddaje się - powiedziała, a płomień z łuku zgasł.
Harry wziął broń od dziewczynki i strzałę, którą mu podała. Wycelował w czarny diament i strzelił. Strzała wbiła się w sam środek, a po szlachetnym kamieniu zostały tylko drobne kawałki, które powoli zamieniły się w pył, rozwiewany przez wiatr.
Ayako
Wpatrywała się w czarodziei i herosów przechodzących przez jej świątynię. Cieszyła ją ta przygoda, ale zarazem smuciła się, że im się udało. Wiedziała, że jej bracia i siostry nie będą tak wyrozumiali jak ona.
- Harry - zatrzymała ich. Chłopak odwrócił się w jej stronę z pytającym wzrokiem.
- Twoja walka, za każdym razem będzie gorsza, ale nie poddawaj się. Hazel jest dobrą przyjaciółką i poprowadzi cię. Ona w ciebie nie zwątpi.
- Dziękuję - odpowiedział czarodziej.
Ekipa zniknęła z jej pola widzenia, zmierzając do kolejnej świątyni. Ayako patrzyła jeszcze przez chwilę, w miejsce gdzie niedawno stali. Uśmiechnęła się, w myślach życząc im powodzenia i wróciła do swoich ognistych róż.
