Rozdział betowała 100-ki. Yakou. no. Ou.

NigrumLotus - Tom zazwyczaj jest skuteczny, skubaniec jeden. Chociaż w tym przypadku to dobrze. Czasami dobrze tak relaksacyjnie wyprowadzić Lwa z równowagi, co nie? ;) I masz rację, powinien być przygotowany, tylko czy na takie coś można się przygotować? Można na pewno oczekiwać, ale przygotować... ;)

Aislinka - mam nadzieję, że mimo wszystko więcej jest tych pozytywnych uczuć niż negatywnych ;). Cieszę się, że podoba ci się wykreowanie postaci Toma. I tak, masz rację, nigdy nie był on dobrym chłopcem. A co do Dumbledore'a to... cóż, powiem tylko, że nic nie jest czarno-białe. Jego postać stanie się bardziej aktywna w dalszych częściach opowiadania, ale na pewno będzie próbował jeszcze namieszać. :)

Gościu - :).

Koma - ależ oczywiście! Tom w życiu nie przyzna się do własnych emocji! To by było przecież ponad jego godnością! Co do Harry'ego to... myślę, że ci się kilka kolejnych rozdziałów spodoba. Nic więcej nie zdradzam i nie mówię. Sama zobaczysz. :)

Dziękuję za to, że tak niesamowicie wspieracie mnie komentarzami! To naprawdę wiele dla mnie znaczy. A teraz zapraszam na kolejny rozdział.


Ulubieniec Losu

Rozdział dwudziesty pierwszy

Harry i Tom wpadli do Wielkiej Sali, znów się kłócąc. Wszyscy spojrzeli w ich kierunku.

- Jak udało ci się go pocieszyć? – zapytał Alphard, spoglądając w górę, uważając, aby nie ściągnąć na siebie ich gniewu. Typowy, bezceremonialny Black.

- Nie pocieszył mnie – odpowiedział Harry. – Po prostu udało mu się mnie wkurzyć.

- Zadziałało, czyż nie? – Kolejny uśmieszek na twarzy Toma. – Przestałeś się dąsać.

- Nie dąsałem się! – warknął, obracając się w kierunku przyszłego Czarnego Pana. Oczy Toma błyszczały.

- Och, ależ robiłeś to. A także wydymałeś wargi.

- Nieprawda!

- Chcesz bym powiedział „a właśnie, że tak", abyśmy cofnęli się do poziomu pięciolatków? – zaproponował finezyjnie Tom. Potter zmrużył niebezpiecznie oczy. Riddle tylko się do niego uśmiechnął. Nic nie mógł na to poradzić, ale dotknął ust, aby sprawdzić czy były nadymane, czy nie. Nie były.

Tom wybuchł śmiechem.

- Jesteś tak niesłychany, Potter…

- Zamknij się.

Siedzieli chwilę w milczeniu, prowadząc cichą walkę charakterów. Następnie, w niemym porozumieniu, wrócili do swoich posiłków. Zbyt późno uświadomił sobie, że powinien siedzieć z lwami… a potem przypomniał, że przecież jadł już z nimi śniadanie. Miał jednak wrażenie, że Ron i Hermiona za chwilę mu przeszkodzą… Ano. Już tu byli.

- Harry! Wszystko w porządku? – dopytywała się jego przyjaciółka. Łagodnie się do niej uśmiechnął.

- Nic mi nie jest, Miona – stwierdził, zgodnie z prawdą. Nie wyglądała na przekonaną.

- Co z nim zrobiłeś? – zażądał odpowiedzi Ron. Tom podniósł brwi.

- Urocze. Uratowałem twojego małego Wybawcę…

- Zaraz się obrażę.

- …przed zanurzeniem się w głębokiej depresji i myślach samobójczych. I co za to dostaję? Weasleya…

- No chyba nie samobójczych – mruknął wściekle. Tom odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się, nieszczególnie przyjaźnie.

- Tak, Potter. Ponieważ większość ludzi reaguje tak jak ty, kiedy ktoś im mówi…

- Wciąż nie wykluczam przeklęcia cię w zapomnienie – warknął, obracając się, by spojrzeć na Riddle'a. Tom oceniał go z nieczytelnym wyrazem twarzy.

- Mówi co? – Zevi zmarszczył brwi.

- Masz na myśli, że w końcu znalazłeś sposób, aby się zamknął? – wymamrotał złośliwie Lestrange. Tom po prostu usiadł prościej, nie odwracając wzroku od twarzy Harry'ego.

- Zająłbym się tymi problemami, gdybym był tobą, Harry.

- Jakimi problemami? – zagadnęła Hermiona, teraz wyglądając na sfrustrowaną.

- To nic takiego – odpowiedział szybko Harry.

