Był pierwszy dzień świąt. Wczorajsza kolacja przebiegła tak jak zaplanował, bez żadnych obrzydliwych uścisków i uśmiechów. Zjadł swoje ciasto, zapakował sobie też jedzenie na wieczór, i ruszył z obwieszonej bombkami i anielskim włosem wielkiej sali prosto do swojej kryjówki, by przypadkiem nie natknąć się na jakieś nadgorliwe ślizgonki wzdychające kolędy pod jego drzwiami. Wieczorem upił się i przy cichej muzyce usnął w końcu w cieple kominka.

Obiecał sobie niedawno, że będzie miły… postanowił więc unikać spotykania ludzi na korytarzach. Gdy ich nie widział, nie kusiło go by wlepiać im karne punkty za oddychanie. Ku jego zaskoczeniu, najlepszy prezent świąteczny sprawił mu sam Potter – wyjeżdżając z Hogwartu do Weasley'ów na święta.

Oczywiście Severus też dostał od nich zaproszenie. Jak co roku. Ale jak co roku postanowił z niego nie skorzystać. Potter, świergoczące bachory … i przygniatające poczucie straty jakie musiało przytłaczać tą rodzinę w tym okresie najbardziej. Skrzywił się, że w ogóle o nich myślał. O ich żałobie. Przez chwilę, przez głowę przemknęła mu myśl, że gdyby Potter zażądał wskrzeszenia Freda, to on, Severus Snape, nie miał by nic przeciwko. Choć nigdy by się do tego nie przyznał, zachowanie bliźniaków zawsze wprawiało go w zadowolenie. Nawet gdy demolowali pół zamku. Mógłby oczywiście sam spróbować cos z tym zrobić… ale nie potrafił się zdobyć na porzucenie swojej maski oziębłości. Nie. Aż tak mu nie zależało.

##

#

Lucjusz dałby wiele by dowiedzieć się co siedzi w głowie jego syna. Po wieczornym incydencie wydawał się być czymś poruszony, patrzył na niego ze strachem i pogardą. – Ale co się właściwie stało? – myślał mężczyzna w duchu. – Obraził matkę, a potem wrócili jeść. A mimo to jego syn, przyglądał mu się z nieskrywana nienawiścią. Nie miał z nim kiedy pomówić. W dzień do Narcyzy wpadły koleżanki z sąsiedztwa i musiał dotrzymywać im towarzystwa. Tak po prostu wypadało. Wieczorem zaś musiał udać się do Severusa. Ustalić czy to już ten miesiąc, czy przyjaciel chce jeszcze poczekać.

Patrzył na Narcyzę – była taka przytłumiona. Oczami wyobraźni widział już jak rzuca mu się szczęśliwa w ramiona, gdy przyprowadzi z powrotem jej siostrę. Tak. Był pewny, że tego właśnie potrzebuje jego żona. Uśmiechnął się do siebie w duchu.

##

#

Planował rano zajrzeć do skrytki pod salonem. Jednak rodzice ani myśleli opuścić ciepłego miejsca przed kominkiem. Kończył mu się czas. Przerwy świątecznej zostało zaledwie dwa dni, a on nie miał kiedy tam zajrzeć. Nawet kiedy ojciec zniknął na jeden wieczór, odwiedzając Severusa, matka wciąż przesiadywała w salonie, albo kręciła się po domu, skutecznie uniemożliwiając jakiekolwiek działania szpiegowskie. Miał ochotę wysłać ich na jakiś plener, albo chociaż przedstawienie, żeby tylko opuścili dom, choć na godzinę.

##

#

Siedział w zielonym fotelu, odgarniał z irytacją czarne kosmyki, które spadały wciąż niechciane na jego twarz. Lucjusz właśnie zbierał się do wyjścia z wrzeszczącej chaty, po tym jak omówili wszystkie szczegóły związane z rytuałem.

- Severusie? – usłyszał miękki dźwięk głosu blondyna. Doskonale znał ten służalczy ton. Malfoy czegoś chciał.

- Co znów kombinujesz? – zapytał zerkając na niego podejrzliwie.