- To nie wyglądało na nic…

- ZAMKNIJ SIĘ, Tom! – warknął. – Poza tym, to nie twoja sprawa.

Oczy Toma pociemniały na wyraźny brak szacunku w jego głosie.

- Uważaj na słowa – ostrzegł lodowato. – I, no naprawdę, biorąc pod uwagę, że to ja jestem tym, który kończy z tymi twoimi wszystkimi depresyjnymi myślami w głowie, ponieważ twoje umiejętności magii umysłu są okropne, powiedziałbym, że jest to moja sprawa.

- Harry nie jest depresyjny. – Ron zmarszczył brwi. Kochał tego rudzielca za to… bronienie go, nie zważając na doskonale znane fakty. Tom spojrzał na niego. To uczucie zniknęło, a złość zaczęła palić jego ciało. Tom do pewnego stopnia tolerował jego błyskotliwe komentarze, ale nie cenił zuchwalstwa. Teraz miał zapłacić za to „zamknij się".

- Nie – wycedził Tom. – Harry zawsze tylko tak po prostu kuli się, kiedy usłyszy imię Lily Potter… to całkowicie normalne.

I nastała cisza.

- Nienawidzę cię. – Czy on właśnie wspomniał o tym na środku Wielkiej Sali? Och, chwila! To był Tom, sadystyczny sukinsyn, który zawsze musiał postawić na swoim… oczywiście, że to zrobił.

- Och, Harry… - zaczęła Hermiona.

- To nic takiego…

- To nie jest nic takiego, Harry! Dlaczego nam o tym nie powiedziałeś? – wrzasnęła. Tym razem mógłby ją nawet pokochać za to zrozumienie Ślizgońskiej strony jego umysłu i ściszenie głosu, aby porozmawiać prywatnie.

- Ponieważ zawsze sprawiasz, że problemy stają się większe niż są w rzeczywistości – warknął. Czuł, że jego policzki zaczynają palić w zakłopotaniu. To naprawdę nie była rozmowa, jaką chciałby przeprowadzać. Właściwie, miał nastrój bardziej na to, aby przekląć kogoś niektórymi z całą pewnością niezatwierdzanymi przez Ministerstwo klątwami.

- To śmieszne!

- Och, więc teraz…

- Nigdy nie myślałem, że zgodzę się z szlamą – wtrącił Abraxas. Oboje spojrzeli na dziedzica domu Malfoy, który obojętnie znosił ich wzrok. – No co? – zapytał.

- Zgadzasz się ze mną? – powtórzyła Hermiona. Abraxas wzruszył ramionami.

- Niestety tak. Harry, na Slytherina, masz zwyczaj zrzucania na siebie całej winy. To nie jest normalne. Ani branie na siebie winy za uczynki Mrocznego Lorda… wiesz, że nie nazywają się „mrocznymi" lordami bez powodu?

- To nie ma związku… – zaczął, rozdrażniony.

- Harry. – Tom podniósł rękę. Mimowolnie urwał swoją wypowiedź. – Twoja postawa zaczyna być niebezpiecznie bliska obrażenia mnie.

- Och, tak mi przykro – powiedział sarkastycznie. – I co tak w ogóle moja postawa ma wspólnego z tobą? – zapytał z niedowierzaniem. Riddle przechylił na bok głowę.

- Pomyśl o czym rozmawiasz, Wybrańcu…

- Nie nazywaj mnie tak!

- …masz tam jakiś mózg, sam to rozpracuj. – Czy to był komplement? Gapił się na Toma. Jakim cudem cokolwiek, co było związane z tamtą nocą, miało coś wspólnego z… Och.

- Hmmm… - mruknął Tom, od razu wiedząc, gdy udało mu się to zrozumieć. – Nie możesz kontrolować działań moich albo mojego przyszłego ja. Więc wrzuć sobie na luz. Nie masz prawa, aby zabierać na siebie moją winę. – Tom spojrzał na niego upominająco.

Powoli skinął głową z akceptacją albo chociaż przyjęciem do świadomości tego argumentu.

- Dobrze – uciął. Wszyscy się na niego gapili. To było takie niesprawiedliwe, że gdy akurat dwóm grupom jego przyjaciół jakimś cudem udało się ze sobą dogadać, obróciły się przeciwko niemu. I gdzie tu sprawiedliwość? Nie wspominając, że Tom coś od niego chciał… po prostu to wiedział. – Ale…

Nigdy nie dowiedzieli się, co miał jeszcze do powiedzenia, gdyż Wielka Sala ucichła z powodu rozbrzmiewających spoza niej odgłosów, szybko podnoszących się, jak pociąg, który jedzie przez tunel.

- Dudziaczku, niczego nie dotykaj…

- …absolutnie niedorzeczne.

Co Dursleyowie robili w Hogwarcie?