- Wiesz, myślałem…

- Doprawdy? – uniósł swoją lewą brew w wyrazie niemego zdumienia. Wpatrywał się wyczekująco w Lucjusza, próbując go zniechęcić samym spojrzeniem. Przeliczył się.

- Kto pilnuje dzieciaków w sylwestra? Na zamku?

- A co? Chcesz się włamać? - zakpił

- Severusie! Litości. To poniżej mojej godności. – udał święte oburzenie. - Pomyślałem jednak, że gdybyś nie miał dyżuru z tymi bachorami, to mógłbyś przyjść do mnie. Do nas. Wiesz, nic dużego. Kilkanaście osób. Takie małe przyjęcie.

- Sylwester w twojej posiadłości? – Snape był teraz zdziwiony, ale powstrzymał się przed wyrażeniem tej ekspresji na twarzy.

- Tak.

- I chcesz mi wmówić, że to nic wielkiego? – zaśmiał się teraz ironicznie. – Jak myślisz czemu unikałem tych imprez przez te wszystkie lata? – spytał. Lucjusz wyraźnie zmieszał się. – Dzieci mają choć tyle przyzwoitości i instynktu samozachowawczego, by mnie nie zaczepiać. Chowają się w swoich komnatach, udając, że są trzeźwi jak sam Godryk Gryfindor.

- Pamiętasz , że miałeś się socjalizować Sever? Niech to będzie część tego procesu. Wiesz, wychodzenie do ludzi. Lily na pewno nie będzie chciała spędzać czasu jedynie z takim odludkiem. Uznaj to za krok ku człowieczeństwu. – uśmiechnął się teraz Lucjusz dumny ze swojej tyrady.

- Wyjaśnij mi proszę, w jaki sposób, upicie się w towarzystwie kilku zakamuflowanych śmierciożerców, którym udało się uniknąć Azkabanu, ma uczynić mnie bardziej ludzkim? – brunet spojrzał na niego z pogardą. Lucjusz wzruszył ramionami.

- Przesadzasz. Będzie miło. Kupiłem nawet twój ulubiony napój. – uśmiechnął się teraz figlarnie.

- Udało ci się zdobyć absynt? – spytał z niedowierzaniem. Lucjusz kiwnął głową, a na jego ustach pojawił się znajomy krzywy uśmieszek. Nieznacznie wypiął pierś. Absynt był zakazany w czarodziejskiej Anglii od ponad dziesięciu lat.

- Sprowadzony prosto z Czech.

- W takim razie nie pozostawiasz mi innego wyboru, jak tylko się zjawić. – zgodził się tym razem z uśmiechem brunet.

- Uwzględnij , proszę strój wieczorowy. Ta szmata, zapinana po samą szyję, może sprawdza się tutaj w tych zimnych murach, ale nie nadaje ci ani krztyny uroku… – prychnął

- Moje fanki ze Slytherinu sądzą zupełnie coś innego. – uśmiechnął się teraz złośliwie.

- A jednak dorosłe kobiety mogą mieć elementarne poczucie gustu. I … - Lucjusz zawahał się.

- Taak? – spytał brunet odgarniając kosmyk z czoła kolejny raz tego wieczora.

- Nie, nic…. To naprawdę nic takiego… - Lucjusz spoglądał z niesmakiem w jego stronę, ale nie odważył się nic powiedzieć. Wymruczał tylko dobranoc i zniknął z drzwiami. Po chwili do uszu Severusa dotarł odgłos aportacji.

Mężczyzna uśmiechnął się do siebie. Świadomość , że wciąż przerażał Malfoya bawiła go. Wychylił trochę ze swojej szklanki. Whisky była dziś dobrze schłodzona. Zdążył przełknąć pierwszy łyk, gdy coś zastukało w okno. Otworzył je zdziwiony. Lśniąca czarna sowa trzymała w dziobie karteczkę. Przeczytał jej treść napisaną fantazyjnym pismem na zielonym pergaminie. I rzucił szklanką w ścianę. W jego dłoni wciąż widniała bezczelna notka Lucjusza:

„I na miłość boską, umyj włosy!"